70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Paradoksy realnej demokracji

Współczesna normatywna teoria polityczna nie ma wiele dobrego do powiedzenia o „realnej” demokracji – takiej, jaka ukształtowała się w świecie zachodnim – choć nie ma już także złudzeń, że w ogóle istnieje ona poza nim. W istocie to, co charakteryzuje znakomitą większość licznych modeli demokracji – państw budowanych przez filozofów „w słowie” – to nic innego jak próby jej zdemokratyzowania.

„Prawdziwa” demokracja ma być zatem zgromadzeniowa, stowarzyszeniowa, komunikacyjna, kosmopolityczna, deliberatywna, bezpośrednia, dyskursywna, ekologiczna, przemysłowa, uczestnicząca, pluralistyczna, radykalna, referendalna, refleksyjna, społeczna wreszcie wirtualna (e-demokracja). (…)

Ta długa lista nie świadczy bynajmniej o bogactwie alternatyw wobec ustroju określanego najdelikatniej jako demokracja elitarna czy partyjna, lecz jedynie o stopniu niezadowolenia z jej stanu. Fundamentalną wadą, grzechem pierworodnym tego ustroju, ma być to, że został on zdominowany przez ideologię co najmniej ambiwalentną wobec politycznego zaangażowania obywateli bądź też to, że „władzę ludu” zinstytucjonalizowano w nim w sposób zupełnie wypaczający jej istotę, za co zresztą obarcza się odpowiedzialnością tę samą ideologię. Pierwszy nurt tej krytyki datuje się od czasu, kiedy demokracja była jeszcze ideą wiodącą lud na barykady, drugi ma swe źródło w rozczarowaniu, jakie przynoszą jej rządy.

Różniąc się co do diagnozy obecnej sytuacji, krytycy obu nurtów zgodnie odsyłają swoich czytelników do antycznej Grecji, do Aten złotego wieku, aby tam mogli odnaleźć właściwą „obietnicę polityki”, którą przypomniała Hannah Arendt i inni XX-wieczni filozofowie, poszukujący w starożytności rozwiązania problemów współczesności. To nowożytne idee liberalizmu i instytucje reprezentacji miały pozbawić obywateli doświadczenia wspólnego działania na forum publicznym, czyniąc ich ledwie klientami administracji państwowej, zazdrośnie pilnującymi swoich indywidualnych uprawnień. Demokracja XXI wieku, z wszystkimi patologiami, z którymi zmaga się od ponad 100 lat (…), skonfrontowana zostaje z ideałem polis wywiedzionym z mowy pogrzebowej Peryklesa.

Krytyka, o której mowa, jest dziś o wiele bardziej widoczna niż apologia demokracji w jej obecnym kształcie instytucjonalnym. Od kilkunastu lat lokuje się ona w głównym nurcie współczesnej teorii politycznej i z tego też względu, poddając się regułom dyskursu, zdążyła się już w nim zakorzenić – by nie powiedzieć: pogrążyć – i utracić świeżość spojrzenia wspomnianych filozofów. (…)

W porównaniu z krytyką liberalizmu, uważanego za ideowe oblicze zachodniej demokracji, krytyka jej instytucjonalnej formy cechuje się jeszcze godną uwagi rzeczowością i wstrzemięźliwością. Nawet jeśli niektórzy jej przedstawiciele puszczają wodze fantazji i przedstawiają rozwiązania w pełni alternatywne wobec istniejącego porządku, to pozostali są zazwyczaj na tyle pragmatyczni, by dopominać się jedynie o jego korektę. Jedni z nich chcieliby uzupełnić istniejące instytucje reprezentacji jakimiś formami zinstytucjonalizowanej deliberacji, drudzy natomiast podnieść reprezentatywność tych instytucji, przyznając prawo do zbiorowego przedstawicielstwa określonym kategoriom i grupom społecznym (zwykle kobietom i mniejszościom etnicznym). Proponowane przez nich rozwiązania zasługują z pewnością na większą uwagę niż antyliberalne tyrady filozofów, rozprawiających wyłącznie o zasadach i wartościach, i rzeczywiście od kilkunastu już lat są przedmiotem akademickiej i stricte politycznej debaty.

 

Paradoksy idei reprezentacji

Koncentrując się na problemie deficytu demokracji w instytucjach władzy, zwolennicy ich demokratyzacji zdają się jednak nie rozumieć złożonego charakteru samej idei reprezentacji i nie zauważać wielości funkcji, jaką w swej zinstytucjonalizowanej formie pełni ona w całym systemie politycznym. Roli tej nie można bowiem sprowadzić do sprawowania władzy przez nominalnego suwerena za pośrednictwem niewielkiej grupy osób podejmujących decyzje. W rzeczywistości (…) reprezentacja nadaje też tej władzy prawomocny charakter, przyznaje reprezentantom istotne uprawnienia wobec reprezentowanych, a jednocześnie zapobiega ich nadużywaniu ze szkodą dla rządzonych, służyć ma także ustaleniu wspólnego interesu całej wspólnoty, a jednocześnie oddawać zróżnicowanie interesów grupowych.

Żadnej z tych funkcji instytucja reprezentacji nie mogłaby pełnić, gdyby w całości przyporządkowana została idei wyrażania woli ludu przez ciało przedstawicielskie. Funkcje te wikłają ją jednak w nieuchronne paradoksy, kompromitujące w oczach „mocnych” demokratów. Ci w istocie nie są dalecy od prawdy: idea reprezentacji jest tyleż demokratyczna, co antydemokratyczna, i – z wyjątkiem klasycznej tyranii – służyć może właściwie każdej formie władzy. Jej instytucjonalizacja w demokratycznym systemie politycznym paradoksy te jednak ukryła, na plan pierwszy wysunęła natomiast problemy samej instytucji, takie jak ordynacja wyborcza czy wielkość okręgów wyborczych, które zajmują dziś politologów, ale pozostają raczej poza horyzontem zainteresowania filozofów.

Dlatego właśnie, aby pojąć właściwą obietnicę polityki we współczesnej demokracji, nie należy jej bynajmniej wywodzić z greckiego ideału władzy ludu, lecz poddać analizie idee, na których opiera się rząd przedstawicielski. Bardziej znaczące dla tej formy władzy niż jej powołanie w drodze powszechnych wyborów jest bowiem to, że sprawuje ją kategoria profesjonalnych polityków – ludzi żyjących dla polityki i z polityki, jak pisał o nich Max Weber już na początku ubiegłego wieku. I jeśli nawet w długiej perspektywie każda demokracja jest rzeczywiście, zgodnie z formułą Abrahama Lincolna, „władzą ludu, przez lud i dla ludu”, to w duchu Hobbesa można powiedzieć, że ludzie musieliby żyć naprawdę długo, aby tego doświadczyć. (…)

W istocie, jeśli krytycy demokracji przedstawicielskiej mają rację i kryzys tej formy państwa jest rzeczywiście kryzysem reprezentacji, to właśnie ta idea i instytucja powinna być przedmiotem szczególnego namysłu, a nie pospiesznego odrzucenia. Wymaga to jednak wyjścia poza schematy wyjaśnień właściwe dla normatywnych teorii demokracji i adekwatne w ramach jej symbolicznego uniwersum, ale zupełnie nieprzydatne do badania rzeczywistych relacji władzy. Normatywne, ale też realistyczne spojrzenie na relacje między rządzącymi i rządzonymi oznacza więc konieczność dokonania zdecydowanej zmiany perspektywy i zobaczenia we współczesnym państwie bynajmniej nie demokracji, ale ustroju reprezentacyjnego. Oceniając jego instytucje, należy więc pytać o to, czy dają one obywatelom możliwości wpływu na władzę, zamiast ubolewać nad tym, że pozbawiają ich władzy, którą obiecuje im idea suwerenności. (…)

Nie oznacza to oczywiście zakwestionowania demokratycznego charakteru współczesnego państwa, lecz jedynie przesunięcie jego aspektu normatywnego. Zachodnia demokracja ma dziś niemal bez wyjątku charakter liberalny i reprezentacyjny. Poszczególne kraje nie różnią się od siebie zakresem praw politycznych, skoro ich pełnię posiada ogół obywateli, nie różni też ich praktycznie zakres ochrony praw obywatelskich i jednostkowych swobód, różni natomiast znacząco dominująca kultura polityczna, a jednym z jej wymiarów jest właśnie odpowiedzialność rządzących przed rządzonymi. Choć bowiem w sensie formalnym każda władza demokratyczna jest reprezentacyjna na mocy konstytucyjnych zapisów, to żadna konstytucja nie może zapewnić obywatelom poczucia, że wybrani przez nich politycy rządzą z ich mandatu i nie przypominają sobie o tym wyłącznie przed wyborami. Nie znaczy to też jednak, że rządzić mają zgodnie, i tylko zgodnie z ich wolą; w ustroju przedstawicielskim możliwe to jest wyłącznie w sensie symbolicznym.

Być może najbardziej radykalni krytycy reprezentacji mają w tej sprawie rację i współczesne państwo musi się istotnie zmienić, jeśli ma pozostać demokratyczne, ale jeśli normatywna teoria polityczna ma mieć w tym jakiś udział, sama musi przejść rewolucję w słowie na miarę Hobbesa. Taka rewolucja wydaje się nawet nieunikniona, wziąwszy pod uwagę, jak bardzo państwo zmieniło się od czasu, kiedy dobiegł końca proces jego demokratyzacji w instytucjach przedstawicielskich. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, które ideały bardziej mu dziś odpowiadają: czy władzy demokratycznej z ograniczoną reprezentacją, czy władzy reprezentacyjnej z ograniczoną demokracją, ale wykracza ono już daleko poza ramy niniejszych rozważań.

 

Mit władzy ludu

Paradoksalnie, współcześni filozofowie polityki kwestionujący demokratyczny charakter ustroju przedstawicielskiego idą poniekąd tropem wskazanym przez pierwszego krytyka tego sposobu myślenia o polityce, jaki oni sami prezentują. Tak zwana realistyczna czy też empiryczna teoria demokracji Josepha Schumpetera (on sam nazwał ją po prostu „inną” teorią), wyłożona przez niego krótko przed II wojną światową, a więc w czasie kiedy demokracja parlamentarna nie była jeszcze nawet w świecie zachodnim niekwestionowanym ideałem ustrojowym, demaskuje w swoim punkcie wyjścia mit władzy sprawowanej przez lud. Nie ma na świecie żadnego takiego państwa – twierdzi Schumpeter; władza ludu nie oznacza niczego więcej niż przyzwolenia na rządy partyjnych elit.

Oczywiście, dzisiaj to stwierdzenie można uważać za ujawnienie prawdy o świętym Mikołaju, zresztą także w czasach Schumpetera, dzięki popularnym książkom Gustava Le Bona, a także mniej lub bardziej akademickim publikacjom Vilfredo Pareto, Gaetano Moski i Roberta Michelsa, nie było ono szczególnie odkrywcze. Prawda ta nie jest zresztą aż tak okrutna, zważywszy, że mniej szczęśliwymi narodami rządzą dyktatorzy z przyzwolenia wojska, a czwartą częścią ludności świata włada obecnie partyjna oligarchia. Dlatego też można zrozumieć, dlaczego normatywna teoria polityki większą wagę przykłada mimo wszystko do faktu, że to obywatele „ostatecznie” wybierają polityków, nawet jeśli „ostatecznie” to politycy rządzą swoimi wyborcami.

Normatywna, a przy tym realistyczna teoria władzy reprezentacyjnej w każdym razie powinna zacząć jednak od obrazoburstwa – zlekceważyć konstytucyjny zapis mówiący, że władza w państwie należy do Narodu, który sprawuje ją bezpośrednio lub za pośrednictwem swoich przedstawicieli. Współczesną demokracją rządzą politycy, którzy lepiej lub gorzej reprezentują rządzonych, ci natomiast różnymi sposobami wpływają na władzę, tak że nie może być ona w żaden sposób arbitralna. Dla politologów takie stwierdzenie jest banałem, ale też wcale nie jest – jak mogliby sądzić – jedynie prostym stwierdzeniem faktów; jest ukrytym sądem normatywnym, o ile tylko skłonni są przyznać, że władza, która rządzi zgodnie z opinią publiczną, lepsza jest od tej, która nie bierze jej pod uwagę. Jeśli i to stwierdzenie ociera się dziś o banał, to tylko dlatego, że kwestionować będą je wyłącznie ci, którzy w ogóle odrzucają reprezentacyjny charakter władzy bądź też upierają się, iż ponad głowami rządzących reprezentuje ona na ziemi jakąś wyższą wartość: Boga, Porządek czy historyczny Postęp.

Choć w tym obrazoburstwie, o czym będzie mowa poniżej, normatywna teoria reprezentacji nie może podążać ślepo za teorią Schumpetera, w żadnym razie nie może jej ignorować, ponieważ faktycznie przedstawia ona wizję demokracji bez reprezentacji (…). Autor „innej teorii demokracji” odrzucił bowiem w całości teorię „klasyczną”, skażoną w jego opinii takimi metafizycznymi pojęciami, jak rzeczony „lud”, „wola powszechna”, a przede wszystkim „dobro wspólne”, nawet jeśli rozumiał powody, dla których utrzymuje się ona w życiu publicznym, „w ludzkich sercach i w oficjalnym języku rządów”. Jego wyjaśnienie tego stanu rzeczy nawet dziś wydaje się przekonujące, mimo iż jego teoria nie wyszła właściwie poza mury akademii, a krytykowana przez niego doktryna „tak całkowicie sprzeczna z rzeczywistością” nadal jest obecna tam, gdzie była w jego czasach. Realistyczna teoria władzy przedstawicielskiej musi to brać pod uwagę; nie wystarczy, że idąc za Schumpeterem, zdemaskuje ją jeszcze raz jako mit użyteczny tyleż dla rządzących, co rządzonych. (…)

Krytyka Schumpetera koncentruje się na idei dobra wspólnego, kwestionując instytucję reprezentacji jako procedurę „odkrycia” tegoż dobra. Schumpeter zdaje się jednak nie rozumieć, że dla Rousseau demokratyczna wola powszechna nie jest związana z żadną substancją dobra wspólnego, lecz jedynie ze sposobem jego ustalenia, czego on sam dowodzi, rzekomo wbrew autorowi Umowy społecznej i filozoficznym utylitarystom.

Błędnie interpretując ideę Rousseau, Schumpeter łączy bowiem w jedną procedurę wykluczające się wolę powszechną i utylitarną agregację; skądinąd dokładnie ten sam błąd, być może pod jego wpływem, popełniają współcześni teoretycy agregacji. Niesłusznie przypisując woli powszechnej znamiona racjonalności, autor „innej teorii” przekonuje z wigorem, że dokonując aktu wyboru, ludzie nie kierują się bynajmniej rozumem, o czym przecież sam Rousseau wymownie milczał, kładąc nacisk tylko na to, aby był to ich własny wybór. W długim wywodzie, odwołującym się do psychologii tłumów Le Bona i socjologii Pareto, Schumpeter kwestionuje też przesłankę mówiącą, że jednostki są świadome swoich interesów i mogą je rozpoznać mimo presji ideologicznej propagandy. W istocie kwestionuje wszystkie przesłanki nieistniejącej teorii demokracji (…).

Ciało przedstawicielskie – brzmi zasadniczy argument Schumpetera – bez względu na to, czym jest formalnie i nieformalnie, ani dobra wspólnego nie agreguje, ani nie potrafi nad nim deliberować. Le Bon miał rację: parlament jest zgromadzeniem tłumu, zwłaszcza w krajach łacińskich, i tak jak każdy tłum jest manipulowany przez swoich przywódców. Nie są to bynajmniej reprezentanci czyichkolwiek interesów, ludzie bowiem nie potrafią sobie nawet takich wybrać. Jak mogliby być do tego zdolni, skoro nie mają pojęcia o sprawach, o których ci będą później decydować? Nie rozumiejąc rzeczywistości politycznej, mają też obniżone poczucie odpowiedzialności; wybierają nieodpowiedzialnie, i będą tak wybierać, skoro nie odpowiadają bezpośrednio za swój wybór. Być może Jefferson i Lincoln mieli rację, że na przestrzeni wieków wielu ludzi jest zawsze mądrzejszych od niewielu i nie można ich przez cały czas ogłupiać, ale Schumpeter, myśląc o historii raczej jak Machiavelli, w krótkiej perspektywie, widzi w tym niewielką pociechę: ogłupiony lud może zrobić wystarczająco wiele złego, aby zrujnować państwo. Instytucja reprezentacji, wbrew nadziejom utylitarystów, nie zmienia zatem natury demokracji i wcale nie zapobiega jej słabościom.

O samej reprezentacji w państwie demokratycznym, dowodzi dalej autor, można mówić przy tym wyłącznie w sensie ideologicznym; pod tym względem parlament niczym się nie różni od średniowiecznego zgromadzenia stanów. Idea przedstawicielstwa służy demokracji jedynie do tego, by ocalić mit suwerenności ludu stworzony przez demokrację bezpośrednią, podczas gdy instytucja reprezentacji podporządkowana jest w pełni jednemu celowi – wyborowi władzy, o czym Schumpeter pisze wręcz z lekceważeniem:

„Komitet ten czy organ delegatów, jak się przekonaliśmy, nie będzie reprezentował ludu w sensie prawnym, będzie on jednak reprezentował go w technicznym sensie – będzie wyrażał, odzwierciedlał czy reprezentował wolę wyborców. (…) Wśród tych mniejszych komitetów będzie też komitet ogólnego przeznaczenia, zajmujący się przede wszystkim bieżącą administracją, nazywany gabinetem albo rządem, na czele z sekretarzem generalnym lub kozłem ofiarnym, nazywanym premierem”.

Krytyka Schumpetera nie wychodzi zatem poza znane toposy Platońskie, rozciągając je tylko na demokrację reprezentacyjną; przeciw samej instytucji reprezentacji skierowana jest ona tylko dlatego, że ta została przyporządkowana zasadom demokracji. Schumpeter skądinąd nie kwestionuje samej zasady deliberacji, a jedynie takiej deliberacji, do której ciało deliberujące wybierają wszyscy obywatele; nie idzie tak daleko jak Le Bon, by każdemu zgromadzeniu, nawet sądowi, przypisać logikę tłumu. Podobnie w przypadku agregacji dobra wspólnego; dopiero demokratyzacja, czyli rozszerzenie wspólnoty, powoduje, że w ciele przedstawicielskim nie można go wyprowadzić z interesów jednostkowych. Inaczej niż współcześni krytycy demokracji reprezentacyjnej Schumpeter podważa więc bardziej jej demokratyczny niż reprezentacyjny charakter, ale też tak jak oni sprowadza instytucję reprezentacji do tej jednej funkcji, której nie jest ona zdolna wypełniać: wyrażania woli ludu, to znaczy jej przeniesienia na ciało przedstawicielskie. (…)

 

Sens demokracji

Sednem jego koncepcji jest rywalizacja elit partyjnych. W państwie demokratycznym wybór jednej z nich ma miejsce w drodze powszechnego głosowania. Źródło władzy jest jednak dla Schumpetera rzeczą drugorzędną wobec procedury jej powoływania. Demokracja jest dla niego właśnie pewną metodą polityczną, to znaczy sposobem dochodzenia do decyzji politycznych w zakresie legislacji i administracji. Ujmując to w kategoriach Rousseau, Schumpeter widzi w niej arystokrację elekcyjną, tyle że stworzoną przez sam system polityczny, a dokładniej mówiąc, system partyjny. Rzeczywiste rządy sprawują w demokracji przywódcy stronnictw. Świadomie posuwając się do uproszczenia, Schumpeter będzie zatem twierdzić, że „[w] demokracji (…) główna funkcja głosowania wyborców polega na wyłonieniu rządu. (…) Skupiając się tylko na rządzie w skali ogólnonarodowej, możemy powiedzieć, że wyłonienie go w praktyce sprowadza się do decyzji, kto ma być przywódcą” .

I na tym właściwie kończy się według Schumpetera sprawcza rola ludu i wybranych przez niego przedstawicieli; parlamentarzystom pozostaje wspieranie, wręcz walka słowem z opozycją, ale wyłącznie po to, aby podtrzymać lub obalić przywództwo premiera. Każde głosowanie jest w rzeczywistości głosem za lub przeciw niemu. W końcu nawet budżet, który uchwala parlament, pochodzi z przedłożenia rządowego. To premier decyduje faktycznie o wokandzie obrad; propozycje ustaw zgłaszane przez opozycję są przecież systematycznie odrzucane. Nie ma oczywiście przywództwa absolutnego, niekiedy więc pojawia się opozycja w ławach własnej partii, a czasem wręcz spoza parlamentu ze strony tych sił, których istniejący system partyjny nie dopuszcza na scenę polityczną. Całe życie polityczne zdominowane jest jednak przez partie – czyli ich przywódców – ponieważ to oni decydują o programach wyborczych i ostatecznie ustalają listy kandydatów w całym kraju.

Mówiąc to wszystko, Schumpeter nie wykracza jednak poza teorię oligarchizacji życia politycznego, sformułowaną przez Roberta Michelsa; wkład, jaki jego koncepcja może wnieść do teorii władzy reprezentacyjnej, polega więc na czymś innym. Istotne jest bowiem to, że odwraca ona kierunek procesu politycznego. Wcześniejsze koncepcje reprezentacji rozpoczynały „od dołu”, od reprezentowanych grup interesu czy opinii publicznej, jego teoria rozpoczyna natomiast „od góry”, od samych polityków-reprezentantów. Tak jak przedsiębiorcy poszukują nabywców dla swoich towarów, tak też i oni poszukują wyborców, by zaproponować im swoje usługi w parlamencie. To nie grupy społeczne wybierają spośród siebie reprezentantów do parlamentu, ale sami politycy – co zawsze znaczy: organizacje partyjne – dążąc do władzy, zgłaszają gotowość reprezentacji różnych grup i występują wobec nich z programem-ofertą, w której powinny one znaleźć coś dla siebie.

Analogia z rynkiem dóbr gospodarczych sięga jeszcze dalej. Podaż towarów na rynek jest reakcją na popyt, ale jeśli popyt jest niewielki, a właściwie nieefektywny, nie zostanie zaspokojony – i w polityce jest tak samo. Schumpeter podaje przykład bezrobotnych; może ich być bardzo wielu, ale dopóki żadna z partii nie uzna, że ich poparcie warte jest więcej niż wsparcie ze strony przedsiębiorców, problem pozostanie poza polityczną wokandą. Program polityczny jest więc swego rodzaju produktem, który musi się sprzedać z zyskiem, jakim jest władza. I tak jak handlowcy potrafią wmówić klientom każdą potrzebę, tak też politycy skłonni są postawić na wokandzie publicznej to wszystko, co przełoży się na głosy w parlamencie.

Teoria demokracji Schumpetera zdaje się więc nie pozostawiać w życiu politycznym żadnego miejsca na reprezentację, w każdym razie na taką reprezentację, która byłaby sposobem racjonalizacji procesu politycznego. Problem polega jednak na tym, że jest ona wobec niej zbyt wymagająca. Rozwijając analogię między sferą gospodarki i polityki, Schumpeter (…) w sposób niedopuszczalny upraszcza obraz sceny, na której toczy się życie polityczne. Politycy – tak samo zresztą jak handlowcy – nie kierują przecież swojej oferty do jednostek, ale do całych grup, niekiedy świetnie zorganizowanych (tak jak choćby związki zawodowe), i decyzje o wsparciu tego, a nie innego kandydata podejmujących kolektywnie, a nie indywidualnie. Między programem wyborczym polityków a głosem rzuconym do urny przez wyborców jest miejsce na coś więcej niż tylko na partyjną propagandę. W istocie właśnie pomiędzy nimi lokuje się społeczeństwo obywatelskie, mające swoje zróżnicowane interesy i opinie, a więc własny, nienarzucony z góry, „popyt” na reprezentację, który musi uwzględnić realistyczny ideał władzy przedstawicielskiej.

Nie będzie on jednak realistyczny, jeśli nie przyjmiemy za Schumpeterem, że to politycy są najbardziej aktywną siłą w procesie politycznym i że to oni go inicjują. W politykach, a dokładniej mówiąc, w partiach politycznych widzieć należy zatem potencjalnych reprezentantów. Nawet w wielopartyjnym i względnie otwartym systemie politycznym grupy i organizacje społeczne wybierają sobie reprezentacje spośród partii działających w jego ramach, w najlepszym razie umieszczając swoich przedstawicieli na ich listach. Wbrew Schumpeterowi taka relacja mieści się jednak w logice reprezentacji, o ile tylko przyjmiemy, że jej modelem nie musi być bynajmniej umowa o przedstawicielstwo określona prawem cywilnym. W istocie, ze względu na specyfikę relacji politycznych, taki model byłby zupełnie nieprzydatny dla sformułowania realistycznego ideału władzy przedstawicielskiej.

Władza taka, po pierwsze, nie musi mieć bowiem swego źródła w formalnym uprawomocnieniu – kontrakcie między reprezentowanym a reprezentantem – i w polityce nigdy jej nie ma. Nie jest nim przecież sam akt głosowania. Co więcej, w państwach niedemokratycznych albo świeżo demokratycznych u jej początków może stać nawet uzurpacja, która dopiero po jakimś czasie zostaje w sposób wyraźny lub milczący usankcjonowana przez reprezentowanych. Poza tym wstępnej legitymizacji władzy politycznej może też dokonać jakaś instancja zewnętrzna, co z reguły ma miejsce choćby po przewrotach wojskowych. Nowa ekipa słusznie zabiega wówczas o uznanie najpierw za granicą, bo rzeczywiście łatwiej jest je uzyskać ze strony innych rządów niż własnych rządzonych, zwłaszcza w świecie podzielonym na ideologiczne obozy.

W państwie demokratycznym jedyną procedurą uprawomocnienia władzy reprezentacyjnej są co prawda wybory, ale to je właśnie, przeprowadzone jeszcze w sposób niewzbudzający protestów opozycji, należy uznać za przypadek szczególny, specyficzny dla świata zachodniego. Formułą niewątpliwe bardziej przydatną dla oceny rządów pozaeuropejskich (włączając w nie oczywiście Amerykę Północną, częściowo Południową i niektóre kraje azjatyckie), a przy tym mniej wymagającą i bliższą istocie władzy reprezentacyjnej, będzie przyzwolenie, consent, z Drugiego traktatu o rządzie Johna Locke’a. Władza reprezentacyjna nie musi być wybrana przez rządzonych, nie może jednak rządzić wbrew ich woli.

Po drugie, z natury polityki wynika, że także same relacje między reprezentantem i reprezentowanym nie mogą być sformalizowane, a wzajemne zobowiązania egzekwowane w takim stopniu jak w dziedzinie prawa czy gospodarki. Na niewiele zdadzą się tu ubolewania nad niedotrzymywaniem obietnic wyborczych czy ogólnym brakiem lojalności polityków wobec ich wyborców. W istocie, obywatele nie mogą jej na swoich reprezentantach wymusić, ale też, co równie istotne, a uchodzące uwagi krytyków instytucji przedstawicielskich, politycy nie mogą jej wymagać od reprezentowanych przez siebie obywateli. Lojalność cechuje jedynie tzw. twardy elektorat, głosujący zawsze na partię, a nie jej program. Brak lojalności polityków wobec swojego elektoratu, który koniecznie należy odróżnić od braku odpowiedzialności władzy wobec rządzonych, jest jednak, jak dowodzi Albert Hirschman w klasycznej pracy Lojalność, krytyka, rozstanie, niemal błogosławieństwem.

Bezwzględna lojalność elektoratu wobec jakiejkolwiek partii doprowadziłaby ją bowiem niemal do bezkarności, podczas gdy bezwzględna lojalność partii wobec swojego elektoratu pozbawiłaby ją zupełnie możliwości negocjacji z innymi ugrupowaniami. Obu stronom korzyści w polityce przynosi więc zarówno lojalność, jak i jej brak; nielojalność wobec jednych wyborców ma zwykle swoją przyczynę w podjętej próbie pozyskania innych. Retoryka demokracji, traktująca lud jak suwerena, a rząd jak jego ramię, jest w tej kwestii charakterystycznie asymetryczna; nielojalność obywateli wobec partii nazywa ich prawem wyboru, nielojalność partii wobec wyborców jest już zdradą ich interesów.

Po trzecie, gdyby nawet Schumpeter miał rację i znaczenie reprezentacji w państwie demokratycznym sprowadzało się do wyboru szefa rządu – co nie jest i chyba nigdy nie było prawdą – to właśnie ta cecha wyróżnia już znacząco władzę, którą można wybrać, od takiej, którą trzeba jedynie zaakceptować. Obie mogą być ostatecznie legitymizowane (nawet antyczne tyranie w okresie archaicznym cieszyły się poparciem ludności), niemniej powołanie władzy w drodze wyboru, nawet w szczególnym przypadku jednorazowego, daje rządzonym znacznie solidniejszą podstawę do cofnięcia przyzwolenia na jej rządy niż wówczas, gdy legitymizuje się ona w inny sposób (…).

W przywołanej we wstępie definicji demokracji Lincolna – rządów ludu, dla ludu, przez lud – określenie „z ludu” nie występuje już tylko dlatego, że w ówczesnej Ameryce, wiek po niepodległościowej rewolucji, jest ono oczywistością, niemniej w okresie poprzedzającym sekularyzację państwa i myśli politycznej nawet władza demokratyczna pochodziła jeszcze od Boga (vide Florencja pod rządami Savonaroli) i można ją było (wyjątkowo) usunąć tylko z autorytetem boskiego prawa. Schumpeter słusznie zauważa, że w demokratycznej „teorii” lud zastąpił Boga w tej roli, ale nie wyciąga z tego żadnych wniosków. Lud tymczasem, właśnie tak jak Bóg, może swoją wolę zmienić, i taka zmiana przewidziana jest w samym systemie politycznym.

Po czwarte, w tej sprawie Schumpeter, a przed nim Rousseau, rzeczywiście ma rację – za sprawą reprezentacji rządzący stają się rządzonymi. Rozkazy usankcjonowane prawem płyną teraz z góry na dół, nie z dołu do góry. Reprezentant pozostaje wobec reprezentowanego w pozycji uprzywilejowanej. Choć pochodzi z wyboru – jest kimś wybranym. Wybór jest przywilejem reprezentowanego, ale jeszcze bardziej podnosi status reprezentanta: dzięki niemu staje się on osobą publiczną, z wszystkimi korzyściami, choć również niedogodnościami, jakie się z tym wiążą. Ambiwalencja jego statusu, kiedy to potencjalnie wszystko wraca w ręce obywateli, ujawnia się dopiero w momencie wyborów.

Odwołując się do Schumpeterowskiej analogii z gospodarką, nie można jednak przeoczyć, że nie wybierają oni towaru, ale usługę. Polityk jako reprezentant ma tyleż wyrażać wolę ludzi przez siebie reprezentowanych, co dbać o ich interesy, a w tej funkcji bliższy jest już ekspertowi niż delegatowi. Ekspert oferuje swoje usługi, ale każe sobie za nie płacić, i nie dość, że pobiera od klienta wynagrodzenie, to jeszcze ma nad nim tę przewagę, że w jego rękach znajdują się sprawy mające dla tamtego często żywotne znaczenie. Wszystko to dzieje się oczywiście zgodnie z wolą klienta-mocodawcy, tyle że równoważą ją w tej relacji wiedza i kompetencje reprezentanta.

Po piąte wreszcie, koncepcja Schumpetera daje politykom niemal wyłączność na tworzenie ładu publicznego; nie mówi tego co prawda bezpośrednio, ale wyraźnie taki jest jej wydźwięk. Politycy są więc odpowiedzialni za to, co według Arystotelesa spada na barki całej wspólnoty obywateli. Czy znaczy to jednak, że kształtują ten ład ex nihilo wyłącznie dlatego, że kontrolują wokandę polityczną? I w tym wypadku analogia z rynkiem gospodarczym ma swoje ograniczenia.

Politycy nie panują bowiem nad wokandą w taki sposób, by ją kształtować niezależnie od struktury społecznych interesów, podobnie jak przedsiębiorcy nie mogą zupełnie zapanować nad popytem. Rynek dóbr ekonomicznych nie jest pod tym względem w pełni elastyczny; niemałą część swoich dochodów konsumenci wydają przecież na dobra sztywne (żywność, ubranie), a przy tym z ich producentami (markami towarów) wiążą się czymś (jeszcze) innym – może sentymentem? – niż racjonalnością ekonomiczną. Podobnie obywatele; w ustabilizowanych systemach politycznych liczną grupę wyborców stanowią właśnie rytualiści, od zawsze głosujący na daną partię, choć kuszeni są przez inne programem bardziej odpowiadającym ich interesom – wrzucając głos do urny, nie dokonują oni właściwie żadnego wyboru (nie mówiąc już o tych, którzy go w ogóle nie wrzucają). Rywalizacja partyjnych elit, roszczących sobie prawo do reprezentacji, zachodzi zawsze w ramach szerszego ładu społecznego, obejmującego nawet tych, których interesy nie są reprezentowane w systemie politycznym.

Choć więc teoria demokracji Schumpetera, skoncentrowana na procedurze powoływania władzy, nie skłania do tego, by relację między rządzącymi a rządzonymi postrzegać w kategoriach reprezentacji, nie wyklucza więc takiego jej ujęcia, jeśli tylko spojrzymy na nią w sposób równie rewizjonistyczny jak on sam na rządy ludu. Dlatego właśnie normatywna, a przy tym realistyczna teoria władzy reprezentacyjnej powinna, zachowując główną myśl Schumpetera – inicjacji procesu politycznego przez reprezentantów – oprzeć się mimo wszystko na tej tradycji myślenia o polityce, którą on odrzuca jako idealistyczną. Zawarte w niej analizy bliższe są często współczesnej politologii niż filozofii politycznej, tyle że ich autorzy, niezwiązani wymogami pozytywistycznej metodologii, nie ukrywają wartości, jakim instytucja reprezentacji powinna służyć, które widziane z perspektywy nauk politycznych, są jej funkcjami. Te funkcje spełniać musi każda władza o charakterze reprezentacyjnym, w państwie demokratycznym wikła ją to jednak w nieuchronne paradoksy. (…) Ich świadomość powinna pomóc zrozumieniu, czego od władzy przedstawicielskiej można zasadnie oczekiwać, a czego już nie, jeśli chcemy sobie oszczędzić jałowej frustracji.

Przedstawiony tekst składa się z fragmentów książki Paradoksy idei reprezentacji, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Naukowego SCHOLAR w drugiej połowie roku.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter