70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wychodzenie z prowincji

My, którzy mamy korzenie chłopskie lub plebejskie i nie pochodzimy wcale z Kresów Wschodnich ani z Kongresówki, tylko ze Śląska, Wielkopolski, Pomorza, Galicji i innych regionów Polski, nie musimy się czuć dziedzicami przegranych powstań. Oczywiście to nie znaczy, że mamy odrzucić wartości, które z tą wersją historii zostały związane. Dojrzała świadomość historyczna jest jednak zawsze złożona.

Zauważył Pan kiedyś, że prowincjonalizm to poczucie ubezwłasnowolnienia, przekonanie, że nic ode mnie nie zależy. Kiedy ta postawa stała się powszechna wśród polskiego społeczeństwa?
Pojęcia prowincji i centrum mają sens nie tylko przestrzenny, ale także mentalny. Być centrum to również być sprawcą, liderem historii świata. Zakłada to poczucie, by odwołać się do Stanisława Brzozowskiego, dojrzałości dziejowej. Prowincja natomiast jest niedojrzała, nietwórcza, receptywna, a nawet bezwolna. Od schyłku I Rzeczypospolitej i czasu rozbiorów Polacy żyli w złożonym splocie relacji zniewalających. Gdy jest się wielokrotnie pozbawionym wolności zarówno w wymiarze politycznym, gdyż państwo zostaje podzielone między zaborców, jak też w stosunkach społecznych, które do końca XIX w. pozostają anachroniczne, nieomal feudalne, to trudno mieć poczucie sprawstwa swoich dziejów.

Prawdziwy koniec Królestwa Polskiego – by posłużyć się tytułem książki Ryszarda Przybylskiego – następuje po upadku powstania listopadowego. Do 1830 r. poczucie okrojonej wprawdzie, ale polskiej przynależności państwowej było jeszcze dość trwałe. Do powstania stanęło umundurowane polskie wojsko, działał Sejm i inne władze, dokonano detronizacji obcego monarchy. Po upadku powstania listopadowego przychodzą jednak dotkliwe rusyfikacyjne represje, które po klęsce powstania styczniowego dopełniają dzieła uzależnienia. Królestwo Polskie istnieje już tylko w tytulaturze cara Wszechrosji, w rzeczywistości pozostając rosyjską prowincją. W Galicji akurat jest inaczej, bo tam po reformie autonomicznej wprowadzono język polski zarówno do szkół i obu uniwersytetów,jak i do administracji, sądownictwa i polityki. Jednak w obu pozostałych zaborach panowało przytłaczające poczucie, że nie tylko zagrożony jest język ojczysty, ale i samej polskości trzeba bronić.

Lista czynników składających się na poczucie uzależnienia czy zniewolenia jest bardzo długa i nie została niestety jak dotąd starannie opracowana. Ostatnie dwa wieki widzimy najczęściej bądź jako czas heroicznego oporu i duchowych zwycięstw romantyzmu, bądź osiągnięć realizmu, pozytywnej pracy u podstaw. Tymczasem były to skrajne postawy wyrażane przez elity twórcze, a codzienność, także inteligencji, nie tylko chłopów, była inna. Dość powszechne było mentalne rozdwojenie między posłuszeństwem w pracy dla obcego aparatu władzy, koniecznej dla utrzymania rodziny, a prywatną czy domową nienawiścią do zaborcy. Ta schizoidalność, poświadczana wieloma źródłami, nie została należycie rozpoznana i opisana, a stanowi ona psychiczne podłoże zjawisk współczesnych. Leży na przykład u źródeł charakterystycznego dla Polaków splotu postawy roszczeniowej wobec państwa i lekceważenia, a nawet pogardy dla niego. Ta połowa naszych współmieszkańców, która odmawia udziału w życiu publicznym, zapewne tkwi w tym splocie.

Od Joachima Lelewela aż do dziś odwołujemy się wciąż do mitu polskiego pierwszeństwa w walce o wolności i prawa człowieka albo do mitu Polski jako przedmurza chrześcijańskiej Europy. W wymiarze duchowym próbujemy zrekompensować gorszą pozycję materialną. Czy w ten sposób można pokonać kompleks prowincji?
To prawda, co Pani mówi, ale warto odnotować pewną różnicę – cała polska tradycja demokratyczna, od Kościuszki i Lelewela do dwudziestowiecznych radykałów i socjalistów, jest dziś zakryta, jeśli nie zapomniana. Natomiast legenda przedmurza ma się dobrze, zwłaszcza w jego wersji radykalnej i obrotowej (naokoło czają się wrogowie) i często się odzywa.

Proszę zauważyć, że państwo wszelkimi dostępnymi środkami: edukacyjnymi, naukowymi, politycznymi i propagandowymi skutecznie kolonizuje naszą świadomość historyczną wyobrażeniami rycersko-szlachecko-powstańczymi, tak jakby stanowiły one jedyną treść historii Polski. My, którzy mamy korzenie chłopskie lub plebejskie i nie pochodzimy wcale z Kresów Wschodnich ani z Kongresówki, tylko ze Śląska, Wielkopolski, Pomorza, Galicji i innych regionów Polski, nie musimy się czuć dziedzicami przegranych powstań. Oczywiście to nie znaczy, że mamy odrzucić wartości, które z tą wersją historii zostały związane. Dojrzała świadomość historyczna jest jednak zawsze złożona, wielonurtowa. Jeżeli nie zdajemy sobie sprawy z istnienia w naszej tożsamości stron ciemnych i innych niż zachwalane właściwości, to wtedy jesteśmy przez nie nieświadomie obciążeni, w pewien sposób okaleczeni. I pełzniemy w przyszłość, choć zdaje się nam, że wzlatujemy!

Kompleks prowincji przejawia się między innymi i w tym, że ciągle musimy wysuwać przed siebie tych Mickiewiczów, Chopinów, Koperników, budować niezliczone pomniki Piłsudskiego i Jana Pawła II; tak by oni nas zakryli, bo my sami boimy się być sobą. Im więcej, proszę Pani, porządnych podwórek, tym mniej trzeba pomników. Na szczęście to też się zmienia, ale powoli, zbyt wolno – przypływ pomników ciągle trwa. Wychodzenie z prowincji nie może polegać na mocarstwowych iluzjach, bo nigdy nie będziemy Stanami Zjednoczonymi, Chinami ani Rosją, no i nie będziemy też Watykanem, więc nie ma co uważać się za świątynię. Możemy natomiast siebie samych i swoje otoczenie urządzić tak, że będzie ono wzorem dla innych – i to wystarczy! Duńczycy czy Norwegowie nie są mocarzami, ale sami dla siebie i dla innych nie są prowincją. Dlaczego? Dlatego, że w wielu ważnych dziedzinach życia są bardzo dobrzy, a w niektórych najlepsi na świecie!

Wspomniał Pan, że jako społeczeństwo mamy chłopskie korzenie, dlaczego zatem tak rzadko odwołujemy się do tej tożsamości?
Przez ostatnie dekady panowała wśród elit społecznych tendencja do „bezpochodzeniowości”, wszyscy byli ogólnymi inteligentami, czyli ludźmi bez właściwości. Choć Polskę zmienili przede wszystkim ludzie pracy, to nie stali się oni nową arystokracją zasługi. Lepiej więc było plebejskie pochodzenie ukrywać. Chyba zaczyna się to powoli zmieniać. Myślę, że w najbliższych latach zyskiwać będą na znaczeniu społeczne czynniki tożsamości narodowej. Choćby dlatego, żeby uwyraźnić wielonurtowość, wielokulturowość, nawet wielobarwność naszego społeczeństwa. Tożsamość indywidualna i zbiorowa nie jest ufundowana jedynie na wyznaniu religijnym, kulturze wysokiej czy państwowej tradycji militarnej. W jej skład wchodzi wiele powszednich elementów, takich jak językowe brzmienia, rodzinne obyczaje, sekrety stołu i alkowy, jak dawniej mówiono. Jedne z nich przemijają bezpowrotnie w nowych warunkach, inne niespodziewanie odżywają. Czy ktoś się spodziewał odrodzenia polskiej kuchni i to w jej wersji chłopskiej? A coś takiego właśnie się dzieje, jak i to, że chłopskie pochodzenie przestało być ukrywane. Choć akuratnie falami płyną też dyfamacje.

W naszej kulturze utrwaliły się dwa obrazy chłopa. W pierwszym dominuje poczucie ucisku, zależności, ciągłego zagrożenia i płynącej stąd nieufności mieszkańców wsi. Drugi odsłania chłopski rozsądek – chłop w swej mądrości przywiązany jest do ziemi, nie porywa się z motyką na słońce, polegając tylko na własnej pracy, ma silne poczucie własnej godności. W jaki sposób te obrazy rzutują na nasz stosunek do wsi jako podłoża naszej tożsamości?
Pytanie to jest trudne, gdyż sięga do najgłębszych, ukrytych psychospołecznych złóż tożsamości. To, co Pani wskazała, to wręcz klasyczne, mocno utrwalone stereotypy, które wciąż reprodukujemy, gdyż stabilizują komunikację i pozwalają sprowadzać złożoność świata do prostych prawd. Niestety, utrudniają też budowanie nowoczesnej tożsamości, ponieważ są schematyczne, a nie dynamiczne. Chłop jest najpierw człowiekiem, a to znaczy właśnie: istotą psychicznie złożoną, splecioną z różnych cech, nierzadko sprzecznych, słowem – dynamiczną. Oczywiście czynniki tak mocne, jak patriarchalne gospodarstwo rodzinne, które trwało wiele pokoleń, stabilizują te zmienne czynniki psychiczne, tworzą im ramy względnie trwałe. Co się jednak dzieje w tych, którzy wyszli z takich gospodarstw, a zostali szefami instytutów naukowych czy wielkich firm? Budzą się w nich siły dynamiczne, jakich naprawdę nie znamy. Rozpoznawała je literatura tak zwanego nurtu chłopskiego: Nowak, Myśliwski, Pilot, Redliński, ale została zmarginalizowana. Bywa uznawana, ale nie jest ceniona jako nasze uświadomienie własne!
Tymczasem wszystkie te dusze, jak można je nazwać, są w nas, w różnych okolicznościach dochodzą do głosu i kierują naszymi działaniami – „a jak królem, a jak katem będziesz” – pisał Tadeusz Nowak. Czyli możesz być jednym i drugim w samym sobie!

Mentalność chłopska jest równie złożona. Ja także mam chłopską genealogię. Moja babcia była gospodarzem (dziadek zginał w Auschwitz), moi kuzyni są rolnikami, choć nie są już chłopami, a ja ciągle dobrze czuję się na wsi. Dlaczego oni nie są już chłopami? Bo bycie chłopem oznaczało pewien typ kultury w rozumieniu antropologicznym (jak w Konopielce Redlińskiego), a oni są teraz producentami rolnymi. Kombajn likwiduje żniwa, czyli współdziałanie sąsiedzkie, a zrzeszenie producentów – gromadę chłopską. Ale ja nie będę po tym płakał, bo mój kuzyn ma teraz czas i jeździ pograć z synem w tenisa. Na tym także polega modernizacja – na wyjściu z odwiecznego chłopskiego kieratu i wejściu w miejski czas wolny. Mam jednak wrażenie, że choć sam używam nieraz pewnych zwrotów: „to taka chłopska zapiekłość”, „to chłopska chytrość”, moje osobiste doświadczenia nie mieszczą się w tych stereotypach.

Dawniej każdy snopek rzucony przez miedzę mógł obudzić tę „chłopską zapiekłość”. Dziś nie jest to już tak pewne. Dlaczego?
Wedle mojej wiedzy, biorąc pod uwagę wspomniane już psychospołeczne złoża mentalne, w chłopskiej tożsamości bardzo silna jest pamięć biedy i nędzy. Chłopi w Polsce przez całe wieki żyli w biedzie egzystencjalnej, to znaczy takiej, która zagrażała ludzkiemu przetrwaniu. Dziś doświadczenia biedy i nędzy nie są już tak bezpośrednie, niemniej jednak działają na przykład tak, że w swych działaniach uwzględniamy przede wszystkim interes najbliższych, a choć nie zagraża nam głód, to symbolicznie walczymy wciąż o przetrwanie. Dawniej chłopstwo w Polsce miało swój najlepszy czas w wiekach XIV/XV, potem przez całe stulecia było ciągle gorzej i gorzej. Dlatego wówczas wśród studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego było sporo żaków pochodzenia chłopskiego. Po raz kolejny pojawią się oni na tej uczelni dopiero pod koniec wieku XIX. Mówi to o tym, jak wyglądały społeczne i kulturalne skutki wprowadzenia tak zwanego wtórnego poddaństwa, czyli chłopskiej niewoli.

Ta pamięć „biedy z nędzą” jest uśpiona, ale istnieje, a ujawnia się niespodziewanie. W pierwszą wiosnę stanu wojennego na przykład, gdy tylko ziemia puściła soki, ogródki przydomowe na moim osiedlu rozrosły się w ciągu kilku tygodni, a sadzono w nich wszystkie warzywa, bo było pewniej liczyć na siebie niż na sklepy. Ta pamięć biedy wzmaga nasze poczucie prowincjonalności. Jeżeli moja egzystencja jest skupiona na elementarnym przetrwaniu, to poczucie kreatywności jest ograniczone, a moje siły twórcze osłabione. Zamiast projektować nowe wzory, wezmę coś z drugiej ręki. No i z drugiej ręki mamy nie tylko lumpeksy, ale i wielkie obszary przemysłu.

Andrzej Leder w swoim tekście Kto nam zabrał rewolucję twierdzi, że siłą dominującą w polskim społeczeństwie jest dziś mieszczaństwo i żywioł miejski. Nieświadoma swych korzeni i mitu założycielskiego klasa średnia wciąż nie jest aktywnym podmiotem politycznym. Czy zgadza się Pan z tym stwierdzeniem? Czy genealogia Polaków wciąż rzutuje na to, jaką wspólnotą dziś jesteśmy?
Zgadzam się, że nowa klasa średnia jest najsilniejsza i ciągle się powiększa, choć jest też wewnętrznie rozwarstwiona. Czy ona jest świadoma samej siebie, czy jest „klasą dla siebie”, jak uczył Karol Marks, czy też jest pewną masą, dość bezwładną, jak spłacheć ziemi? Raczej to drugie – ona nie jest jeszcze świadoma samej siebie, nie ma ani przeszłości, ani wizji przyszłości. Jest już wyborczym elektoratem, ale jeszcze nie jest politycznym podmiotem. Ale i to się zmienia, choć zbyt wolno. Tylko proszę mnie nie pytać, jakie będzie to uświadomienie, bo nie jestem futurologiem. Mam nadzieję, że nie będzie totalitarne!

Witold Gombrowicz napisał w Dzienniku: „Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, póki nie wyodrębnimy się z Europy – gdyż europejskość nie polega na zlaniu się z Europą, lecz na tym, aby być jej częścią składową – specyficzną i nie dającą się niczym zastąpić”. Na czym dziś budujemy swą wyjątkowość?
Na razie jesteśmy na etapie pracy nad uzyskaniem statusu części składowej Europy. Zawsze prościej jest uznać, że jako kraj jesteśmy rzuceni między Niemcy a Rosję i przez to czuć się nieuchronnie zniewolonym, bo oba mocarstwa są od nas potężniejsze, a działając wspólnie, mają nad nami miażdżącą przewagę – i musimy się trzymać swego obrotowego przedmurza. Znacznie trudniej myśleć w ośmiu czy nastu azymutach, dostrzegając, że jesteśmy również pomiędzy Ukrainą, Białorusią, Słowacją, Czechami, Skandynawią i państwami bałtyckimi. Zawsze łatwiej jest pielęgnować urazy wyniesione z przeszłości i poprzez nie patrzeć na to, co nas otacza. Dziedzictwem naszej prowincjonalności jest klientowski stosunek do Unii Europejskiej oparty na pytaniu: co mamy od nich dostać? Tymczasem należałoby raczej pytać, co mamy do Europy wnieść, co do niej dodać? Będąc inicjatorami i liderami europejskiej polityki wschodniej, odpowiadamy na to nowe pytanie. To jest jakaś pozycja, w tym regionie kimś się jest, w Europie też. Wypełnianie tego powinno się dokonywać nie tylko przez dyplomację i politykę, ale także przez bogate programy kulturalne, inicjatywy edukacyjne, aktywność naukową, wszelkie działania dobrosąsiedzkie.

Aby stać się narodem naprawdę europejskim, musimy osiągnąć dojrzałość dziejową. Jeżeli przez naród nowoczesny rozumieć naród polityczny, który składa się ze świadomych obywateli, to jest z nami mniej więcej tak, jak z frekwencją wyborczą. Oznacza to, że jako naród polityczny dopiero się konstytuujemy – jesteśmy gdzieś w połowie tego procesu. Sporo jest jeszcze do zrobienia, a zaległości pochodzą zarówno z odległej, jak i współczesnej historii. Chodzi przede wszystkim o to, aby jako naród mieć poczucie, że to, co robimy, jest naszą własną kreacją, że nie jesteśmy pionkami popychanymi przez jakieś nieznane i obce siły. Niedojrzały jest ten, kto nie przyjmuje odpowiedzialności za skutki swoich działań. Jak wiadomo, „oni” to tradycyjny motyw polskiej niedojrzałości: my byliśmy tacy szlachetni, a oni nas znowu skrzywdzili. Na szczęście to się też korzystnie zmienia, ale – jak powiedziałem – jesteśmy dopiero w pół drogi.


Andrzej Mencwel – profesor w Instytucie Kultury Polskiej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Reżyserii Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie, wykłada historię i antropologię kultury (polskiej i porównawczej); eseista, krytyk, publicysta

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter