70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Głód to pieniądz

Nie ma cudownej recepty, która gwarantowałaby sukces w walce z głodem. Jednak zarówno politycy, jak i organizacje pozarządowe coraz częściej mówią o konieczności wprowadzenia regulacji na rynku żywności. Jedzeniem handlowano zawsze, ale odkrycie, że z pszenicy lub ryżu można zrobić oderwany od rzeczywistości produkt finansowy, jest nowe.

Latem ubiegłego roku znów usłyszeliśmy o klęsce głodu na Półwyspie Somalijskim. Wiele z doniesień określało tragedię jako największą w ostatnich dekadach. Miała się do niej przyczynić susza niespotykana od pół wieku. Trudno było ocenić, ile ofiar pochłonie katastrofa, która według wielu ekspertów dopiero się rozpoczynała, i jak ogromny będzie jej zasięg. Z opisów wynikało, że dzieje się coś bezprecedensowego. A jednak sytuacja wydawała się dobrze znana, cykliczna, niemal zwyczajna.

Zobojętnienie Zachodu na głód w Afryce przybiera różne formy. Jedne z najbardziej cynicznych opinii można znaleźć na internetowych blogach i forach dyskusyjnych, gdzie użytkownicy przekonują, że mieszkańcy Somalii są sami sobie winni, brak żywności wynika z ich lenistwa, a śmierć głodowa jest tam tak powszechna, że ludzie są do niej po prostu przyzwyczajeni. Brak moralnej odpowiedzialności państw bogatych nie jest już tak oczywisty dla prof. Michaela Daxnera z Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego. Podczas konferencji bezgraniczni ludzie, która odbyła się w październiku ubiegłego roku w Krakowie, postawił on sprawę jasno, rzucając oskarżenie pod adresem sektora finansowego: „Dopóki godzimy się na spekulacje na rynkach żywności, zbieranie pieniędzy na głodujących w Somalii jest bezcelowe”.

Bojówki, piraci i głód

Amerykański dwumiesięcznik „Foreign Policy” publikuje każdego roku ranking państw upadłych (Failed States Index), czyli krajów, które formalnie istnieją, ale w praktyce przestały pełnić swoje funkcje. Wyznaczając pozycje w tym zestawieniu, bierze się pod uwagę m.in. sprawność systemu opieki zdrowotnej, dostęp do żywności i wody, stan struktur państwowych, legitymizację władz, poszanowanie praw człowieka, występowanie konfliktów zbrojnych. Somalia w 2011 r. zajęła na liście pierwsze miejsce. Było to jej czwarte z rzędu niechlubne zwycięstwo w tym rankingu.
Trudną sytuację opisuje również Rafał Hechmann z Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). Rysuje mapę kraju, zaznaczając na niej wszystko to, co sprawia, że dostarczenie pomocy jest prawie niemożliwe. Od południowego zachodu rozpościerają się tereny opanowane przez islamskie fundamentalistyczne bojówki Al-Shabaab. Od północnego wschodu wybrzeże kontrolowane jest przez piratów pracujących dla europejskich mafii. Zrzucanie żywności z helikopterów mija się z celem, ponieważ szybciej trafi ona do uzbrojonego terrorysty niż do ciężarnej kobiety. „W innych kryzysach są pewne proste rozwiązania, jasne wytyczne, co trzeba zrobić, żeby wyciągnąć ludzi z takiej sytuacji. Gdyby to działo się gdzie indziej, od razu pojawiłyby się organizacje humanitarne, zaczęłaby się dystrybucja owiec, kóz, programy irygacyjne, szkolenia dla rolników pokazujące, jak produkować inną żywność. W Somalii wszystko jest bardziej skomplikowane. Przez konflikty zbrojne nie ma dostępu do głodujących, państwu brakuje struktur, nie ma z kim prowadzić rozmów, bo rząd centralny stracił kontrolę nad swoim terytorium” – tłumaczy Hechmann.

Miejscowa ludność utrzymuje się z hodowli owiec, kóz i wielbłądów. Kiedy nie ma wody, usycha pustynna roślinność, którą jedzą zwierzęta. Padło ich 90%. Jeśli na światowych rynkach rosną ceny żywności, jej import staje się dla Somalijczyków niemożliwy. Koordynator pomocy humanitarnej zauważa, że ograniczanie się do reakcji w momencie katastrofy jest nieefektywne: „Takie kryzysy pojawiają się w Afryce co dwa lata. Świata na to nie stać. Zrywy serca i wysyłanie żywności to działanie krótkowzroczne, gwarantujące spokój na kilka miesięcy. Trzeba rozpocząć działania długoterminowe”.

Huśtawka na rynku

Nie ma cudownej recepty, która gwarantowałaby sukces w walce z głodem. Jednak zarówno politycy, jak i organizacje pozarządowe coraz częściej mówią o konieczności wprowadzenia regulacji mających na celu ukrócenie spekulacji na rynku żywności. Jedzeniem handlowano zawsze, ale odkrycie, że z pszenicy lub ryżu można zrobić oderwany od rzeczywistości produkt finansowy, jest nowe. Dzisiaj cena zboża nie jest w prosty sposób uzależniona od popytu i podaży. W epoce funduszy indeksów towarowych można 15 razy kupić kukurydzę, która nigdy nie pojawiła się na rynku. Handluje się obietnicami i zobowiązaniami, kreując sztuczny popyt. Mimo że towar bywa wirtualny, transakcje z nim związane mają rzeczywisty wpływ na kształtowanie się opłat za to, co wkładamy do garnka.

Niespodziewany wzrost cen produktów rolnych w 2008 r. doprowadził do ubóstwa około 100 mln osób. Niektórzy analitycy tłumaczyli zmiany na rynkach rosnącym zapotrzebowaniem na artykuły spożywcze bogacących się społeczeństw Indii i Chin. Jednak jak zauważa minister rolnictwa Marek Sawicki w wywiadzie dla portalu Obserwator Finansowy (4 marca2011), niedługo później ceny surowców spadły nawet o 60%, mimo że nie ubyło w tym czasie konsumentów. Według ministra wahania na rynkach towarów były skutkiem spekulacji instytucji finansowych. Podobnego zdania jest prof. Andrzej Kowalski z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, który dodaje, że lokowanie kapitału na rynku surowców rolnych miało jeszcze większy wpływ na ich cenę w 2010 r., kiedy kryzys żywnościowy dotknął kolejne 44 mln ludzi (www.forbes.pl, 13 lutego 2010).

Niepokojącą wizję moralności w tym sektorze rozwija Frederick Kaufman, który w wymownie zatytułowanym artykule The food bubble. How Wall Street starved millions and got away with it (Bańka żywnościowa. Jak Wall Street głodziła miliony i uszło jej to płazem) wysuwa tezę, że finansiści, którzy tworzyli pierwsze indeksy towarowe, wiedzieli dokładnie, jakie konsekwencje może mieć inwestowanie w żywność. Autor, analizując mechanizmy wyzwolone m.in. przez bank Goldman Sachs, dochodzi do pesymistycznej konstatacji: im bardziej rosną ceny surowców spożywczych, tym więcej pieniędzy płynie na rynek derywatów towarowych i tym szybciej wzrastają i tak już wysokie ceny żywności („Harper’s Magazine”, lipiec 2010). Rzeczywiście, jak podaje międzynarodowa organizacja humanitarna Oxfam w raporcie Plon. Ziemia, żywność, życie, suma pieniędzy zainwestowanych w fundusze indeksów towarowych wzrosła z 13 mld euro w 2003 r. do 317 mld euro w 2008 r., kiedy to doszło do druzgocącego kryzysu i głodu na ogromną skalę. Szacuje się, że Barclays Capital, największy europejski gracz na rynku derywatów towarów żywnościowych, mógł w 2010, czyli kolejnym krytycznym roku, zarobić ponad 400 mln euro (raport Oxfamu jest dostępny na stronie: www.pah.org.pl). Ze względu na poufność danych w sektorze finansowym trudno jest udowodnić jednoznacznie winę którejkolwiek instytucji, jednak czysty zbieg okoliczności wydaje się tu mało prawdopodobny. Wracając więc do myśli prof. Daxnera, jeśli mamy pomagać głodującym, trzeba zacząć od regulacji rynku derywatów towarów żywnościowych. Już sama przejrzystość tego sektora doprowadzi do obniżenia niepokojów, co samo w sobie powinno działać stabilizująco na ceny.

Wykupić Afrykę

Odkrycie, że każdy musi jeść i że można na tym zarobić, jest genialne w swej prostocie. Nie tylko spekulacje, ale też inwestycje w produkcję żywności przyciągają coraz większy kapitał. Prognozuje się, że do 2050 r. populacja kuli ziemskiej przekroczy 9 mld, co oznacza zwiększenie liczby konsumentów żywności o blisko jedną trzecią w porównaniu ze stanem dzisiejszym. Jednocześnie, według wspomnianego wyżej raportu Oxfamu, kończą się zasoby ziemi, która nadaje się do uprawy. Obszar pól przypadający na jedną osobę kurczy się z każdym rokiem i bezpieczeństwo żywnościowe w nadchodzącej przyszłości stanie się dla polityków realnym wyzwaniem. W tej sytuacji zakup roli wydaje się bezpiecznym i obiecującym interesem.

Lokowanie pieniędzy w obszarach uprawnych jest tak korzystne, że kusi nie tylko firmy zajmujące się produkcją zbóż i hodowlą zwierząt, ale także fundusze inwestycyjne liczące na duże zyski oraz rządzących polityków z bogatszych państw. Najbardziej opłacalne jest kupowanie taniej ziemi, której wartość może znacznie wzrosnąć, dlatego na mapie międzynarodowych transakcji ruch jest szczególnie wzmożony w krajach afrykańskich. W Zambii, która jest jednym z droższych regionów Afryki Subsaharyjskiej, za hektar pola trzeba zapłacić jedną ósmą tego, ile kosztowałby on w Argentynie i mniej niż jedną dwudziestą tego, co w Niemczech. W krajach najtańszych, takich jak Etiopia i Somalia, za dzierżawę hektara wystarczy zapłacić 1,2 dolara na rok, a umowy są podpisywane na dziesięciolecia.

Niektórzy analitycy uważają, że napływ zagranicznego kapitału do biedniejszych społeczności może być korzystny dla obu stron. Duże firmy zyskują potrzebną ziemię, a miejscowa ludność inwestycje w infrastrukturę, miejsca pracy, ułatwiony dostęp do technologii rolniczych. Ten scenariusz okazuje się jednak bardzo wyidealizowany. W lipcu 2010 r. wyciekł do mediów raport Banku Światowego poświęcony przejmowaniu ziemi przez instytucje zagraniczne. We fragmentach publikowanych przez „Financial Times” stwierdzono, że inwestorzy wybierają kraje, w których struktury państwowe są słabe, nie wywiązują się oni z obietnic inwestycyjnych, rzadko łączą swoje interesy z szerszą strategią rozwoju lokalnych społeczności i często nie są zainteresowani produktywnym wykorzystaniem ziemi, lecz jedynie korzyściami ze spekulacji. Autorzy raportu zwracają uwagę, że powszechne w takich przypadkach są: ograniczenie konsultacji społecznych przed pojawieniem się nowego właściciela i liczne konflikty po przejęciu ziemi. Spory dotyczą często prawa własności (por. Javier Blas, World Bank warns on „farmland grab”, 27.07.2010, www.ft.com).

Wspólne, czyli niczyje 

Sprzedaż lub dzierżawa same w sobie nie muszą być niepokojącym zjawiskiem, chociaż przerażać może ich skala – szacuje się, że tylko w 2009 r., w ręce zagranicznych inwestorów przeszło 40 mln hektarów afrykańskiej ziemi, co odpowiada obszarowi Francji. Najgorsze jest jednak to, że handluje się działkami o niejasnym statusie prawnym, przez co wielu ludzi, często całe wioski, tracą domy i źródła utrzymania.

W Afryce posiadanie aktu własności ziemi, na której się mieszka, nie jest normą. Bank Światowy szacuje, że na tym kontynencie tylko od 2% do 10% obszaru formalnie do kogoś należy. Sytuację wykorzystują skorumpowani lokalni liderzy, sprzedając pola, na których od pokoleń mieszkały i pracowały rodziny zmuszane teraz do opuszczenia tych miejsc przez nowych właścicieli.

Pojawiają się również doniesienia o wykorzystywaniu przymusowych wysiedleń w konfliktach etnicznych. W etiopskim regionie Gambela od lat dochodziło do starć na tym tle. Według informacji Human Rights Watch w grudniu 2003 r. podczas walk zabito ponad 400 osób z ludu Anuak. Wiele z nich zginęło z rąk żołnierzy związanych z oficjalną władzą, choć nikt nie ma dowodów, że wojsko działało na jej polecenie. Dzisiaj toczy się tam spór o ziemię. Bez konsultacji społecznych rząd etiopski podpisał umowy na długoterminowe dzierżawy terenów otaczających główne miasto prowincji. Zapowiedziano już przesiedlenia 45 tys. rodzin. Oficjalnie tłumaczy się je dążeniem do poprawy warunków bytowych mieszkańców, którzy w nowym miejscu będą mieli lepszy dostęp do szkół i szpitali. Nie przekonuje to jednak organizacji zrzeszających członków ludu Anuak z diaspory w Kenii, Sudanie, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Australii i Europie, które podpisały list otwarty do wicepremiera i ministra spraw zagranicznych Etiopii, apelując w imieniu swoich rodaków w kraju o rozwiązanie zawartych kontraktów i zaprzestanie – przymusowych w praktyce – przesiedleń. Adresat listu, Hailemariam Desalegn, pytany o zawłaszczenia ziemi w rozmowie dla indyjskiej telewizji ITMN odpowiada, że Etiopia jest ogromnym krajem, mającym wystarczająco ziemi i dla rodzimych rolników, i dla zagranicznych przedsiębiorstw, które korzystają z obszarów wcześniej niezagospodarowanych.

Głód Południa, pieniądze Północy 

Dzisiejsze relacje między krajami bogatymi i biednymi coraz częściej określa się w kategoriach nowego kolonializmu. Jednak niektórzy nie zgadzają się z tym określeniem, wskazując, że kolonialiści mieli przynajmniej pretekst w postaci cywilizacji, którą nieśli innym ludom. Teraz już nikt nie kryje, że chodzi jedynie o zyski, a zagraniczne firmy mogą robić w Afryce to, na co nikt nie pozwoliłby im w państwach, w których powstały.

Społeczeństwa krajów rozwiniętych korzystają na tym, że istnieją regiony niestabilne, ze słabo rozwiniętymi strukturami państwowymi i kwitnącą korupcją. Nie można zapominać, że zyski z podejrzanych transakcji czerpią nie tylko instytucje finansowe, lecz także ich klienci. Kiedy fundusz emerytalny oferuje atrakcyjną stopę zwrotu albo bank proponuje lokatę na wysoki procent, warto zastanowić się, w co bankierzy inwestują powierzone im pieniądze.

Oczywiście posiadanie konta oszczędnościowego nie jest równoznaczne z wywołaniem kolejnej fali głodu w Somalii. Ale możliwe, że odsetki do niego dopisywane mają coś wspólnego z niestabilnymi cenami żywności, które dla wielu stanowią śmiertelne zagrożenie. Mogą też one pośrednio pochodzić z zysków firm, które wysiedlając ludzi z przejętych terenów, pozbawiły ich jedynego źródła utrzymania. Walka z chronicznym niedożywieniem nie może więc być kwestią działań doraźnych. Wymaga szerszego spojrzenia i dokładnej analizy zależności gospodarczych między Północą a Południem. Wspieranie organizacji humanitarnych w zwalczaniu głodu i czerpanie korzyści z braku bezpieczeństwa żywnościowego musi skończyć się tym, że jedno z podejmowanych działań będzie nieskuteczne. Łatwo przewidzieć które.

Sytuacja w Afryce skupia jak w soczewce problemy, z którymi będziemy musieli się zmierzyć w niedalekiej przyszłości, jeśli rynek żywnościowy ma się ustabilizować. Należą do nich wspomniane już kwestie ekonomiczne, ale także ekologiczne i polityczne. Skoro ziemi uprawnej jest coraz mniej, trzeba postawić pytanie o to, jak należy z niej korzystać. Czy można wciąż promować intensywne rolnictwo o charakterze przemysłowym, które prowadzi do wyjałowienia gleby i zanieczyszczenia jej chemikaliami używanymi w ochronie roślin? Takie podejście zmusza do poszukiwania coraz to nowych terenów pod uprawy. Co w ogóle powinno rosnąć na polach – żywność, czy komponenty do biopaliw? Czy można zgadzać się na wyzysk społeczności biedniejszych tylko dlatego, że żyją na innym kontynencie? Coraz częściej działają tam firmy międzynarodowe, funkcjonujące też w krajach zachodnich, więc przeniesienie standardów bezwzględnie maksymalizujących korzyści finansowe może okazać się tylko kwestią czasu. Co stanie się z uprawami zagranicznych inwestorów położonymi w Sudanie lub Etiopii, kiedy kraje te nawiedzi kolejna klęska głodu? Czy rosnące tam rośliny będą ratunkiem dla umierających, czy zostaną sprzedane za korzystną cenę tym, których na nie stać?

Już sam krajobraz współczesnej Afryki musi mieć w sobie coś niepokojącego. Międzynarodowy Instytut Badań nad Polityką Żywnościową w Waszyngtonie opracował mapę, na której zaznaczone są kraje, gdzie zagraniczne firmy dokonały zakupu lub dzierżawy ogromnych połaci ziemi. Wiele z tych miejsc jest nękanych regularnie przez głód i nie poradziłoby sobie bez importu żywności. Najdłuższe listy inwestycji widnieją na obszarze Sudanu i sąsiadującej z Somalią Etiopii. W tej ostatniej ziemia, która mogłaby dostarczać żywności, będzie służyła producentom ciętych kwiatów.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter