70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jesteśmy potomkami chłopów

Pęd ku posiadaniu jest cechą mentalności chłopskiej. W społeczeństwach zachodnich postawa konsumpcjonistyczna jest wytworem kapitalizmu. W Polsce, w której nie było mieszczaństwa, nie było gospodarki wolnorynkowej, jest konsekwencją chłopskiej nędzy. Wartością była i jest rzecz materialna. Niepewność egzystencji i doświadczenia pokoleń wymusiły strategię gromadzenia dóbr, która w wielu sytuacjach była warunkiem przeżycia.

Marta Duch-Dyngosz: Jak wyglądała struktura społeczna przedwojennej Polski? 

Jacek Wasilewski: Kompozycji struktury społecznej w Polsce przyglądam się już w moim artykule sprzed ćwierci wieku pt. Społeczeństwo polskie, społeczeństwo chłopskie, który ukazał się w „Studiach Socjologicznych”. Z badań wynika, że w społeczeństwie początków II Rzeczypospolitej dominowała, w liczbach bezwzględnych, warstwa chłopska. Rozumiem tę grupę społeczną szeroko, gdyż włączam do niej również robotników rolnych. Dwudziestolecie międzywojenne nie zmieniło tego porządku i gdy popatrzeć na statystyki demograficzne tuż przed wojną, okazuje się, że chłopi, czyli właściciele gospodarstw rolnych, stanowili dokładnie połowę społeczeństwa. Biorąc pod uwagę wspomnianych robotników rolnych, prawie 60% społeczeństwa przed wojną to ludność rolnicza, a gdy policzymy także mieszkańców wsi, którzy nie uprawiali ziemi, ale z rolnictwem byli przecież związani lub od niego zależni (jak np. drobni wiejscy kupcy), to de facto ludność rolnicza i wiejska stanowiła w II Rzeczypospolitej 70% społeczeństwa.

Jak liczne były inne warstwy społeczne?
Mamy w głowie obraz Polski inteligencko-szlacheckiej. Otóż gdybyśmy inteligencję zdefiniowali jako wszystkich tych, którzy wykonują tzw. pracę umysłową, w tym panią pracującą na poczcie lub urzędnika niskiego szczebla po szkole powszechnej, to otrzymamy 6% ówczesnej ludności. Gdy potraktujemy tę kategorię bardziej restrykcyjnie i wyłączymy z niej urzędników wykonujących rutynową pracę, wówczas przedwojenna inteligencja zmniejszy się już do 3% społeczeństwa. Jest to dramatycznie mało! Ziemiaństwo, będące nośnikiem tradycji szlacheckiej i po części także idei modernizacji gospodarki, liczyło raptem około 0,3% społeczeństwa! Burżuazja, czyli właściciele wielkich i średnich przedsiębiorstw stanowili mniej niż 1%. W przedwojennej Polsce dość liczne było drobnomieszczaństwo, liczące około 11%. Jak wiadomo, znaczną jego częścią była ludność żydowska. Robotnicy, gdy wyłączyć z tej grupy najliczniejszą kategorię robotników rolnych, stanowili nie więcej niż 6%. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że ogromną ich część tworzyli pracownicy małych warsztatów wytwórczych i usługowych oraz służba domowa.

Czy w II Rzeczypospolitej przeważały zatem tereny wiejskie?
Stosunek liczby ludności wiejskiej do ludności miejskiej w strukturze osiedleńczej ukazuje tę różnicę jeszcze bardziej wyraziście. II Rzeczpospolita była żywiołem wiejskim. Jedynie kilka miast miało wielkomiejski, w europejskim znaczeniu, charakter: Warszawa, Lwów, Kraków, Poznań. Duża część ludności klasyfikowanej jako miejska mieszkała tak naprawdę w małych miasteczkach liczących około 5 tys. mieszkańców, które od wsi specjalnie się nie różniły. Patrząc na stare fotografie takich miast, dostrzeżemy, że wybrukowane były jedynie główne ulice, ale już te od nich odchodzące – nie. Brakowało w nich infrastruktury miejskiej.

Czy sytuacja w innych krajach europejskich przedstawiała się podobnie?
Jeśli popatrzeć na proces modernizacji przez pryzmat struktury społecznej, czyli najprościej rzecz ujmując, im mniejszy odsetek mieszkańców wsi a większy mieszkańców miast i im więcej specjalistów i inteligencji, tym kraj bardziej nowoczesny, to ówczesna Polska nieznacznie wyprzedzała tylko kraje bałkańskie i Litwę. Po odzyskaniu niepodległości byliśmy państwem peryferyjnym. Tak potoczyła się historia. Przez dwadzieścia lat trudno było to zacofanie przezwyciężyć. Nie mitologizujmy II Rzeczypospolitej. Można odnotować jej pojedyncze osiągnięcia, natomiast radykalna zmiana nie mogła w tym czasie nastąpić. Nie ma sensu porównywać się z Francją, Wielką Brytanią, Niemcami – ówcześnie najbardziej rozwiniętymi krajami europejskimi. Spójrzmy na przykład na Czechosłowację. Struktura polskiego rolnictwa osiągnęła przedwojenny poziom naszego południowego sąsiada dopiero na początku lat 70. XX wieku.

II wojna światowa wyłamała niektóre szczeble z drabiny społecznej.
Trzeba podkreślić, że wojna wręcz zakonserwowała zacofanie i peryferyjność naszego państwa. Jeśli idzie o jej wpływ na strukturę społeczną, mieliśmy do czynienia z wydarzeniem bez precedensu – zniknęły całe trzy przedwojenne warstwy społeczne: ziemiaństwo, burżuazja i drobnomieszczaństwo. Przed wojną połowę tej ostatniej stanowiła ludność żydowska, która w przeważającej części została zgładzona przez Niemców. Po 1945 r. nieliczni przedstawiciele tych trzech warstw okrzyknięto wrogami ustroju komunistycznego. Inteligencja również została bardzo przez wojnę wyniszczona. Niemcy i Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę, że jest to warstwa o najniebezpieczniejszym dla reżimu potencjale – formowania elit społecznych. Zatem niszcząc inteligencję, mieli właściwie cały naród na kolanach.
Jedyną warstwą, która wyszła z wojny, zachowując swoją tożsamość i dotychczasowy stan posiadania, była ludność chłopska. Ofiar wojny wszędzie było bardzo dużo, ale wśród ludności chłopskiej, czy ogólniej: wiejskiej, było ich relatywnie najmniej. Zatem chłopi stali się bazą społeczną dla nowego systemu.

I zaczęła się tworzyć nowa hierarchia.
Zbudowano nową drabinę społeczną. Było to celowe działanie. Obok procesów, nazywanych w socjologii procesami żywiołowymi, które rozwijają się same z siebie, ogromną rolę odgrywają zaplanowane działania o charakterze politycznym. Pierwszym punktem w strategii komunistów było zbudowanie wiodącej siły, czyli klasy robotniczej. Przecież w Polsce jej nie było, gdyż przed wojną nie było wielkiego przemysłu. Marginalność przedwojennej Komunistycznej Partii Polski jest najlepszym na to dowodem. Należało zatem wręcz wyprodukować klasę robotniczą i na tym założeniu oparto program ekonomiczny. Bazował on na niewykwalifikowanych masach chłopskich, co siłą rzeczy wymusiło ekstensywną formę gospodarowania. Jan Szczepański, polski socjolog, oszacował, że w 1945 r. w nowych granicach na ziemiach polskich żyło 24 mln ludzi, przy czym zaledwie około 350 tys. miało wykształcenie średnie bądź wyższe. Społeczeństwo to było pozbawione nie tyle elit, ile wykwalifikowanych kadr na szczeblu średnim, nie mówiąc o wyższym. Otóż dla mnie czymś oczywistym jest, że bardzo łatwo było manipulować społeczeństwem pozbawionym liderów, osób potrafiących wyjść poza obręb lokalnej lub rodzinnej wspólnoty. Mitem jest twierdzenie, że Polacy od początku przeciwstawiali się narzucaniu systemu komunistycznego. Oczywiście zdarzały się przypadki oporu, również zbrojnego, ale to była kropla w morzu. Ludzie chcieli powrotu do normalności. Proszę też mieć na uwadze, że krytycyzm wobec rządów przed wrześniem 1939 r. był powszechny. We wrześniu kraj rozpadł się jak domek z kart w ciągu trzech tygodni. Powrót do sytuacji sprzed wojny nie wchodził w rachubę w żadnym środowisku. Większość czekała na to, co kryło się pod pojęciem „nowe”.

Większość startowała z tego samego poziomu. Awans pod względem społecznym i materialnym był na wyciągnięcie ręki?
Komuniści obiecali powszechny dostęp do dwóch rzeczy: pracy i edukacji. I tego, na podstawowym poziomie, dotrzymali. Sztandarowym hasłem było założenie, że komunizm jest systemem pozbawionym bezrobocia. Żywa była jeszcze przecież pamięć nędzy i głodu, zwłaszcza po wielkim kryzysie w 1929 r., którego jedną z konsekwencji była przeludniona wieś. Właśnie ze względów ideologicznych trzeba było zaoferować pracę tysiącom ludzi, co miało przełożenie na ekstensywną formę gospodarowania. Podobnie edukację na szczeblu podstawowym (znana akcja walki z analfabetyzmem) uczyniono łatwiej dostępną niż przed wojną, kiedy to owszem, istniały czteroklasowe szkoły w każdej wsi, jednak by kontynuować naukę, trzeba było dojechać bądź dojść do nich pieszo, czyli mieć buty. Tylko lepiej sytuowanych mieszkańców wsi było na to stać. Komunizm umożliwił to niemal wszystkim. Oczywiście mamy świadomość, jakie były warunki owej pracy dla wszystkich, jaki stosunek do pracowników, jaki poziom edukacji – tylko że w porównaniu z sytuacją przedwojenną kontrast był ogromny. W ten sposób zbudowano fundamenty pod legitymizację systemu.

Na początku tworzono nową hierarchię w myśl zasady: byłeś na dole, będziesz na górze, byłeś na górze, będziesz na dole. Wiązało się z tym złudne przekonanie, że jak ktoś pochodzi z nizin społecznych, to będzie bronił interesów grup zmarginalizowanych. Dlatego też zdarzały się przykłady spektakularnych awansów, które często kończyły się tragicznie, bo przecież ludzie ci nie mieli żadnych kwalifikacji. Zresztą dość szybko zaczęto się z tego pomysłu wycofywać. Młodzi pochodzący z rodzin inteligenckich zaczęli piąć się w górę. Jednakże z punktu widzenia demografii, jeśli ludność pochodząca ze wsi stanowiła bezwzględną większość w polskim społeczeństwie, to było oczywiste, że jej przedstawiciele także będą często reprezentowani wśród tych, którzy pną się po tej nowej drabinie społecznej.

Od przełomu roku 1989 dzielą nas ponad dwie dekady. Zastanawiam się, czy teza o społeczeństwie polskim jako społeczeństwie chłopskim jest wciąż aktualna?
Teza ta była prawdziwa jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy wciąż znaczny odsetek ludzi żył na wsi i związany był z tradycyjnym społeczeństwem wiejskim albo ze wsi już się wyprowadził, ale tkwił w niej jeszcze mentalnie. Wskaźnikiem chłopskości nie było zresztą bezpośrednie przenoszenie mentalności wiejskiej do miast, chociaż i takie przypadki miały miejsce. Na przykład we wczesnych latach PRL-u, gdy migranci przenoszący się do ośrodków miejskich otrzymywali od władz mieszkania, często hodowali zwierzęta na balkonie, pod blokami budowali budy, w których trzymali kury i kaczki. Sam zwróciłem jednak uwagę na inny aspekt chłopskości polskiego społeczeństwa. Przedmioty „miejskie”, takie jak samochód, telewizor czy inne udogodnienia cywilizacyjne były adaptowane poprzez chłopski filtr, wyniesiony z domu sposób myślenia i odczuwania. Przychodzi mi na myśl dekorowanie samochodów. Nie wiem, czy Pani pamięta firanki, którymi przystrajano szyby aut – to jest przykład na to jak ludową estetykę przenoszono do nowoczesnych, niewiejskich przestrzeni. Na miejską rzeczywistość patrzono przez pryzmat wiejskości, tradycji, tego, co wyniosło się z domu – na przykład grodzenie osiedlowych trawników. Procesy demograficzne są jednak nieubłagane. Wykształciła się nowa struktura społeczna, w której coraz większy udział mają pokolenia, które ze wsią mają kontakt tylko przez dziadków, coraz rzadziej przez rodziców. Dziś tezę o społeczeństwie chłopskim, patrząc tylko z perspektywy ukształtowania struktury społecznej, znacznie bym osłabił, jednakże wciąż mamy do czynienia z pewną mentalnością, która nie znika w ciągu jednego pokolenia.

Słyszy się głosy, że dominująca mentalność chłopska uczyniła z Polaków konsumpcjonistów i idealnych odbiorców kultury masowej. Czy zgadza się Pan z tą opinią?
Tak, ten pęd do posiadania jest u nas jedną z cech mentalności wiejskiej. W społeczeństwach zachodnich postawa konsumpcjonistyczna jest wytworem kapitalizmu. W Polsce, w której nie było mieszczaństwa, nie było gospodarki wolnorynkowej, jest konsekwencją chłopskiej nędzy. Wartością była i jest rzecz materialna. Niepewność egzystencji i doświadczenia pokoleń wymusiły strategię gromadzenia dóbr, która w wielu sytuacjach była warunkiem przeżycia. Stąd płynęła ogromna wartość przypisywana posiadanej ziemi i nieustanne, przysłowiowe bitwy o miedzę. Dla społeczeństw wiejskich charakterystyczna była postawa: mieć, a nie być. Teraz jest to zjawisko powszechne, bo wyrosłe z chłopskiej biedy. Przywiązanie do „mieć” zostało wzmocnione przez „mieć” systemu kapitalistycznego, dzisiaj wszyscy chcą „mieć”: i Kordiany i chamy.

Prof. Janusz Czapiński stwierdził kiedyś, że wciąż jesteśmy nieufnym społeczeństwem chłopskim z elementami mentalności sarmackiej i z tego powodu poziom kapitału społecznego, na tle Europy, jest w Polsce bardzo niski.
Niewątpliwie wielopokoleniowe doświadczenia ugruntowały ową nieufność. Nasze tradycyjne rolnictwo było silnie uzależnione od natury, ale nawet przy zaawansowanej technologii ten rodzaj produkcji wciąż jest narażony na niespodziewane kaprysy przyrody. Rodziło to poczucie niestabilności i ukształtowało postawę wyrażaną w przekonaniu, że nikomu nie można ufać, bo nawet jeśli do tej pory wszystko szło dobrze, to trzeba być przygotowanym, że coś złego może się wydarzyć lada moment. Zatem nie ma sensu myśleć długofalowo, bo to „teraz” jest ważne. Prowadzi to do zamykania się w wąskim, najczęściej rodzinnym gronie. Proszę spojrzeć na naszych polityków i na ich chłopską mentalność przejawiającą się w zapewnianiu synekur swoim krewnym i znajomym. Jest to zjawisko familiaryzmu, negatywnie rozumianego, który staje się idealnym gruntem dla korupcji i nepotyzmu. Korzeni tego zjawiska znów możemy szukać w doświadczeniach wyniesionych ze wsi – z wielodzietnej rodziny do miasta na nauki wysyłano jedno dziecko, które kształciło się nie dla własnej satysfakcji, lecz dla korzyści, jakie miało to przynieść całej rodzinie. Nieprzypadkowo na myśl przychodzi włoska mafia, która oparła swoje struktury na rodzinie i na biednych terenach rolniczych południa Włoch.

Znalazłoby to odbicie w statystykach ukazujących, że nieprzerwanie najważniejszą wartością w życiu Polaków jest rodzina.
Rodzina została wyniesiona na piedestał. Trzeba wspomnieć przy okazji ludową religijność – obrzędową, wręcz teatralną, która była i jest silniejsza od tej refleksyjnej i zindywidualizowanej. Kościół ludowy bardzo akcentował rodzinne wartości i naturalność hierarchii w nią wbudowaną. Poczucie podporządkowania, którego się nie kwestionowało, w rodzinie (ojciec-gospodarz – pozostali członkowie rodziny), w stosunkach społecznych (pan – chłop) i w Kościele (ksiądz-pasterz – owieczki wymagające opieki) jest również cechą mentalności chłopskiej.

Przekonanie, że nic ode mnie nie zależy, stoi w sprzeczności z ideą społeczeństwa obywatelskiego.
Dzisiaj powiedzielibyśmy, że jest to brak poczucia sprawstwa. Można to też tłumaczyć pokornym stosunkiem chłopów do przyrody. Momenty działania wspólnotowego zdarzały się tylko w sytuacjach zagrożenia – wybuchł pożar, wszyscy rzucali się go gasić. W codziennej egzystencji każdy koncentrował się na swoim obejściu i żył z innymi jak Kargul z Pawlakiem. Myślę, że to również w nas zostało. Gdy zdarzy się nieszczęście, jesteśmy nagle wspólnotą. Proszę spojrzeć, w jaki sposób w Polsce z reguły działają oddolne inicjatywy: jako reakcja na zagrożenie. Od kilku lat następuje proces zamykania szkół lokalnych i słyszymy o licznych zorganizowanych protestach rodziców. Ale jakoś nie słychać, by ci sami rodzice wcześniej interesowali się funkcjonowaniem szkoły, poziomem nauczania, wyposażeniem sal lekcyjnych i tym, czego ich dzieci są uczone. Mobilizacja w obliczu nadzwyczajnych zdarzeń nie może być traktowana jako dojrzały przejaw społeczeństwa obywatelskiego. Gdy ktoś podaje przykład komitetu protestującego przeciwko zamknięciu szkoły bądź manifestacje przeciwko ACTA jako dowód na aktywność społeczeństwa obywatelskiego, to mam do tego bardzo sceptyczny stosunek. Społeczeństwo obywatelskie to coś daleko więcej niż „skrzyknięcie się” w obliczu zagrożenia interesów, choć i takich przejawów nie należy lekceważyć.

Czym można wytłumaczyć dzisiejszą popularność poszukiwania swoich korzeni?
Wcześniejsze pokolenia, ze względu na zawieruchy wojenne, wiedzy o przodkach dalszych niż dziadkowie nie miały, bo nie mogły mieć. Dziś w zainteresowaniu rodzinną przeszłością widziałbym pozytywny, płynący ze społeczeństwa sygnał, że wzrastają nasz dobrobyt i poczucie stabilizacji. Społeczeństwo będące w trudnej sytuacji nie ma czasu na badanie swoich korzeni.


Jacek Wasilewski – profesor socjologii, dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, redaktor „Studiów Socjologicznych”, „Studiów Politycznych”, „Polish Sociological Review”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter