70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Luksus konfliktu

Mówiąc o relacjach religii i nauki, często wskazuje się na ich wspólne źródło, podkreśla, że religia i filozofia to poprzedniczki nauki, a niekiedy nawet określa się je mianem proto-teorii naukowych. Czy zgadza się Ksiądz Profesor z takim obrazem tych wzajemnych powiązań?

Do pewnego stopnia tak. Nauki wyłoniły się z filozofii, a ta miała bardzo wiele wspólnego z religią, bo stawiała pytania metafizyczne – pytania o rzeczy ostateczne. Przez większą część dziejów ludzkości człowiek obywał się bez nauki, przynajmniej w takim kształcie, w jakim znamy ją współcześnie. W tej chwili jednak nie ma powrotu do tego przednaukowego okresu. Bez nauki i jej zastosowań nasza planeta obecnie nie byłaby w stanie nawet się wyżywić. Niewątpliwe nauka jest dla kultury ogromną wartością, z której nie można zrezygnować. A religii nauka jest, moim zdaniem, wręcz potrzebna. Jeżeli popatrzymy na historię chrześcijaństwa (by pozostać w naszym kręgu kulturowym), to dostrzeżemy, że nauka i religia szły ze sobą cały czas w parze. Filozofia jako poprzedniczka nauki i religia były ze sobą splecione przez całe średniowiecze i nauki genetycznie się z tego splecenia wyłoniły. Zagadnienia teologiczne stanowiły niejako przednaukowe przygotowania pewnych koncepcji naukowych. Pojęcia, które potem w rewolucji naukowej w XVII w. odegrały istotną rolę, takie jak: przestrzeń, czas, przyczynowość to pojęcia, które wypracowała wspólnie religia i filozofia znacznie wcześniej, a nauki szczegółowe jedynie je po nich odziedziczyły. Istnieją świetne prace historyczne poświęcone genezie tych terminów. Doskonałym przykładem może być w tym przypadku stosunkowo młode pojęcie prawa przyrody sięgające greckiego pojęcia fatum, które w średniowieczu zostało wprzęgnięte w teologiczne dyskusje o wszechmocy Boga. Ówcześni myśliciele rozumowali w ten sposób: jeśli Bóg czegoś nie może, to te ograniczenia pojawiają się również w świecie. W ten sposób byli już o krok od naukowego sformułowania wspomnianego pojęcia. Przykład ten bardzo dobrze pokazuje ścisły związek, jaki zachodził między nauką i religią.

Jednak relacje między nimi nie zawsze układały się tak harmonijnie…

Później przyszedł okres konfliktów, żeby wspomnieć Galileusza czy Darwina, ale można by rzec, że niezależnie od charakteru tych relacji, były one zawsze bardzo silne, niejako konieczne – jedno bez drugiego nie mogło się obejść. Nazwałbym tę sytuację trochę prowokacyjnie „luksusem konfliktu”. Niektóre religie nie dostąpią go nigdy. Są tak daleko od naszej zachodniej racjonalności, że nawet nie mają możliwości wejścia w konflikt z nauką. W naszym kręgu kulturowym zasadniczą rolę odegrała mentalność grecko-rzymska, która zawsze chciała obie sfery: duchową i empiryczną ze sobą skoordynować. To dążenie ukształtowało tradycję myślową Zachodu. Na Wschodzie natomiast istnieje tendencja do apofatyzmu, do przekonania, że to, co mówi nauka, nie musi być zgodne z religią, bo Absolut przekracza naszą logikę. Przechodząc zaś do dzisiejszych czasów, wyraźnie widać, że brak naukowego spojrzenia na świat mści się w religii fanatyzmami i bardzo często zamienia religię w zabobon. Dlatego w pewnym sensie nauka i religia są na siebie skazane, niezależnie od tego, czy będą współegzystować w harmonii, czy w konflikcie. Jednak niezależnie od charakteru tych relacji, należy pamiętać, że są to zawsze dwie różne sfery działalności człowieka i myślę, że trzeba pilnować pewnej granicy pomiędzy nimi, choć czasem wcale nie jest ona łatwa do określenia. Niekiedy mówi się o dwóch płaszczyznach, które nigdy się nie przecinają. Nawet jeśli uznać ten obraz za prawdziwy, czyli przyjąć, że nauka i religia rzeczywiście nigdy się ze sobą nie komunikują, to jednak są one zanurzone we wspólnej przestrzeni, jaką jest kultura. Kulturowo one zawsze na siebie oddziaływały i będą oddziaływać niezależnie od tego, jakie wytyczne ustalą filozofowie czy metodologowie.

Czy wiele konfliktów między religią a nauką nie skupia się w dużej mierze wokół kwestii wyjaśniania? Czy nie jest to przestrzeń, w której nauka góruje nad religią?

Bardzo trudno – celowo użyję pleonazmu – wyjaśnić, co to jest wyjaśnianie. Psychologicznie można je ująć jako zredukowanie jakiejś nowej informacji i wcielenie jej do uprzednio posiadanej wiedzy, czy też umieszczenie jej w schemacie, który już wcześniej znajdował się w umyśle. Wyjaśnienie byłoby zatem jakimś przyswojeniem sobie tego, co nowe, nieznane. Jeśli jednak głębiej chcielibyśmy wniknąć w to zagadnienie, to okazuje się, że owo przyswojenie bardzo często ma charakter pewnego treningu, tresury, nie jest w istocie niczym innym niż przyzwyczajeniem. W odniesieniu do nauk ścisłych takich jak fizyka czy matematyka mówi się niekiedy, że zrozumieć coś, to przyzwyczaić się. Gdy ktoś pierwszy raz spotyka się z jakimś równaniem, to go nie rozumie, ale jak rozwiąże 120 przykładów, to widzi, jak ono działa, innymi słowy: zaczyna rozumieć lub po prostu przyzwyczaja się. Psychologicznie więc zrozumieć to przyzwyczaić się. I to jest chyba poprawne określenie. Trzeba poddać swoje myślenie tresurze, żeby to, co nowe, nie było już obce. Natomiast już nie tak łatwo ustalić, co to jest wyjaśnienie z filozoficznego czy raczej metodologicznego punktu widzenia. Na ten temat powstała ogromna literatura, ale ja bym tę kwestię uprościł w następujący sposób: jeśli trudno coś zdefiniować, to trzeba poszukać modelu, w którym dane pojęcie funkcjonuje w typowy dla niego sposób. W przypadku wyjaśniania modelowym jego sposobem użycia jest to, które obowiązuje w fizyce. I dlatego jesteśmy w trochę dziwnej, niekomfortowej sytuacji, ponieważ kiedy mówimy o wyjaśnianiu, jakie występuje w teologii czy w religii, to automatycznie porównujemy je do modelu, a więc do tej jego odmiany , która występuje w fizyce czy matematyce. Model zaś to inaczej wzór, więc ex definitione jest zawsze doskonalszy od tego, co z nim zestawiamy i dlatego łatwo przychodzi nam stwierdzić, że religia przegrywa z nauką. Słowo „przegrywa” jest atrakcyjne, ale chyba niewłaściwe, bo –by użyć metafory – czy można mieć pretensje do elektrycznej lokomotywy, że nie lata jak samolot? Jest gorsza pod tym względem, ale też nie to jest jej zadaniem, nie po to została stworzona. Samolot z kolei niezdarnie porusza się po ziemi, dopiero jak wystartuje, jest w swoim żywiole, natomiast lokomotywa świetnie jedzie po torze. Na tej samej zasadzie nie można mieć pretensji do religii, że nie robi tego, co nauka. Ona ma swoje własne standardy i swój sposób wyjaśniania.

Jednak dla wielu osób takie postawienie sprawy nie wystarcza. Szukają, by odwołać się do tytułu książki Księdza Profesora, „ostatecznych wyjaśnień”.

Rozumiem, ale myślę, że trzeba się pogodzić z faktem, że rzeczywistość jest wielowymiarowa i dlatego musi być poznawana czy doświadczana na wiele różnych sposobów. Nie istnieje uniwersalne narzędzie do jej badania. Nawet z tą najbliższą nam rzeczywistością kontaktujemy się nie za pomocą jednego, ale aż pięciu zmysłów.

Na rzecz nauki wysuwa się argumenty, że góruje ona nad religią spójnością i kumulatywnością.

Nauka w tym względzie góruje nad religią, gdyż ma łatwiejszy dostęp do racjonalności – łatwiej w sensie metodologicznym (studia matematyczne uchodzą za bardzo trudne) tej racjonalności pilnuje. Natomiast w religii czy raczej teologii ruch przebiega w dwóch kierunkach: z jednej strony musi ona być wierna źródłom, bo w przeciwnym razie nie będzie to już teologia chrześcijańska, z drugiej strony – żeby nadążyć za tym wszystkim, o czym rozmawialiśmy – musi być w niej pewne otwarcie na przyszłość. Nie jest łatwo spełnić te dwa warunki. Nauka wbrew pozorom jest w tym względzie bardzo podobna do religii czy, ściślej mówiąc, do teologii, która jest racjonalną refleksją nad religią. Bowiem również nauka z jednej strony jest otwarta na przyszłość (w tym się przejawia jej ekspansywność, a nawet agresywność), a z drugiej – musi być wierna źródłom, za które w tym wypadku uchodzi metoda matematyczno-empiryczna. Odcinając się od tego źródła, nauka przestaje być sobą. Współcześnie istnieją tego typu tendencje (wystarczy wspomnieć wpływy postmodernizmu) ale odgrywają jednak w nauce marginalną rolę. Nauka operuje zbyt silnymi mechanizmami, by się takim wpływom poddać. To jest właśnie jej wierność źródłom, która podobnie jak racjonalność jest łatwiejsza do osiągnięcia niż w innych dziedzinach ludzkiej aktywności.

Nauka i religia są zanurzone we wspólnej przestrzeni, jaką jest kultura

Czy ta naukowa wierność źródłom opiera się jedynie na restrykcyjnym przestrzeganiu metody?

Tak, to jest istota. Warto zaznaczyć jednak, że z perspektywy historycznej bardzo przypomina ona wierność źródłom, z jaką stykamy się w teologii. Żadna nowa wielka teoria naukowa nie przekreśla bowiem swoich poprzedniczek, a tylko je wchłania. Teoria względności nie zdezawuowała teorii Newtona. Ta ostatnia stała się tylko jej szczególnym przypadkiem: jeśli prędkości są małe lub równe prędkości światła, to wszystkie wzory przechodzą we wzory Newtona. Gdy ostatnio doświadczalnie miała być udowodniona teza, że neutrina są szybsze od światła, już słyszeliśmy w mediach, że nauka popadła w kryzys, że teoria względności została przekreślona. Tymczasem nic podobnego nie miało miejsca. Gdyby to doświadczenie wykazało prawdziwość wspomnianej tezy, oznaczałoby to jedynie, że musi powstać nowa teoria, która wchłonie w siebie teorię względności. Jednak to, co ona wniosła do nauki, pozostanie nadal ważne. Oczywiście istnieją teorie, które są odrzucane, ale stanowią one jedynie „boczne gałęzie” nauki. Aczkolwiek należy pamiętać, że w filozofii nauki zdarzały się ostre spory, które próbowały rozstrzygnąć, czy możemy w tym przypadku mówić o kumulatywizmie, czy też mamy raczej do czynienia z rewolucjami naukowymi, z których każda burzy całkowicie zastany porządek. Mnie się wydaje, że jedno drugiemu nie przeczy. Nawet jeśli przyjmiemy, że nauka rozwija się na drodze rewolucji, nie musimy negować tezy o kumulatywizmie.

Czy w odniesieniu do religii można mówić o paralelnym zjawisku narastania, o swoistym postępie?

Tak, ale różni się on od tego, jaki występuje w nauce. Z jednej strony wierność źródłom zapewnia teologii tożsamość, ale z drugiej – mamy wyraźną ewolucję poglądów religijnych, której nie sposób zaprzeczyć. W teologii chrześcijańskiej jest nawet taka doktryna: „ewolucja dogmatów”. Pierwszy raz tego słowa użył kard. Newman, który był jej wielkim zwolennikiem. Dogmat w potocznym przekonaniu jest czymś, co się nigdy nie zmienia. To prawda, jest pewne jądro, które pozostaje niezmienne. Często w teologii chodzi po prostu o sformułowanie, które się nie zmienia. Ale, jak kard. Newman słusznie zauważył i wykazał na szeregu historycznych przykładów, interpretacja dogmatu ulega zmianie, a ta zależy od wielu czynników, od obrazu świata, od otoczenia, od nastroju intelektualnego danej epoki. Tu też można więc mówić o procesie kumulacji, o narastaniu. Niewątpliwie teologia dzisiejsza jest o wiele bogatsza niż teologia Didache.

Czy nauka zagarniająca w swej ekspansywności coraz szersze rejony rzeczywistości, wcześniej zarezerwowane wyłącznie dla wiary czy też stanowiące oś, wokół której kształtowała się duchowość, nie przyczynia się do jej zamierania w życiu współczesnych ludzi?

Myślę, że wbrew pozorom problem duchowości również dziś zajmuje bardzo ważne miejsce w życiu każdego człowieka. Szkoda, że obecnie w wychowaniu, także społecznym, nie kładzie się na te kwestie należnego nacisku. Uprawianie nauki, kontakt z nią też może być wykorzystany do tworzenia w sobie sfery duchowości. Tworzy ona nowy obszar doświadczenia, który można określić mianem religijnego. Wystarczy przywołać znane powiedzenie Einsteina, który mówił, że w naszych zmaterializowanych czasach jedynymi naprawdę religijnymi osobami są uczeni. Wydaje mi się, że chciał w ten sposób dać wyraz przekonaniu (a pewnie także swemu doświadczeniu), że w prawdziwym uczonym, nie w każdym etatowym pracowniku naukowym, ale w człowieku zajmującym się dana dziedziną z prawdziwą pasją, powstaje sfera duchowości, którą można by nazwać swoistą religijnością. I prawdą jest, że statystycznie rzecz biorąc, wśród przedstawicieli nauk ścisłych ludzi duchowych czy uduchowionych spotkać można częściej niż w innych dziedzinach nauki. Nawet jeśli twierdzą, że są niewierzący, to bardzo często nie wierzą w takiego Boga, jakiego przedstawia potoczna wyobraźnia religijna, natomiast w jakiś Absolut, jakąś siłę czy jakąś myśl ogarniającą rzeczywistość bardzo często może nie tyle wierzą, co czują z nią kontakt.

W jaki sposób rodzi się taka naukowa duchowość?

Stoi za tym bardzo prosty mechanizm. Odwołam się do własnego doświadczenia. Powiedzmy, że piszę jakiś tekst, książkę czy odczyt i mi nie idzie, nie mogę znaleźć odpowiednich słów. Każdy miewa takie momenty kryzysu. W biografiach artystów często zdarzają się takie okresy niemożności, przejściowego załamania, które prędzej czy później udaje się w jakiś sposób pokonać (chyba że mamy do czynienia z chorobą psychiczną, ale to już inna kwestia). Na ogół jednak zawsze ostatecznie da się je jakoś obejść. Jeśli dane sformułowanie jest niedobre, to może znajdę inne, może nie tak trafne, ale mimo to oddające treść, którą chcę przekazać. Czuję, że w tym przypadku to ja ostatecznie rozstrzygam, jaki kształt ma przyjąć to, nad czym pracuję. Natomiast, jeśli rozwiązuję jakieś zadanie matematyczne czy problem matematyczny i nie daję sobie z nim rady, to najpierw zabieram się do nauki, bo widocznie miałem za małą wiedzę. Ale gdy w końcu udaje mi się je rozwiązać, to okazuje się, że rozwiązanie to w ogóle mi nie odpowiada, bo nie takiego się spodziewałem. Całkowicie burzy ono moje przekonania. I co mogę zrobić? Nic. Nie zniszczę tego równania. Mogę porwać kartkę, skasować tekst w pliku tekstowym, ale ono i tak już z takim wynikiem pozostanie. Jest to kontakt z rzeczywistością, nad którą nie panuję. W przypadku pisania tekstu miałem nad nim władzę, przynajmniej tak mi się zdawało, tu nie mam żadnej. I to jest jedna rzecz – namacalny kontakt z tym, co mnie przerasta. A jak się głębiej zastanowię, to dotyka mnie, że też jestem częścią tej rzeczywistości. W ten sposób rodzi się bardzo wyraźne uczucie, że nie wszystko ode mnie zależy. Myślę, że w taki właśnie sposób kształtuje się duchowość wśród naukowców.

A jak taka duchowość jest możliwa w religii? Jednym z aspektów sekularyzacji jest fakt, że wielu ludziom łatwiej realizować potrzebę duchowości poza tradycyjnymi systemami religijnymi, które często stanowią barierę w odnalezieniu własnej ścieżki duchowej.

To, że duchowość taka jest łatwiejsza, nie oznacza tym samym, że jest bardziej wartościowa, ale to odrębna kwestia. Na pewno nie jest tak, że w religii nie ma doświadczeń. Choć oczywiście trzeba być ostrożnym, bo czasami także chorobę psychiczną można wziąć za doświadczenie religijne. Szczypta dobrego racjonalizmu zawsze jest potrzebna. W religii bardzo ważnym elementem doświadczenia religijnego jest kontakt z dobrem, w bardzo konkretnym wymiarze. Mam tu na myśli np. czynienie komuś dobra. Ponieważ w przeciwnym razie religijność ma tendencję do przybierania bardzo efemerycznych form, np. do przekształcania się w bliżej nieokreślony panteizm. Natomiast zwłaszcza w religii chrześcijańskiej trzeba zejść do konkretu, wtedy doświadczenie religijne przyjmuje lepszy, a przede wszystkim bardziej realny kształt. Myślę też, że każde doświadczenie, ale religijne w sposób wyjątkowy, to po prostu kwestia łaski, a więc tylko w pewnym stopniu zależy od naszych działań.

Często się mówi o sekularyzacji w związku z nauką nowożytną, która ugruntowała mechanistyczną wizję świata. Z tą wizją oswoiła się religia i w ramach niej zgodność czy konflikt między tymi dwoma sferami się rozgrywał. Czy teraz też tak jest? Czy współcześnie nauka nadal posługuje się tym obrazem, czy też uległ on gruntownej zmianie?

Zwykle w zagadnieniach, o których rozmawiamy, jesteśmy ograniczeni tym, co wiemy, a to z kolei jest zawężone do konkretnej epoki, w jakiej przyszło nam żyć. Dzisiaj człowiek myśli zupełnie inaczej niż w średniowieczu. I rzeczywiście jest tak, że my ciągle żyjemy pod wpływem mechanistycznego obrazu świata, czyli ponewtonowskiego. I w tym względzie widać ogromną zależność kultury od nauki, często w żaden sposób nieuświadamianą. Dziś przeciętny człowiek wyobraża sobie, że świat działa w podobny sposób jak mechanizm, że istnieje absolutna przestrzeń – taki zbiornik, w którym się wszystko porusza, i czas, który się rozciąga od minus do plus nieskończoności. To wszystko są typowe pojęcia newtonowskie i ponewtonowskie. Natomiast w oczach współczesnej nauki świat już dawno tak nie wygląda. Teoria względności przekonała nas, że nie ma absolutnej przestrzeni ani nieskończonego czasu. Świat zaś od dawna już nie jest maszyną, bo powiedzmy sobie szczerze, mechanizmy są już przestarzałe. Co ciekawe jednak, ciągle istnieje, by tak rzec, pewne „opóźnienie w fazie”. Nauka przedstawia pewien obraz świata, który dociera do szerszych warstw społeczeństwa z pewnym czasowym przesunięciem. W latach 70. socjolog nauki Derek John de Solla Price przeprowadził badania socjologiczne, które wykazały, że to opóźnienie wynosiło wówczas 70 lat. Nie znam nowszych badań, ale myślę, że obecnie mogło się ono jedynie zwiększyć, bo nauka przyspiesza, a mentalność ludzka raczej nie. I my w tych dysputach o religii i nauce w ich porównywaniu ze sobą, w analizowaniu konfliktu między nimi wciąż tak naprawdę tkwimy w starym paradygmacie. Tymczasem nauka nieustannie się zmienia. Rzućmy okiem wstecz. W starożytności kosmos był pojmowany jako żywy organizm i bardzo długo tak o nim myślano – pawie przez całe średniowiecze. Zaczął się mechanizować dopiero w czasach Kartezjusza, Galileusza, Newtona, wraz z powstaniem mechaniki. Potem panowała powszechna metafora świata jako zegara, bo zegar był najbardziej precyzyjnym mechanizmem w XVII w. Do niedawna mówiło się jeszcze, że świat jest komputerem. Teraz coraz częściej porównuje się go do programu, czyli software’u. Są to metafory, do których się w nauce odwołujemy, gdyż działają na wyobraźnię. Aby spełniały swoją funkcję, muszą się jednak nieustannie w ślad za nauką zmieniać.

Trzeba się pogodzić z faktem, że rzeczywistość jest wielowymiarowa i dlatego musi być poznawana, czy doświadczana na wiele różnych sposobów

Czy nauka jest odpowiedzialna za sekularyzację?

Panuje dość powszechny pogląd, że rozwój nauk przyczynił się do sekularyzacji. Ja bym postawił w tej kwestii kilka znaków zapytania. Po pierwsze, w tym czasie, kiedy dopatrujemy się początków sekularyzacji, miało miejsce kilka ważnych równoległych procesów, a rozwój nauk był tylko jednym z nich. Pozostałe to: postęp techniczny, industrializacja, zmiany społeczne. Te wszystkie procesy były i są ściśle ze sobą powiązane, ale który z nich w największym stopniu odpowiada za sekularyzację, nie jest już tak łatwo stwierdzić. W takiej sytuacji najlepiej zawsze jest się odwołać do badań statystycznych, sprawdzić, jak często dana rzecz się powtarza, a więc w tym konkretnym przypadku, jak często proces sekularyzacji był związany z rozwojem nauk szczegółowych. I tu z oczywistych względów nie dysponujemy takimi badaniami, gdyż znamy tylko jeden przykład rozwoju nauki w dziejach – ten, który miał miejsce w kulturze europejskiej. Czy sekularyzacja w innym przypadku powtórzyłaby się? Nie wiemy tego, choć możemy przypuszczać, że tak. Przemawiają za tym pewne racje, ale nie jest to oczywiste, bo był to bardzo skomplikowany proces. A poza tym – tak perwersyjnie powiedziałbym – że sekularyzacja jest wręcz religii potrzebna. Źle się dzieje, jeżeli religia dominuje we wszystkich dziedzinach, bo wtedy łatwo tworzy się niezdrowy teokratyzm. Być może – podkreślam, że to jest tylko hipoteza – terroryzm islamski wynika m.in. z tego, że w wielu państwach islamskich nie było reformacji i sekularyzacji. A w Europie miały one miejsce i wydaje mi się, że sekularyzacja, a zwłaszcza reformacja były czymś bardzo ważnym i potrzebnym religii i teologii.

W jaki sposób wizja świata, którą mamy, a więc również ta panująca w Kościele, może zbliżyć się do tej, która dziś jest udziałem nauki?

Rzeczywiście mamy tu niewątpliwie do czynienia z jakimś rozdźwiękiem. Zresztą zawsze tak było w historii, że religia była związana ze starymi obrazami świata, na tym właśnie tle rozegrał się dramat Galileusza. Teologia jego czasów ufundowana była na obrazie świata, który odchodził. Myślę, że to zadaniem teologów jest dokładać starań, by religijny obraz świata nadążał za obrazem naukowym. Duszpasterze zajęci są sprawami bieżącymi, ale czerpią swoją formację i myślenie z teologii. Dlatego też teologowie powinni nie tylko zgłębiać stare księgi, badając np. jakie herezje w pierwszych wiekach występowały w średniowieczu, a więc uprawiać tak naprawdę historię teologii, choć ta też jest potrzebna, ale zajmować się również, a może przede wszystkim tymi sprawami, o których rozmawiamy. To jest podstawowe zadanie teologów. Pytanie, czy się z niego wywiązują?

Jakie są główne przeszkody w realizacji tego zadania?

Myślę, że taką przeszkodą jest przede wszystkim kwestia wykształcenia. Wykształcenie teologiczne idzie swoim torem, a przyrodnicze swoim i właściwie mówi się często, że w tych sprawach brakuje „ludzi pomostowych”, którzy byliby kompetentni zarówno w jednej, jak i w drugiej dziedzinie. Z jednej strony jest prawdą, że niewielu teologów rozumie naukę, a z drugiej przyznać trzeba, że bardzo wielu naukowców jest religijnymi ignorantami. Jak dążyć do poprawienia sytuacji w tych dziedzinach? Nie ma gotowych rozwiązań, ale tym usilniej trzeba ich poszukiwać.

Pierwsza część rozmowy ukazała się w marcowym numerze miesięcznika „Znak”


KS. MICHAŁ HELLER – profesor filozofii, teolog, fizyk, kosmolog, pracownik Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Fundator i dyrektor Centrum Kopernika Badań Interdysplinarnych (UPJP2-UJ), członek Papieskiej Akademii Nauk. Laureat Nagrody Templetona przyznawanej za pokonywanie barier między nauką a religią

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter