70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Blisko Tischnera

Kongres Tischnerowski pokazał, że filozofia Tischnera robi się ciekawa, kiedy walczy się z nim o każde słowo, każdy obraz.

Jak to jest z Tischnerem? Jest czytany czy nie jest? Dane o sprzedaży książek dowodzą, że niewielu mamy polskich myślicieli, którzy mieliby równie szeroką publiczność. Ale czy czytają go filozofowie? Czy się nim inspirują? Kilka miesięcy temu pisałem na tych łamach, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat „żaden inny współczesny polski filozof nie doczekał się tylu rozpraw i artykułów poświęconych dziełu, które stworzył. Gdyby jednak przyjrzeć się bliżej temu, co do tej pory napisano, trzeba by ze skruchą przyznać, że ilość znacznie przewyższyła jakość”. Czy zorganizowanie w Krakowie w dniach 25–27 października 2011 Kongresu Tischnerowskiego należy traktować jako zapowiedź, że ta sytuacja może się zmienić?

Kongres postawił sobie dwa ambitne cele. Z jednej strony miał po raz pierwszy zebrać w jednym miejscu filozofów, którzy się Tischnerem interesują, piszą o nim, starają się myśleć w jego duchu. Z drugiej – tematem obrad uczynił dwa wielkie pojęcia: dobro i prawdę. Połączenie obu tych celów nieuchronnie prowadzić musiało do rozmaitych kompromisów. Ostatecznie pod szyldem „dobra” i „prawdy” zmieścić można niemal wszystko… Za sukces imprezy należy uznać fakt, że zdecydowana większość spośród 35 wystąpień dotyczyła tego, co można znaleźć u samego Tischnera. W tym sensie kongres był rzeczywiście Tischnerowski: myśl autora Filozofii dramatu referowano, komentowano, próbowano ją systematyzować lub przekrojowo opracowywać niektóre wątki, wreszcie zadawano jej pytania. Czy z intuicji Tischnera dotyczących dobra i zła da się zbudować jakąś spójną wizję? Co kryje się u niego pod pojęciem metafory? A jego analizy dotyczące spotkania – czy są zrozumiałe i wyczerpujące, czy może proszą się o uzupełnienie?

Te ostatnie wystąpienia były najciekawsze – jako widomy przykład tego, że dzieło Tischnera ożywa w dialogu, polemice i sporze. W końcu on sam przyznawał, że wielu rzeczy nie domyślał, nie dopracował; czasem skarżył się, że Bóg obdarował go przyjaciółmi, ale poskąpił mu wrogów: brakowało mu dobrych polemistów, dzięki którym jego myśl jeszcze bardziej by się rozwinęła… Dziś na takich polemistów mógłby liczyć, i to zwłaszcza z grona swoich dawnych uczniów i słuchaczy. Ich nastawienie dobrze oddają słowa wypowiedziane przez Dobrosława Kota: „Moje zmagania z filozofią Tischnera wyglądają następująco: ilekroć wchodzę w tę filozofię głębiej, dostrzegam brak precyzji, retorykę, uwodzenie czytelnika. A równocześnie Tischner ciągle mi coś interesującego odsłania”.

Wydaje się, że podstawowy warunek „filozofowania z Tischnerem” jest właśnie taki: wejść w tę filozofię głębiej, nie traktować Tischnera jako kogoś, kto dostarczy nam budulca do naszych własnych teorii. Ostatecznie bardzo łatwo wziąć z niego pewną siatkę pojęć i za ich pomocą pleść swoje własne sieci. Filozofia Tischnera robi się ciekawa, kiedy walczy się z nim o każde słowo, każdy obraz. Także – o jego własny obraz, o obraz myśli Tischnera, który w sobie nosimy.

Adam Workowski, komentując jeden z ważniejszych filozoficznych artykułów Tischnera, Fenomenologia spotkania, powiedział: „W swoim wystąpieniu chciałbym bronić pewnego marzenia…”. Odwołał się do wykładów Tischnera, podczas których to, co autor Filozofii dramatu mówił o spotkaniu, wydawało się wielką i radosną obietnicą: spotkanie jawiło się w nich jako radykalne doświadczenie przemiany i wyzwolenia. Jednakże w zderzeniu z konkretnymi analizami zapisanymi w tekstach ten optymistyczny obraz komplikuje się i prowokuje do pytań.

Czytanie Tischnera blisko tekstu okazuje się owocne również wtedy, gdy mamy na względzie ujęcia bardziej przekrojowe, chcące ogarnąć szerszy obszar jego dzieła. Adam Hernas w swoim wystąpieniu podjął się rekonstrukcji Tischnerowskiej agatologii. Filozof postawił jasną tezę: „Nie wchodzi tu w grę jakaś systemowa metafizyka dobra przeciwstawiona metafizyce bytu. W intencji autora takiej odrębnej, czysto teoretycznej dziedziny filozofii po prostu nie ma. Z drugiej jednak strony agatologia Tischnera przemyślnie lokuje się obok myślenia tradycyjnego, systemowego, przybierając oryginalną formę filozofii dramatu, którą, jak mi się zdaje, można by też nazwać egzystencjalizmem eschatologicznym”. I aby pokazać, jak to w praktyce (tekstowej) wygląda, Hernas wnikliwie zanalizował m.in. koncepcję „dowodu agatologicznego” (na wzór dowodu ontologicznego św. Anzelma), którą można znaleźć u Tischnera .

Jeszcze słowo o tym, co przywieźli goście z zagranicy. Chantal Delsol – która z powodu kłopotów ze zdrowiem nie mogła osobiście przybyć na kongres – przysłała bardzo interesujący referat o tym, jak w naszej kulturze „prymat dobra nad prawdą prowadzi do kolonizacji poznania przez moralność”. Z kolei Nikolaus Lobkowicz zaproponował refleksję nad możliwością łączenia w analizach filozoficznych metody fenomenologicznej i analizy języka z klasyczną metafizyką. Ciekawe było wystąpienie Enrico Sperfelda, który zwrócił uwagę, że Tischner dla zanalizowania doświadczenia tzw. pierwszej Solidarności nieprzypadkowo posłużył się narzędziami fenomenologii. Sam ten ruch bowiem opierał się na szczególnej epoche: „wzięciu w nawias” opresyjnego systemu, co zaowocowało możliwością jego zmiany lub naprawy.

A czy sam Kongres Tischnerowski można traktować jako zapowiedź zmiany w „tischnerologii”? Uczestnicy mieli na ten temat różne zdania. Ja przychylałbym się do odpowiedzi pozytywnej. Kto chciał, mógł podpatrzeć, jak się Tischnerem zająć, to znaczy – jak się „dobrać” do złóż leżących głębiej. Myślę, że w ciągu kilku najbliższych lat doczekamy się tekstów, które będą konsekwencją takich głębszych wglądów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata