70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie w stanie natury

Społeczność sportretowana przez Sasnalów przypomina klasyczny już Durkheimowski opis więzi określanych jako solidarność mechaniczna – relacji opierających się na sankcjach oraz wspólnej świadomości zbiorowej. Tyle że uderzający w tym filmie jest znaczący brak – w tej społeczności nie ma przywódców, którzy tradycyjnie wyznaczali kanony zachowania małych społeczności: przedstawiciela władzy, księdza, nauczyciela.

Podjeżdża stary, podniszczony samochód. Prowadzi go mężczyzna. Jego pojawienie się wywołuje we wsi niepokój. Starszy mężczyzna ucieka do domu. Ciężko dyszy. Z przestrachu? Do samochodu wsiada dziewczyna. Jadą razem pustą polną drogą. Nagle ona wbija nóż w brzuch mężczyzny. Samochód zatrzymuje się. Dziewczyna spokojnie wysiada. Odchodzi. Kończy się film Z daleka widok jest piękny Anny i Wilhelma Sasnalów.

„Chłodnym okiem”

Nie jest to pierwszy film tworzony przez artystę, który salę galeryjną zamienił na kinową. W ostatnich latach pojawiło się kilka podobnych prób: Steve’a McQueena, Shirin Neshat, Sam Taylor-Wood czy Piotra Uklańskiego. Sama propozycja spojrzenia na film zaoferowana przez Sasnalów zasługuje na uwagę. Powodów jest jednak więcej. Z daleka… wpisał się bowiem w szerszą dyskusję o postrzeganiu, a może raczej samopostrzeganiu Polaków.

Historia Pawła Murawa i Dziewczyny, bo tylko tak została ona w filmie nazwana, dzieje się w niewielkiej, podupadłej małopolskiej wsi. Położonej w odosobnieniu, oddzielonej od świata rzeką i lasem. Paweł mieszka z chorą psychicznie matką w małym, dość obskurnym domu na skraju osady. Żyje z rozbierania starych samochodów na złom. Na początku filmu widzimy wrak samochodu wieziony na pace bagażówki. Później mężczyźni metodycznie go demontują, wyjmują siedzenia, rozbijają szyby, wyrywają instalację, tną karoserię. To, co dla innych niepotrzebne, zbędne, daje im szansę na przeżycie. Można odnieść wrażenie, że w tych surowych warunkach pokazywanych przez Sasnalów to użyteczność jest podstawową kategorią. Mirek Kotlarz, jeden ze złomiarzy, mówi do Pawła: „Ojciec ustanie w robocie, to też go się na złom wywiezie”.

Sasnalowie pokazują bardzo sugestywny obraz wsi i stosunków na niej panujących. Jest to zresztą spojrzenie szczególne. Film operuje przede wszystkim obrazem, często długimi, statycznymi ujęciami wzmocnionymi jedynie o zapis naturalnych dźwięków. Dialogów jest tu niewiele. Surowość obrazu zdaje się odpowiadać surowości relacji międzyludzkich. Poszczególne ujęcia, chociaż mogą wizualnie uwodzić, pozbawione są jakichkolwiek upiększeń. Ludzie, a także zabudowania i sprzęty najczęściej są po prostu brzydkie. Dominujące wrażenie nijakości przełamuje jedynie sposób filmowania – jak w scenie, w której Paweł i Dziewczyna znajdują się przed domem, ona siedzi na progu, on stoi obok. Pojawia się też przyroda, ujęcia lasów, pól, które swym pięknem ostro kontrastują z widokami wsi.

Trudno też mówić o dialogach między poszczególnymi bohaterami. Rozmowa ogranicza się do krótkich, urwanych zdań, półsłówek, często wystarczy jeden gest, spojrzenie. A jednocześnie łączy ich stała nić porozumienia. Nie ma wątpliwości, że wszyscy bardzo szybko odnajdują się w codziennych sytuacjach. Życie toczy się tu powoli, nieomal leniwie. A jednak… Pewnego dnia Paweł nie wraca do domu. Ciąg następujących po sobie, oszczędnych, minimalistycznych obrazów – bo to z nich składa się film – jedyny raz zostaje naruszony. Widzimy kobietę. Stoi w oknie. Z jej gardła wydobywa się regularny, monotonny krzyk.

Wiemy tylko, że Paweł odszedł. Nie dowiadujemy się z filmu, dlaczego. Widzimy jedynie, jak idzie przez las, wcześniej napotykając leżącego w trawie młodego mężczyznę. Martwego? Dziewczyna zostaje sama w domu na skraju wsi, wokół którego zaczynają się kręcić mieszkańcy. Najpierw przychodzi jej ojciec. Zabiera króliki z klatek stojących na podwórku. „Jak wróci, to mu się odda” – mówi do Dziewczyny, jakby chciał usprawiedliwić swój postępek. Później nie ma już powodu szukać wyjaśnień. Nocą wraca z żoną do domu Pawła. Oboje wynoszą co lepsze sprzęty, ubrania. Zabierają nie tylko stary motorower, ale też wek z kompotem. Nic nie może się zmarnować.

Wreszcie, także w nocy (kolejnej?) schodzą się okoliczni mieszkańcy. Rozpoczyna się metodyczny szaber. Bez słów. Nie ma o czym mówić. Jakby wszyscy wiedzieli, co należy zrobić. Jedne rzeczy są zabierane. Potem zaś następuje niszczenie tego, co pozostało, rozbijanie starych mebli, klatek na króliki, wyrywanie okiem z framugami. Te wszystkie resztki służą do rozpalenia wielkiego ogniska. Z domu została jedynie opuszczona ruina. Ostatnim akordem zniszczenia jest pocięcie na złom samochodu Pawła. Robi to Kotlarz z ojcem. Opowieść zatacza koło.

Bezwzględna wartość przetrwania

W tym obrazie jest jakieś trudne do zaakceptowania okrucieństwo. A także bezwzględność postępowania. Rzeczy, zwierzęta są poddane rygorowi użyteczności. Przynależą do tych, którym w tym momencie mogą służyć. Nieobecnym nie są przecież potrzebne. Widzimy, jak Dziewczyna w oczekiwaniu na powrót Pawła pracowicie sprząta dom, wyrzuca śmieci, ściele łóżko. Jakby go zasiedlała. „To będzie moje” – tłumaczy ojcu. Ale przecież później znajduje się w tłumie szabrowników. Mści się za porzucenie? A może szybko wchodzi w nową rolę, zgodną z obecną sytuacją. Nie ma Pawła. Nie będzie zatem gospodynią.

Tylko czy to ludzie są w tym filmie okrutni, a może okoliczności, w których przyszło im żyć? Społeczność sportretowana przez Sasnalów przypomina klasyczny już Durkheimowski opis więzi określanych jako solidarność mechaniczna, oparta na podobieństwie oraz na wspólnocie uczuć i wierzeń. Relacje zasadzają się na sankcjach oraz wspólnej świadomości zbiorowej, co jest charakterystyczne dla społeczeństw pierwotnych. Tyle że uderzający w tym filmie jest znaczący brak: w tej społeczności nie ma przywódców, tej części, która tradycyjnie wyznaczała kanony zachowania małych, wiejskich społeczności: przedstawicieli władzy, księdza, nauczyciela. Autorytety przestały funkcjonować.

Wieś bez sentymentów

Sasnalowie stworzyli obraz polskiej wsi dalece odbiegający od dominującego w ostatnich latach w polskim filmie. Nie są to Popielawy pokazywane w kolejnych filmach Jana Jakuba Kolskiego: w Jańciu Wodniku, Historii kina w Popielawach czy Jasminum. Nie jest to miejsce cudów, magiczności kryjących się w pozornej zwyczajności. Wieś Sasnalów nie przypomina także tej kreowanej na potrzeby masowego odbiorcy i znanej z popularnych seriali telewizyjnych – wsi, gdzie jest miejsce na biedę i drobnych, acz dobrodusznych, pijaczków, a małostkowość czy wybujałe ambicje władzy są pokazane tak „po ludzku”, jak w komediowym Ranczu. Ani też wsi z Plebanii, z jasnymi wyborami moralnymi wyznaczanymi przez miejscowego proboszcza, ks. Antoniego. To nie jest obraz wiejskiej społeczności, w której zło przychodzi z zewnątrz, jest intruzem, przybyszem „z miasta”, z którym jednak można sobie poradzić, odwołując się do dawnych, ustalonych zasad moralnych. Bohaterowie Z daleka widok jest piękny wydają się przede wszystkim obcy. To poczucie wzmacnia zastosowany sposób obrazowania. Wszystko jest tu z jednej strony filmowane „chłodnym okiem”, z drugiej – Sasnalowie niezwykle zmysłowo pokazują całą fizyczność rzeczywistości: brud, nieatrakcyjność swoich bohaterów, biedę, która – inaczej niż w wielu powstających obecnie fotografiach czy filmach – okazuje się mało fotogeniczna. Twórcy filmu są przede wszystkim obserwatorami, wyobcowanymi, ale uważnymi. Nie próbują psychologizować, „wchodzić w skórę” swoich bohaterów. Powstał obraz świata bez upiększeń i komputerowych trików. A jednocześnie wyrywkowy, skupiający się na szczegółach lub – przeciwnie, wybierający to, co ogólne. Niemal wszystko, co dramatyczne, pozostaje w filmie niedopowiedziane. Kadry Z daleka… są zresztą bardzo bliskie malarstwu Sasnala (który wraz z Aleksandrem Trafasem jest autorem zdjęć). Nieprzypadkowo niezwykłe ujęcie widzianego z oddali lasu przywołuje w pamięci jego obraz Shoah (Las), na którym dominują namalowane grubymi, wyrazistymi pociągnięciami drzewa. Dopiero po chwili można dojrzeć niewielkie figury ludzi. Nie jesteśmy w stanie opowiedzieć tragicznych wydarzeń, a nawet dotrzeć do pamięci o nich. Pozostały jedynie drzewa, swoiści niemi świadkowie.

Zło nieoczywiste

Ostatecznie powstał obraz trudny do zaakceptowania. Monika Weychert Waluszko, kuratorka, narzekała w tekście w „Obiegu” (15 marca 2012): „Dla mnie problematyczne jest to, czy ten widok to w ogóle widok wsi, czy raczej jakiegoś zdegradowanego przysiółka”. Pojawiały się też zarzuty, m.in. o paternalistyczne spojrzenie wielkomiejskiej klasy średniej na wieś i chłopów. Rafał Ziemkiewicz natomiast, komentując film Sasnalów i odnosząc się także do Naszej klasy Tadeusza Słobodzianka, pisał o polskim kompleksie chłopskiego pochodzenia („Rzeczpospolita” z 3 marca 2012). W jego tekście warto jednak zwrócić uwagę na fragment dotyczący Chłopów Reymonta (na marginesie, ponad sto lat od powstania powieści chyba trudno nie zgodzić się z przedstawionym w niej obrazem ówczesnej wsi): „To niezły wzór, jak można pokazać, bez tanich introspekcji, ludzi złych, pierwotnych i okrutnych, w taki sposób, że zło staje się zrozumiałe aż do oczywistości”. Słowa „zrozumiałe aż do oczywistości” są tu kluczowe. Ziemkiewicz żąda obrazu świata, który można uporządkować, a przynajmniej oswoić. Świata, w którym przez akt pohańbienia Jagny możliwe jest przywrócenie moralnego ładu.

Z daleka widok jest piękny nie oswaja i nie czyni świata łatwiejszym do zaakceptowania. Wymusza za to postawienie pytania: jakie były przyczyny takiego właśnie zachowania mieszkańców tej wsi? Skąd wzięło się zło pokazane przez Sasnalów? Wśród różnych odpowiedzi można wymienić przynajmniej dwie. Pierwsza z możliwości wskazuje na warunki życia, nierówności, biedą, będącą wynikiem przemian ostatniego dwudziestolecia. To one narzucają określony sposób zachowania. Nie ulega wątpliwości, że trudno uznać bohaterów filmu Sasnalów za wygranych polskiej transformacji. Możliwa jest też inna odpowiedź: zło tkwi w przeszłości, dawne postępki tkwią w pamięci przekazywanej z pokolenia na pokolenie i one niejako wymuszają sposób reakcji w pewnych sytuacjach.
Na to drugie wyjaśnienie wskazuje jeden z dialogów, który przez wielu został uznany za kluczowy dla interpretacji tego filmu:
– A jak my się w niedziele kąpali, to chłopak z Jędrzejowa opowiadał, że w naszej rzece są ludzie potopieni – mówi młody chłopak.
– No. We wojnę, ze strachu. Trzy dzieci i dwie kobiety. Najpierw dzieci potopiły, potem same. Ale to nie-Polki były – wyjaśnia jego ojciec.
To dramatyczne wydarzenie, wzmocnione przez podkreślenie „to nie-Polki były” odnosi wprost do czasów Zagłady. Zasadność wpisania Z daleka widok jest piękny w narrację o Holocauście podkreślą zresztą sami autorzy filmu. Wilhelm Sasnal w rozmowie z Donatą Subbotko opublikowanej w „Dużym Formacie” (dodatku do „Gazety Wyborczej” z 12 lutego 2012) mówi: „Bo gdy patrzyliśmy na ten świat, przypomniały nam się też historie o szabrowaniu, wypełnianiu pustki po sąsiadach. Chcieliśmy, aby ten film był parabolą, odnosił się do historii Polski. Historii, której długo nie znaliśmy”. I jeszcze dobitnej podkreśla to w innym wywiadzie, który Anna Serdiukow przeprowadziła dla „Kultury Liberalnej” (6 marca 2012): „To film inspirowany historią stosunków polsko-żydowskich, tego jak ta historia rzutuje na kolejne pokolenia, na takie miejsca jak to. Realizując Z daleka…, uznaliśmy, że muszą się w nim pojawić piękne panoramy lasu, że takie widoki również chcemy pokazać, tym bardziej kiedy odkryliśmy, że nie jest to neutralny obraz, tylko obraz obarczony bardzo silnym kontekstem kulturowym”. Anna Sasnal w tej samej rozmowie dodaje: „Dla nas to były [miejsca – przyp. P.K.] naznaczone przez historię, przez pewne wydarzenia”.

Z daleka… pokazuje równość w biedzie. Szaber domu Pawła nie jest wystąpieniem przeciwko grupie uprzywilejowanej. Status młodego złomiarza niewiele się różni od sytuacji jego sąsiadów. Raczej odstaje „in minus”. Nie wiemy też, czy z jakichś powodów był uznawany za „innego”. Jeżeli już, to raczej nie ze względu na chorą matkę. Zatem nie o wyrównanie nierówności tu chodzi. To nie jest akt „ludowej sprawiedliwości”, ani wykluczenia gorszyciela ze społeczności. Paweł to nie Reymontowska Jagna wyrzucona na kupę gnoju. Co jest zatem motorem działania społeczności?

Bohaterowie filmu wydają się sprzęgnięci z naturą. Ich zachowania, odruchy doskonale wpisują się w jej rytm. Więcej, chwilami zdają się żyć w stanie natury. Z łatwością przystosowują się do okoliczności i radzą sobie nawet w najmniej sprzyjających warunkach. Owszem, Dziewczyna po nocy szabru dość konwulsyjnie myje swoje ciało, jakby chciała zmyć z niego cały zgromadzony brud, a potem, w akcie zemsty (?) truje okoliczne psy. Jednak większość nie rozpatruje swojego zachowania w moralnych kategoriach dobra czy zła, lecz raczej jego użyteczności. Nie oznacza to, że potrafią przyznać się do krzywdy, którą wyrządzili, stąd poruszenie połączone ze strachem po nagłym powrocie Pawła. To cena, którą, jak się okazuje, są gotowi zapłacić.

Mechanizm szabru

Wina zbiorowa przenosi się z pokolenia na pokolenie – przekonuje niemiecki pisarz i prawnik Bernhard Schlink. Popełnione dawno temu złe czyny naznaczają także współczesne pokolenia. Jednak szukanie źródeł zła w przeszłości, przekonanie, że traumatyczne wydarzenia czasów wojny „wdrukowały” w ludzkie zachowania określone odruchy, nie unieważnia pytania o warunki, w jakich żyją bohaterowie Sasnalów. Nie zmienia też zapisanych gdzieś głęboko zachowań, nie niweluje okazji do wzbogacenia się na krzywdzie i wykorzystania sytuacji granicznej: śmierci, pożogi, wojny. To pytania znane z literatury, filmu, wreszcie – wspomnień, w których tak często przewija się opis rabunku, szabru. Może to być mienie uciekinierów, dworskie czy chociażby zmarłych sąsiadów. Jednak odpowiedź na pytanie, skąd bierze się zło, gdzie i w jakich okolicznościach ono się ujawnia, nie może być wytłumaczeniem, a tym bardziej usprawiedliwieniem popełnianego czynu. „Ten film nie jest tylko o Polakach, tak samo jak nie jest o wsi jako takiej” – zaznacza Wilhelm Sasnal w rozmowie z Subbotko.
Podczas akcji Mieszkania-X zorganizowanej przez Nowy Teatr w Warszawie w czerwcu 2010 r. mieszkanie w bardzo zniszczonej kamiennicy zajęła Anna Witt. Zaproponowała odwiedzającym dość zaskakujący zakład: jeżeli ktoś odnajdzie stuzłotowe banknoty ukryte w jednym z pokoi, to będzie mógł je ze sobą zabrać. Kolejni goście przerzucali stosy starych książek, grzebali w stertach ubrań, przesuwali, a nawet wywracali do góry nogami meble. Nikt specjalnie nie przejmował się tym, że tuż obok, w sąsiednim pomieszczeniu siedzieli jacyś ludzie, może właściciele mieszkania, którzy pokornie znosili wszystko, co się dzieje. Wystarczała obietnica uzyskania korzyści, by wejść w tak drastyczną sytuację. Tylko tyle, i aż tyle.

Z daleka widok jest piękny, reżyseria Anna i Wilhelm Sasnalowie, film wszedł na ekrany w lutym 2012 r.


Piotr Kosiewski – historyk sztuki, krytyk. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Publikował m.in. na łamach „Arteonu”, „Dziennika”, „Kresów”, „Nowych Książek”, „Res Publiki Nowej” i „Znaku”

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata