70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Te małe. Rzecz o swobodzie nazywania

Pogląd pisarza na to, jak zakwalifikować swoje dzieło – uznać je za prozę poetycką, powieść autobiograficzną czy reportaż – może rozmijać się z tym, co sądzą na ten temat badacze i krytycy literatury. Zarówno pisarz, jak i badacz mają do nazywania pełne prawo. Na pewno nie należy głosu żadnego z nich lekceważyć, a tak właśnie postąpił Mateusz Zimnoch, pomijając zdanie samej Hanny Krall.

Spójrzmy na tę dziewczynkę. Ma sześć lat, czarne oczy i dorośli ciągle każą jej się ukrywać, przenoszą z miejsca na miejsce. Sprawa jest prosta: „gdybym ja miał dziecko z takimi oczami, nie chodziłbym z nim po ulicy” – z westchnieniem upomina policjant. Jednak puszcza ją wolno. Ta dziewczynka to jedna z bohaterek Białej Marii, ostatniej książki Hanny Krall. Do końca pozostaje niewyjaśnione, jak ma na imię, ale jest to sprawa drugorzędna. Podobnie jak problem, czy Biała Maria to reportaż, czy może przynależy do innego gatunku. Prawdopodobnie ta kwestia nie wydałaby mi się zajmująca, gdyby nie tekst Mateusza Zimnocha Reportaż w płynnej nowoczesności, który ukazał się w marcowym numerze „Znaku”.

Otóż autor teksu podważa stwierdzenie Anny Nasiłowskiej, że Białej Marii, a także wielu innych utworów Krall, nie można już nazwać reportażami. Argumentacja Zimnocha przebiega następująco: „Podstawowym założeniem, które wydaje się nieaktualne, jest przekonanie, że dziennikarstwo polega na »przekazywaniu, rejestrowaniu, zapisie«. Nasiłowska wyciąga stąd wniosek, iż montaż, narracja szkatułkowa oraz inne literackie cechy ostatniej książki Krall są dowodem na przełamywanie konwencji reportażu. W rzeczywistości wspomniane techniki są stosowane przez praktyków gatunku od bardzo dawna”. Jeśli chodzi o ostatnie zdanie wnioskowania, Zimnoch ma absolutną rację. Ostrze jego krytyki jest jednak wymierzone w niewłaściwym kierunku.

Potrzeba klasyfikacji

Nasiłowska nie podważa bowiem możliwości stosowania przez reportażystów tych czy innych chwytów literackich. Wyraźnie zaznacza przecież: „Reportaże operują fikcjami, prawdziwej opowieści nikt by nie zniósł, bo jest zbyt rozwlekła. Granice literatury i życia są czysto umowne. W literaturze jest zawsze mnóstwo życia. Inaczej nie miałaby sensu”. W odniesieniu do tych słów oczywistym staje się, że badaczka nie neguje literackich walorów reportażu.

To nie z tego względu sprzeciwia się opiniom, jakoby Biała Maria należała do tego gatunku. Nasiłowska z jednej strony podkreśla osobisty charakter opowieści, którą Krall utkała na kanwie swoich wspomnień, a z drugiej – jej wymiar uniwersalny. Zimnoch upraszcza poglądy badaczki, zarzucając jej staromodne rozumienie „opozycyjnego charakteru faktu i fikcji”. W rzeczywistości Nasiłowska mówi coś zgoła innego: w reportażach wiele znajdziemy fikcji literackiej, a w powieściach – podpatrzonych i przeżytych przez autora zdarzeń. Jak pisze badaczka, „powieści robi się z faktów”, a reportaże z fikcji. Ten zabieg odwrócenia znaczeń zaświadcza o bogactwie literatury, niemożności zastosowania zbyt prostych kryteriów.

Wykorzystanie faktów z życia wcale nie przesądza o przynależności tekstu do literatury faktu.
Trudno zrozumieć, skąd wynika tak silna potrzeba jednoznacznego rozróżniania: to jest reportaż, a to proza fikcjonalna. W tym samym tekście Zimnoch krytycznie pisze o tym, że „literaturoznawstwo, koncentrując się w ostatnich dekadach na zagadnieniach ściśle związanych z twórczością reportażową, badało teksty literackie, które nie zaliczają się do tego gatunku”. Tak jakby cechy charakterystyczne dla tekstów reportażowych nie zasługiwały na uwagę w innych utworach. Walcząc w obronie słusznej skądinąd sprawy, jaką jest równoprawne traktowanie reportażu, Zimnoch zdaje się zapominać o płynnym i często umownym charakterze granic gatunku. A na dodatek w żaden sposób nie pokazuje, dlaczego, jego zdaniem, Białą Marię do reportaży należy zaliczyć.

„Nie piszę reportaży”

Tekst, do którego polemicznie odnosi się Zimnoch, nosi tytuł Czego nauczyłam się od Hanny Krall i ukazał się w grudniowym „Znaku” (2011). Sam tytuł już wiele wyjaśnia. Nasiłowska czerpie wiedzę z rozmów z pisarką, która mówi wprost: „Pani Aniu, dlaczego ciągle pakują mnie do worka z literaturą faktu? Od dawna nie piszę reportaży. To jest literatura, literatura po prostu…”. Nie ma tu słowa o wykluczeniu reportażu z kręgu literatury. Jest za to niezgoda na przyklejanie etykietki tylko dlatego, że Krall do pewnego momentu pisała głównie reportaże. Nie może to przecież oznaczać, że każdy jej kolejny utwór automatycznie będzie przynależał do tego gatunku.

Autor ma prawo wskazać miejsce, w którym widzi swój utwór, może też nie przyporządkowywać go do żadnej kategorii. Pogląd pisarza na to, jak zakwalifikować swoje dzieło – uznać je za prozę poetycką, powieść autobiograficzną czy reportaż – może rozmijać się z tym, co sądzą na ten temat badacze i krytycy literatury. Zarówno pisarz, jak i badacz mają do nazywania pełne prawo. Intuicja podpowiada mi, że autor może znajdować się nawet o włos bliżej prawdy. Przede wszystkim jednak nie należy jego głosu w tej sprawie lekceważyć, a tak właśnie postąpił Zimnoch, pomijając zdanie samej Krall.

Ma ona prawo powiedzieć: nie piszę już reportaży. Nie znaczy to: reportaż się przeżył albo jest gorszy. Krall mówi tylko: moje książki to już nie reportaże. I to jest jej święte prawo. Czy to znaczy, że więcej jest w jej utworach fikcji? Niekoniecznie. Może chce przez to powiedzieć, że czerpie z innego miejsca, gdzieś głębiej, z wielkiej tradycji opowiadania, przejawiającej się od wieków w niezliczonych gatunkach literackich. Krall pisze literaturę. I nie ma potrzeby, żeby szukać dla niej szufladki.

Bardzo pojemna dziewczynka

Wróćmy do tej czarnookiej dziewczynki. Jej historię przytacza Krall nie po raz pierwszy. Wspominała o niej także Krzysztofowi Kieślowskiemu, a on na podstawie jej opowieści stworzył fabułę ósmej części Dekalogu. Fałszywe świadectwo, w tym wypadku metryka chrztu, może uratować komuś życie. Komuś, kto ma niewłaściwe pochodzenie. W czasie wojny nie można było z takimi oczami chodzić bezkarnie po ulicy. W historii tej małej dziewczynki można doszukiwać się wspomnień pisarki z czasów okupacji. Wiele szczegółów się zgadza. Ale Hanna Krall w żaden sposób nie zdradza w Białej Marii tożsamości bohaterki. Pisze tylko: „Znałam tę małą dość dobrze”. Zapytana o nią przez Wojciecha Tochmana, Krall tłumaczy: „Ona nie ma imienia. To jest taka bardzo pojemna dziewczynka. W niej są wszystkie dzieci wojny”.

Przychodzi mi na myśl inna dziewczynka, z którą również miałam okazję niedawno się zaznajomić. Palce i zęby ma poplamione atramentem, inne dzieci w szkole trzymają się od niej z daleka. Cierpi na bezsenność. Jej historia bardzo przypomina biografię Magdaleny Tulli, autorki Włoskich szpilek. Tak jak pisarka ma ojca Włocha, a po nim włoskie nazwisko. Wakacje co roku spędza w Mediolanie u jego rodziny. Dziewczynka pojawia się w tej książce jako jedna z postaci. Również bezimiennie. Urodziła się już po wojnie, ale i na niej Zagłada odcisnęła silne piętno, choć nie bezpośrednio. Będzie je podskórnie wyczuwać, jednak uświadomi je sobie już jako dorosła kobieta, kiedy jej matka zapadnie na alzheimera. Dopiero wówczas chora zacznie mówić o obozie zagłady, który udało jej się cudem przeżyć. I o innych z rodziny, którzy zginęli.

Podobnie jak Hanna Krall, Tulli nie zdradza tożsamości swojej dziewczynki. Raz pisze w pierwszej, innym razem w trzeciej osobie. Nazywa ją po prostu „bohaterką tej historii”. W jednym z rozdziałów idzie do pierwszej klasy, za chwilę widzimy ją jako dorosłą kobietę. „Nazwijmy ją Karoliną albo Małgorzatą” – pisze Tulli. To bez znaczenia, jak będzie miała na imię. Tak samo bez znaczenia jest zresztą, w jakiej kolejności poznajemy jej losy. „Początek jest tam, gdzie tkwi chorągiewka, chyba że wyjmie ją ktoś i przeniesie gdzieś indziej” – zauważa narratorka Włoskich szpilek. Może się zdarzyć i tak, że narratorka spotka dziewczynkę ze swoich wspomnień, weźmie ją ze sobą po lekcjach, zabierze na zupę i naleśniki do peerelowskiego baru mlecznego.

Gra w literaturę

Powiedzieć jasno i jednoznacznie, kim jest dziewczynka, oznaczałoby sprzeniewierzyć się zasadom gry, które samemu się ustaliło. Uczestnictwo w tej grze daje dystans niezbędny do spojrzenia głębiej, zbliżenia się do poznania niezrozumiałych mechanizmów. Co oczywiste ani Krall, ani Tulli nie były pierwsze w tej grze literatury z rzeczywistością. Tym, którzy się do rozgrywek przyłączą, literatura pomaga wyjść naprzeciw sprawom, rozejrzeć się po świecie oczyma innych, choćby i oni nigdy po świecie nie chodzili, choćby byli tylko wymyśleni, będąc zarazem Krall czy Tulli i nie będąc. Te małe dorosły i teraz piszą książki, opowiadają historie, które są zarazem o nich i nie o nich. Bardzo pojemne.

Można powiedzieć: to jest proza poetycka, powieść autobiograficzna, to jest reportaż. Albo zaniechać nazywania. Wiele utworów sytuuje się na pograniczu i nikomu nie stanie się krzywda, jeśli na tym pograniczu pozostaną, nieostemplowane przynależnością do żadnego gatunku. Niech nam wystarczy, że przynależą literaturze.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter