70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Lewicowe przymioty dobrego katolika

Pierwsze lata demokracji w Polsce były czasem toczenia intelektualnych debat nad wizjami państwa wyznaniowego i świeckiego. Z czasem racjonalny dialog zamienił się w wojnę na brutalne argumenty. Tymczasem intelektualne pogłębianie wiary to najlepsze narzędzie chroniące przed ideologizacją i upolitycznieniem religii.

Ostatnia dekada XX w. była dla Kościoła dobrym czasem. W pierwszych latach demokracji był on nadal niekwestionowanym autorytetem społecznym i moralnym, a także – co według mnie równie istotne – intelektualnym. Jan Paweł II publikował kolejne encykliki, które nawet jeśli – jak Veritatis Splendor czy Evangelium Vitae – wywoływały spory, to zawsze skłaniały do podjęcia intelektualnego wysiłku i dyskusji. Drukiem ukazywały się nowe książki Józefa Tischnera, który dla wielu Polaków był nie tylko legendarnym kapelanem Solidarności, znakomitym filozofem, lecz także – mówiąc współczesnym językiem – medialną gwiazdą, która potrafiła przełożyć na góralską gwarę najtrudniejsze nawet kwestie teologiczne i filozoficzne. Sekretarzem Episkopatu Polski był wówczas bp Tadeusz Pieronek, zastępując zresztą w pełnieniu tej funkcji abpa Bronisława Dąbrowskiego, który był jednym z akuszerów Okrągłego Stołu. Na łamach dzienników i magazynów – chociażby „Gazety Wyborczej” czy właśnie „Znaku” – toczyły się intelektualne spory na temat kształtu polskiej demokracji, liberalizmu, wolności, miejsca religii w życiu publicznym, roli Kościoła, w które angażowali się zarówno intelektualiści niekatoliccy, jak i katoliccy. Nawet jeżeli osoby takie jak Czesław Miłosz, Leszek Kołakowski czy Barbara Skarga stawiały niepokojące pytania, to wciąż powszechne było poczucie, że istnieje jakaś przestrzeń dialogu pomiędzy wizją państwa całkowicie świeckiego a wyznaniowego, między upolitycznionym Kościołem a Kościołem, który zupełnie odcina się od polityki.

Z początku zaangażowanie Kościoła w budowanie nowego ładu nie było traktowane jako ingerencja w politykę, lecz raczej jako kontynuacja działań z czasów opozycji na rzecz podstawowych praw człowieka, wolności i demokracji. Po raz pierwszy pytania o jego miejsce w demokratycznym państwie padły w roku 1990 w trakcie „wojny na górze”. Spór dotyczył nie tylko nauczania religii w szkołach, wprowadzonego 30 sierpnia 1990 r., a więc tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, na mocy instrukcji MEN, lecz także udziału księży w uroczystościach państwowych, zaangażowania politycznego wyrażającego się poprzez poparcie dla konkretnych partii, a także rodzącego się wówczas projektu ustawy antyaborcyjnej. Jednym z przykładów prób wywierania bezpośredniego wpływu na politykę było powołanie Wyborczej Akcji Katolickiej – komitetu startującego w wyborach październikowych 1991 r., które słowo „katolicki” miało w nazwie! W jej kampanię zaangażowało się wówczas wielu duchownych, m.in. abp Józef Michalik. Wtedy też z ust Czesława Miłosza w maju 1991 r. padło pytanie: „czy Kościół powinien dążyć do użycia państwa jako swego narzędzia tam, gdzie w grę wchodzą najwyższe wartości etyczne. Zdawałoby się, że skoro człowiek jest istotą słabą i ułomną, odwoływanie się do jego sumienia da zawsze gorsze wyniki niż prawem obwarowane zakazy, które przynajmniej zmuszą go do unikania zła. Czy skoro jest pewien, że jego nauka o tym, jak człowiek ma żyć, jest prawdziwa, Kościół nie ma obowiązku narzucić jej ludziom i starać się tak zorganizować społeczeństwo, żeby jak najmniej oddalało się od religijnych przykazań? Z pozoru wygląda to logicznie, jednak szkody, które niesie twierdząca odpowiedź na to pytanie, znacznie przewyższają korzyści”.

Nie wybrzmiały jeszcze dobrze te słowa, gdy w czerwcu 1991 r. odbyła się pierwsza część czwartej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, w trakcie której ojciec święty powiedział: „Postulat neutralności światopoglądowej jest słuszny głównie w tym zakresie, że państwo powinno chronić wolność sumienia i wyznania wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, jaką religię lub światopogląd oni wyznają. Ale postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego”.

Choć na Zachodzie procesy sekularyzacyjne trwały już w najlepsze zmieniając oblicze religijne Europy, w Polsce lata 90. przebiegały raczej pod znakiem desekularyzacji. Jednak, czy aby na pewno miarą wielkości Kościoła i jakości wiary, winna być jedynie liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwach, liczba powołań, obecność krzyża w szkole, szpitalu, a później – również i w Sejmie? Być może należało już wtedy powiedzieć głośno, że należy pielęgnować nie tylko zewnętrzne objawy przywiązania do katolickiej tradycji, lecz przede wszystkim pogłębiać rozumienie przesłania Ewangelii, pokazywać, jakie wartości może wnieść chrześcijaństwo do dialogu ze współczesnym światem. Inaczej, o czym niejednokrotnie pisał Zbigniew Nosowski, Kościołowi hierarchicznemu grozi zamknięcie w twierdzy, w której kontakt z rzeczywistością staje się coraz bardziej iluzoryczny.

Zarówno laiccy liberałowie, i sporo katolików o poglądach liberalno-lewicowych krytykowało wówczas część hierarchii za ingerowanie w politykę czy nierespektowanie zasady światopoglądowej neutralności państwa. Nie znaczyło to, że katolicy ci byli zwolennikami całkowitego oczyszczenia sfery publicznej z obecności religii. Przyjazny rozdział Kościoła od państwa polega na tym, że instytucje państwowe zachowują równy dystans wobec Kościołów i wyznań, ale zarazem popierają obecność religii w przestrzeni publicznej. Czynią tak nie z pobudek religijnych, lecz we własnym interesie. Religia wnosi bowiem w życie demokratycznego społeczeństwa niezbędny mu do funkcjonowania ładunek wartości, wzmacnia symboliczne zaplecze demokratycznego ustroju. Dlatego zamiast dogmatycznie bronić tezy o obecności lub też nieobecności religii w sferze publicznej, należałoby się zastanowić, w jakim zakresie obecność ta jest korzystna z punktu widzenia dobra publicznego i samej religii. Takie pytania w latach 90. padały, chociażby z ust ks. Józefa Tischnera czy Tadeusza Mazowieckiego, nigdy jednak nie znalazły swojego praktycznego wcielenia. Szkoda, bo – być może – gdyby stało się inaczej, uniknęlibyśmy dziś „awantury o krzyż”, którą trudno będzie zakończyć inaczej niż poprzez odwołanie się do brutalnych argumentów. Jak wiadomo polityka oparta na sile nie przynosi trwałego spokoju ani tym bardziej zadowolenia żadnej ze stron konfliktu. A przecież demokracja widziana jako ustrój osadzony m.in w symbolicznej przestrzeni cywilizacji judeochrześcijańskiej, wyrastający z charakterystycznej dla chrześcijaństwa koncepcji osoby, czerpiący z bogactwa tradycji narodowych, religijnych, doświadczeń małych wspólnot, nie ma nic wspólnego z integrystyczną wizją Polaka-katolika, która dziś bywa przedstawiana jako wyłączny i właściwy sposób rozumienia polskości i katolicyzmu.

Z perspektywy ponad 20 lat, jakie upłynęły od przełomu 1989 r., możemy powiedzieć, zrezygnowano z prób umacniania przyjaznego rozdziału Kościoła od państwa. W marcu 1991 prowincjał oo. redemptorystów w Polsce wyraził zgodę na stworzenie rozgłośni radiowej, na czele której stanął o. Tadeusz Rydzyk, a w 1994 r. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała jej koncesję ogólnokrajową. Rozwój Radia Maryja, które w ciągu zaledwie kilku lat z małej lokalnej stacji przeobraziło się w rozgłośnię pokrywającą swym zasięgiem ponad 80% powierzchni kraju, docierającą za pośrednictwem satelity również do słuchaczy zza oceanu, zbiega się z kryzysem wielu lokalnych rozgłośni katolickich.

Szybko okazało się, że Radio Maryja jest główną katolicką stacją, która – jak żadna inna w tamtym czasie – potrafi zrozumieć potrzeby osób zepchniętych przez nowy ustrój na margines, zaproponować im zrozumiały język opisu nowej rzeczywistości demokratycznego państwa i wesprzeć na duchu. Ojciec Rydzyk natomiast nie tylko wie, jakie powinny być polityczne wybory prawdziwego Polaka-katolika, potrafi też do nich zmobilizować. Za swój osobisty sukces uznał wprowadzenie w 2001 r. do Sejmu LPR-u, a cztery lata później – PiS. Co więcej, wyniki badań potwierdzają, że w wyborach z 2005 r. słuchanie Radia Maryja sprzyjało głosowaniu na PiS i jednocześnie obniżało szanse oddania głosu na PO.

A przecież jak mówił w rozmowie z KAI abp Stanisław Budzik: „Nie zapominajmy, że jedność Kościoła nie wynika z wierności jakiejś opcji politycznej, ale zakorzeniona jest w tajemnicy Trójcy Świętej. Chodzi o jedność, która nie niszczy różnorodności i różnorodność, która nie rozbija jedności. W Kościele winniśmy szukać takiej właśnie jedności”. Zgodni powinniśmy być więc jedynie w tym, co rzeczywiście istotne: kwestiach prawd wiary, odczytywania depozytu Objawienia, niekoniecznie zaś w kwestiach politycznych. Chrześcijanin winien mieć przede wszystkim dobrze uformowane sumienie i intelekt, tak by był zdolny do podejmowania dobrych i rozumnych decyzji.

Choć po porażce WAK Kościół hierarchiczny nie zdecydował się na stworzenie własnej partii politycznej, która katolicyzm będzie mieć w nazwie i w programie, to jednak dość chętnie przystał na istnienie rozgłośni, która ten sam cel realizuje w sposób pośredni. Nawet jeżeli część biskupów zdała sobie w pewnym momencie sprawę z kosztów, jakie wiążą się z milczącą zgodą na działalność o. Rydzyka, to jednak mimo wszystko uznali, że umacnianie – z jego pomocą – pobożności jest argumentem rozstrzygającym na korzyść radiostacji. Co więcej, wydaje się, że niektórym hierarchom bliska była i jest wizja polskości i katolickości głoszona przez toruńską rozgłośnię. Tymczasem znów należałoby dodać: fides et ratio, odwołując się do tytułu jednej z encyklik Jana Pawła II, w której podkreślał on rolę krytycznego rozumu oraz znaczenie intelektualnego pogłębiania wiary jako narzędzi chroniących przed ideologizacją religii lub też – co jest równie groźne – jej upolitycznieniem.
W latach 80. możliwe były spory Tischnera z tomistami, ponieważ zarówno jedna, jak i druga strona posługiwały się argumentami opartymi na jasnych, racjonalnych przesłankach, logicznych zasadach formułowania wniosków, zrozumiałym, intersubiektywnie komunikowalnym językiem. Z o. Rydzykiem trudno się spierać na płaszczyźnie argumentów. Właściwie pozostaje jedynie podjęcie alternatywnego dyskursu, nieustępliwe pokazywanie, że istnieje inny sposób rozumienia katolicyzmu, polskości, demokracji, naszego miejsca w Europie, tradycji.
Mimo że to właśnie zaraz po roku 1989 po raz pierwszy odsłoniła się taka twarz Kościoła, jej widok początkowo łagodziła świadomość, że przecież – by użyć tego terminu – wciąż silny i żywy jest nurt Kościoła otwartego, podejmującego dyskusję z różnymi ludźmi, skupionego na intelektualnym pogłębianiu wiary w myśl zasady sformułowanej przez św. Anzelma z Canterbury: fides quaerens intellectum. Dla znacznej części elit intelektualnych lub też po prostu ludzi pytających, wrażliwe sumienie, głęboki intelekt i odwaga cywilna wciąż były najważniejszymi przymiotami dobrego katolika – jak pisał Jerzy Sosnowski w 1991 r. na łamach „Gazety Wyborczej”. Dlatego, choć w ostatniej dekadzie XX w. znaczna część polskiej inteligencji, która masowo powróciła do Kościoła w latach 80., nadal czuła się jego częścią, to jednak trafne okazały się przewidywania ks. Tischner o rychłym nadejściu fali rozczarowania.

W latach 70. i 80. XX w. laicką lewicę do Kościoła zbliżało personalistyczne ujmowanie człowieka, niezłomna postawa obrony jego podstawowych praw. Inteligencja katolicka odnajdywała w dokumentach Soboru Watykańskiego II głębokie teologiczne uzasadnienie dla postawy dialogu ze środowiskami laickimi. Czyżby w demokratycznym ustroju te principia straciły na znaczeniu? Owszem, umacnianiu więzi sprzyjały wówczas intelektualne poszukiwania toczone na katolickich uczelniach, takich jak np. KUL czy reaktywowany przez Stolicę Apostolską w 1974 r. Wydział Teologiczny Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Dziś uczelnie katolickie z rzadka postrzegane są jako kuźnie nowych idei, miejsca, w których podejmuje się dialog z ludźmi spoza Kościoła, starając się zrozumieć także ich racje. Skoro tak, to taką rolę tym bardziej powinny spełniać pozakościelne pisma czy organizacje, które odwołują się do chrześcijańskich wartości, zgodnie z założeniem, które przyjmował już Justyn Męczennik, że semina veritatis (nasiona prawdy) są rozsiane w różnych miejscach.

Jeżeli więc mielibyśmy dziś na wzór kard. Newmana zacząć wznosić toasty za religię, proponowałabym wychylić kielich dobrego wina za to, by wrażliwe sumienie, głęboki intelekt i odwaga cywilna ponownie stały się przymiotami dobrego katolika. Dziś pozostaje nam jedynie powtórzyć pytanie: „Czy niespokojna wrzawa unosząca się nad Polską stanie się kiedyś prawdziwym dialogiem?” … i zabrać się do pracy.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter