70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pisarze w czasach Gomułki

Książka Konrada Rokickiego jest bardzo potrzebna – zapełnia lukę zarówno w wiedzy o historycznych „faktach”, jak też w „postawie” badawczej.

Relacje między pisarzami a władzą w czasach autorytarnej Polski Ludowej to jeden z tych skomplikowanych tematów, z którymi trudno się zmierzyć. Pisanie o tych problemach może się kojarzyć niemal z ówczesnym układaniem listów protestacyjnych: waga każdego sformułowania była tam nie mniejsza niż w dyplomacji, słowa zaś nabierały znaczeń trudno dziś czytelnych, a niosących określone konotacje polityczne (napisać „Polska” czy „państwo”?). Historyk piszący o postawach w czasach PRL popada w sytuację bliską schizofrenii, kiedy stara się zachować obiektywizm – brakuje czasem słów nienarzucających interpretacji. Owszem, zamiast „esbecy” (bo wówczas czytelnik już wie, jakie poglądy ma historyk) możemy napisać neutralnie: „funkcjonariusze SB”, ale nie o wszystkim przecież można tak napisać. Zatem już sam język opisu faktów bywa interpretacją (szczególnie jeżeli historyk ucieka od własnego języka, przejmując słownictwo dokumentów wyprodukowanych w MSW – wówczas czytelnik ugina się pod naporem „figurantów”, „LK”, „MK”, „numerów ewidencyjnych” itp.).

Trudność dotyczy zwłaszcza tych zagadnień z historii najnowszej, które domagają się od badacza oceny. Odpowiedzialność historyka nie polega przecież tylko na tym, aby być „przekaźnikiem” faktów. Historyk jest także „tłumaczem”. Samo podanie faktów (ustalenie możliwie pełnego ich obrazu, z wykorzystaniem jak największej ilości źródeł, przy nieprzywiązywaniu się do jednego z nich, czy to będą archiwa IPN, czy wspomnienia świadków) to za mało. Oczywiście ustalenie i przekazanie jak najpełniejszego obrazu faktów jest niezbędne, ale to tylko fundament książki przedstawiającej jakąś „historię”. Same fakty nie wystarczą – bez podania kontekstu mogą nas nawet wprowadzać w błąd; historię czytamy bowiem bogatsi w informacje o zdarzenia, które miały miejsce później. Siedząc w fotelu, oceniamy postępowanie postaci historycznych, dziwimy się nielogicznym (często – na pozór) decyzjom, nie rozumiemy ich emocji („czemu to zdanie, które powiedział Gomułka, tak ich zaszokowało?”), oglądamy film, nie próbujemy zrozumieć motywów postępowania. W historii nie chodzi przecież o to, „kiedy” była bitwa pod Grunwaldem, tylko „dlaczego”.

 

Historia przeciw mitom

W tym miejscu pracy historyka – opisie kontekstu zdarzeń – często dochodzi do zaburzeń, warunkowanych poglądami, nawet nieuświadomionymi. Oczywiście takie zaburzenia są możliwe już wcześniej, przy wyborze faktów, które zostaną pominięte w opisie jako mało istotne, a zamazujące obraz całości. Historyk, przedstawiając zdarzenia, ponosi odpowiedzialność za wybór tego, co w tym opisie wydaje mu się ważniejsze; owszem, sygnalizując swoje wątpliwości, ale nie zrzekając się odpowiedzialności w opisie historii, gdyż w przeciwnym razie zmieniłby ją w strych pełen rupieci. Herodot podawał różne osobliwości – ale jednocześnie je porządkował, a także oceniał. Historia jednak zaczyna się z Tukidydesem – historyk bowiem nie zapisuje mitów, nie utrwala ich jako możliwych faktów: jego zadanie polega na demitologizacji. Bywa ona z natury niemiła, szczególnie przy pracy nad historią najnowszą. Historyk nie jest jednak ani prokuratorem, ani obrońcą: pracując uczciwie, nie powinien nikogo w tej demitologizacji wyróżniać – pomijając.

Należy zatem pokazywać kontekst, a nie patrzeć na historię ahistorycznie. Społeczeństwo PRL było, używając trafnej formuły Andrzeja Friszke, między „przystosowaniem a oporem”. Tymczasem, jak napisała Teresa Bogucka we wstępie do niedawno wydanego zbioru tekstów Anki Kowalskiej o opozycji przedsierpniowej (Folklor tamtych lat), w wyniku ahistorycznego czytania historii „tylko ci, którzy zginęli, walcząc, wyszli obronną ręką. Wszyscy pozostali byli uwikłani. (…)”; „w potocznym przekazie powojenne 44-lecie to okupacja, zbrojny opór podziemia, tłumione zrywy robotnicze. Można by rzec – cały naród zmagał się ze Służbą Bezpieczeństwa, niektórzy niestety weszli z nią w bliższy kontakt. A wolność przyszła, bo był polski papież, upadł ZSRR, komunizm się rozsypywał sam z siebie”. Historyk przypomni tu jednak np. słowa Stefana Kisielewskiego z tamtego czasu, kiedy w swoim dzienniku aż do zawiązania KOR-u zmagał się z obawą, że Polska jest już kompletnie zsowietyzowana i nigdy się nie odrodzi… Dopiero powstawanie ruchu obywatelskiego na fali protestów przeciwko zmianom konstytucji w 1976 r. i powstanie KOR-u utorowało drogę do Solidarności – i tego, co mamy dzisiaj.

Widzimy zatem, że opisując np. postawy pisarzy w czasach Polski Ludowej, znajdujemy się na terenie szczególnie wrażliwym z uwagi na problemy metodologiczne (i moralne) zasygnalizowane powyżej. Ogranicza nas już sam język opisu. Czy pisarz X „kolaborował”, był „zaangażowany”, czy też może chciał stać się Wallenrodem? (A może czasem wszystko po trochu? Życie jest dynamiczne, a liczy się przecież całość, to, co się robi ze swoimi błędami, a nie tylko popełnione wcześniej błędy). Niebezpieczne bywają zbyt łatwe słowa i oceny (np. interpretacje postaw); kuszące jest choćby cytowanie źródła, jakim są archiwa IPN – i w ten sposób badacze często popadają w niewolę języka służb represji, zawierzając zarówno samym faktom, przedstawionym w dokumentach MSW, jak i sposobowi opisu rzeczywistości. Fascynacja tym źródłem jest niebezpieczna, bo bywa ono bardzo zwodnicze. O ile w dokumentach MSW podawane są fakty („X o 14:25 zakupił paczkę papierosów”), można próbować je weryfikować w innych źródłach (albo zaznaczyć, że jest to informacja jednoźródłowa; z pracy w archiwum wiem, jak wiele w dokumentach MSW bywa literówek czy błędów rzeczowych). Natomiast oceny są już czystą propagandą, składają się na nie interpretacje bliskie paranoicznej wizji świata. Czy naprawdę „jedynym powodem krytykowania realnego socjalizmu jest podżeganie przez wrogie ośrodki zagraniczne, podżeganie, które trafia do osób z różnych powodów – jak pochodzenie czy naganne kontakty – podatnych na te miazmaty”, jak streściła te oceny Bogucka we wstępie do Folkloru tamtych lat? Dokumenty są źródłem, podobnie jak są nimi wspomnienia świadków. Źródłem są zarówno archiwa, jak i ludzie: nie absolutyzujmy żadnego z nich, starajmy się te źródła – jeśli to tylko możliwe – weryfikować.

 

Historyk jako śledczy

Bardzo dobrze, że została napisana taka książka, jak ta Konrada Rokickiego Literaci. Relacje między literatami a władzami PRL w latach 1956–1970. Autor wykorzystuje w niej zarówno źródła archiwalne (w podobnym stopniu czerpiąc z archiwów pisarzy jak i MSW; sięgając też do materiałów wytworzonych przez aparat PZPR), jak też relacje świadków (w mniejszym jednak zakresie, przeważnie cytując dzienniki czy wspomnienia – nie ma tu, może szkoda, wykorzystania relacji bezpośrednio udzielonych autorowi książki przez jeszcze żyjących uczestników zdarzeń). Konrad Rokicki ze źródeł archiwalnych korzysta odpowiedzialnie, co przypomina nam, że to nie IPN, a badacze korzystający z jego zasobów odpowiadają za to, co zrobią ze znajdującymi się tam materiałami.

Jak napisał Rokicki we wstępie, omawiając stan badań nad relacjami pisarze – władze PRL, „największy rozgłos zyskały (…) książki nie historyków, lecz dziennikarzy”. Badacz ma na myśli Lawinę i kamienie Anny Bikont i Joanny Szczęsnej oraz książki Joanny Siedleckiej (Obława, Kryptonim „Liryka”). Bikont i Szczęsnej zarzuca wzięcie pod uwagę tylko jednej grupy pisarzy (tj. tych, wcześniej zaangażowanych w komunizm, którzy włączyli się później – w różnym stopniu – w działania opozycji demokratycznej, czego autor nie dopowiada), przez co „niektóre dokumenty i fakty wydawały się autorkom mniej istotne, co moim zdaniem rzutuje na obraz całego środowiska”. Siedlecką natomiast krytykuje za optykę – „bardzo czytelny” – dodać można, że zapewne zbyt uproszczony – „podział na »bohaterów« i »kolaborantów«”, oraz „zbyt łatwe” wydawanie osądów, szczególnie tych, które „dotyczą współpracy z SB”; „razi przy tym nonszalanckie podejście do tak trudnych w interpretacji dokumentów, jak te zgromadzone w Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej”. Jest to tym bardziej dyskwalifikujące dla książek Siedleckiej, że słowa te napisał historyk na co dzień pracujący na materiałach zgromadzonych w IPN.

Trzeba się z tymi ocenami zgodzić, ale warto też zauważyć znacznie wcześniejszą Czerwoną mszę czyli uśmiech Stalina Urbankowskiego. Rokicki wymienia tę książkę wśród publikacji dotyczących tematu, nie odnosi się jednak do niej – a jest ona przejawem postawy, na którą zapewne psychologiczną reakcją była Lawina i kamienie: wykorzystywanie dawnych błędów przeciw późniejszym opozycjonistom. Oczywiście, nie przeczy to zarzutom badacza, który swoją książką stara się uniknąć zarówno pomyłki zbytniej afirmacji, utrwalania legendy, jak też zbyt łatwego rzucania oskarżeń. Konrad Rokicki nie jest obrońcą ani oskarżycielem; nie jest też sędzią, jeżeli już – to śledczym, zbierającym ślady i starającym się je zweryfikować.

Może potrzeba było młodego historyka, który podejdzie do problemu bez uprzedzeń i obaw, traktując go po prostu jak kolejne zagadnienie badawcze, temat do pracy, nie bojąc się, jaki na koniec ukaże się obraz?

To podejście – rzetelna próba opisu faktów na podstawie różnych archiwaliów (zarówno IPN, jak i pisarzy) – jest godne uznania. Warto też zachęcić Konrada Rokickiego do kontynuowania pracy i uzupełnienia badań o opis relacji pisarze – władze PRL w czasach Gierka oraz podczas karnawału Solidarności, i później, w latach 80.

Autor pokazuje nam, że dokumenty wytworzone w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych są jeszcze jednym źródłem do ustalania faktów; uwaga mediów i zwykłych czytelników na ogół skoncentrowana jest na wątkach sensacyjnych, tj. przeważnie na donosach. Konrad Rokicki – to jego zasługa – pokazuje, że „bardzo interesujące są materiały wyższego rzędu, tj. notatki i oceny (…). Pozwalają prześledzić mechanizm tworzenia raportów dla kierownictwa partyjnego i wpływanie na jego decyzje za pomocą podkreślania jednych, a pomijania innych informacji”. To bardzo interesująca perspektywa badawcza, szczególnie kiedy pamiętamy, że autor zajmuje się okresem, w którym wzrastało znaczenie Mieczysława Moczara (trafnie dobrano fotografię na okładce – Moczar i Gomułka obok siebie, patrzą w dal). Na rolę MSW w kreowaniu polityki, a także na konflikty między różnymi instancjami, związanymi z różnymi koteriami w łonie władzy, zwracał uwagę m.in. Andrzej Friszke. W czasach Gomułki MSW, jak się wydaje, aspirowało do pozycji jednego z centrów władzy – nie tylko dostarczyciela informacji i aparatu represji. Warto podkreślić zatem konieczność sięgania przy opisie tej perspektywy po właściwe źródła – Konrad Rokicki notatki i oceny cytuje z egzemplarzy opatrzonych odręcznymi poprawkami przełożonych (często materiały te występowały w kilku egzemplarzach).

Godne uznania jest pokazywanie przez autora sprzężenia polityki kulturalnej PRL ze zdarzeniami poza krajem (choćby zaostrzenie kursu po ataku Chruszczowa na zapożyczenia ze sztuki zachodniej).

 

Trudna sztuka ostrożności

Chwaląc książkę, chcę jednocześnie pokazać kilka miejsc, w których mam inne spojrzenie. Konrad Rokicki wspomniał m.in., że współpraca pisarzy z instytucjami emigracyjnymi „była (…) uznawana za nielegalną, ścigana przez Służbę Bezpieczeństwa i organy sądownicze”. Często rzeczywiście tak było, ale sytuacja nie zawsze była tak statyczna, granicę stanowiła chyba sprawa Listu 34; a czasy Gomułki zaczęły się przecież w roku 1956.

Pisałem wcześniej o problemach z językiem opisu historii najnowszej – ważne jest też zagadnienie zaufania źródłom. Chociaż autor bardzo dba o precyzję opisu, zdarzyło mu się potknięcie, uznanie jednoźródłowej informacji za sprawdzony fakt – oraz nadinterpretacja.

Pierwsza sytuacja dotyczy daty; Konrad Rokicki napisał (historia Listu 34), że Słonimski zapoznał Lipskiego z tekstem memoriału 7 marca. Autor nie podaje tutaj źródła. Na podstawie innych miejsc w książce oraz osobistych kwerend sądzę, że jedyną podstawą do podania tej daty było przesłuchanie Lipskiego przez SB; a Lipski nie musiał przecież mówić prawdy funkcjonariuszom SB (a jak wiemy z porównania niektórych faktów, starał się mówić jej w MSW jak najmniej). Czy zatem na pewno miało to miejsce 7 marca, czy jednak wcześniej?… Czy nie lepiej byłoby napisać zachowawczo: „Jak wynika z zeznania Lipskiego…”? Tym bardziej, że praca Konrada Rokickiego jest monografią (niewielu czytelników sięgnie do samych źródeł).

Druga sytuacja to nazwanie „agentem” człowieka, który owszem, jest dla SB źródłem – czy jednak na pewno był źródłem świadomym?… To wymagałoby pogłębionych badań, a przede wszystkim, jeżeli to możliwe, ustalenia nazwiska (nie: „jeden z…”), oraz faktycznego zakresu współpracy (świadoma czy nieświadoma).

Widzimy czasem błędy wynikające z pośpiechu – np. omyłkowo wpisany numer tomu przy poprawnej sygnaturze i numerze karty (s. 273), czy nieco poważniejsze: kolega Ireneusza Opackiego, Andrzej, mieszkający w Lublinie, nosił nazwisko Paluchowski; nie był też oczywiście mężem Aleksandry Palusińskiej, mieszkającej w Łodzi. To pomyłka wynikająca z nadmiaru materiału, który autora mniej wprawnego niż Konrad Rokicki przygniótłby z kretesem.

Autor jednak wychodzi spod archiwalnego walca na ogół zwycięsko, dając nam pierwszą naukową monografię relacji: pisarze – władza PRL, budzącą dyskusje i pokazującą konieczność dalszych badań szczegółowych oraz dającą odniesienie dla kolejnych monografii tematu. Są bowiem zagadnienia, które nadal wymagają doświetlenia – dla mnie podstawowym pozostaje ocena działań Jarosława Iwaszkiewicza oraz konflikt Słonimskiego z Iwaszkiewiczem, wpływający także na decyzje polityczne. Tu jednak zapewne konieczne są dalsze badania. Niewątpliwą zasługą Konrada Rokickiego jest jednak zwarte, bardzo gęste, pionierskie opracowanie tego tematu.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter