70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Papierowy patriarcha

Główny bohater nowej książki Szostaka jawi się jako figura bezpowrotnie utraconej nowoczesności lub, jak kto woli, definitywnie zagubionej wielkiej opowieści. Uosabia tęsknotę za klasycznie rozumianą narracją.

Czytelnika przyzwyczajonego do tradycyjnej narracji historycznej nowa powieść Wita Szostaka wprawi zapewne w niemałą konsternację. Choć od strony kompozycyjnej trudno mówić tutaj o wielkim skomplikowaniu (zdecydowanie lepiej wypada język opowieści), to Dumanowski jest przykładem dość ekscentrycznej konstrukcji literackiej. Z jednej strony pęcznieje od różnorakich kontekstów genologicznych i zabawia się ontologicznym statusem tekstu (sugerując kompletny brak roszczeń wobec tradycyjnych, „poważnych” obowiązków literatury), z drugiej zaś – zahacza o kwestie historiograficzne rzadko ostatnio nurtujące rodzimych pisarzy. Zanim więc zatrzaśniemy nową prozę Szostaka w puzderku opatrzonym sygnaturą: „prozatorskie robótki rozrywkowe”, spróbujmy poświęcić chwilę tej mocno „zmąconej” gatunkowo powieści.

Osią fabularną książki Szostaka są perypetie tytułowego Józafata Dumanowskiego. To postać niezwykła, która bardziej niż cechy konkretnych bohaterów literackich, przywołuje na myśl całe konwencje gatunkowe. Dumanowski jest swoistym nośnikiem modeli opowiadania, jego właściwości – by odwołać się do określenia Musilowskiego – są w pierwszej kolejności papierowe, a więc wywodzące się wprost z literatury. I tak, Szostak wyposaża swoją nową prozę (a tym samym infekuje nimi najważniejszą postać narracji) w cechy powieści pikarejskiej, sternowskiej i historycznej. Dorzuca elementy hagiograficzne i parenetyczne, podlewa to wszystko delikatnym sosem stylistyki archaizującej i podaje jako mocno egzotyczną potrawę, w której najmocniej wyczuwalnym składnikiem jest właśnie smak papieru. Nic dziwnego, że w tak przygotowanym daniu główny bohater jest równocześnie świętym, sowizdrzałem-włóczęgą, hulaką, pustelnikiem, redaktorem, kochankiem, patriarchą, politykiem, zawiadowcą stacji, naczelnikiem Republiki Krakowskiej, mężem stanu, doradcą księcia Adama Czartoryskiego i przyjacielem narodowych wieszczów.

Mało jest w najnowszej literaturze bohaterów, których genotyp byłby bardziej wszechstronny. Wszystko to pachnie z daleka zabawą literackimi kliszami, której horyzont nie sięga wiele dalej niż przyzwoita rozrywka. I pewnie na tym można by poprzestać, gdyby nie rama, jaką opatrzył swoją powieść Wit Szostak. Zasadnicza niepewność, którą rozplenia wokół siebie narrator Dumanowskiego, każe nam bowiem pomyśleć o sprawach poważniejszych niż rozliczne przypadki głównego bohatera; na chwilę uwagi zasługuje także sama jego konstrukcja. W tych dwóch gestach artystycznych szukać wypada czegoś, co w nowej prozie Szostaka wyłamuje się poza narzucającą się wykładnię całkiem zgrabnie napisanej powieści „historiołotrzykowskiej”.

Historyczna fantazja

Józafat Dumanowski to postać, rzekłbym, totalna. Jego narodzinom – podobnie, jak w przypadku świętych, o których czytamy w tekstach hagiograficznych – towarzyszyły wydarzenia wyjątkowe. Wedle różnych wersji urodził się on już to w przeddzień III rozbioru Polski (tak utrzymywał sam Ojciec Republiki), już to o poranku 3 maja 1791 r., wreszcie miałby ów wielki mąż przyjść na świat w dniu wiktorii racławickiej. Tajemnicze mgły spowijają także dzieciństwo Dumanowskiego, a i później, śledząc jego kolejne perypetie, mało czego możemy być pewni. Mitem założycielskim dla późniejszego naczelnika jest powstanie w zakładzie psychiatrycznym. Dalej kariera Dumanowskiego rozwija się brawurowo – studiuje filozofię na Uniwersytecie Wileńskim i maszeruje z wojskami Napoleona na Moskwę. Później przybywa do Krakowa (z którym, wyjąwszy czas wygnania, pozostanie związany do końca studwudziestotrzyletniego żywota), zostaje redaktorem „Merkuriusza Krakowskiego”, spotyka Mickiewicza i Słowackiego. Ci jednak nie odsuwają w cień wielkiego męża – pierwszy niczego właściwie nie pisze i na starość zostaje księdzem, drugi otrzymuje posadę ministra skarbu i z właściwym wieszczowi profetyzmem zarządza finansami republiki. Wszyscy razem natomiast (wraz z kilkoma innymi młodzieńcami) prowadzą dość, delikatnie mówiąc, intensywny tryb życia. Ciągle odwiedzają „świtezianki” (jak Mickiewicz nazwał kobiety lekkich obyczajów), bawią się, dyskutują – iście artystowski duch spowija te przygody.

Kolejne lata to wielkie nieszczęśliwe romanse Dumanowskiego, współpraca z księciem Czartoryskim, zabójstwo cara rosyjskiego („na białym mundurze Aleksandra wykwitła szkarłatna plama”) i wreszcie objęcie funkcji prezydenta republiki. Tak w każdym razie głosi ludowa tradycja, oficjalne biografie i rozliczne – serwowane przez samego naczelnika – opowieści autobiograficzne. Jako władca Republiki Krakowskiej, doczekał się Dumanowski (wedle Oskara Kolberga, rzecz jasna) całej litanii tytułów, wśród których był i mężny poskromiciel, i wielki konspirator, i przynoszący nadzieję, i ryś kąsający Rosjan, i rasowy ogier. Krótko mówiąc – wzór, mąż opatrznościowy i patriarcha narodu polskiego.

Po co to wszystko opowiadam? Ano nie tylko po to, by pokazać, w jak barwne pióra przyodział Wit Szostak bohatera swojej powieści. Przywołuję wielowątkowy życiorys Dumanowskiego przede wszystkim po to, by zapytać, dlaczego jego losy są obarczone tak wielką dawką probabilistyki, źródłowej niejednoznaczności i historiograficznej wariantywności.

Przetrącona nowoczesność

Odpowiedź pierwsza, najbardziej oczywista, każe nam widzieć w nowej prozie krakowskiego filozofa literackie wcielenie idei, której w XX w. najbardziej znanym przedstawicielem był Hayden White. Fakty nic nie znaczą, są martwe, a znaczenie nadają im dopiero interpretacje i to z nich właśnie utkany jest dyskurs historyczny. Mówiąc wprost, nie ma historii innej niż ta, której podstawowym budulcem są właśnie interpretacje. A zatem o przeszłości nie możemy rzec nic pewnego, historia jest niczym innym, jak historiografią, bezpośrednio sąsiadującą z dziełem literackim. W istocie, teza, iż „przeszłość jest miejscem fantazji” (być może najsłynniejszy bon mot autora Poetyki pisarstwa historycznego) dość trafnie oddaje ducha, który unosi się nad Dumanowskim. Szostak funduje swoją opowieść o wielkim prezydencie Republiki Krakowskiej w oparciu właśnie o tę zasadę, zasadę, która w pisaniu historii widzi działalność pokrewną twórczości literackiej sensu stricto – nie bez powodu opowieść o losach Dumanowskiego narrator kończy wyjaśnieniem, że „wszystkie opisane tu wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości, choć nie wszystkie zostały dobrze zapamiętane i prawdziwie opisane, co w gruncie rzeczy nie ma najmniejszego znaczenia”.

Drugi jednak, bliższy mi zdecydowanie trop interpretacyjny prowadzi już bezpośrednio w stronę postaci Józafata Dumanowskiego. Paradoksalnie bowiem, główny bohater nowej książki Szostaka jawi mi się jako figura bezpowrotnie utraconej nowoczesności lub, jak kto woli, definitywnie zagubionej wielkiej opowieści. Dlaczego paradoksalnie? Ponieważ literacko naczelnik – spreparowany jako wypadkowa niezliczonej ilości postaci, wzorców (przede wszystkich romantycznych, jak kochanek, zesłaniec, czy naczelnik) i opowieści – sugeruje nie tylko klęskę tradycyjnie rozumianej referencjalności, ale też tęsknotę za klasycznie rozumianą narracją. Mnogość historii, które składają się na postać Dumanowskiego, przypomina mantryczne nieco zagadywanie rzeczywistości, w której dałoby się jeszcze ustanowić postać wolną od ponowoczesnej dominacji intertekstualnej, czy wręcz interkulturowej. W tym sensie wielki przywódca Republiki Krakowskiej przypomina mi (to porównanie znaczące) serialowego dr. Gregory’ego House’a. Tym, czym dla genialnego lekarza była kontuzja nogi – a więc znakiem przetrąconej nowoczesności – tym dla Dumanowskiego jest niespełniona nigdy miłość. Obydwaj panowie mają zresztą wiele cech wspólnych, wśród których skłonność do pewnego rodzaju szaleństwa przychodzi mi na myśl jako pierwsza. Co jednak najważniejsze, obydwaj symbolizują porażkę: House – klasycznej narracji modernistycznej, Dumanowski – tradycyjnej historiografii.

Na koniec warto powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy. Wit Szostak posłużył się w Dumanowskim metodą opowiadania, którą nazwać by można narracją emocjonalnie obojętną. Narrator niczemu się tu nie dziwi, przywołuje kolejne – najbardziej nawet niewiarygodne – zdarzenia, pozostając na poziomie wypranej z wszelkiego zdziwienia relacji. Tym samym pisarz dopełnił tego, co rozpoczął, projektując – tak, a nie inaczej – główną postać swojej powieści. Bo skoro wszystko już było, to jak się czemukolwiek dziwić? Jeśli jednak również dzisiaj wierzymy w zasadniczą rolę historii, to w pierwszej kolejności dlatego, że nieustannie się ona z tego typu optyki wyłamuje.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter