70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wisełka

W lekkiej z pozoru formie Szymborska umie mówić zarówno o sprawach istotnych, żywo obchodzących współczesnego człowieka, jak i o rzeczach codziennych, prostych.

Wiersze Wisełki lubią ruch, dzianie się, lubią sytuacje, choćby ich zarys. Stąd bliżej im do Nalewającej mleko Vermeera niż do jego – jakże pięknej! – Dziewczyny z perłą, bo ta nie jest zaabsorbowana żadną czynnością. Wisełkę zachwyca Rembrandt trzymający żonę na kolanach, z którą – pijąc wino – śmieją się do siebie. Ten obraz tchnie miłością. Wisełka pisze mi, żebym przypadkiem nie przeoczyła go w Dreźnie (co przecież byłoby niepodobieństwem).

Ona sama chętnie buduje scenki będące w ruchu, takie swoiste mini – filmiki. Oto kobieta krzątająca się w kuchni słyszy w radiu komunikat o katastrofie samolotu (którym leciał ktoś jej bliski), ale odpycha tę informację, nie chce przyjąć jej do wiadomości. Albo – kreśli imaginacyjną podróż w dyliżansie ze Słowackim, którego sadowi pośród różnych podróżnych oraz ich tobołków. Umowną kamerą poetka robi zbliżenia ich twarzy, jakiegoś szczegółu, zanim skupi się na postaci poety czytającego właśnie list, z którego wysuwa się zasuszony fiołek. Obraz jest w ruchu, w swoistym półobrocie – a dotyczy to również stanu gotowości poetki starającej się o porozumienie z poetą niegdysiejszym, ale wciąż dla niej ważnym, bo obecnym w myśleniu o wierszach.

Dla Wisełki poeta jest sprawcą, zatem także prawodawcą powstającego wiersza. To na jego rozkaz pusta kartka staje się lasem, przez który przebiega sarna. Albo na rozhuśtanych, umocowanych między dwoma wersami słówkach: „jak – jak” – huśtają się białorękie gibbony. A jednocześnie jej wiersze zanurzone są w czasie, są wyczulone na tę właśnie epokę, która jest, i która niejednokrotnie dotkliwie nas rani.

Ludzie na moście nie są przypisani wprawdzie do konkretnej daty ani do konkretnego geograficznego punktu na mapie, ale dzieją się i tu, i tu, coraz gdzie indziej, choć zarazem w jakimś odwiecznym „teraz”, bo są boleśnie powtarzalni. I ponieważ wielu z nas doświadczyło czegoś podobnego w życiu pokiereszowanym wojnami czy wolnościowym zrywem, a Szymborska niezmiernie rzadko mówi wprost o tego rodzaju doznaniach spowodowanych przez nienawiść. Częściej napomyka o tym z sarkazmem, ale choć usiłuje jak gdyby nie oglądać się za siebie, wewnętrzny mus powoduje, że nie potrafi spuszczać z oczu tego, co się dzieje w świecie. Choć zapewne wolałaby jedynie zdumiewać się cudem istnienia, wielością form bytów i niebytów, wielorakością możliwości i niewysłowionym jego pięknem.
Znane są jej upodobania do paradoksów, idiomów, żartów, znane jej sceptycyzm i ironia. W konstrukcji wiersza chętnie posługuje się wyliczankami, by w puencie podbić je wysoko zaskakującym podsumowaniem, które nie jest li tylko podsumowaniem, skoro otwiera zamknięty, zdawałoby się, wiersz na jeszcze inną przestrzeń (jak to ma miejsce w jednym z ostatnich, zamieszczonym w styczniowej „Odrze” wierszu pt. Wzajemność).

Kunsztowność jej wypowiedzi nie onieśmiela odbiorcy, nawet tego nieobeznanego ze sztuką pisania wierszy. Potrafi trafić do rzeszy zarówno przygodnych czytelników, jak i do znawców, ba, oczarować jednych i drugich, jak czytamy choćby w prasie włoskiej: wybór jej wierszy z lat 1945-2009 Radość pisania (Adelphi 2010) znalazł się na czele bestsellerów. Okazało się, że ma niezwykły dar nawiązywania porozumienia i, nie poprzestając na kunszcie wypowiedzi, umie w lekkiej z pozoru formie mówić zarówno o sprawach istotnych, żywo obchodzących współczesnego człowieka, jak i o rzeczach codziennych, prostych. Umie mówić o miłości, a wie o niej wiele. A choć zapewnia, że „Non omnis moriar z miłości”, kto z ręką na sercu przysięgnie, że jednak się – w znacznej mierze – z niej umarło, symulując później przed światem, że wciąż jeszcze się jest?

Z biegiem czasu nasila się, sygnalizowana już wcześniej w jej wierszach, niestałość, niepewność, nietrwałość rzeczy i spraw tego świata. Najwyraźniej da się to zobrazować na przykładzie chmury, która wydaje się, że jest taka, ale w mgnieniu oka już jest inna, zarazem jest i nie jest, bardziej bywa, niż jest, podobnie jak sen. Zdarza się. Podobnie jak wiersz.

Tym snem i chmurą wkraczamy w ulotność, w zanikanie, w niebyt, w domysł i natychmiastowe rozpierzchnięcie się, ale i w możliwości. Bo wielość możliwości tkwi choćby we śnie, dopóki ten jest uchwytny, możliwy do zastania i przyłapania na swoim przedziwnym dzianiu się, zanim wymknie się sekretnym wyjściem. Niekiedy całkowicie uchyli się od zobaczenia tak, że choć wiemy, iż dopiero co tu był, nie potrafimy sobie uzmysłowić, jaki był ani o czym. Zostało jedynie wrażenie jakiegoś bezsłownego oczarowania.

Chmury i sen uzmysławiają nam chybotliwość istnienia i czasu, który usiłuje nas czymś obdarzyć lub wycofać ów dar. Istnieją, żeby coś mogło nam się zdawać. (Raz w takim śnie zdali mi się rodzice – wyznaje w dawniejszym wierszu poetka).

Przyszło mi kiedyś na myśl przy czytaniu Chmur Wisełki, że stają się one po trosze chmurami z liryków lozańskich Mickiewicza, których jedynym zadaniem jest płynąć, płynąc, płynąć.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter