70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kabanos i metafizyka

Pierwociny diagnoz, formułowanych dzisiaj przez socjologów i filozofów ponowoczesności, znaleźć można w korespondencji dwóch polskich pisarzy, którzy na co dzień bardziej niż z rozpasanym konsumpcjonizmem zmagali się z deficytem papieru.

Sławomir Mrożek – podobnie jak Bruno Schulz – najintensywniej odsłania się w listach, które nie są zwykłą wymianą informacji, ale duchowym pamiętnikiem dramaturga. Na co dzień raczej milczący (by nie powiedzieć – mrukliwy), nieśmiały, lekko wsobny. W obfitej korespondencji pokazuje swoją drugą twarz: jest to oblicze zanurzonego po pachy w codzienności, targanego nieraz wielkimi emocjami intelektualisty, przebywającego nieustannie w przestrzeni z jednej strony wyznaczanej przez kwestie o największym kalibrze filozoficznym, a z drugiej przez sprawy skrzeczącej rzeczywistości. „Jednocześnie muszę prać skarpetki i zastanawiać się nad Zagadką Wszechbytu” – napisał w jednym z listów do Wojciecha Skalmowskiego wydanych kilka lat temu.

Podobnie rzecz wygląda w piątym (po opublikowanych także w ostatnich latach listach do Jana Błońskiego, Erwina Axera i Adama Tarna) tomie korespondencji autora Tanga: „(…) konsumuję kabanos, cukier, dżemy i smalec, które dobra mama-teściowa posyła tutaj w paczuszkach (…)” pisze do Stanisława Lema już z włoskiego Chiavari. Autor Bajek robotów odpisuje w tym samym duchu: „Metafizyka, ba! Metafory. Ha. Mój Boże, najbardziej uspokoiła mnie wiadomość o smalcu czy kabanosie”. W tej wymianie zdań znajduję świetną figurę tego, co w najnowszym tomie Mrożkowej epistolografii najważniejsze – olbrzymią rozpiętość skali, znamionującą kompletny projekt nie tylko artystyczny, ale także egzystencjalny. Diagnoza ta dotyczy zresztą obu wielkich pisarzy – zarówno bowiem Sławomir Mrożek, jak i Stanisław Lem, przy całym swoim pesymizmie i na przekór warunkom, w których przyszło im żyć, ciągle próbowali rozbijać pancerz nie tylko otaczającej ich szarości, ale także ograniczenia własnego pisarstwa. Korespondencja Mrożka i Lema – poza wszystkim innym – jest bowiem fascynującym świadectwem krytycznej uważności, z jaką traktowali się pisarze. Choć czytali się wzajemnie bardzo pilnie, to jednak nie zawsze rozumieli swoje teksty.

Obsesja „po piórze”

W pierwszym liście – tym z 1956 r. – Mrożek zwraca się jeszcze do Lema per „Panie Stanisławie”. Za chwilę jednak oficjalne formy ustąpią miejsca bardziej spektakularnym popisom stylistycznym. Młodszy o dziewięć lat autor Wesela w Atomicach jest nieco skromniejszy, natomiast twórca Dzienników gwiazdowych nie ma właściwie żadnych hamulców. „Staszku”, „Stanisławie”, „Drogi Staszku” – tak najczęściej rozpoczyna swoje epistoły Mrożek. Lem daje popis apostroficznej kreatywności: „Mrogi Drożku”, „Sławomirze Miru Sławny”, „Hospodynie Literatury Polskiej”, „Wasza Protuberancjo” – to tylko kilka tytułów, jakimi twórca Solarisa obdarza swojego młodszego kolegę. Lem potrafi całe okresy epistolograficzne napisać w archaizująco-neologicznej konwencji językowej, pokazującej jak świetnie panuje nad polszczyzną. To on jest tutaj „hospodynem”, to on potrafi zakręcić frazą tak, że w pięty idzie. Jakby chciał udowodnić, że właśnie on – „fantasta” – rozdaje tu literackie karty. I choć metodę tę doprowadza do granic językowej komunikatywności (kilka listów w swojej groteskowej wariacji stylistycznej balansuje na granicy czytelności), to jednak właśnie on sadowi się tutaj na pozycji autora dominującego.

Mrożek, owszem, podejmuje rzuconą rękawicę. Robi to jednak zdecydowanie mniej spektakularnie, ujawniając od początku swoją bardziej filozoficzną, znaczoną wewnętrznym smutkiem naturę. Wspomina o naszym absolutnym braku wpływu na los, „plugawy jakiś się czuję” – pisze. Zazdrości Lemowi „alkoholizowania się”. „A co zrobić – pyta retorycznie – jeżeli organizm mój, choć znosi, to jeszcze bardziej od alkoholu smutnieje?”. Mimo depresyjnej aury, listy autora Rzeźni to także literackie rarytasy, choć pisane bez właściwej Lemowi stylistycznej dezynwoltury, subtelniejsze w tonie, rzekłbym – bardziej mroczne.

Nie przeszkadza to jednak Sławomirowi Mrożkowi ciągle pisać o sprawach najprostszych – jeżdżeniu na nartach („pisze do Ciebie dziesięciokrotny zdobywca Gubałówki”), urokach małego włoskiego miasteczka („prowincja to rozkosz”), czy bardziej ekstrawaganckich wyczynach jego mieszkańców („taksówkarz 60-letni nie wytrzymał wreszcie, tylko rozebrał się do naga i nago krążył po mieście”). Lem nie jest dłużny – przesyła Mrożkowi krakowskie plotki, dykteryjki krążące w artystycznym środowisku, streszczenia artykułów z prasy. W jego listach najczęściej powracają zaprzyjaźnieni Jan Błoński i Jan Józef Szczepański. No i samochody – wielka pasja obydwu pisarzy. Znawstwo, z jakim ci dwaj intelektualiści wypowiadają się na temat motoryzacji, mogłoby zaskoczyć niejednego wziętego mechanika. Ale i ta materia ujawnia głębsze nieco niż rozmowa o budowie dyferencjału czy tunelu wału kardanowego cechy obu pisarzy – tam, gdzie Lem niczym inżynier-konstruktor długimi okresami rozprawia o fabrycznych własnościach „Warbura” lub „Octavii”, tam Mrożek jest liryczny i czule pisze o swoim – niezbyt, jego zdaniem, racjonalnym – uczuciu do „Volkswagena”: „Wiesz, jak z tym jest, na to nie ma argumentów. Jak przed każdą prawdziwą miłością, bojąc się jej, wiedząc, przeczuwając, że ona mnie zgubi, chciałem pójść za głosem rozsądku, znaleźć przeciwlekarstwo. (…) Nie udało się”. Samochody powracają w Mrożkowych epistołach regularnie i zapewniają materialny związek ze światem coraz bardziej pogrążającym się w oparach absurdu (dotyczy to przede wszystkim Lema przebywającego głównie w Polsce).

Oprócz Błońskiego i Szczepańskiego najczęściej pojawiającą się postacią – zwłaszcza pierwszej części tego epistolarnego zbioru – jest Ireneusz Iredyński, prawdziwa obsesja starszych kolegów po piórze. Autor życzliwie przyjętego przez ówczesną krytykę Dnia oszusta jest dla nich człowiekiem z innego świata – mają go za manipulatora, nieuczciwego prozatorskiego hochsztaplera, piszącego rzeczy literacko bezwartościowe. Ale coś ich w Iredyńskim fascynuje do tego stopnia, że nie potrafią się od niego uwolnić: „najbardziej jednak przygnębia fakt, że dwie dorosłe osoby, takie jak my, tracą na niego tyle czasu” – ubolewa Mrożek, który autorowi Manipulacji poświęcił niemal w całości kilka listów. „Niegodzien on, doprawdy [Iredyński – A.M.], rozmiarów negacji, jakie mu poświęcasz” – biadoli Lem. Wątek ten kończy stanowczo: „Zresztą już dość mam tego kutasa i Bóg z nim”. Jednak o literaturze dyskutują w listach ciągle. W korespondencji pojawiają się wzmianki o – zwykle niezbyt przychylnie ocenianej – twórczości Leopolda Tyrmanda, Stanisława Jerzego Leca, Malcolma Lowry’ego, Jerzego Andrzejewskiego i wielu innych.

Najlepszy z możliwych sensów

Najczęściej jednak – i najciekawiej – pisali na temat swoich tekstów. Mrożek prosi Lema o recenzję Tanga. Ten, dostrzegając wszelako w tekście sceny wielkie, uważa, że „sztuka jest warta jeszcze niemałej roboty”. O Summa technologiae, być może najlepszej (a na pewno bardzo wpływowej) książce Lema, Mrożek dobrze się wyraża, nie jest jednak bezkrytyczny: „Napisałeś wielką, znakomitą i przeraźliwie formalistyczną książkę. Straszliwie ograniczoną do jednej tylko kategorii”. Nie ma tu przyjacielskiego poklepywania po plecach, jest rzetelna krytyka i argumentacja. Znać też szacunek dla własnych projektów pisarskich, stanowiących – widać to wyraźnie – fundament egzystencji obu pisarzy: wokół niego koncentrują się najciekawsze wątki tej epistolarnej wymiany.

Należą do nich bez wątpienia fragmenty ściśle metapisarskie, do których większą predylekcję ma autor Indyka. Mrożek – co może zaskakiwać, jeśli pamiętać o żelaznej kompozycji jego dramatów – myśli o pisaniu w kategoriach tajemnicy, zdarzenia nieprzewidywalnego i nie do końca jasnego, ale na swój sposób przyjemnego. Pisanie rzemieślnicze, oparte na świetnym opanowaniu warsztatu, pozbawione jednak momentu irracjonalności, zupełnie go nie interesuje. „Siadać i pisać tylko po to, żeby mi na koniec wyszło tylko to, co od początku wiem, że mi wyskoczy, to owszem miłe, jak rozwiązywanie krzyżówki albo inne jakieś majsterkowanie, ale gdzie tu moja wielka przyjemność? A także gdzie tutaj sztuka, która jest czymś więcej jak tylko mechaniczną zabawką?” – pyta retorycznie, zdradzając tradycyjne, modernistyczne podejście do wykonywanego przez siebie fachu. Lem ze swoim młodszym przyjacielem zgadza się całkowicie – sądzi, że od logicznego schematu problemowego ważniejszy jest obraz, jakiś przedustawny powidok, z którego później wyłoni się utwór. Tutaj nić porozumienia jest silna – „masz do czynienia z piszącym, nie krytykiem” podkreśla autor Szpitala przemienienia.

Być może najbardziej zajmujące jednak są porozsiewane gęsto w Listach intuicje, związane z coraz bardziej oczywistymi – jak uważają obaj korespondujący pisarze – symptomami rozpadu rzeczywistości nowoczesnej. Wszystko staje się względne, galopujący rozwój technologii tłamsi indywidualność (to jeden z ulubionych tematów Lema), nikt nie zastanawia się już nawet nad tak rudymentarnymi kwestiami jak miłość, cierpienie czy starość. Bezmyślność i powierzchowność stają się najbardziej znaczącymi cechami świata, który – jak pisze Sławomir Mrożek – „pożąda jakiegokolwiek pewniaka”. Żyjemy duszeni i tłamszeni, wydając nieartykułowane zwierzęce jęki. Czy nie brzmi to znajomo? Czyż nie są to cechy cywilizacji ponowoczesnej, która opisywane prawie 50 lat temu właściwości zdołała doprowadzić do form krańcowych i która „w tej wielkiej pracy rozbijania, rozrywania, siekania i pyłkowania” (tak autor Śmierci porucznika pisał o twórczości Becketta) osiągnęła absolutną doskonałość? Pierwociny diagnoz, formułowanych dzisiaj przez socjologów i filozofów ponowoczesności, znaleźć można w korespondencji dwóch polskich pisarzy, którzy na co dzień bardziej niż z rozpasanym konsumpcjonizmem zmagali się z deficytem papieru.

Jak się w tym wszystkim rozeznać, jak znaleźć sens w socjalistycznej, antysemickiej degrengoladzie, do której w 1968 r. zmierzał PRL? Intrygującej (bo brzmiącej jak postmodernistyczny dogmat) odpowiedzi udziela w jednym z listów Sławomir Mrożek, przekonując, że sens nie jest – jak nam się często wydaje – czymś, tkwiącym poza nami, czymś będącym na zewnątrz. Przeciwnie – sens, uważa dramaturg, „jest w naszych rękach, naszym sztucznym produktem i wszystko ma tylko taki sens, jaki mu wyznaczymy. Trzeba by więc raczej zająć się nie szukaniem, ale opracowaniem względnie wyborem najlepszego sensu”. Warto o tym zdaniu Mrożka myśleć poważnie także dzisiaj.

_

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek
Listy 1956-1978

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 734

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata