70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Społeczeństwo obywatelskie jest drogą Kościoła

Wiek XX postawił przed polskim Kościołem liczne wyzwania: obronę religii przed totalitaryzmami, walkę o godność i wolność każdego człowieka. XXI stulecie przesuwa gwałtownie dziejowe akcenty. Dziś przed polskim Kościołem stoi pilne zadanie zbudowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego.

Już przeszło 200 lat Kościół katolicki zmaga się z ideą demokracji. Dzieje relacji tych dwóch pojęć: katolicyzmu i demokracji, są niezwykle burzliwe i posłużyć by mogły za kanwę doskonałej powieści romantyczno-kryminalnej. Dostrzegamy wielki tragizm tych dwojga, którzy choć skrycie kochają się namiętnie, zejść się na trwałe – czy to za sprawą zewnętrznych okoliczności historycznych, czy za sprawą ułomności własnego charakteru – nie mogą, a kilkakrotnie próbowali już nawzajem wbić sobie w plecy sztylet. Gdy mówimy: „Kościół i demokracja”, przychodzi nam na ogół do głowy problem sekularyzacji, rozdziału państwa i Kościoła, lekcji religii w szkole, krzyża wiszącego nad sejmową mównicą. Dyskusja nad powyższymi zagadnieniami to debata ponad wszelką miarę pasjonująca i ważna. Czy nie jest jednak tak, że my, katolicy, powinniśmy najpierw zadać sobie pytanie: Czym jest demokracja wewnątrz samego Kościoła? Czym, albo czy w ogóle, być powinna? Być może odpowiedzi na tak zadane pytania pozwolą katolikom zająć odpowiednie stanowisko w szerszym sporze o demokrację w państwie i demokrację na świecie.

Parafialna kampania wyborcza

Pytanie o potencjalną demokrację we wspólnocie Kościoła odsyła nas na ogół do problemu hierarchii, kolegialności biskupów, organizacji konklawe, prerogatyw papieża. To mylny trop. Strukturę Kościoła odnajdziemy w pełni dopiero na dole hierarchicznej drabiny. „Dzieje się” on najintensywniej na poziomie najmniejszych wspólnot i rodzin. Aby go zrozumieć i przeżyć, trzeba zacząć od swojej parafii. Kto tego nie zrobi, otrzyma fałszywy obraz Kościoła jako instytucji władzy. To właśnie w klasztornej wspólnocie i w lokalnej parafii hasło braterstwa czy eucharystycznej jedności staje się ciałem.

Jak wyglądają zatem stosunki społeczne w lokalnych Kościołach? Spróbujmy zbadać, jak działają lokalne rady parafialne i świeckie organizacje, jak gospodarzą te członki i jak troszczą się o całe Ciało. Okazuje się, że choć na poziomie prawa kanonicznego cały Kościół obowiązują te same hierarchiczne regulacje i normy, w praktyce jego części funkcjonują bardzo różnorodnie w zależności od lokalnej tradycji, atmosfery i interpretacji prawa.

Wędrówkę po lokalnych parafiach i wspólnotach europejskiego Kościoła rozpoczynam od Norwegii, kraju o chlubnej socjaldemokratycznej tradycji, ale także miejsca, gdzie nowożytna formuła religii po prostu się wyczerpała, a świątynie chrześcijańskie świecą pustkami. Rozmawiam z Kristine Gran Martinsen. Kristine studiuje na uniwersytecie w Oslo. W tym roku w demokratycznych wyborach została wybrana na liderkę ruchu skupiającego świeckich: Norges Unge Katolikker (Młodzi Katolicy Norwegii). Rozmach, z jakim przebiegała procedura wyłonienia nowej przewodniczącej, jest imponujący. Zrzeszenie katolickiej młodzieży składa się z lokalnych oddziałów. Każdy z nich wybiera demokratycznie swoich liderów – delegatów na ogólnokrajowe zebranie. Tam mamy właściwie do czynienia z regularną kampanią wyborczą. W tym roku o stanowisko ubiegało się dwoje kandydatów. Każdy przygotował informacje promujące swoją kandydaturę, obowiązkowo odbyły się oczywiście publiczna debata, runda pytań i na koniec głosowanie. Przemówienie szczęśliwej po wyborze Kristine przypominało mowę przywódcy zwycięskiej partii politycznej. „Chcę być tu dla Was!” – głosił nagłówek kościelnego serwisu internetowego cytujący pierwsze publiczne słowa nowej liderki.

Skrupulatność wyborczej procedury wcale nie dziwi. Kristine nie tylko jest osobiście odpowiedzialna za duszpasterski program organizacji zrzeszającej ponad 3000 członków, ale zarządza również budżetem związku, decyduje o wydawaniu kościelnych pieniędzy i ponosi prawną odpowiedzialność za swoje decyzje. W procesie wyborczym uderza jeszcze jeden szczegół. Kristine przeszła właściwie cały cursus honorum: od wielokrotnie sprawowanej funkcji delegatki i liderki lokalnego oddziału organizacji, przez funkcję redaktorki wydawanych przez Norges Unge Katolikker czasopism, po stanowisko przewodniczącej całej organizacji oraz członkostwo w Biskupiej Radzie ds. Planu Pastoralnego dla Dzieci i Młodzieży. Liczba administracyjnych stopni, które pokonała w swej kościelnej drodze Kristine (w wieku 22 lat!) może zawstydzić niejednego polskiego parlamentarzystę.

Trudno tu jednak mówić o karierze. Działalność Kristine to po prostu nieopłacana, odpowiedzialna i wymagająca służba. Jej wybór nie był technokratycznym rozstrzygnięciem, ale raczej wyrazem olbrzymiego zaufania – jak mówi – do osoby, którą większość delegatów dobrze zna i po chrześcijańsku bardzo kocha. To przecież dopiero początek życiowej drogi Kristine. Norges Unge Katolikker skupia ludzi do 35. roku życia. Nie martwię się jednak o przyszłość Kristine po opuszczeniu związku młodzieży. Z pewnością norweski Kościół będzie umiał wykorzystać jej doświadczenie i zaangażowanie. Kto wie, może za kilkadziesiąt lat Kristine będzie doskonałą kandydatką na kardynała?

Poszukajmy dalej. Pani Hanna Liedtke opowiada o radzie parafialnej w Schwarzenbeku, w diecezji hamburskiej w Niemczech. Schwarzenbek to malutkie 16-tysięczne miasteczko położone 30 km na wschód od Hamburga. Do parafii katolickiej należy tu około 2000 wiernych. Boryka się ona z typowym dla Niemiec problemem braku księży. Z tego powodu organizacyjnie połączona jest z dwiema innymi w jedno probostwo. Problem braku księży ma jednak paradoksalnie także i dobre strony: parafianie o swój kościół i wspólnotę troszczą się właściwie samodzielnie. Kapłan przyjeżdża z Hamburga sprawować sakramenty, ale wspólnota na co dzień radzi sobie sama. Pani Hanna podkreśla, że w tej kadencji nie zdecydowała się kandydować do rady parafialnej, bo to olbrzymie zobowiązanie, a działalność w radzie pochłania dużo czasu.

W probostwie łączącym trzy parafie działają dwie rady troszczące się o funkcjonowanie wspólnoty. Kirchenvorstand to rada kościoła. Zarządza budżetem parafii, decyduje o wydatkach, remontach. Oczywiście członkiem Kirchenvorstand jest też proboszcz, ale chociaż stoi on na czele rady, decyzje podejmowane są większością głosów i może się zdarzyć, że zostanie najzwyczajniej w świecie przegłosowany.

Druga rada – Pfarrgemeinderat – to bardziej rada parafialna. Zajmuje się sprawami organizacyjnymi, koordynuje działalność grup duszpasterskich przy parafii, organizuje parafialne imprezy, odwiedza osoby starsze we wspólnocie, pomaga im dojechać na niedzielną mszę św. Pytam panią Hannę o sposób, w jaki wyłaniane są obie rady. Okazuje się znów, że to bardzo skomplikowana, ale równocześnie niezwykle przejrzysta procedura. Kandydaci do owych dwóch rad muszą mieć ukończone odpowiednio 18 i 16 lat. Ustępująca rada sama wyszukuje potencjalnych kandydatów do nowego składu: czasami to nawet 4 do 5 osób na jedno miejsce. Oczywiście chętni mogą zgłaszać się również niezależnie. Potrzeba wówczas 30 podpisów popierających kandydaturę. Gorączka przedwyborcza zaczyna się już na miesiąc przed głosowaniem. W kościele wywieszane są listy kandydatów. Po niedzielnej mszy św. kandydaci mają prawo z ambony przedstawić się wiernym i zabiegać o głosy. W domu parafialnym, przy kawie, kontynuowane są „polityczne” rozmowy. Głosowanie odbywa się w niedzielę w kościele, choć można też głosować korespondencyjnie. Frekwencja nie jest bardzo wysoka (około 20% parafian), ale głosujący to właśnie ci, którzy regularnie przychodzą na msze i biorą udział w życiu parafii. Analizując słowa pani Hanny, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że parafia w Schwarzenbeku należy przede wszystkim do świeckich.

Demokracja pod kontrolą

Z diecezji hamburskiej palcem po mapie wędruję ponad 300 km na zachód. Koresponduję z Daną Hammingą, która opisuje mi, jak funkcjonuje Kościół katolicki w Holandii w mieście męczeństwa św. Bonifacego, w Dokkum w diecezji Groningen. Dana rozpoczyna swoją opowieść w czasie naszej rozmowy przez Internet od trafnej uwagi: „Jaki kraj, taki Kościół” – mówi. Jaka jest Holandia? To kraj ludzi dumnych z tradycji Erazma, kochających demokrację, szanujących pojawiających się tu od stuleci zamorskich przybyszów. Równouprawnienie, demokratyzacja, ale także krytyczne podejście do zastanej rzeczywistości społecznej widoczne są według Dany na każdym szczeblu społecznej drabiny: od rodziny po władze państwowe. Nic dziwnego, że lokalny holenderski Kościół również przeniknięty jest duchem wolności i równości.

Dana Hamminga ze smutkiem patrzy na dzisiejszą sytuację katolików w Holandii. Świątynie pustoszeją na jej oczach, wymiera stare pokolenie przywiązane do czasów II Soboru Watykańskiego. Wśród holenderskich katolików powszechne jest zniechęcenie spowodowane oporem hierarchii kościelnej wobec postulowanych przez świeckich zmian. Dana wspomina Ruch 8 Maja, który awangardowi teolodzy zawiązali tuż przed wizytą Jana Pawła II w Holandii w roku 1985. Niestety, misja Ruchu zakończyła się porażką, ze strony hierarchii nikt nie wyraził woli dyskusji na podnoszone przez świeckich tematy zniesienia celibatu, dopuszczenia do kapłaństwa kobiet, zmiany nauki Kościoła o małżeństwie i homoseksualistach.

Pontyfikat Benedykta XVI z perspektywy katolików w Holandii Dana Hamminga ocenia bardzo krytycznie. Nominacje biskupie obecnego papieża doprowadziły do zniszczenia struktur „obywatelskiej” aktywności świeckich w lokalnym Kościele. O poprzednim biskupie Dana mówi nawet złośliwie: „biskup technokrata”. A jednak w małych, lokalnych wspólnotach, parafiach, Kościół holenderski żyje duchem demokracji. Choć parafia Dany liczy tylko ok. 600–800 wiernych, działają tam sprawnie i rada parafialna, i rada duszpasterska. Ta pierwsza pełni pieczę nad finansami parafii, druga odpowiedzialna jest za program duszpasterski. Wybór członków do rady parafialnej jest trochę nieprzejrzysty: są to kandydatury proboszcza, które zatwierdza biskup. Dana podkreśla jednak, że w razie pęknięcia na linii: kuria biskupia – lokalna wspólnota, proboszczowie stają na ogół po stronie świeckich. Z tego właśnie powodu nowe nominacje biskupie Benedykta XVI miały zdyscyplinować zarówno wiernych, jak i proboszczów.

O składzie rady duszpasterskiej w Dokkum decydują już stuprocentowo demokratyczne wybory. Procedura głosowania zbliżona jest do tej w Niemczech. Radę obowiązuje pełna transparencja: publikowanie protokołów, oświadczeń finansowych, audytów. Oczywiście taka demokratyzacja Kościoła rodzi też pewne zagrożenia. Dana opowiada mi np. o pewnym deweloperze, który z powodzeniem kandydował do rady tylko po to, by dzięki swej pozycji w Kościele umiejętnie zwiększyć zyski w handlu ziemią z bogatymi rolnikami stanowiącymi większość członków katolickiej parafii. To na szczęście margines – podkreśla.

Z opowieści Dany wyłania się więc obraz „kontrolowanej demokracji”. Obowiązują mechanizmy polityczne: zgłaszanie kandydatur, głosowanie, publiczne rozliczenie sprawujących urząd. Jednak ta polityczność Kościoła podlega pewnej kontroli: ostatecznie najważniejsze decyzje zatwierdza biskup. Co ciekawe, choć Dana narzeka na nadmierną jej zdaniem ingerencję hierarchów w działalność świeckich, wcale nie chce pozbawiać kurii należnych jej prerogatyw. Podkreśla, że potrzebna jest biskupia kontrola (może i trochę autorytarna), ale sprawowana w atmosferze wzajemnego zaufania.

Z tej długiej podróży po lokalnych, zagranicznych wspólnotach wracam do Polski. Ze smutkiem muszę przyznać, że polski Kościół funkcjonuje niestety wedle zupełnie innych wzorców niż wspólnoty w Norwegii, Niemczech czy Holandii. Wielu katolików w rozmowie ze mną nie jest nawet w stanie ukryć swego zdziwienia lub oburzenia tym, że w katolickiej świątyni można by wystawić urnę do głosowania, a losy parafialnego budżetu powierzyć parafianom ekonomistom, a nie księdzu proboszczowi. Wiem, że w wielu polskich diecezjach rad parafialnych i ekonomicznych nie powołuje się wcale albo mają one wyłącznie charakter odświętnej dekoracji na wypadek wizytacji biskupa. Archidiecezja Krakowska na tle reszty kraju wypada dosyć korzystnie.

Kanclerz Kurii ks. Piotr Majer w rozmowie ze mną podkreśla rolę zwołanego przez kard. Karola Wojtyłę w 1972 r. i zamkniętego przez niego już jako papieża w roku 1979 synodu Archidiecezji Krakowskiej. Wojtyle udało się zaangażować świeckich i stworzyć z nich zespoły synodalne. Niestety pomimo działalności synodu, także w małopolskim Kościele aktywność świeckich przy parafiach bywa bardzo niska. Ksiądz Piotr Majer wskazuje na różnorodne przyczyny takiej parafialnej inercji: „od nieufności ze strony duchownych, której źródeł można dopatrywać się jeszcze w minionej epoce – po obserwowalne tu i ówdzie postawy »roszczeniowe« tych świeckich, którzy radę parafialną chcieliby widzieć wyłącznie jako organ kontrolny, a może i nadrzędny w stosunku do proboszcza”. Ksiądz Majer przestrzega, że „w ten sposób rady, zamiast być organem doradczym, konsultacyjnym, stają się niekiedy organem »krytykanckim« i z założenia sytuują się »przeciwko« księdzu”. Stanowisko kanclerza jest wyważone. Zaznacza on: „Choć nie brak bardzo pozytywnych przykładów dobrej i owocnej współpracy proboszcza z radą, obawiałbym się sytuacji, gdy aktywność świeckich wykroczy poza ramy wyznaczone doktryną i ustrojem hierarchicznym Kościoła, tak jak niedawno miało to miejsce w Niemczech, gdzie tamtejsza Konferencja Episkopatu musiała występować przeciwko Centralnemu Komitetowi Katolików Niemieckich wysuwającemu żądania udzielania święceń diakonatu kobietom”. Kanclerz stwierdza: „w ten sposób tworzy się swego rodzaju »związki zawodowe katolików świeckich«, a »dialog« z takimi grupami wygląda jak negocjacje wzajemnie zantagonizowanych stron”. Ksiądz Majer konkluduje: „Nie każda krytyczna opinia świeckich jest atakiem na Kościół, ale istnieją też takie opinie i działania, które rzeczywiście atakiem bywają”. Odnoszę więc wrażenie, że ks. Piotr Majer i Dana Hamminga postulują podobny model Kościoła. Ma to być „demokracja sterowana chrześcijańską miłością”. Kontrowersja polega na tym, że wiele z postulatów, które rodzą się podczas dyskusji świeckich w lokalnych wspólnotach, odbieranych jest często, jak określa to ks. Piotr Majer, jako „atak na Kościół”.

Czy grozi nam konflikt?

Na koniec decyduję się na jeszcze jedną rozmowę, z ks. bp. Janem Szkodoniem. To strzał w dziesiątkę. Biskup pomocniczy diecezji krakowskiej zajmuje się już od wielu lat wizytowaniem małopolskich parafii. O działalności rad parafialnych wie bardzo dużo: zarówno tego dobrego, jak i złego. Biskup Szkodoń podkreśla, że w diecezji krakowskiej rady parafialne działają niemal w każdej wspólnocie. Dzieli się jednak smutną obserwacją, że bardzo rzadko proboszczowie dopuszczają świeckich do czegoś więcej niż organizowania odpustu czy remontu dachu kościoła. Trzeba, aby rady parafialne brały też udział w ustalaniu programów duszpasterskich. Niech to świeccy wskazują na problemy wspólnoty: na rozpad małżeństw, na materialną i duchową biedę, na alkoholizm. To świeccy powinni dyktować proboszczowi tematy kazań i katechez.

Z księdzem biskupem rozmawiam także o specjalnym dekrecie podpisanym jeszcze w grudniu 1995 r. przez Franciszka kardynała Macharskiego. Ze „Statutu Duszpasterskiej Rady Parafialnej Archidiecezji Krakowskiej” wprost wynika, że połowa jej członków powinna być wyłaniana w drodze wyborów, w których uczestniczą wszyscy dorośli parafianie. W Polsce głosowanie w kościele to rzadkość, ale bp Szkodoń podkreśla, że np. w Chrzanowie czy Libiążu wizytował parafie, gdzie przepis ustanowiony przez poprzedniego metropolitę krakowskiego wcale nie pozostaje martwy. Zresztą sposób wyboru członków rady bywa bardzo różny. Jan Szkodoń przywołuje zabawną anegdotkę o tym, jak jeden z proboszczów po przeprowadzeniu wyborów zrezygnował z przysługującej mu nominacji drugiej połowy stanowisk, stwierdzając, że on sam nominowałby przecież tych samych ludzi, których demokratycznie wybrali parafianie. Gdzie indziej proboszcz parafii składającej się z kilku wiosek po państwowych wyborach samorządowych zebrał sołtysów i powiedział: „Słuchajcie, wy wszyscy jesteście katolikami, wybory już były, ludzie wam ufają, ja z was zrobię radę parafialną, co wy na to?”.

Biskup Szkodoń bardzo docenia przejrzystość finansów w parafiach niemieckich i austriackich, których rady parafialne publikują sprawozdania finansowe. „Tego nam potrzeba!” – mówi. Dzieli się również spostrzeżeniem, że w Polsce to Kościół katolicki mógłby uczyć Polaków społeczeństwa obywatelskiego. Wybory do rady parafialnej to najlepszy sposób. Sęk w tym, że nie wszystkim proboszczom takie społeczeństwo jest na rękę. Na koniec pytam jeszcze krakowskiego biskupa, czy nie obawia się, podobnie jak ks. Piotr Majer, że organizacje świeckich formułować będą kontrowersyjne postulaty, wchodzić w konflikt z hierarchią kościelną. Ksiądz biskup odpowiada szczerym uśmiechem: „Proszę pana, nam to na razie ciągle grozi coś odwrotnego”…

Poszukując wzorców

Tych kilka przykładów organizacji katolickich wspólnot w Europie Zachodniej, Europie dojrzałej demokracji, ilustruje, że możliwe jest zbudowanie Kościoła opartego na zasadach społecznej partycypacji i egalitaryzmu. To silny argument za reorganizacją eklezjalnej struktury także w Polsce. Wiek XX postawił przed polskim Kościołem liczne wyzwania: obronę religii przed okrutnymi totalitaryzmami, walkę o godność i wolność każdego człowieka. W tych trudnych czasach Kościół zdał swój egzamin. XXI stulecie przesuwa jednak gwałtownie dziejowe akcenty. Dziś przed polskim Kościołem stoi pilne zadanie zbudowania demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego. My, katolicy, powinniśmy się pospieszyć, jeśli zależy nam na tym, aby społeczeństwo obywatelskie w Polsce oparte zostało na chrześcijańskiej nauce o Trójcy Świętej (na idei pluralizmu w jedności), a nie na oświecieniowej walce sił i ontologii przemocy krytykowanej dziś przez myślicieli postmodernistycznych i postsekularnych.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter