70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Może być bez tytułu”

Wina, jaką na siebie przyjmujemy wraz z dostępem do wierszy Szymborskiej, jest winą Ewy: odtąd nie tylko będziemy wiedzieli więcej, ale będziemy odpowiedzialni za więcej, będziemy powołani nie tylko do analizy, ale i do syntezy, do ciągłego sprawdzania, czy rzeczy ważne naprawdę są ważniejsze od nieważnych – i które są które.

Tekst, który Państwo przeczytają, a z nim ja, jako jego autorka, mamy ten komfort, że ani on, ani ja nie aspirujemy do niczego ponad próbę opowiedzenia o tym, co umiem i chcę przeczytać u Wisławy Szymborskiej. Jednocześnie zastrzegamy sobie oboje prawo do okolicznościowego braku zainteresowania tym, co umieją i chcą przeczytać inni, jak również do niewiedzy o tym, że inni przeczytali u poetki to samo bądź podobne, a opowiedzieli o tym w bardziej eleganckich i porywających zdaniach.

„To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby”

„Czuję się zagrożony wszelkim horyzontem” – żali się w Głosach z tomu Wszelki wypadek Appiusz Papiusz Hostiuszowi Meliuszowi, na co Hostiusz, z wyraźnie pokrzepiającą intonacją, odpowiada: „Naprzód. Gdzieś wreszcie jest koniec świata”. Rzymianie w Głosach są aroganccy i spięci, skupieni na tuszowaniu swojego zdezorientowania mnogością „małych narodów”, które „rozumieją mało”, a które tworzą wokół Imperium zgoła niesanitarny kordon nagannych obyczajów, zacofanych praw i nieskutecznych bogów. Enumeratywne potraktowanie niechlujnych i lekkomyślnych Aboryginów, Rutulów, Sabinów, Ekwów, Wolsków, Aurunków, Marsów i kogo tam jeszcze, za pierwszym, odruchowym skojarzeniem odsyła mnie bezpośrednio do Urodzin z ich urokliwie aliterowanymi morenami, murenami i morzami, czy ogniem, ogonem, orłem i orzechem. To niepokojące odesłanie, a jego rykoszet prowadzi do kolejnych „zdziwieniowych” – że użyję neologizmu redaktorów z TOK FM – tekstów Szymborskiej i tym samym moje zaniepokojenie podsyca.

Wszystko moje, nic własnością,
nic własnością dla pamięci,
a moje dopóki patrzę.
(Elegia podróżna, z tomu: Sól, 1962)

Bo kolonizatorskie, a nie kronikarskie, wydają mi się często potrzeby i metody Szymborskiej i nie zmylą mnie jej narzędzia. „Pamięć nareszcie ma, czego szukała” – tak zaczyna się wiersz poświęcony szukaniu w snach właściwego, prawdziwego obrazu zmarłych rodziców. W tym upragnionym śnie rodzice są „posłuszni tylko sobie i niczemu już”: stan ostateczny, docelowy, film wyświetlony projektorem tęsknoty, strachu przed zapominaniem i podszyty lękiem przed własnym przemijaniem, jest filmem o podległości – choćby samemu sobie – i o posiadaniu – choćby samego siebie. „Dotknęłam świata jak rzeźbionej ramy” – kończy wiersz Szymborska. Tak, ta mapa jest oprawiona oszałamiająco. Ale i Szymborska jest bardzo piękną imperatorką, bo wie, że:

Nawet proste dzień dobry
wymienione z rybą
ciebie, rybę i wszystkich
przy życiu umocni.
(Obmyślam świat, z tomu: Wołanie do Yeti,1957)

„Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło”

„Czemu w zanadto jednej osobie? / Tej a nie innej? I co tu robię?”. To może nie są najciekawsze pytania, jakie można postawić w tych fundamentalnych kwestiach, ale zapewne są konieczne jako wstęp do bardziej szczegółowych, a jednocześnie mroczniejszych, które w Zdumieniu z tomu Wszelki wypadek również się pojawiają. Są bardziej dziecinne, a ich melodyka wydaje się dedykowana raczej rdzeniowi kręgowemu niż, tradycyjnie, prawej półkuli mózgu: „W domu nie gnieździe? / W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?”. Ależ owszem, są ludzkie dzieci, które rodzą się z tak zwaną „rybią łuską”. Ichtyosis ma kilka postaci, z których najlżejsza, jak większość dermatoz, naraża na śmieszność i obrzydzenie współplemieńców, najcięższa zaś zabija. Zestawienie twarzy z liściem, możliwość zamiany tych dwóch, nazwijmy to, aparycji, możliwość w ogóle ich porównywania, jest – przynajmniej dla mnie – na tyle nieprzyjemna, niesprawiedliwa, a jednocześnie niewykluczone, że całkowicie, w ramach ekosystemu, naturalna, że czym prędzej przypominam sobie, jak poradził sobie z nią język codzienny, w relacjach którego niekiedy zdarza się dostać w twarz „z liścia”, czyli otwartą dłonią. W kolokwialnym zwrocie liść staje się ludzką ręką, co eliminuje z tego pojedynku milczącą, a wobec tego możliwe że pokrzywdzoną, przyrodę. W wierszu Szymborskiej przyroda, również ta nieożywiona, wraz z wyodrębnioną z niej na chwilę na potrzeby tego jednego igrzyska ludzkością, stanowi gigantyczną pulę, z której losuje się nie wiadomo do jakich celów i wedle niewiadomo jakich zasad. Czy muszę dodawać, że najmniej wiadomo, kto losuje. Czasem mam wrażenie, że zdumienie Szymborskiej, „zdumienie Szymborskiej”, ten związek frazeologiczny, którego istotną składową jest zachwyt, dotyczy w istocie samego losowania.

Choć oczywiście aspekt etyczny, jakiś rodzaj winy metafizycznej, nie mógłby się w tym akcie zdumienia nie pojawić. „Wybaczcie mi, dalekie wojny, że noszę kwiaty do domu” pisze Szymborska w wierszu „Pod jedną gwiazdką” z tego samego tomu. Przeprasza też „wołających z otchłani za płytę z menuetem” i „ludzi na dworcach za sen o piątej rano”. I to by było tyle z tej wyodrębnionej ludzkości, czemu w tej litanii należałyby się – choćby tylko formalne – przeprosiny. W dodatku ludzie na dworcach, niedookreśleni jako bezdomni czy ofiary tajnej zmiany rozkładu jazdy, są tam z własnej woli, więc przepraszanie ich wypada zbędnie i ten akurat masowy adresat mógłby spokojnie zostać zastąpiony czymś bardziej abstrakcyjnym. Zresztą w tym wierszu najbardziej poruszają mnie inne przeprosiny: „przepraszam wszystkich, że nie umiem być każdym i każdą”. W „Nieobecności” z tomu Dwukropek „każdy i każda” zostanie zastąpiony „żadnym i żadną”, gdy poetka spekuluje, co by się stało, gdyby nie ją i nie ze sobą nawzajem spłodzili jej rodzice. Dwie inne dziewczynki, które nie byłyby nią samą, są wdzięcznym tłem zdumiewającej konstatacji, że mimo jej osobistego, nieprzebranego a poszczególnego nieistnienia, w ogólnym – czyli czyim? jakim? – rozrachunku niczego zdaje się nie brakować:

Dziewczynki, stańcie tutaj
– wołałby fotograf –
te niższe z przodu, te wyższe za nimi.
I ładnie się uśmiechnąć, kiedy zrobię znak.
Tylko się policzcie,
czy jesteście wszystkie?

– Tak, proszę pana, wszystkie.
(Nieobecność, z tomu: Dwukropek, 2005)

„Albo go kocha, albo się uparła”

Czy miłość, miłość do życia również, jest przypadkową łaską czy kosmiczną predestynacją? Ani na jedno, ani na drugie wzoru nie znamy, więc pytanie dotyczy tak naprawdę rodzaju tańca, jaki tańczy się w miłosnych wierszach Szymborskiej, kroków, jakie się wykonuje, a nie zapisu nutowego utworu, który zainspirował tę choreografię. Ich bohaterowie, „od urodzenia w pożegnalnych ciałach” (Monolog dla Kasandry, Sto pociech 1997), sprawiają wrażenie stworzonych do wpadania na siebie, ale i do odbijania się od siebie na zmianę w rytmie, który albo od nich nie zależy, albo po prostu nie chcą go sami wybijać. A może nie mają na czym? Kochankowie u Szymborskiej, „wywyższeni ku sobie bez żadnej zasługi, / pierwsi lepsi z miliona, ale przekonani, / że tak się stać musiało”, jako para realizują się w trwaniu w opozycji wobec „ludzi nieznających miłości szczęśliwej”, tą upartą taktyką prowadząc do tego, że prędzej czy później muszą powiedzieć o sobie jak bohaterowie Mozaiki bizantyjskiej: „bliźniętamiśmy w zgrozie”. Gdy poetka puka do wnętrza kamienia, kamień odmawia jej wpuszczenia na wiele sposobów, z których najbardziej dojmujący wydaje się ten: „ – Nie wejdziesz – mówi kamień. – / Brak ci zmysłu udziału”. Czym jest „zmysł udziału”, jeśli nawet wyostrzenie do granic wrażliwości, wytrenowanie do wszechogarniania pozostałych pięciu zmysłów nie sprawi, że posiądziemy też ten upragniony – jeśli chcemy wejść do wnętrza kamienia – szósty?

Dopiero wyjście z pary i mówienie o miłości z pozycji częściowej lub całkowitej utraty pozwala powiedzieć coś, co nie jest manifestacją mającą określić granice między kochankami a światem. Miłość, gdy zostaje utracona, staje się terminem, jawi się jako okres czeladnictwa, który – podsumowywany po czasie – służył nauce, nabywaniu wiedzy i umiejętności, ale też socjalizacji i umieszczeniu samego siebie w kolejnych, coraz szerszych, coraz odważniej zakrojonych kontekstach. Jak w wierszu Pożegnanie widoku z tomu Koniec i początek (1993):

Na jedno się nie godzę.
Na swój powrót tam.
Przywilej obecności –
rezygnuję z niego.

Na tyle Cię przeżyłam
i tylko na tyle,
żeby myśleć z daleka.

„Myślenie z daleka” możliwe jest dzięki temu, że zamknąwszy cykl posiadania i utraty, orientujemy się, że nie posiadaliśmy wystarczająco, tak jakbyśmy tego teraz, gdy to straciliśmy, chcieli, a z drugiej strony, skorośmy to utracili, prawdopodobnie posiadaliśmy to, czyli musieliśmy tam być, musieliśmy w tym posiadaniu brać udział żywi i zaangażowani. Zmysł udziału wykształcił się przy okazji.

Oczywiście nie może też zabraknąć miłości zwyciężającej śmierć, ale u Szymborskiej, nietypowo, jest to Pierwsza miłość (wiersz z tomu Chwila), „niepamiętana, / nie śniąca się nawet”, nie najważniejsza wcale z tych, które „głęboko do tej pory oddychają we mnie”, niemniej potrafiąca coś, czego inne nie potrafią: oswajająca ze śmiercią. Bo też i nie o zwycięstwo nad śmiercią chodzi, mimo że tak szerokie kompetencje starają się poeci od zawsze przypisywać miłości, ale zaledwie – aż – o jej oswojenie. Miłość żywa, zmuszając kochanków do ciągłego uzgadniania wspólnego języka, nieustannego pokonywania przepaści, do nieprzerwanej, a rzadko wieńczonej sukcesem, pracy nad jakością łączności pomiędzy nimi, stwarza iluzję nieśmiertelności i do oswajania ze śmiercią się zupełnie nie nadaje.

„Własne pieniądze na podróż daleką i długą”

„Najważniejszy w tragedii jest dla mnie akt szósty”, zaczyna się wiersz pt. Wrażenia z teatru z tomu Wszelki wypadek. Szósty po ostatnim, piątym. Lubię czytać ten wiersz jako wiersz o przygodzie śmierci i ciekawości tego, co po niej. I myślę, że mam prawo do takiego odczytania, gdy „w rzędzie pomiędzy żywymi” ustawiają się do ukłonów „zmarli dużo wcześniej, / bo w akcie trzecim, czwartym, oraz pomiędzy aktami”, zaś „wściekłość podaje ramię łagodności, / ofiara patrzy błogo w oczy kata”, jak, nie przymierzając, jagnię w oczy wilka u Izajasza. Ten moment pomiędzy końcem przedstawienia a spuszczeniem kurtyny jest chwilą, w której realizuje się przewrotne non omnis moriar poetki: jeśli nie wszystka umrę, to tylko z ciekawości, wydaje się mówić. Horacy pojawia się w wierszach Szymborskiej nieraz, ale nigdy we własnym kostiumie: raz jest dziewczyną, która przeprasza, że non omnis moriar z miłości (Reszta), raz (Autotomia) ludzką strzykwą, nieudolnie naśladującą tę prawdziwą w zdolności do dzielenia się w niebezpieczeństwie na dwoje. W Wielkiej liczbie dumny czas przyszły Horacego Szymborska sprowadza do chwiejnego trybu przypuszczającego, kwitując go słowami: „przedwczesne strapienie”. Strapieniem aktualnym bowiem jest: „Czy jednak cała żyję i czy to wystarcza”.

I czy wystarczy tego życia na całe życie – na całą tę podróż i na jej oczywisty, tajemniczy finał. Bezustanna buchalteria, ciągłe sprawdzanie, czym się dysponuje i po co jeszcze powinno się sięgnąć, żeby podróż miała jak najwięcej sensu, a jednocześnie świadomość, że nie można ze stuprocentową pewnością powiedzieć, na czym ów sens się zasadza – i czy w ogóle na czymś – to chyba najbardziej ekscytujący moment poezji Szymborskiej, w której myślenie jest tą siłą, wydobywającą człowieka

sprzed słowa sen,
w którym, co żywe,
rodzi się na zawsze
i umiera bez śmierci.
(Notatka, z tomu: Sól,1962)

A co, jeśli się nie ma własnych pieniędzy na podróż daleką i długą, najdalszą i najdłuższą? W Bagażu powrotnym (Chwila, 2002) patrzymy na dziecięce groby. Dzieci, które przedwcześnie zostały odebrane nie rodzicom, nie braciom i siostrom, ale „słońcu, księżycowi, / obrotom roku, chmurom”. Odchodzą, uciuławszy „strzępki widoków”, „łyżeczkę gorzkiej wiedzy”, „drobne nieposłuszeństwa, / w tym któreś śmiertelne”, jak choćby „szczęście ślizgania się po kruchym lodzie”. Odebrane obrotom roku, jak trybiki wyjęte z mechanizmu zegara: ich malutki czas jest w wierszu czasem skradzionym temu dużemu czasowi. Dla zegara jest ważne, czy jego mechanizm jest kompletny. Czy możemy domniemywać, że czasowi robi różnicę, gdy ubywa go o te nieprzeżyte życia? Oszałamiający, pełen nadziei i wiary pomysł, tym bardziej, że życie może trwać sekundę: „ciemność i błysk żarówki i znowu ciemność”. I dopiero ta emocjonalna słabość czasu nadaje się, moim zdaniem, do opisania „kamienną greką”.

„Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi”

Wiersz, którego tytuł jest też tytułem tego tekstu, zaczyna się tak:

Doszło do tego, że siedzę pod drzewem,
na brzegu rzeki,
w słoneczny poranek.
Jest to zdarzenie błahe
i do historii nie wejdzie.
(Może być bez tytułu, z tomu: Koniec i początek, 1993)

Oczywiście każde zdarzenie wchodzi do historii, zaczyna do niej przechodzić dokładnie w momencie, w którym zaczyna się wydarzać i skromność beneficjentki tego zdarzenia, polegającego na siedzeniu pod drzewem na brzegu rzeki, pozostaje w jaskrawym kontraście z faktem, że jej wyczyn właśnie na naszych oczach do historii przechodzi. Może się natomiast wydarzyć tak, że przyjąwszy ten egalitarny rodzaj perspektywy historycznej, istotnie niewiele opisanemu zdarzeniu poświęcimy uwagi, zajęci z nagła uświadomioną sobie swoją własną już w dużej mierze historycznością.
I to jest, dla mnie, największa siła poezji Szymborskiej: korzystając z tej poezji, musimy zrzec się prawa do pozostawania homo sapiens innocens, w przeciwnym razie nic z niej nie wyniesiemy. Wina, jaką na siebie przyjmujemy wraz z dostępem do wierszy poetki, jest winą Ewy: odtąd nie tylko będziemy wiedzieli więcej, ale będziemy odpowiedzialni za więcej, będziemy powołani nie tylko do analizy, ale i do syntezy, do ciągłego sprawdzania, czy rzeczy ważne naprawdę są ważniejsze od nieważnych – i które są które. A życie, w całym swoim przepychu i przypadkowości, stanie się przede wszystkim okazją do tego, by „bez ustanku czegoś ważnego / nie wiedzieć” (Notatka,z tomu: Chwila, 2002).

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata