70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie poza kontrolą

Utrata przekonania, że sami dla siebie jesteśmy źródłem życia, może popychać do poszukiwania go poza sobą. Paradoksalnie dopiero rozpoznanie własnej bezsilności pozwala dotknąć innego wymiaru rzeczywistości, nieznanych wcześniej form szczęścia i miłości, czyli tajemnicy nawrócenia

Dziesięć lat temu miałam sposobność przeprowadzić wywiad rzekę z Ewą Błaszczyk, której córka w wieku 6 lat uległa wypadkowi i zapadła w śpiączkę. Ewa powiedziała mi wtedy: „To się może zdarzyć każdemu”. Wiedziałam, rzecz jasna, że ma rację. Przecież co rusz słyszy się o podobnych zdarzeniach. A jednak wychodziłam z domu Ewy i już po kilkunastu krokach oddychałam z ulgą. Budziłam się ze złego snu. Tak, bolała mnie myśl, że ona się nie obudzi. Nazywałam to empatią. Ale uczucie wszechogarniającej ulgi było silniejsze niż wszystko inne. Tak to w każdym razie zapamiętałam.

Byłam już wtedy mężatką, wkrótce miałam zajść w ciążę z pierwszym dzieckiem.

Przez ponad rok rozmów o Oli Janczarskiej wielokrotnie pytałam Ewę: „Co czujesz teraz? Co czułaś wtedy? Co zrobiłaś, kiedy się dowiedziałaś?”, ale ani razu nie zapytałam siebie samej: „Co ja bym zrobiła, gdybym miała chore dziecko?”. Odpowiedź wydawała mi się zbyt trudna i dlatego unikałam pytania. Mogłam sobie na to pozwolić. Ewa nie.

Dziewięć miesięcy oczekiwania na pierwszy poród minęło bez poważnych kłopotów, choć nie bez lęków. Ich treść sprowadzić zaś można by do zaklęcia: „Oby wszystko było w porządku”. Takie czarowanie rzeczywistości nie bierze się jednak wcale z założenia, że coś naprawdę może pójść nie tak. I w gruncie rzeczy niewiele ma wspólnego z pytaniem: „Co zrobię, jeśli coś pójdzie nie tak?”. To rodzaj magicznej czynności. Bo przecież wiadomo, że moje dziecko urodzi się zdrowe.
I tak w istocie było.

Dlatego trzy lata później z dużo większym spokojem czekałam na drugi poród. Mikołaj urodził się o czasie, dostał 8 punktów w skali Apgar. „Naprawdę nie ma się czym martwić” – powiedział neonatolog. Początkowo się nie martwiliśmy. Po dwóch miesiącach zaczęłam się orientować, że rozwój naszego syna nie jest całkiem prawidłowy. W kolejnych miesiącach zmartwień zaczęło przybywać i rozpoczęliśmy proces diagnozy, zakończony trzy lata później rozpoznaniem rzadkiego zespołu genetycznego. W pierwszym okresie narastającego niepokoju, kiedy pytania: „Czy będzie chodził?”, „Czy będzie mówił?”, „Jaki będzie?”, pozostawały bez odpowiedzi, nie wiadomo skąd w mojej głowie pojawiło się tamto zdanie: „To może się zdarzyć każdemu”. Po raz pierwszy zrozumiałam, co właściwie ono znaczy. I dlaczego zostało powiedziane do mnie.

Dusza. Między teologią a medycyną

W jednym z numerów miesięcznika „Znak” zatytułowanym: Czy mamy jeszcze duszę?, filozof Piotr Augustyniak napisał: „Pytać o duszę to pytać o zagadkę życia, której źródłem jest śmierć, to mierzyć się ze śmiercią – jej nieuchronnością, która stawia życie pod znakiem zapytania”. Tym razem pytanie dotyczy życia. Parafrazując zatem powyższy cytat, można by powiedzieć: pytać o zagadkę życia, której źródłem jest śmierć, to pytać o duszę. Gdzie jest moja dusza? Tam, gdzie moje życie. A życie tam, gdzie dusza. Dusza, źródło i zasada życia.

Dawniej tak właśnie duszę postrzegali europejscy myśliciele (bynajmniej nie tylko teologowie). Była przecież domeną nauki zwanej „psychologią” i w świetle twierdzeń tej dziedziny wiedzy stanowiła centrum procesów psychicznych, gwarantowała ciągłość tożsamości i osobowości, a więc faktycznie: jawiła się zasadą życia. Jednak słowo „dusza” zniknęło z teorii i praktyki współczesnych psychologów („Psychologia, jeżeli ma się rozwijać i ma być uważana za naukę, powinna obywać się bez pojęcia duszy, a nawet eliminować takie pojęcia ze swojego słownika” – twierdzi profesor Edward Nęcka ). Dziś zajmuje się nią – w teorii i praktyce – wyłącznie Kościół.

W Katechizmie Kościoła katolickiego odnajdujemy następującą definicję: „Pojęcie dusza często oznacza w Piśmie Świętym życie ludzkie lub całą osobę ludzką. Oznacza także wszystko to, co w człowieku jest najbardziej wewnętrzne i najwartościowsze, to co sprawia, że człowiek jest w sposób szczególny obrazem Boga: »dusza« oznacza zasadę duchową w człowieku” (KKK 363). I dalej: „Jedność ciała i duszy jest tak głęboka, że trzeba uważać duszę za »formę« ciała, oznacza to, że dzięki duszy duchowej ciało utworzone z materii jest ciałem żywym i ludzkim (…). Kościół naucza, że każda dusza duchowa jest bezpośrednio stworzona przez Boga – nie jest ona dziełem rodziców – i jest nieśmiertelna; nie ginie więc po jej oddzieleniu się od ciała w chwili śmierci i połączy się na nowo z ciałem w chwili ostatecznego zmartwychwstania” (KKK 365, 366). Według Katechizmu nieśmiertelna dusza ludzka pochodzi od Boga, czyli źródłem i zasadą życia w nas jest Bóg. Istnieje więc taki Ktoś, kto chce mieć w ręku nasze życie, siła transcendentna, która steruje życiem człowieka. W konsekwencji życie (moje własne, mojego męża, mojego dziecka) nie jest moją własnością, ale depozytem. Ładniej mówiąc – darem.

Mamy więc w ramach współczesnej kultury szufladkę zatytułowaną „wiara”, a w niej przegródkę na duszę. Ale czy to znaczy, że człowiek nowoczesności, jeśli do tej szufladki nie zagląda, nie mierzy się z „zagadką życia, której źródłem jest śmierć”? Nie pyta, co jest zasadą życia? Nie szuka, metaforycznie mówiąc, „duszy”, czyli nieśmiertelności? Rzecz jasna: mierzy się, pyta i szuka. Można jednak odnieść wrażenie, że przewodniczką jego na tej drodze stała się obecnie w większym stopniu medycyna niż filozofia, nie mówiąc o teologii. Tak jakby medycyna i jej osiągnięcia stanowiły najistotniejsze ze źródeł, z którego kultura naszego czasu czerpie życiodajne soki.

Każdy z nas wie dobrze, że żyje, dopóki oddycha i bije jego serce. Dawniej także medycyna definiowała śmierć jako ustanie krążenia. Jednak wiedza fachowa uległa znacznym przemianom w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Według najnowszych medycznych kryteriów człowiek żyje, dopóki funkcjonuje jego mózg, a więc śmierć to całkowite ustanie czynności mózgu. W ten zresztą sposób współczesna nauka raz na zawsze przecięła wszelkie sentymentalne powiązania między sercem (w „serduszku”, jak wiadomo z lekcji religii, od zawsze mieściła się dusza i „mieszkał Pan Bóg”) a duszą, czyniąc z niej li tylko religijną (poetycką?) metaforę: dusza, owo „życie ciała, które jest we krwi” (Kpł 17, 11), to relikt zamierzchłych czasów. Medycyna, szukając zasady życia, postawiła więc na mózg. Również psycholodzy, wsparci odkryciami neurologów, uznali mózg za centrum dowodzenia organizujące zarówno fizis, jak i psyche człowieka. Za gwaranta ciągłości tożsamości i osobowości.
Mózg okazał się najbardziej skomplikowanym, pełnym mocy i nieopisanych możliwości, absolutnie fascynującym organem ludzkim.

W konsekwencji we współczesnym świecie szczególnego znaczenia nabrało to, „co się ma w głowie”. Granicę między tym, co „normalne”, a tym, co „nienormalne”, łatwo obecnie wyznaczyć dzięki testom mierzącym iloraz inteligencji. Lubimy się za ich pomocą sprawdzać. Wiemy już powszechnie, że właśnie „zawartość” głowy umożliwia człowiekowi sterowanie własnym życiem. Stanowi źródło kontroli i władzy nad własnym losem – mówimy przecież: „być w pełni władz umysłowych” – ale, zdarza się, i nad życiem innych. (Utrata kontroli nad życiem zaś należy do faktów niesłychanie wstydliwych, niemal do sfery tabu. Chyba że chodzi o zamierzony – a więc pozornie kontrolowany – „odlot”). Przekonania te potwierdza raz jeszcze nauka, gdyż – jak się okazuje – istnieje powiązanie między wielkością mózgu a ilorazem inteligencji, a dokładnie: im większy mózg, tym wyższe IQ i (teoretycznie) tym więcej rozumu. W domyśle: więcej władzy nad życiem. Najprościej mówiąc: tym lepsze życie.

(Czy nie dlatego pediatrzy mierzą naszym dzieciom główki? Jeśli główka rośnie prawidłowo, jest symetryczna i okrągła, pewnie tego nie zauważamy. Jednak jeśli tak nie jest, zaczynamy się bać. Nerwowo pytamy siebie i innych: „Jakie będzie życie tego dziecka?”. Im bardziej główka dziecka odbiega od normy, tym więcej pytań o sens życia – i dziecka, i rodziców. Jeśli zaczynają pytać osoby postronne, widomy to znak, że nie jest dobrze.)
Właśnie z potencjałem umysłu ludzkiego wiąże się dziś tak wiele nadziei na nieśmiertelność.

Złudzenie nieśmiertelności

Z tego można by wysnuć wniosek o istnieniu dwóch konkurencyjnych wizji życia ludzkiego, nazwijmy je, upraszczając, „mózgiem” i „duszą”. Nie chodzi tu o traktowany jako „wewnątrzkościelny” spór fides z ratio, ale o dwie odmienne postawy, jakie zdarza się przyjmować człowiekowi. Jedna z nich upatruje źródło i pełną władzę nad życiem w samym człowieku (ja jestem wyłącznym panem siebie, kiedy tracę pełną władzę nad sobą, moje życie traci na wartości, kiedy umieram, ani ja, ani nikt inny nie ma już władzy nad moim życiem). Druga lokuje je poza człowiekiem, w Bogu, co jednak nie zakłada bierności ani bezwolności człowieka.

I kolejny wniosek, jaki zdaje się wypływać z poprzedniego: w kwestii podejścia do życia istnieje głęboki rozłam między chrześcijaninem a niewierzącym. Pierwszy zawierza swoje życie Bogu i pokłada w nim ufność, a drugi ufa samemu sobie i sam troszczy się o jakość i długość własnego życia. Racja, ale czy podobne pęknięcie nader często (można by nawet zaryzykować: najczęściej) nie ujawnia się we wnętrzu pojedynczego człowieka? Linia demarkacyjna między wiarą w siłę wyższą (jak mawiają Anonimowi Alkoholicy) a wiarą w siebie objawia się w szczególnych momentach, zmuszając do opowiedzenia się po jednej ze stron.

Antropologia chrześcijańska opisuje to jako rozdwojenie wyniesione przez wszystkich nas wprost z ogrodu Eden. Bóg, stwarzając człowieka, uczynił go świętym. Mógł on, nazwijmy to, żyć życiem Boga („uczestniczył w życiu Bożym”, jak stwierdza konstytucja Lumen gentium II Soboru Watykańskiego). Dopóki tak było, człowiek nie cierpiał ani nie umierał. Dlaczego jednak doszło do wygnania z raju? Wiadomo, Adam zerwał owoc z „drzewa zakazanego”, czyli drzewa poznania dobra i zła. Ale Księga Rodzaju podaje jeszcze inny powód wygnania: „Po czym Pan Bóg rzekł: »Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki«. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty” (Rdz 3, 22–23). Bóg wydalił człowieka z Raju, ponieważ znał go lepiej niż on sam siebie. Pragnienie, by być jak Bóg, zostało przez Niego wpisane w naturę ludzką. „Swoim dążeniem do nieskończoności i szczęścia” człowiek „zadaje sobie pytanie o istnienie Boga” (KKK 33) – wiecznego i doskonale szczęśliwego. Paradoks polega na tym, że to, co miało człowieka pociągać ku Bogu i przypominać o Nim, po grzechu pierworodnym stało się dlań celem samym w sobie. „Ukonstytuowany w stanie świętości, człowiek był przeznaczony do pełnego »przebóstwienia« przez Boga w chwale. Zwiedziony przez diabła chciał »być jak Bóg«, ale »poza Bogiem, przed Bogiem, a nie według Boga«” (KKK 398).

Tak było i jest – ani ty, ani ja nie chcemy umierać. Przytłaczająca większość ludzi nie chce umierać. Nie chcemy, żeby umierali nasi bliscy. W psychologii pragnienie śmierci traktuje się jako symptom chorobowy. Po prostu człowiek rodzi się z pragnieniem życia (tak, tak – wiecznego). W młodości jesteśmy pełni różnych planów i nadziei, układamy sobie życie. Jeśli nie dzieje się nic nieprzewidzianego i plany udaje się realizować, ta pełna poczucia mocy młodość może rozciągnąć się na całe życie. Aż do śmierci. Bardzo łatwo popaść w złudzenie nieśmiertelności, każdego dnia rano się z nim budzimy. W pewnym sensie bez niego nie da się żyć. Ale przecież nie mówimy sobie codziennie: „Jestem nieśmiertelny”. Lubimy natomiast myśleć, że kontrolujemy swoje życie. To subtelniejsza forma władzy, mniej bezpośredni wyraz dążenia do nieskończoności. W ramach potwierdzenia (samo)kontroli mieszczą się różne pragnienia i plany, których realizacji się spodziewamy i do niej dążymy: dobra praca, szczęśliwe małżeństwo, dwoje (troje? pięcioro?) zdrowych i zdolnych dzieci, najlepiej chłopczyk i dziewczynka, wiele lat w zdrowiu, pogodna starość. To daje poczucie sprawstwa i pozwala zachować równowagę psychiczną. „Kontrola nad życiem” to termin stanowiący w psychologii ekwiwalent dobrostanu psychicznego człowieka. Człowiek, który kontroluje swoje życie, nie wymaga pomocy terapeuty, a w opinii potocznej „radzi sobie”.

Zdarza się jednak, że kierunek, w jakim toczą się ludzkie sprawy, ulega radykalnej zmianie. Dzieje się coś, czego najczęściej zupełnie się nie spodziewaliśmy, na co zapewne w ogóle nie da się przygotować. Konfrontujemy się z cierpieniem. Pewne jego formy, takie jak choćby śmierć bliskich, różne rodzaje bólu, ciężka choroba, niepełnosprawność czy kalectwo (a często także niepłodność), dotykają samych podstaw życia i rozbijają iluzję nieśmiertelności, odbierają kontrolę nad istnieniem. Wyrazem jej utraty jest pytanie: „dlaczego?” („dlaczego to się zdarzyło?”, „dlaczego mnie?”). Dostrzegamy nagle, że „coś” – „Ktoś”? – zewnętrzne wobec naszego „ja” pisze historię życia, które zwykliśmy byli – nie bez racji przecież – nazywać „naszym” i które miało nas doprowadzić do spełnienia bardzo silnych i głębokich pragnień wiecznego szczęścia i miłości. A dokładnie mówiąc, naszych wyobrażeń o tym, czym są szczęście i miłość. Zmuszeni zostajemy do weryfikacji własnej historii: przeszłej i przyszłej. Absurd cierpienia ukazuje bowiem inny wymiar istnienia: obcą siłę, która nami kieruje. Odkrywamy własne granice.

To nie tylko mrzonki religijne, ale także doświadczenie potwierdzone empirycznie i opisane teoretycznie przez naukowców. W socjologii nosi nazwę „trajektorii cierpienia”. Najprościej mówiąc, człowiek doświadczający intensywnego cierpienia czuje się jak wystrzelony pocisk, poruszający się („popychany”) biernie po trajektorii, na której kształt nie ma żadnego wpływu. „Trajektoryjne procesy cierpienia wnoszą w życie przeżywających je jednostek poczucie obecności nieubłaganego losu; zmuszają je do postrzegania siebie jako istot kontrolowanych przez obce, zewnętrzne siły, na które w zasadzie nie ma się wpływu. Procesy te modyfikują aktualną sytuację życiową, przeformułowują oczekiwania wobec przyszłości i skłaniają do reinterpretacji przebiegu życia” . Ten dziwny tekst – sporządzony przecież w toku ściśle kontrolowanego wywodu naukowego – paradoksalnie nosi znamiona zapisu doświadczenia mistycznego, z którego jednak usunięta została mistyka. Tak czy inaczej, potwierdza poczucie – jakie miewamy, intensywnie cierpiąc – skończoności istoty ludzkiej i konfrontacji z siłą większą: nieludzką.

Riemann i Schütze oczywiście nie interesują się, czym lub kim jest owa „siła”. Nie zatrzymują się też dłużej nad tym, jak cierpiący nazywa tę „obcą” obecność. Ich cel zasadza się na wskazaniu sposobów odzyskania kontroli nad życiem i opuszczenia trajektorii cierpienia. Dla naszych jednak rozważań pytanie, co lub kogo rozpoznajemy w owych „obcych, zewnętrznych siłach”, wydaje się fundamentalne. To pytanie prowadzi wprost do kluczowego momentu decyzji, jaką musi podjąć człowiek doświadczający cierpienia. Do momentu interpretacji cierpienia.

Jeśli bowiem cierpienie jest wynikiem miażdżenia nas przez ślepy, „nieubłagany” los albo też staliśmy się igraszką w rękach nieczułego czy karzącego Boga, trzeba uczynić wszystko, by to zmienić. Wszystko, co w naszej ludzkiej mocy, co w mocy medycyny, by zachować (przywrócić) kontrolę nad życiem i umknąć z rąk nieprzyjaciela. Pierwszą z tych perspektyw można by nazwać niereligijną, drugą zaś religijną, jednak obie wydają się jednakowo niechrześcijańskie, ponieważ nie zakładają obecności życia i Miłości w samym wnętrzu cierpienia.

Utrata przekonania, że sami dla siebie jesteśmy źródłem życia, może też jednak popychać do poszukiwania go poza sobą. Paradoksalnie dopiero rozpoznanie własnej bezsilności pozwala dotknąć innego wymiaru rzeczywistości, nieznanych wcześniej form szczęścia i miłości, czyli tajemnicy nawrócenia. Zaczynamy z trudem dostrzegać, że ów Obcy nie jest naszym wrogiem, ale Sprzymierzeńcem, skłaniamy się ku temu, by oddać Mu trochę władzy. W istocie to właśnie nieplanowanie pozwala doświadczyć wewnętrznej wolności, prowadzi do przeżywania własnego losu jako przygody w towarzystwie Osoby, która nie chce nas skrzywdzić. Tak zinterpretowane cierpienie (samo w sobie będące przecież ewidentnym złem, cieniem śmierci) stanowi rodzaj inkubatora – miejsce dojrzewania człowieka do życia (wiecznego). W rzeczywistości odkupionej bowiem człowiek na nowo – niejako na nowych zasadach – „współuczestniczy w życiu Bożym”. „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” – opisze tę docelową rzeczywistość święty Paweł (Ga 2, 20). A skoro tak, można by dodać, mocą Chrystusa jestem nieśmiertelny.

Przeżycie to należałoby nazwać łaską. Zapewne „Fiat” nie mówi się raz w życiu. Coś, na co godzę się jednego dnia, może mnie przerastać już dwa dni później. Mogę się godzić na jeden rodzaj cierpienia, a odrzucać inny. Ciężar może także być zbyt wielki do uniesienia. Właściwie każdy nowy dzień, każdy nowy odcień cierpienia wymaga osobnej odpowiedzi. Człowiek, który zyskał świadomość własnej bezsilności, nie jest w stanie zaręczyć, jaka ta odpowiedź będzie. Ale nawet krótkie doświadczenie wszechogarniającego bezpieczeństwa płynące z bycia w dobrych rękach, promieniuje. Ma moc ponownie odwrócić bieg życia.

Nie rządy i parlamenty decydują ostatecznie o dopuszczalności aborcji, eutanazji czy zapłodnieniu in vitro. Każdy decyduje sam i, w gruncie rzeczy, niezależnie od tego, co stanowi prawo. Bo żaden parlament nie zinterpretuje za mnie mojego osobistego cierpienia.

Tam jest życie!

Nasuwają się pytania: Po co to wszystko? Czy nie mogliśmy zostać w raju, nie cierpieć i nie umierać? Czy Bóg nie przewidział tego nieszczęsnego jabłka? Czy był zazdrosny o swoją nieśmiertelność?
Pamiętam, że kiedy nasz syn skończył półtora roku, trafił do szpitala na badania kontrolne. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam zauważać matki innych niepełnosprawnych dzieci. Niektóre musiały się borykać z problemami daleko trudniejszymi niż nasze. Rozmowa z jedną z mam wywarła na mnie szczególnie duże wrażenie, bynajmniej nie z powodu jakichś budujących treści. Ona po prostu opowiadała mi historię choroby swojego synka. Ale ten ogrom cierpienia skontrastowany był w niej z energią, specyficznym witalizmem. Tymczasem mnie zawsze wydawało się, że matka dziecka głęboko upośledzonego z natury rzeczy musi być wycofana i melancholijna, bo jej życie przecież się skończyło. Jak sobie przypominam, pomyślałam wtedy z wielkim zdziwieniem: „Tam jest życie!”. Z kolejnych rozmów z tą matką zrozumiałam, że to życie bardzo, bardzo trudne, niewolne od melancholii. Trud ten jednak wyzwolił w owej dziewczynie refleksję nad istnieniem i szczęściem, chyba nie do osiągnięcia w warunkach błogostanu. Mary Craig, matka dwóch upośledzonych synów i autorka autobiograficznej książki Błogosławieństwa, napisała: „Byłam coraz bardziej przekonana, że cierpienie samo w sobie jest czymś negatywnym, niszczącym, z drugiej zaś strony wykorzystać je można w sposób pozytywny, może służyć rozwojowi. Jest właściwie jedyną drogą emocjonalnego rozwoju człowieka, drogą, która prowadzi od lodów zimy, ku życiodajnemu ciepłu wiosny”.

Gdyby medycynie udało się przechytrzyć śmierć, chrześcijanie (a pewnie nie tylko oni) ze swoją interpretacją nieskończoności byliby w nie lada kłopocie. Na razie jednak to Bóg ma do zaoferowania Zmartwychwstanie – ale dopiero po śmierci. Może więc nieśmiertelność jest formą szczęścia zakładającą dojrzałość człowieka i wręcz wymagającą zbliżenia się do doskonałości, tak jak doskonały jest Stwórca? I być może jedyna droga dojrzewania do doskonałości wiedzie przez cierpienie i śmierć?

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter