70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nasze humanistyczne labirynty

Przy klasycznie spokojnej i współ-czującej książce Podrazy-Kwiatkowskiej czytelnik czuje się partnerem dialogu, czuje się – i jest! – mądrzejszy, bo mądrze współ-prowadzony.

Trudno pisać recenzję osobistej książki klasyka. Recenzja jest bowiem krytyczną weryfikacją tekstu, zakłada równość partnerów: autora i czytelnika-recenzenta. Recenzent nie powinien patrzeć z góry na książkę („napisałbym ją lepiej, niż autor”) – prawdziwa recenzja jednak nie może być także hołdem lennym („nie mogę skrytykować”). Krytyka – to próba dotarcia do prawdziwej wartości książki, ukazująca także miejsca, które można poprawić – czy to w kolejnych wydaniach, czy w innych tekstach tego autora. Czy można tak pisać recenzję Wisławie Szymborskiej? Czy można – Marii Podrazie-Kwiatkowskiej? Próbować trzeba. Tego też – jak sądzę – uczy ta książka. Zapomnijmy więc o fundamentalnym dorobku Pani Profesor; zapomnijmy o podręcznikach, które pomagały przed egzaminami – mamy książkę bez autora. Czytajmy samą książkę, nie autora.
Napiszę więc od razu: uważam, że Labirynty – kładki – drogowskazy to książka niezwykła. Spokojna. Mądra. Wyróżniająca się w humanistyce.
Teraz uzasadnię.

W zgiełku i pośpiechu współczesnego świata brakuje czasu na wnikliwą lekturę.
W świecie między kolejnym „lubię to” i przekartkowanym wielostronicowym bestsellerem, przepisującym instrukcje obsługi komputerów dla ubarwienia narracji – klasyczne „uważne czytanie” wydaje się niedzisiejsze. Nie ma podręczników powolnego czytania. Niestety! „Czas, czas, nie wracaj do tego zdania, czytaj kolejną książkę (jeżeli w ogóle czytasz)!” – mówi do nas świat. Ta książka jest przykładem, że można inaczej. Świat pędzi, może trzeba zwolnić? Może to nasze pośpieszne czytanie sprawia, że za dużo gubimy?
Autorka czyta bowiem spokojnie. Nie ma tu miejsca na karkołomne interpretacje współczesnych humanistycznych guru, na założone z góry odczytania, czynione w myśl zasady, że o tekście można powiedzieć wszystko. To powrót do korzeni, do prawdziwej filologii – tekst trzeba najpierw przeczytać, później starać się dokonać jego analizy i dopiero na końcu interpretacji (a przed przeczytaniem warto wybrać właściwą, zaakceptowaną przez autora wersję – tu widzimy wagę rozstrzygnięć edytorskich). Współcześnie zbyt często zaczynamy od końca – interpretacja poprzedza lekturę. W Labiryntach – kładkach – drogowskazach na początku jest uważne czytanie. Możemy mieć wrażenie współ-czytania z autorką, jak w dobrej analizie dzieła literackiego – wędrując w labiryncie, podążamy w stronę wyjścia. Interpretacji jest wiele, ale wyjście z labiryntu tylko jedno: analiza poprzedza interpretację. To klasyczna formacja – przepraszam za narzucającą się etykietkę – krakowskiej szkoły krytyki, której jednym z reprezentantów był mąż autorki, prof. Jerzy Kwiatkowski (współautor jednego ze szkiców).

Owoce uważnej lektury

Książka jest zbiorem szkiców. Wiele z nich dedykowanych jest badaczom literatury, większość z nich już się ukazywała – jednak przeważnie w księgach pamiątkowych ofiarowanych zasłużonym literaturoznawcom; funkcjonowały zatem w dość ograniczonym kręgu: zebrane w osobny tom, brzmią inaczej. Każdy z zamieszczonych tu szkiców jest wynikiem uważnej, spokojnej lektury – czy to dzieł literackich, czy prac innych badaczy (np. tekst o Wacławie Borowym). Wiele z nich to szkice bardzo osobiste, dotykające problemów głębszych niż budowa dzieła literackiego: popatrzmy zwłaszcza na szkic otwierający tom, „Bacz, o człowiecze, co głęboka noc rzecze”. Z rozważań nad literackim doświadczeniem nocy.

Większość szkiców dotyka obszaru Młodej Polski, jest tu też jednak np. Gombrowicz (ważny tekst „Pornografia” Witolda Gombrowicza i „Niebezpieczne związki” Choderlos de Laclos. Rozważania intertekstualne). Wychodząc od ważnej obserwacji edytorskiej (brak protestów Gombrowicza na zmianę tytułu powieści w tłumaczeniu włoskim, niemieckim, hiszpańskim, szwedzkim, duńskim – z Pornografii na Uwiedzenie), badaczka pyta: „czy na pewno nie miał świadomości, że idzie w Pornografii tropem zwłaszcza jednej powieści o uwiedzeniu (…) a może właśnie mając taką świadomość, stworzył utwór – jednak! – w pełni oryginalny, tyleż nawiązujący, co i odcinający się od tamtego nurtu (…)”. Cieszę się, znajdując potwierdzenie dla własnych obserwacji o wadze problemu sumienia u Gombrowicza („trzeba podkreślić, że wspomniane rozważania o »niewinności« kończą się u Gombrowicza pełnym wątpliwości pytaniem: »I wtenczas co? Zniknie poczucie grzechu, człowiek poczuje się tylko ofiarą?«”). Autorka nie idzie dalej w swoim przypisie – ale warto zauważyć interesujące perspektywy badawcze, zestawiając choćby rozważania św. Jana od Krzyża z fragmentami Dziennika („mgławica, którą jestem”), Pornografią, Kosmosem…

Badaczka podsumowuje swoje obserwacje – zastrzegając, że wybiega poza tekst (to pojawia się rzadko w tych szkicach) – „można zaryzykować tezę, że epilog do Pornografii, powieści o zabiegach mających na celu manipulację młodymi, dopisała studencka rewolta 1968 r. (…) Gombrowicz był w gruncie rzeczy, zwłaszcza w sensie społeczno-politycznym, konserwatystą”.

Innym gombrowiczowskim odniesieniem w książce Podrazy-Kwiatkowskiej jest szkic… o Wacławie Borowym, wybitnym poloniście i krytyku literatury. Autorka pieczołowicie omawia wagę badań Borowego dotyczących Żeromskiego i Wyspiańskiego, pisząc m.in. o rozprawie Łazienki a „Noc listopadowa” Wyspiańskiego. Warto spojrzeć na to trochę z boku, ponieważ dotyka to samej istoty filologii, szukania wyjścia z labiryntu. Podraza-Kwiatkowska pisze: „Borowy (…) demaskuje mylne poszlaki podsuwane przez wcześniejszych badaczy (np. posągi parkowe były w zimie obite deskami, więc Wyspiański nie mógł ich oglądać), a także prostuje omyłki samego Wyspiańskiego, który Pomarańczarnię wziął za Belweder”. O szkicu Borowego pisał – jako młody recenzent – właśnie Gombrowicz (w tekście Dziwne a nawet miejscami dziwaczne). Pisał zupełnie inaczej, niż Podraza-Kwiatkowska: ironicznie zapytywał, co go to obchodzi jako czytelnika, czy Wyspiański pomylił się, biorąc Pomarańczarnię za Belweder. „(…) Wchodzimy z nim [tj. Borowym – przyp. Ł. G.] teraz w gąszcz Łazienek [pisał Gombrowicz], gdzie nic nie jest pewne, prócz posągów, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie aparatowi drobiazgowej topograficznej erudycji towarzyszą tragiczne »być może«, »zapewne«, »należy wnosić«, »można mniemać«, »przypuścić«, gdzie już, już, zdawałoby się, zdybaliśmy poetę z posągami, a w chwilę potem znowu się wymyka. (…) Gdybyśmy na koniec przestali tłumaczyć natchnienia posągami, szukać książek, jakie przeczytano do książek i przekładać poezję na język prozy, prozę — na poezję. I gdybyśmy przystępowali do dzieł sztuki albo po to, aby je rozumieć w ich realnym związku z psychologią autora (…)”. W niezgodzie Gombrowicza na recenzje dotyczące swojego debiutu, Pamiętnika z okresu dojrzewania, tkwią początki Ferdydurke. Tak pisał autor, który polemizował z filologiczną akrybią: po cóż tak drobiazgowo, czemu to służy?

Zastanawiam się, co powiedziałby Gombrowicz dzisiaj; bo o ile u Borowego był to jedynie wstęp („na wątku detektywistycznym jednak się nie kończy. Borowy przeprowadza jednocześnie dokładną interpretację dramatu Wyspiańskiego. (…) Jako nadrzędną jednostkę interpretacyjną przyjmuje muzykę. Muzycznością tłumaczy niekonsekwencje kompozycyjne”, pisze Maria Podraza-Kwiatkowska), o tyle w wielu dzisiejszych interpretacjach uchwycenie szczegółu odbywa się wyraźnie z pokrzywdzeniem całości. A to akurat filologiczna skrupulatność uniemożliwia (choćby zwykłe sprawdzenie częstotliwości odwołań w indeksie – czy naprawdę pisarz X nawiązywał do nieznanego pisarza z Pernambuco? Cóż, kiedy nazwisko Pernambuczanina w ogóle się nie pojawia, zaś autor jego książkę poznał dopiero po napisaniu swojej…). Słuszna natomiast jest uwaga Gombrowicza o konieczności pamiętania o celu pracy: skrupulatność powinna służyć poznaniu dzieła autora, nie zamieniać się w ekwilibrystykę, którą sportretował w postaci krytyka z Trans-Atlantyku, do czego dojdziemy za chwilę. Dobrą stronę skrupulatności świetnie pokazuje metoda pracy Podrazy-Kwiatkowskiej: czytając tytuł innego ze szkiców: Czy Żeromski czytał Marcela Prousta? możemy westchnąć: i co jeszcze? Czy wszystko da się uzasadnić? Tymczasem tytuł jest jedynie puszczeniem oka do czytelnika, bo autorka zestawia podobieństwa, wyraźnie jednak pisząc: „wszystkie dotychczas przykładowo przypomniane fragmenty prozy Żeromskiego pochodzą z utworów wcześniejszych niż pierwszy tom dzieła Marcela Prousta. Nie ma tu żadnej zależności!”. Co prawda pokazuje ona kolejne podobieństwa, ale daje pstryczka w nos poszukiwaczom spisków i odniesień intertekstualnych, pisząc na końcu: „Tylko – czy Żeromski na pewno czytał Marcela Prousta?”…

Pokusy labiryntów

Nie jest ważne „tłumaczenie natchnienia posągami, szukanie książek, jakie przeczytano do książek i przekładanie poezję na język prozy, prozę — na poezję”, jeżeli to nie pomoże nam zrozumieć dzieła autora – tak widzę ten szkic, parafrazując wcześniej przywołany tekst Gombrowicza. To miejsce odsyła nas do uwagi jeszcze bardziej ogólnej, dotykającej, jak sądzę, samych fundamentów humanistyki.

Napisałem przecież na początku, że to książka wyróżniająca się w humanistyce; dlaczego? Owszem, osoba autorki (nie sposób do tego nie wrócić) gwarantuje bezpieczeństwo lektury; zauważmy jednak, że sama praca wyróżnia się zarówno swoją metodą, klasycznie filologiczną, uspokajającą w niespokojnym świecie – jak też szerokim oddechem. W powodzi coraz większych specjalizacji (czy niedługo poloniści będą dzielić się nie tylko na badaczy danej twórczości, ale konkretnego dzieła?) przy jednoczesnym spłycaniu dyskursów – mam wrażenie, że gubi się sens humanistyki.

Humanistyki, która powinna nam pomagać w zrozumieniu nas samych: czym to dzieło jest, jak na mnie oddziałuje? (Dziełem może być zarówno powieść, jak i obiad, co pokazuje Robert Makłowicz w eseju Cafe Museum). Zamiast próby szukania wyjścia z labiryntu mamy fascynację labiryntem; próbujemy go ozdabiać, nie szukając wyjścia. Metodologie sprawiają tylko, że labirynt zmienia barwy i kształty. Brak wyjść sprawia, że mogą powstawać nowe katedry, nowe badania, nowe trendy, nowe mody. Rynek kwitnie, powstaje kombinat uniwersytecki. Czekam tylko, kto zmieni nazwę „filologia polska” na „architektura kształtowania tekstów”…

Te tendencje zamiany filologii w erudycyjne pustosłowie możemy odnaleźć sparodiowane już u tego samego Gombrowicza, który narzekał wcześniej na klasyczne metody filologów; tak opisywał znakomitego krytyka literackiego, żonglującego cytatami: „Do książek, notat swoich zaglądając, je gubiąc, w nich się tarzając, nurzając, on cytatami rzadkiemi myśl swoją okraszał i z nią tam sobie dokazywał, a już do siebie, jakby na odludziu. I tak w sobie papirem i myślą kaprysząc się, coraz inteligentniej był inteligentnym i ta inteligencja jego, sama sobą pomnożona i sama na sobie okrakiem, tak już Inteligentna stawała się, że Jezus Maria!”.

Przy takich geniuszach, jak ten, opisany przez Gombrowicza (myślę, że każdy z Państwa teraz ma przed oczami obraz i nazwisko własnego, podobnego, geniusza…), czytelnik czuje się malutki, może jedynie wielbić („cmokać poczęto, odpowiedź jego smakując, jakby to najprzedniejsze marcepany były. Wszelako, cmokając, jak gdyby własnem cmokaniem gardzili”). Przy klasycznie spokojnej i współ-czującej książce Podrazy-Kwiatkowskiej jest przeciwnie: czytelnik czuje się partnerem dialogu, czuje się – i jest! – mądrzejszy, bo mądrze współ-prowadzony. Autorka zdaje się mówić: czemu komplikować, kiedy można zwyczajnie, spokojnie, kiedy możemy szukać odpowiedzi, wyjść z labiryntów, kładek, drogowskazów – nie zaś bawić się malowaniem labiryntu na pomarańczowo czy w paski.
To książka, która przypomina, o co tak naprawdę chodzi w humanistyce.

_

Maria Podraza-Kwiatkowska 

Labirynty – kładki – drogowskazy. Szkice o literaturze od Wyspiańskiego do Gombrowicza

Universitas, Kraków 2011

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata