70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wolny wybór czy wolność wyboru?

Nie można rozważać kwestii, jakie konkretne rozwiązania prawne i systemowe, a także działania oddolne i odgórne pozwalają najlepiej chronić ludzkie życie tak matki, jak i dziecka, jeżeli nie zejdziemy na podstawowy, etyczny poziom myślenia. Dość wyraźnie wtedy widać, że dyskusja o aborcji rozgałęzia się w dwóch kierunkach. Po pierwsze, refleksji nad rolą i zasadami stanowienia prawa, po drugie, nad problemem wolności.

Po roku 1989 odżył w Polsce niedokończony spór o aborcję, którego początki sięgają okresu II Rzeczpospolitej. Formułowane dziś stanowiska pod wieloma względami przypominają te sprzed niemal wieku: silnemu Kościołowi przeciwstawiał się wówczas znacznie słabszy głos inteligencji o poglądach lewicowych oraz feministek. Jak mówił prof. Andrzej Friszke w rozmowie opublikowanej w styczniowym numerze miesięcznika „Znak”: „przed I wojną światową [Kościół – przy. red.] postawił na konserwatystów integralnych, takich jak stańczycy w Galicji, a w okresie międzywojennym – na endecję. Dlatego już w 1918 r. Kościół nie był postrzegany jako instytucja ogólnonarodowa, ale raczej jako strona na scenie politycznej związana z prawicą”. Kształtujące się wówczas linie światopoglądowych i politycznych podziałów nie przebiegały jednak w tak prosty sposób, jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka: prawicowi katolicy naprzeciw kształtującej się ateistycznej lewicy. Warto pamiętać o takich osobach jak ks. Władysław Korniłowicz, które przełamywały te schematy, skupiając wokół siebie ludzi wywodzących się z bardzo różnych środowisk, na przykład Ludwika Winteroka, redaktora „Robotnika” – dziennika Polskiej Partii Socjalistycznej − jak i Jana Masdorfa, przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej.

Z perspektywy czasu możemy jednak powiedzieć, że wysiłki budowania środowisk wznoszących się ponad proste podziały spełzły na niczym. Historia dyskusji o legalizacji przerywania ciąży jest tego najlepszym przykładem. Niedokończony wówczas spór zamienił się po latach w wojnę, w której jedna, wciąż silna, i druga, coraz silniejsza, strona wytaczają najcięższe działa. Boję się, dokąd nas to doprowadzi.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. w Polsce nadal obowiązywały przepisy ustanowione jeszcze przez zaborców. Przewidywały one odpowiedzialność karną za dokonanie aborcji właściwie bez względu na przyczyny, choć – co warto podkreślić – przerwanie ciąży dla ratowania życia matki traktowane było jako działanie w stanie wyższej konieczności. Odpowiedzialność tę ponosili nie tylko kobieta i lekarz, lecz także – w zaborze austriackim – ojciec dziecka, jeśli udowodniono mu udział w dokonaniu aborcji. Uchwalona w 1932 r. ustawa zliberalizowała te przepisy. Dopuszczała przerwanie ciąży w dwóch przypadkach: gdy doszło do niej w wyniku przestępstwa lub też gdy zagrażała ona życiu matki.

W toku prac nad ustawą ścierały się dwa przeciwstawne obozy: tych, którzy uznawali, że prawo powinno bezwarunkowo zakazywać przerywania ciąży, traktując je jak każdy inny rodzaj zabójstwa, w myśl zasady, że życie ludzkie domaga się ochrony prawnej od chwili poczęcia, oraz zwolenników dopuszczalności aborcji również z przyczyn społecznych. Ci ostatni, do których zaliczali się m.in. Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński, podkreślali, że restrykcyjna ustawa konserwuje dwulicowy porządek społeczny, w którym z jednej strony mamy prawo zakazujące przerywania ciąży, z drugiej zaś – milczące przyzwolenie dla nielegalnych praktyk. Ustawa, która wówczas – mówiąc dzisiejszym językiem – wyraźnie opowiadała się za życiem, nie zawsze była respektowana, a społeczna świadomość tego faktu była dość powszechna. Podobnie jak dziś, także i wtedy byli lekarze, którzy za odpowiednią opłatą pomagali swym klientkom w sposób dyskretny pozbyć się niechcianej ciąży. Także i wówczas opinią publiczną wstrząsały dramatyczne historie kobiet, które nie mogąc skorzystać z metod dostępnych jedynie zamożniejszej części społeczeństwa, powierzały swe zdrowie rękom wiejskich znachorek.

Wszystko to sprawiało, że postulat legalizacji aborcji głoszony wówczas przez środowiska liberalne, opierał się przede wszystkim na fakcie istnienia groźnego dla zdrowia, a nawet życia kobiet podziemia aborcyjnego. Irena Krzywicka i Tadeusz Boy-Żeleński prowadzili działalność na rzecz upowszechnienia edukacji seksualnej i kontroli urodzeń, otworzyli w Warszawie pierwszą w Polsce klinikę, w której udzielano bezpłatnych porad dotyczących świadomego macierzyństwa.

Obowiązująca obecnie ustawa różni się od tej z 1932 r. jedynie zapisem dopuszczającym przerwanie ciąży w przypadku ciężkiej i nieodwracalnej wady płodu. Oczywiście przed wojną warunek ten nie mógł być rozpatrywany jako przesłanka dla legalnego przerwania ciąży z oczywistych powodów: wtedy nie można było tak dokładnie jak dziś obrazować i diagnozować stanu zdrowia dziecka na kolejnych etapach jego rozwoju. Dziś jest to najczęstsza przyczyna dokonywania legalnych aborcji.

Coroczne sprawozdania Rady Ministrów z wykonania Ustawy z 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochrony płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży wyraźnie potwierdzają, że liczba legalnych aborcji stale rośnie. Przykładowo w 2002 r. wykonano ich w Polsce 159, w 2007 r. – 322, w 2010, z którego pochodzi ostatnie sprawozdanie – 641. Stale rośnie także odsetek aborcji dokonanych z powodu ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu. W 2002 r. z tego właśnie powodu przeprowadzono 82 aborcji, w 2007 już 282, w 2010 r. aż 614 z 641 wszystkich odnotowanych przypadków dotyczyło ciężkich i nieodwracalnych wad. Z danych otrzymanych z zakładów i poradni genetycznych z całego kraju wynika, że w 2010 r. udzielono 24 722 tys. porad genetycznych, wykonano ponad 5623 inwazyjnych badań prenatalnych, w rezultacie których stwierdzono 1645 patologii płodu. Oznacza to, że więcej niż co trzecia kobieta, która w wyniku tych badań dowiedziała się o tym, że jej dziecko jest obciążone ciężką i nieodwracalną wadą, zdecydowała się na przerwanie ciąży. Trzeba przy tym pamiętać, że nie istnieje żadne dodatkowe rozporządzenie określające listę takich nieuleczalnych chorób zagrażających życiu płodu. Prof. Romuald Dębski w rozmowie opublikowanej w „Wysokich Obcasach” 16 kwietnia 2012 powiedział, że kiedyś chciał stworzyć taką listę dla ministerstwa, ale jeden z wybitnych profesorów genetyki odradził mu to: „Wywołasz piekło”. W efekcie zdarza się, że na skierowaniu na aborcję pojawiają się rozpoznania: wada płodu – stopy szpotawe albo rozszczep wargi. Zjawisko to niewątpliwie domaga się głębszej refleksji nad kształtem naszej kultury, z której w coraz większym stopniu wypłukiwane są te wartości, które pozwalają docenić godność każdego człowieka, również tego niepełnosprawnego. W dzisiejszym świecie po prostu nie akceptuje się niedoskonałości w żadnym wymiarze. Wizja człowieka silnego, samowystarczalnego, niezależnego skutecznie nieraz przesłania prawdę o ludzkiej słabości i niedoskonałości. A przecież nie są to jedynie przypadkowe cechy naszej natury, lecz – jak sądzę – jej niezbywalne przymioty. Jeżeli zamykamy przed samymi sobą dostęp do tych doświadczeń, które odsłaniają nam naszą własną kruchość, to próżno oczekiwać, że wykażemy się wrażliwością na biedę innych.

Sądzę, że autorzy ustawy słusznie założyli, że prawo nie może wymuszać decyzji, które powinny być podejmowane w sumieniu każdego człowieka. Do takich niewątpliwie należy decyzja o urodzeniu ciężko i nieodwracalnie chorego dziecka. Nie prawo zatem należałoby zmieniać, aby przeciwdziałać tej tendencji, ale ludzi i ich sposób rozumienia życia. Rozwiązania, które opierają się jedynie na zmianie prawa, na dłuższą metę muszą okazać się powierzchowne i nietrwałe.

Statystyki potwierdzają, że ograniczanie działań mających na celu ochronę życia płodu jedynie do zakazów nie tylko nie zniechęca kobiet do realizowania decyzji aborcyjnych, ale także przyczynia się do umacniania w społeczeństwie przekonania o czysto formalnym – przez co na dłuższą metę demoralizującym dla wszystkich – charakterze prawa, chroniącego życie, skoro tak nikły procent osób tworzących aborcyjne podziemie pociąganych jest z tego tytułu do odpowiedzialności karnej. W przywoływanym już sprawozdaniu Rady Ministrów znajdujemy informacje, że w 2010 r. prokuratura zarejestrowała łącznie 246 spraw o przestępstwa wynikające z przepisów kodeksu karnego dotyczących czynów zabronionych, w których przedmiotem ochrony jest zdrowie i życie dziecka w fazie prenatalnej oraz bezpośrednio po urodzeniu oraz wolność kobiety od przymusu, w szczególności jej prawo do macierzyństwa. Największą liczbę postępowań, podobnie jak w latach ubiegłych, prowadzono z art. 152 k.k. (łącznie 203 sprawy), czyli właśnie przerywania ciąży za zgodą kobiety. Nawet jeśli założymy, że każda z osób objętych w danym roku postępowaniem karnym umożliwiła kilkuset kobietom zrealizowanie decyzji aborcyjnej, to i tak nie przybliżymy się nawet do szacunkowych danych dotyczących liczby aborcji w Polsce. Ponadto należałoby zapewne założyć, że podobnie jak w przypadku walki z podziemiem narkotykowym, w miejsce każdej zatrzymanej osoby, która np. sprzedaje farmakologiczne środki wczesnoporonne, pojawiają się inne. Wreszcie nie można zapominać o tym, że chcąc zrealizować decyzję o przerwaniu ciąży, zawsze można skorzystać z możliwości zakupu takich środków w krajach, w których są one legalnie dostępne, lub też przeprowadzić aborcję za granicą.

Oficjalne dane rządowe pozwalają nam poznać powody dokonywania aborcji. Nieoficjalne szacunki pozostawiają znacznie więcej znaków zapytania. Problem aborcyjnego podziemia nie pojawia się w ogóle w rządowych raportach, co pozwala przypuszczać, że choć o przerywaniu ciąży dyskutuje się w Polsce wiele, to nie ma chętnych, aby zmierzyć się z pytaniem o skalę tego zjawiska w sposób bezstronny i rzeczowy. Dane różnych organizacji odnośnie do wielkości aborcyjnego podziemia są radykalnie rozbieżne. Działacze pro life mówią o 7−13 tys. nielegalnych aborcji rocznie, organizacje pro choice – o 80− 200 tys. W mediach dość często pojawia się właśnie ta ostatnia liczba – szokująca, a może także i nieprawdopodobna w połączeniu z faktem, że w 2010 r. zarejestrowano w Polsce niewiele ponad 400 tys. żywych urodzeń. Oznaczałoby to, że na dwie ciąże zakończone urodzeniem dziecka przypadałaby jedna zakończona aborcją. Trzeba także brać pod uwagę, że na te statystyki wpływają tak różne zjawiska jak względnie łatwa dostępność pigułek wczesnoporonnych, aborcyjna turystyka do innych krajów, czy – co podkreślają niektórzy lekarze – zaniżanie rządowych statystyk przez szpitale, w których po przeprowadzonej aborcji w dokumentacji medycznej wpisuje się „poronienie samoistne”.

Co więcej, w dyskusji na ten temat dość często padają argumenty o celowym zniekształcaniu szacunków, tak by przyczyniały się one do uprawdopodobnienia bronionego stanowiska. Przykładowo, działacze ruchów pro life twierdzą, że organizacje pro choice celowo zawyżają dane. Podkreślają przy tym, że jednym z argumentów, który był używany w Polsce przed 1956 r. (wtedy ustawa przedwojenna została zliberalizowana poprzez dopuszczenie aborcji z przyczyn społecznych) była właśnie liczba zabiegów dokonywanych z naruszeniem obowiązujących wówczas przepisów, zdaniem zwolenników zmian sięgająca nawet 300 tys. rocznie. Tymczasem, na co z kolei wskazują oficjalne informacje pochodzące z ówczesnego Biuletynu Statystycznego, tuż po zmianie przepisów liczba legalnych aborcji wynosiła: w 1957 r. – ponad 36 tys., a w 1958 r. – ponad 44 tys., czyli niemal dziesięciokrotnie mniej od szacunkowych danych sprzed zmiany ustawy.

Pomijając już samo pytanie o prawdziwą skalę zjawiska, brakuje także w Polsce rzetelnego namysłu nad przyczynami i okolicznościami podejmowania decyzji o przerwaniu ciąży. Mimo że sprawozdania z wykonania obowiązującej ustawy są dość lakoniczne, to jednak można na ich podstawie określić szerokie spektrum warunków, które w ostatecznym rozrachunku wpływają na decyzje o urodzeniu dziecka bądź też przerwaniu ciąży. Są to tak różne czynniki jak np. jakość wychowania seksualnego młodzieży, stan świadomości prokreacyjnej osób dorosłych, pomoc psychologiczna i wsparcie materialne dla tych kobiet w ciąży, które znajdują się w trudnych warunkach życiowych, jakość i dostępność bezpłatnej opieki medycznej nad kobietą i płodem, dostępność badań prenatalnych, skuteczność mechanizmów przeciwdziałających i zwalczających przemoc w rodzinie, jasność i skuteczność procedur adopcyjnych, warunki panujące w domach dziecka i rodzinnych domach dziecka, wreszcie sytuacja na rynku pracy czy też dostępność żłobków i przedszkoli. Wydaje się, że dopiero po przeanalizowaniu tych wszystkich elementów, można zastanawiać się nad tym, jakiego rodzaju czynniki przyczyniają się do podejmowania decyzji aborcyjnych. Dane z początku lat 90., kiedy to obowiązywało rozporządzenie Ministra Zdrowia zobowiązujące kobiety, które chciałyby poddać się zabiegowi przerwania ciąży w szpitalu publicznym, do przedstawienia zaświadczenia potwierdzającego odbycie rozmowy z dwoma ginekologami, lekarzem internistą oraz psychologiem, pokazują, że w wielu przypadkach skuteczne jest już samo spotkanie z psychologiem, który pomaga kobiecie określić jej problemy, a także zaproponować możliwe sposoby ich rozwiązania. Innym razem do zmiany decyzji może się przyczynić wskazanie rozwiązań alternatywnych, np. oddania dziecka do adopcji, pozostawienia go po porodzie w szpitalu lub też np. w „oknie życia”.

Dlaczego zatem tak rzadko podejmowany jest poważny, nieideologiczny namysł nad tymi kwestiami? Jedni wychodzą z założenia, że zabicie nienarodzonego dziecka jest zawsze złem. Dlatego należy się koncentrować na walce z nim, a nie na roztrząsaniu jego przyczyn. Pomija się przy tym, że okoliczności i powody dokonania decyzji mają istotne znaczenie dla moralnej oceny czynu. Drudzy – jak sądzę – zakładają, że jest to prywatna sprawa kobiety, której powinno się zapewnić możliwie jak największą swobodę decydowania.

Pokazuje to, że nie można rozważać kwestii, jakie konkretne rozwiązania prawne i systemowe, a także działania oddolne i odgórne pozwalają najlepiej chronić ludzkie życie tak matki, jak i dziecka, jeżeli nie zejdziemy na jeszcze bardziej podstawowy, etyczny poziom myślenia. Na tym poziomie dość wyraźnie widać, że dyskusja o aborcji rozgałęzia się w dwóch kierunkach. Po pierwsze, refleksji nad rolą i zasadami stanowienia prawa, po drugie, nad problemem wolności. Sądzę, że nie da się na te pytania odpowiedzieć osobno. Rozstrzygnięcie problemu wolności, rzuca światło na rozumienie natury prawa. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do rozważań włączymy pytanie, jaki wpływ na postrzeganie tych kwestii ma wiara? Czy z perspektywy wiary słuszne jest założenie o bezwzględnym prymacie prawa jako źródła etyki? Czy też może należałoby przyjąć perspektywę podmiotową, która skupia się na pojęciu osoby oraz spotkania z innym (zwłaszcza z Innym pisanym wielką literą, którego można utożsamić z osobowym Bogiem)? Ta druga perspektywa nie kłóci się zresztą z uznaniem istnienia prawa moralnego rozumianego jako sfera norm i powinności. Przyjmuje jednak, że prawo i sprawiedliwość są włączone w znacznie ważniejszy porządek miłości i wolności, z którego wynikają.

Fakt, iż życie dziecka w pierwszych miesiącach od poczęcia, niezależnie od podjętych przez innych ludzi działań, jest całkowicie zależne od woli i decyzji matki, stawia nas od razu w samym centrum pytań o rozumienie wolności. Czym bowiem w tym kontekście miałaby być wolność wyboru kobiety? I czym jest nie-wolność wyboru? Jaka jest różnica pomiędzy tym, że ma ona wybór, a tym, że ma wolny wybór? Określenie „wolność wyboru” jest w gruncie rzeczy tautologiczne; wybieranie jest zawsze wyrazem wolności. Znacznie ważniejsze jest natomiast pytanie, czy w swym życiu w ogóle wybiera ona wolność. Czym innym jest bowiem wolny wybór, czym innym zaś wybór wolności.

Jakie konsekwencje rodzi wybór wolności? Czy jest on skorelowany z egoizmem, stawiającym w centrum „ja”, z jego siłą, której czystym przejawem – jak pisał Nietzsche – jest wola dążąca do realizacji swych postanowień, czy też – na co wskazują wszystkie źródłowe ujęcia tego problemu, od Sokratesa i Biblii począwszy, na Lévinasie kończąc – wolność jest bezpośrednio skorelowana z odpowiedzialnością za drugiego. Co więcej, od tego, która z opcji jest prawdziwa, zależy też sposób rozumienia prawa. Prof. Barbara Skarga we wstępie do Całości i nieskończoności, najważniejszej moim zdaniem książki o etyce w XX w., pisze: „Pytaniem jest, czy społeczność rodzi się i utrzymuje dzięki ograniczeniu dążności, które określa zasada: człowiek człowiekowi jest wilkiem, czy przeciwnie, z pragnienia życia dla innych i dla Innego, którego wypada tu napisać z dużej litery. Czy to, co społeczne, a więc także wszystkie instytucje, powstaje na skutek nałożenia kagańca na wolności indywidualne i skłonności do walki i przemocy, czy z przeżycia nieskończoności, które się budzi w relacji etycznej. W pierwszym wypadku mielibyśmy do czynienia z polityką regulacji prawnej, zorientowaną na całość, w drugim ze spontanicznością ludzkich działań, stających się podstawą społecznej organizacji” (E. Lévinas, Całość i nieskończoność. Esej o zewnętrzności, tłum. M. Kowalska, Warszawa 1998, s. XV). Odsuwając nawet na bok filozoficzne rozważania dotyczące tego, która z tych dwóch ontologicznych wizji człowieka i źródeł etyki jest prawdziwa – czy ta zarysowana przez Hobbesa lub Nietzschego, czy też ta nakreślona przez Lévinasa – stajemy w obliczu pytania, które domaga się rozstrzygnięcia: jak rozporządzać własnym życiem? Jaki świat chcielibyśmy budować? W jakim społeczeństwie chcielibyśmy żyć?

Nie można zapominać, że zarówno jedna, jak i druga wizja wolności wyrasta z perspektywy podmiotowej. W takim ujęciu źródeł etyki należy poszukiwać w osobie. Najwyraźniej widać to w myśli Lévinasa: podstawowym doświadczeniem etycznym jest spotkanie z drugim człowiekiem. Zasada odpowiedzialności nie jest po prostu zalecaną normą, lecz wpierw jest zasadą ontologiczno-egzystencjalną, opisującą charakterystyczny dla człowieka sposób bycia. Odpowiedzialność ta charakteryzuje nas niezależnie od tego, czy tę odpowiedzialność sobie uświadamiamy, czy nie, czy się do niej poczuwamy i ją podejmujemy, czy też zgoła nie. Rób, co chcesz, ale … Owo „ale” to właśnie odpowiedzialność. „Bądź odpowiedzialny i rób co chcesz”, „Odpowiadaj za bliźniego swego jak za siebie samego” – kiedy bowiem odpowiadasz, jesteś wolny – mówił prof. Jacek Filek w kwietniowym numerze miesięcznika „Znak”.

Opowiedzieć się za życiem i miłością – ta zasada bywa przywoływana w kontekście dyskusji o problemie aborcji przez niektórych katolików, którzy przyjmują za pewnik, że istotnym jej przejawem jest wyrażenie poparcia dla prawa w sposób bezwzględny chroniącego życie od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. W tym też kontekście możemy odczytywać zeszłoroczną akcję zbierania podpisów pod projektem ustawy całkowicie zakazującej przerywania ciąży. 500 tys. podpisów wobec 30 tys. zebranych przez organizacje dążące do liberalizacji obecnych rozwiązań prawnych zdaje się wskazywać, że w Polsce cywilizacja życia zwycięża cywilizację śmierci. Cytuję tu oczywiście często przywoływane w tym kontekście słowa Jana Pawła II: „Dzisiaj świat stał się areną bitwy o życie. Trwa walka między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci”. Słowa te są nieraz rozumiane dosłownie: skoro nasz kraj stał się areną walki o życie, to ta sytuacja wymusza użycie wszystkich dopuszczalnych przez demokrację środków: manifestacji, pikiet, ulicznych wystaw pokazujących pokawałkowane, skrwawione ciała nienarodzonych nigdy dzieci czy zbierania podpisów pod projektami odpowiednich ustaw. Warto jednak zastanowić się nad znaczeniem takich działań podejmowanych w duchu wojennej logiki. Jaki może być ich ostateczny cel? Zmuszenie przeciwnika do kapitulacji poprzez skrępowanie go twardym prawem? Czy takie zwycięstwo przybliża nas choćby o krok do urzeczywistnienia cywilizacji życia? łoby się, że obwarowane prawem zakazy skuteczniej zmuszą kogoś do unikania zła niż odwoływanie się do jego sumienia. „Z pozoru wygląda to logicznie, jednak szkody, które niesie twierdząca odpowiedź na to pytanie, znacznie przewyższają korzyści” – pisał Czesław Miłosz w „Gazecie Wyborczej” w 1991 r.

Choć same metafory wojny oraz cywilizacji miłości i śmierci są moim zdaniem niezbyt trafione, to jednak trzeba pamiętać, że Jan Paweł II wielokrotnie podkreślał, że budowanie kultury życia dokonuje się przede wszystkim poprzez „tworzenie dzieł i wzorców kulturowych, które będą podkreślały wielkość i godność ludzkiego życia; zakładanie instytucji naukowych i oświatowych, które będą promowały prawdziwą wizję osoby ludzkiej, życia małżeńskiego i rodzinnego; tworzenie środowisk wcielających w praktykę codziennego życia miłość miłosierną, którą Bóg obdarza każdego człowieka, zwłaszcza człowieka cierpiącego, słabego, ubogiego, nie narodzonego” (Jan Paweł II, Kalisz, 4 czerwca 1997 r., homilia w czasie Mszy św. odprawionej przed Sanktuarium św. Józefa). Również papież Paweł VI pisał, że chrześcijańskie świadectwo – a zwłaszcza w kwestiach tak zasadniczych jak stosunek do ludzkiego życia – musi być skierowane do osoby, pozostawiając jej zmienianie struktur. Nie znaczy to bynajmniej, że prawo i inne odgórne rozwiązania systemowe nie mają znaczenia. Chodzi raczej o to, że nie można rozwiązywać problemów jedynie na poziomie struktur. Jeżeli nie odwołamy się do najgłębszego poziomu, osoby, to nasze rozwiązania będą powierzchowne. Jak zatem miałby wyglądać świat zbudowany w oparciu o kulturę życia? Znów za Pawłem VI można powiedzieć, że jest to świat, w którym może rozwijać się każdy człowiek i cały człowiek. Wydawać by się mogło, że wiara w to jest utopią. Spróbujmy jednak potraktować tę zasadę jako ideę regulatywną, która może nam pomóc w działaniu, choć będziemy mieć przy tym świadomość, że zapewne nigdy nie uda się jej wcielić w życie w całości.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter