70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Portret człowieka nieskłamanego

To opowieść o człowieku „wrzuconym w historię”, zarazem wielkim, jak i pełnym małości, świetnym artyście i przegrywającym z chorobą alkoholiku, który mierząc się z samym sobą, musiał stawić czoła okrucieństwom epoki i bezwzględności ustrojów budowanych na przemocy i kłamstwach.

Broniewski. Miłość, wódka, polityka Mariusza Urbanka to książka nie tylko dla sympatyków szeroko rozumianej lewicy i twórczości poety. To także opowieść dla tych, którzy chcą lepiej i głębiej zrozumieć dzieje Polski w XX w.

O wadze niedawno wydanej biografii Władysława Broniewskiego świadczą przynajmniej dwa fakty. Po pierwsze, jest to pierwsza, kompletna, niezafałszowana dla potrzeb politycznych czy ideologicznych książka o poecie. Po drugie, publikacja nie jest lekturą z zakresu literaturoznawstwa, ale opowieścią o człowieku „wrzuconym w historię”, zarazem wielkim, jak i pełnym małości, świetnym artyście i przegrywającym z chorobą alkoholiku, który mierząc się z samym sobą, musiał stawić czoła okrucieństwom epoki i bezwzględności ustrojów budowanych na przemocy i kłamstwach, na serwilizmie i zaprzeczeniu ludzkiej godności.

Ta książka nie jest apologią Broniewskiego. Tym większy z niej pożytek. Urbanek – mimo całej sympatii do poety, jaka przebija z kart lektury – zbyt wiele mówi nam o nim rzeczy trudnych. I bynajmniej nie idzie tu tylko o alkoholizm twórcy, ani o Słowo o Stalinie, wiersz symbolizujący (częściową) zgodę Broniewskiego na powojenne realia w Polsce. Autor Miłości, wódki, polityki rysuje przed nami całą wielowymiarowość charakteru poety. Nie stawia go na piedestale, lecz pokazuje człowieka – trudnego, pełnego konfliktów sumienia, poddającego się manipulacjom i słabościom, a zarazem pełnego nigdy i przez nic nie wykorzenionej hardości.Warto wskazać na dwie występujące w książce „ścieżki narracji”. Z jednej strony otrzymujemy opowieść o życiu osobistym Broniewskiego, z drugiej – widzimy go jako postać historyczną. Oczywiście te dwie rzeczywistości oddzielam tutaj niejako sztucznie, bo przecież były ściśle ze sobą związane: legionista Piłsudskiego, komunizujący, rewolucyjny poeta, więzień sowieckich aresztów, żołnierz-tułacz, twórca na służbie budowanego w Polsce na rozkaz Stalina „socjalizmu z bolszewicką twarzą” nie miał przecież „życia prywatnego” na sposób właściwy „zwykłym ludziom”. Był zawsze – w mniejszym lub większym stopniu – współuczestnikiem, czy wręcz zakładnikiem splotu wydarzeń historycznych i to często tych na największą skalę.


Trudne miłości

Spróbujmy najpierw spojrzeć na Broniewskiego „prywatnie”. Alkohol, miłostki, miłości, liryzm. Ten liryzm wiązał go z polskością, patriotyzmem, od najwcześniejszych lat. Babka, Zofia z Lubowidzkich Broniewska, grała mu na fortepianie mazurki: „Jeden wlazł mi do serca jak drzazga i dotąd tej drzazgi nie mogę wyjąć” – opowiadał później. Gdy w 1943 r. jako żołnierz Andersa pisał w Jerozolimie wiersz Mazurek Chopina, zamieścił w nim takie strofy: „A babka mi to grała/ na starym fortepianie/ w pokoju, gdzie fotografia/ dwóch braci rozstrzelanych./ Bracia w czarnych czamarach/ leżą w płockim ogrodzie/ a babka niedawno zmarła/ niespodziewanie, gdzieś w drodze…”. Braćmi „w czarnych czamarach” byli Walerian i Romuald Lubowidzcy, znaleźli śmierć jako powstańcy styczniowi.
Tak, trudno oddzielić to, co prywatne od tego, co historyczne w życiu Broniewskiego, romantycznego poety wychowanego w tradycjach walki o niepodległość, walki rewolucyjnej i zbrojnej. Liryzm stanie się zresztą znakiem szczególnym najpiękniejszych i najważniejszych wierszy poety, zarówno tych najbardziej intymnych, jak i patriotycznych czy społecznych.

Broniewski, urodzony w roku 1897, do legionów wstąpił w kwietniu 1915. W pamiętnikach z żołnierskich czasów młody poeta zapisał zdania, które pozbawiają złudzeń: „Idiotyczne życie! Ciągle kokoty, wódka, nuda i karty. (…) Przylega to do człowieka jak błoto i potem czuje wstręt do samego siebie”. Ale oprócz kokot były i nieco głębsze uczucia i trochę bardziej wymagające romanse: młoda kuzyneczka, jakaś setnie nudząca się mężatka, pieszczotliwie nazywana „Pipcią”, itd., itp. A później pierwsza żona, Janina, poznana w 1924 r. Broniewski, choć zaręczony, ma jednak romans. Zmusza do przerwania ciąży swoją kochankę z Krakowa, Wandę Sz. Pisze do niej bez ogródek: „Ty musisz je zniszczyć, póki czas. Zrobisz to, jeżeli mnie choć trochę kochasz”.

I następne miłości: córka Anka, którą przyszło mu przeżyć i opłakać, Maria Zarębińska, aktorka, druga żona poety, wreszcie Wanda Broniewska, żona i piastunka, surowa bodaj dla wszystkich, zazdrosny kustosz pamięci o postawionym na PRL-owskim cokole mężu. Marię Zarębińską, bodaj najtragiczniejszą z kobiet w życiu Broniewskiego, odebrała mu wojna: Maria „umierała dwa razy” – w marcu 1945 r. Broniewski dowiedział się o jej rzekomej śmierci w obozie koncentracyjnym. Wcześniej szaleńczo tęsknił, pełen był niepewności, pisał wiersze dla ukochanej, a równocześnie romansował z późniejszą żoną Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Krystyną Domańską (która zabiła się w 1952 r.). Później przyszła wieść, że Maria jednak żyje – wyzwolona z obozu, wróciła do Polski. Dopiero wtedy Broniewski także zdecydował się na powrót i przyleciał do kraju w listopadzie 1945 r. Umęczona gehenną hitlerowskiego obozu zagłady Zarębińska zmarła w lipcu 1947 r. Czy była szczęśliwa z poetą przez ten krótki czas, który im pozostał? Kochała go z pewnością, ale jak najgorszej zmory przez cały ich związek obawiała się tego jednego: „jedna jedyna rzecz, która może zniszczyć nasze szczęście, to madame »wyborowa czysta«, to jest rzecz, której się strasznie boję”.


„Broniewik” przeciw historii

A Broniewski – postać publiczna? Ten, który płatał złośliwe figle „sędziwej damie” – historii, za które odwdzięczała mu się jeszcze większymi złośliwościami? Najpierw legionista, kawaler Virtuti Militari, czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznym. I jak to zwykle bywa, heroizm miesza się z banalnością: „Wiele lat po wojnie – pisze Urbanek – [Broniewski] opowiadał Wojciechowi Żukrowskiemu, jak wyglądała tamta noc, kiedy zasłużył na order. Trafił z paroma ludźmi na jakąś plebanię, ksiądz zapalił świece i wyciągnął gąsiorek z wódką. Wydawało się, że wieczór upłynie na spokojnym biesiadowaniu i kolejnych toastach za zdrowie Piłsudskiego, gdy z sąsiedniego wzgórza zaczęli ich ostrzeliwać Kozacy. Broniewski złapał za karabin i wybiegł, za nim jego ludzie. Ponieważ nie całkiem dobrze trzymał się na nogach, kazał się wieźć w kierunku Rosjan taczką (…). Ale raczej nie to ich odstraszyło. Żołnierze zaczęli wołać: »Broniewski, Broniewski«, co zdaniem poety musiało w uszach krasnoarmiejców brzmieć jak »broniewik«, czyli auto pancerne, broń straszna. Przerażeni uciekli”. Czy to opowieść prawdziwa? Czy w ten sposób sam Broniewski bronił się przed patosem, własną monumentalną legendą? To pozostanie już zagadką.

Mimo że w życiu poety nie brakowało wydarzeń tragikomicznych, wiele z nich było dlań probierzem jego życiowej postawy i przyzwoitości. W rozdziale Zgnieść gadzinę nacjonalistyczną! Urbanek szczegółowo opisuje wydarzenia i niebezpieczeństwa związane z uwięzieniem poety przez Rosjan w styczniu 1940 r. we Lwowie. Wszystko wskazuje na to, że uwięzienie związane było z prowokacją NKWD i zamierzaną czystką w szeregach komunizujących Polaków w ZSRR. W oczach niemal wszechwładnej sowieckiej instytucji opresji glejt „rewolucyjnego poety” to było za mało: Sowieci dobrze wiedzieli, że Broniewski jest także polskim patriotą, na wskroś przesiąkniętym kultem Piłsudskiego i miłością ojczyzny. A rewolucyjny poeta nie mógł mieć innej miłości ponad Związek Radziecki. Józef Czapski w Na nieludzkiej ziemi podkreślał: Broniewski „został uwięziony jako »złotnyj nacyonalist«, jako »socjal-zdrajca«”.
Poeta odwdzięczył się za więzienie jak umiał, między innymi wierszem może nie najwyższych lotów, przemilczanym w PRL (co nie przeszkadzało mu go w Polsce Ludowej deklamować), Człowiek, to brzmi dumnie, w którym bez ogródek stwierdzał: „»Człowiek – to brzmi dumnie« –/ powiedział stary Maksym,/ a tu biją cię w mordę/ i mówią żeś sukinsyn./ I cóż taki-syn ma robić/ za kratkami w NKWD?…/ więc pomódlmy się kurwąmacią/ przygasłej czerwonej gwieździe”.

Co istotne, mimo swego późniejszego powrotu do Polski funkcjonującej pod sowieckie dyktando, Broniewski swojej niegdysiejszej wiary w ZSRR już nie odzyskał – zbyt wiele zobaczył zza krat państwa-więzienia narodów. Tym trudniejszy był jego powrót i związane z nim wybory. A jednak, dla Marii, dla Polski, wrócił: „Na północy jest zwalony dom/ będzie –wolność, prawo i praca./ Czas ująć w dłonie pług, pióro i łom,/ czas dom budować, czas wracać”.


Errata do biografii

Dziś Broniewski z czasów PRL pamiętany jest przede wszystkim jako kolaborant. Bardziej prawdziwe będzie jednak stwierdzenie, że był człowiekiem, który nigdzie nie czuł się do końca u siebie: ani w II Rzeczypospolitej, której niesprawiedliwości i słabości tak go bolały, której nędzę i beznadzieję mas opisywał skrupulatnie i gniewnie. Ani „w gościnie” w ZSRR, ani w Armii Andersa, gdzie był nieustannie na cenzurowanym jako „politycznie niepoprawny” komunizujący artysta. Ani wreszcie w Polsce Ludowej, która chciała go dla siebie, ale na ściśle określonych warunkach, na jakie nie mógł do końca przystać.

Dość będzie powiedzieć, że to Broniewski odmówił napisania ewentualnego, nowego hymnu (nie odmówił Gałczyński i tak powstała pieśń Ukochany kraj). Wedle jednej z wersji krążących na ten temat opowieści poeta miał powiedzieć Bierutowi: „to tak jakbym orłowi polskiemu urwał głowę”. Z pewnością – odmówił, w jakich okolicznościach – nie jest do końca jasne. W każdym razie, co Urbanek podkreśla wielokrotnie, rządzący komuniści nie mieli łatwo z poetą. Upominał się do końca życia, trzeźwy i pijany, o ludzi, o których nie wolno było wówczas głośno mówić: „Czas już zrehabilitować Hempla, Warskiego, Wandurskiego, Standego, przecież to byli uczciwi komuniści i dobrzy Polacy” – zwracał się do Bieruta w obronie wymordowanych przez Stalina ludzi lewicy.

Kochany przez rzesze czytelników, hołubiony (lecz i ostentacyjnie ignorowany) przez wysoko postawionych ludzi aparatu PRL, coraz gorzej radząc sobie z alkoholizmem, musiał wiedzieć, że wpadł w pułapkę bez wyjścia, że dał się oszukać i nie ma już sił na wyjście z sideł, jakie zastawił na siebie pospołu z nieopuszczającą go historią. Uciekał w nostalgię, w liryzm wspomnień i wierszy, ale od samego siebie i alkoholu uciec nie mógł (nawet gdy uwięziono go w kościańskim szpitalu psychiatrycznym, co szczegółowo ukazał Maciej Gawlikowski w filmie Errata do biografii: Władysław Broniewski): „Gdybym był księżycem,/ rozstałbym się z piciem,/ świeciłbym dwojako:/ trzeźwym i pijakom,/ dla pijanych w pełni,/ trzeźwym niezupełnie”. Jego księżyc zgasł w warszawskim szpitalu rządowym 10 lutego 1962 r.
Urbanek pozwala nam towarzyszyć Broniewskiemu w dobrych i złych chwilach jego życia. Jest przewodnikiem szczerym, może i niedyskretnym, ale empatycznym i uczciwym. Największym bodaj mankamentem książki jest brak przypisów, co utrudnia nieco lekturę pracy o ambicjach popularno-naukowych. Cieszy z kolei dołączony do biografii w formie osobnego tomu wybór wierszy poety: są tu liryki, poezja społeczna i rewolucyjna, wiersze poświęcone miłości do ojczyzny. Jest tu miłość i wódka, liryzm i alkohol. Poezja i historia, te dwie damy, akuszerki prawdy o człowieku, ukazujące tajemnice jego życia i serca, sumienia i tożsamości. Urbanek pokazuje nam Broniewskiego takim, jakim był: to portret człowieka nieskłamanego – największy dar, jaki może otrzymać czytelnik i bohater biografii od jej autora.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter