70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie ma prostych prawd

Lista oddziałów, których członkowie mordowali i grabili ukrywających się w czasie wojny Żydów, byłaby dla kogoś wychowanego na micie nieskazitelnych „żołnierzy wyklętych” za długa nawet wtedy, gdyby znalazła się na niej choć jedna pozycja. Tak jakby członkowie konspiracji byli ulepieni z innej gliny niż reszta.

Zburzyć pomniki?

„Uznano, że wszystko, co było związane z AK, jest święte i nietykalne. Zamiast zajmować się obiektywnymi badaniami, zajęliśmy się budowaniem pomników i tablic. Jeśli zamkniemy oczy na fakty i będziemy bronić legendy, to za kilka lat nasze dzieci będą się zastanawiały, co zrobić z tymi pomnikami” – mówi Pawłowi Wrońskiemu w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Henryk Pawelec ps. Andrzej, były dowódca zwiadu konnego oddziału „Wybranieccy”. Na początku lutego sąd koleżeński postanowił wyrzucić tego byłego partyzanta ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Powód? Mimo że nie znajdziemy go w oficjalnym uzasadnieniu, nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o wyciągniecie na światło dzienne czarnej karty dokonań wojennych oddziału i jego dowódcy Mariana Sołtysiaka ps. Barabasz – znanej, choć do tej pory publicznie niepotwierdzonej. Sednem sprawy nie jest to, że Pawelec nazwał swojego byłego dowódcę zbrodniarzem, ale to, co przez obrońców naprędce postawionych pomników jest wypierane bądź bagatelizowane.

Chodzi o ustalenia historyków i badaczy społecznych, które znajdziemy w siódmym numerze „Zagłady Żydów. Studiów i Materiałów” (chociaż artykuły na ten temat ukazywały się w roczniku wiele razy już wcześniej). Trzeba podkreślić, że autorzy dokonują rekonstrukcji konkretnych przypadków i odżegnują się od wyciągania wniosków natury ogólnej. Wydarzenia dotyczą mordowania Żydów, chociaż ciemne karty życiorysów przywołanych członków partyzantki zapisane są aktami przemocy także wobec nie-Żydów. Tematyka ta wynika po prostu z zainteresowań naukowych badaczy – czego niektórzy nie chcą zrozumieć – i pewnie z tego powodu nie znajdziemy w przywołanych artykułach obszernych fragmentów o polskich Sprawiedliwych.

Lista oddziałów operujących na prowincji, których członkowie mordowali i grabili ukrywających się w czasie wojny Żydów, byłaby dla kogoś wychowanego na micie nieskazitelnych „żołnierzy wyklętych” za długa nawet wtedy, gdyby znalazła się na niej jedna pozycja. Trzeba przyznać, że lektura książek m.in. Grossa, Engelking, Grabowskiego, wokół których ostatnio toczyła się dyskusja na temat postaw Polaków wobec ukrywających się Żydów, czy rozmowy ze świadkami wojennych wydarzeń, nie przygotowują na tyle, by bez mrugnięcia okiem przyswoić opisane w roczniku fakty, mimo że już wcześniej pobrzmiewały we wspomnieniach Ocalałych, czy księgach pamięci dawnych sztetli. Jednak potrzeba chwili na otrzeźwienie – skoro różne były postawy polskiego społeczeństwa wobec Żydów w czasie wojny, to gdzie się podział nasz zdrowy rozsądek, by twierdzić, że partyzantki (narodowej i komunistycznej) oraz żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego to nie dotyczyło. Tak jakby członkowie konspiracji byli ulepieni z innej gliny niż reszta (choć słowa: „wybrani”, „niezłomni”, „jedyni” w przypadku podziemia akowskiego mogły nas zaprowadzić na manowce).


Uroki polityki pamięci

Dla badaczy pamięci społecznej momenty, które składają się na proces rozliczania z przeszłością własnej grupy, są czasem żniw. Wychodzi na wierzch to, co do tej pory było ukryte – polityka historyczna ujawnia swój wpływ na kształtowanie obrazu przeszłości podług jej bieżących potrzeb. Ustalmy fakty. Współcześnie większość polskiego społeczeństwa nie może mieć osobistych doświadczeń z czasów wojny. Świadków jest z roku na rok coraz mniej. Trudno zakładać, by każdy z nas studiował stosy dokumentów i książek w bibliotekach i archiwach. Sporo zatem jest przesłanek ku temu (nie wspominając badań społecznych), że naszą wiedzę o przeszłości kształtują polityki pamięci tworzone przez wielu aktorów społecznych – państwo, różnorodne grupy społeczne, jednostki – biorących udział w toczącej się mniej więcej od przełomu w 1989 r. grze o pamięć. Mimo że państwo nie jest już jej jedynym uczestnikiem, wciąż posiada najwięcej możliwości i instrumentów, by upowszechnić własną odpowiedź na pytania: „Kim byliśmy?” i „Kim jesteśmy?”. Reguła jest prosta. Upamiętniamy to, co chcemy pamiętać, zapominamy o tym, co nam jest nie na rękę. Dla niektórych problemem jest demokratyzacja pamięci, czyli odzyskanie jej polifoniczności i dochodzenie do głosu różnych przeciwhistorii – prezentujących inny punkt widzenia niż obowiązująca narracja – a zatem dla niej niewygodne.

Gdy przywołać wnioski z projektu badawczego pt. II wojna światowa w pamięci społeczeństwa polskiego (raport dostępny na stronie Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku), widać, że społeczeństwo polskie ma o przeszłości swoich przodków – zatem także o sobie – bardzo dobre zdanie. Przekonanie o powszechności zachowań takich jak: zaangażowanie w walkę z okupantem, potępianie kolaboracji, wzajemna solidarność czy pomaganie Żydom idzie w parze z twierdzeniem, że przypadki kolaboracji, donoszenia okupantowi, udziału w wojnie domowej, obojętności wobec Zagłady i denuncjowanie Żydów stanowiło margines i marginesu społecznego się tyczyło. Dla niektórych polityków, historyków i publicystów jest to dowód na to, że Polacy dobrze wiedzą, jak było, mimo „konsekwentnych antypolskich” wystąpień przedstawicieli salonowych elit. Jednak wyraźnie należy zaznaczyć, że próba zrozumienia przeszłości tak trudnej, jaką niewątpliwie jest II wojna światowa i wyniesienie z niej wiedzy, która by nas uchroniła przed jej powtórzeniem, nie ma na celu wywołania poczucia wstydu, uderzenia we wspólne wartości jako takie bądź zniszczenia wspólnoty. Wręcz przeciwnie, stawienie czoła przeszłości w całej jej złożoności sprawi, że poczujemy się w końcu dumni ze wspólnej historii i pozbędziemy się ciążącej świadomości, ile trupów w szafie narodowej pamięci przekażemy następnym pokoleniom.

Jak trudna jest to droga, pokazują dane statystyczne z przywołanych już badań, a tyczące się zbrodni w Jedwabnem. 37% badanych wskazuje winnych zbrodni Niemców. Niemal 1 na 5 ankietowanych (18%) przyznaje, że Polacy dopuścili się zbrodni na swoich sąsiadach, ale zostali do tego zmuszeni przez okupantów. Prawie równie często spotykaną interpretacją jest przypisywanie zbrodni w Jedwabnem kolaborantom i folksdojczom (15%), rzadziej – Rosjanom (10%). Polaków jako odpowiedzialnych za morderstwo, co – dla przypomnienia – jest zgodne z prawdą, wskazało 6% respondentów. Biorąc pod uwagę, jak długa i emocjonalna była debata towarzysząca Sąsiadom Grossa, musimy zdać sobie sprawę, jak niechętnie przyswajamy informację o ofiarach i zbrodniach dokonanych przez grupę, do której należymy.

Przerwane milczenie lojalnego żołnierza

Henryk Pawelec długo nosił się z decyzją, by opowiedzieć o mrocznej przeszłości swojego dowódcy i oddziału, którego był członkiem. Dziś wielu się dziwi, dlaczego zwlekał aż do teraz. Niektórzy widzą w tym chęć przypisania sobie zasług „Barabasza” i to w momencie, kiedy ten nie będzie się w stanie bronić (Marian Sołtysiak zmarł w 1995 r.). Jednakże o wiele bardziej prawdopodobne jest poczucie lojalności byłego partyzanta wobec przełożonego i towarzyszy broni oraz całego środowiska, złożonego dziś zarówno z byłych partyzantów, jak również z czcicieli ich historii. Henryk Pawelec nie był zresztą pierwszym z kręgu byłych żołnierzy AK, który mówił publicznie o winach swoich współtowarzyszy. We Wspomnieniach z AK autorstwa Andrzeja Ropelewskiego czytamy: „Niestety, nie były to jedyne fakty wykańczania Żydów, o jakich słyszałem lub też z jakimi pośrednio się zetknąłem. Sprawy te były na ogół pokrywane milczeniem i trudno było się zorientować, jakie miały one tło. Czy akcje likwidowania Żydów podejmowano na własną rękę, czy też na wyraźny rozkaz – pozostało dla mnie zawsze zagadką. Z tego, co do mnie dotarło, skłonny byłem przypuszczać, że akty te były w pewnych wypadkach wynikiem chęci zawładnięcia mieniem nieszczęśliwych ofiar” (ss. 46–47). Słowa te pochodzą z rozdziału pt. Tragedie, z książki wydanej w 1957 r. Nie była to jedyna podjęta przez byłego partyzanta próba, by rozpocząć na ten temat dyskusję. Na zaproszenie odpowiedziała dopiero Joanna Tokarska-Bakir 3 lata temu i postanowiła zbadać sprawę.

Wiemy jednak, po doświadczeniach debat wokół książek Grossa, że o przeszłości nie może wypowiadać się byle kto. Na pewno musi być to historyk, ale nie każdy – liczy się pochodzenie i afiliacja. Najlepiej, aby był to ktoś spod sztandaru Instytutu Pamięci Narodowej, zamieszkały w Polsce i katolik. Na potwierdzenie tych słów: w „Naszym Dzienniku” z 22 lutego 2012 r. czytamy: „Trudno odmówić osobom z cenzusami naukowymi, jakimi są panie Skibińska i Tokarska-Bakir, prawa do prowadzenia nawet w tak emocjonalny sposób badań historycznych. Naukowcy mogą stawiać różne kontrowersyjne tezy, ale traktowanie ich jako prawdy obiektywnej, a następnie wykorzystywanie w celu mieszania z błotem nieżyjących już osób, to poważne nadużycie. Zwłaszcza gdy tezy te nie zostały poddane pod dyskusję i zweryfikowane przez innych naukowców, niekoniecznie z Centrum Zagłady Żydów. Kielecka delegatura IPN przygotowuje obszerne opracowanie dotyczące zarzucanych oddziałowi »Wybranieckich« i jego dowódcy »zbrodni«” (Na indeksie Armii Krajowej). Jednak nie wszystkie dzieła powstające pod egidą państwowej instytucji, kształtującej pamięć społeczną Polaków, przedstawiają „prawdę obiektywną”, czego przykładem może być książka Jana Marka Chodakiewicza pt. Po Zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944–1947. Trzeba mieć świadomość społecznego kontekstu wytwarzania wiedzy, również historycznej.

Czy bohater mordujący niewinnych może pozostać bohaterem?

Tzvetan Todorov w swoim eseju Nadużycia pamięci wskazał na niebezpieczeństwo zniekształcenia historii, na które jesteśmy narażeni, podejmując się jej upamiętnienia. Autor zauważa, że „konfiskata pamięci nie jest wyłączną specjalnością reżimów totalitarnych, lecz przymiotem wszystkich miłośników chwały” (o czym pisał P. Ricoeur, Pamięć, historia, zapomnienie, tłum. J. Margański, Kraków 2006, s. 114). Budowanie pomnika nigdy nie jest niewinne i bezinteresowne. W brązie zastyga przeszłość, nie taka, jaka była, ale jej wizerunek – najwięcej mówi on o tych, którzy go uprawomocniają. Co mówią o nas nasze pomniki?

Po 1989 r. Armia Krajowa i Polskie Państwo Podziemne znalazły miejsce, nie tylko jako słusznie zasłużone w historii Polski, ale przede wszystkim w panteonie bohaterów narodowych, rekonstruowanym w pośpiechu i z przeświadczeniem, że wreszcie sprawiedliwości stało się zadość. Ale czy to mundur nadawał tożsamość walczącemu? Czy sztandar AK zmywa jednostkowe winy? Czy dziś wszyscy na niego zasługują? Odwołajmy się do zdrowego rozsądku – czy wszyscy żołnierze AK są bohaterami narodowymi? Jeśli tak, to wówczas sądy typu: „Jest to obraza nie tylko samego »Barabasza«, ale całej Armii Krajowej” nie jawią się jako zupełnie bezzasadne. Podobnie zresztą uczyniono z kategorią „Polak”, zwłaszcza, jeśli chodzi o jego postawy w czasie II wojny światowej. Schemat jest ten sam, piszemy źle o takim a takim Polaku – co jest równoważne z tym, że piszemy źle o całym narodzie. Ta niedorzeczność doskonale funkcjonuje wśród naszego społeczeństwa. Niestety, nie jest to przejaw silnej tożsamości narodowej. Wręcz przeciwnie, jest to wyraz jej słabości, bo wciąż musi się ona bronić w walce, która od początku była przegrana, zwierać szyki przed atakami zewnętrznych wrogów i nie zatracać się (o zgrozo!) w różnorodności. Tak jakbyśmy żyli wciąż w czasach Baumanowskiej nowoczesności. Widocznie dla wielu zamiast odejść do historii, przeszła ona do sfery pamięci, która jak wiemy, lubi być obecna w teraźniejszości.
Zastanówmy się jednak, czy sprawców morderstw niewinnych i bezbronnych ludzi, często dokonanych strzałem w plecy, mamy uważać za patriotów i wskazywać jako wzór do naśladowania naszym dzieciom.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą

W obronie dobrego imienia Mariana Sołtysiaka, a wraz z nim całej Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego, w myśl powyżej opisanej zasady, stanęły m.in. „Gazeta Polska” i „Nasz Dziennik”. W tekstach dominowała wojenna retoryka: Brutalny atak „Gazety Wyborczej” – Celem Polskie Państwo Podziemne, „Tygodnik Powszechny” uderza w AK. Nie trzeba jednak obwieszczać stanu zagrożenia, gdyż ten już trwa od lat, a nowe fakty można skierować na wytyczone tory. Zatem mamy do czynienia z „medialną nagonką »Gazety Wyborczej«”, a Henryk Pawelec „wynoszony na piedestał przez »Gazetę Wyborczą«” nie musi się obawiać procesu o zniesławienie, gdyż „koncern Agora nie pozostawi go bez dobrego prawnika”. Incydent ten od razu jest włączany w szerszą narrację. Jaką? W „Gazecie Polskiej” z 15 lutego 2012 r. artykuł na ten temat przypisano następującym tagom (kategoriom): „system kłamstwa”, „niszczenie tożsamości”, „II wojna i okupacja”, „bolszewicy”, „Adam Michnik”.

Jednak nie wszystkie głosy pojawiające się w dyskusji są tak jednoznaczne w ocenie przeszłości. Na forach pod tekstami na ten temat w różnych gazetach i czasopismach czytamy głosy internautów: „Wszędzie są ludzie i ludzie. Nie oceniajmy ich tylko według przynależności. Jestem w stanie uwierzyć panu Pawelcowi, tym bardziej, że przecież nikt nie twierdzi, że on kłamie. Nie pochwalam komunistów i ich stosunku do AK en bloc, ale z tą czołobitnością wobec AK po 1989 uczyniono AK-owcom więcej szkody niż pożytku. Tym bardziej, że na jaw jeszcze niejedno wyjdzie” (użytkownik pochodna.dx). I jeszcze jeden przykład: „Najgorsze jest to, że nie ma »prostych prawd«. Ci sami ludzie zachowywali się jak bohaterowie i jak ostatnie świnie. Czasami też stawali w sytuacjach, w których nie było dobrego wyboru – ludzie ukrywający się czy jako partyzanci, czy to Żydzi musieli kraść czy rabować, bo inaczej by zginęli. Tylko co miały powiedzieć ich ofiary? Ich los się nie liczył?” (użytkownik maac).

Gdy przegląda się dziś biogram Mariana Sołtysiaka w Wikipedii, pod listą przyznanych mu odznaczeń – m.in. Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari czy Krzyż Walecznych – zauważymy niedawno dodaną kolejną część wpisu: Oskarżenia o zbrodnie na Żydach. Pokazuje to, jak wielowątkowa potrafi być czyjaś przeszłość. Powoli, ale rozliczamy się z trudną historią, bo: „Jak wiadomo z podręczników fizyki, żadna forma energii nie znika bez śladu, co najwyżej zmienia formę, czasami po drodze przewracając to i owo. Energia przemocy przekształca się w błądzącą bez celu i kierunku energię cierpienia, żalu i nienawiści. I w tej właśnie postaci przechodzi na własność następnych pokoleń, czy tego pragną, czy nie” (Magdalena Tulli, Włoskie szpilki, ss. 64–65).

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter