70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Modlitwy do Dionizosa

Korespondencja Miłosza z Iwaszkiewiczem i Jeleńskim to nie tylko opowieść o przyjaźni, ale zarazem niezwykłe świadectwo polskiej kultury XX w.

Można zrozumieć, dlaczego Jarosław Iwaszkiewicz odpowiedział na ten list. Taka korespondencja mile łechce ego, potwierdza własną pozycję w literackim świecie. Zwracał się do niego nieopierzony wielbiciel, student pierwszego roku prawa na wileńskim uniwersytecie. Zaczynał od słów „Uwielbiam Pana!”, a jak po trzech dekadach wspominał adresat, „list był tak ciekawy, intensywny i inteligentny, że mu odpowiedziałem”. Tak zaczęło się pół wieku skomplikowanej przyjaźni.

Jeśli pierwsza walentynka od dziewiętnastoletniego Miłosza była odważna („Pan jest dla mnie najdroższym przyjacielem i mistrzem”), żarliwy ton kolejnych epistoł zakrawa o miłosne prześladowanie. Chociaż nie zachowały się przedwojenne listy Iwaszkiewicza, z ocalałej pocztówki z 1931 r. można domyślać się, że odbijał piłeczkę: „Złotko” – zwracał się do młodszego kolegi – „Tęskno mi trochę do Ciebie i do pogadania z Tobą”. Wydany właśnie tom korespondencji został uzupełniony o prywatne zapiski, wiersze, artykuły, fragmenty wywiadów i listy do innych osób. Wyłania się z nich barwny obraz relacji dwóch pisarzy.

Młodziutki Miłosz oddał się Iwaszkiewiczowi w egzaltowanym geście zawierzenia. W pierwszych listach, których układ przypomina biblijne wersety, chłopak wyjawia męki sumienia, diagnozuje u siebie uczuciową oschłość, ale także zwierza się z upodobania do pornografii i sercowych rozterek. Szuka własnego miejsca w świecie. Boleśnie rozpierają go ambicja i żarłoczność zmysłów. Z wybujałym egocentryzmem analizuje swój charakter, korzy się, karci i samobiczuje: „Strasznie mało we mnie prostoty, a dużo póz, zaciętości, powikłań” – wyznaje i dorzuca: „Zwykle traktuję siebie albo zbyt pochlebnie, albo mieszam z błotem”. Debiutant z przesadnym uniżeniem przyjmuje pochwały swoich poetyckich pierwocin („W tej chwili, kiedy to piszę, wiersze moje wydają mi się wielkim świństwem”). Zapewnia Iwaszkiewicza, że ta korespondencja stanowi o sensie jego życia.

Głód świata

Miłosz puka do drzwi literackiego świata, natomiast starszy pisarz chętnie przyjmuje rolę przewodnika i opiekuna. Po wizycie noblisty w Stawisku w styczniu 1931 r. przechodzą na „ty” i młodzieniec nie musi się już tak bardzo krygować, podkreślać dystansu pomiędzy smarkaczem a wielkim poetą. W stolicy nadal czuje się jednak jak prowincjusz, zawstydzony własną powierzchownością i wierszami.
Miłosz nie chciał Iwaszkiewiczowi zbyt wiele zawdzięczać, wchodzić w towarzystwo w roli jego beniaminka. Zdawał sobie sprawę z dwuznaczności przyjaźni ze starszym kolegą o ugruntowanej pozycji, w dodatku homoseksualistą. W 1955 r. Iwaszkiewicz gorzko wspominał w dzienniku: „Mogłem w maju 1936 r. chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie”. Czyżby chodziło o spełnioną namiętność? Dwudziestoletni Miłosz zwierzał się z erotycznego snu: „Całowała mnie i pieściła owa istota: ukobiecony Ty”.

Nieważne jak było. Chociaż Miłosz prędko porzuci to egzaltowane skomlenie i będzie rozmawiał z Iwaszkiewiczem jak równy z równym, w pewnym sensie ich przyjaźń nadal będzie się opierać na wspólnocie namiętności. Łączył ich głód świata, łakomstwo zmysłowych rozkoszy. Nie bez powodu Miłosz często zwierzał się Iwaszkiewiczowi z zachwytu nad wileńską, potem zaś amerykańską przyrodą.
Gwałtowna żywotność musiała uderzyć Miłosza w osobie Jarosława, ale jeszcze wcześniej dostrzegł ją w jego poezji. „Tomiki Iwaszkiewicza, ich szarawy, ale w dobrym gatunku papier, ich chropowate okładki, były dla mnie nie książkami, ale przedmiotami kultu” – wspominał w 1988 r. Jego podziw pozostawał odosobniony – w latach 30. Iwaszkiewicz nie był w modzie.

Miłosza zachwycał poemat Dionizje (1922) – połączenie rozbuchanej, dionizyjskiej zmysłowości z nowoczesnym, zaburzonym rytmem utworu. Upajał go erotyczny stosunek poety do świata, skrajne, sadomasochistyczne emocje. „Czy w jego wierszach uwodziły mnie czyste kolory / czy też jego zakochanie w śmierci?” – pytał w późnym wierszu Mistrz mojego rzemiosła. Z perspektywy czasu zauważał też, że intensywność, z jaką przeżywał wówczas poezję Jarosława, była po części projekcją jego własnej namiętności.

Płaczę za siebie i płaczę za Ciebie

Miłosz szybko znalazł własny głos i poetycko oddalił się od mistrza. Odrzucał powojenną lirykę Iwaszkiewicza oraz większość jego prozy. Pozostał jednak wierny wczesnemu urzeczeniu. Jeszcze w 1978 r. przypominał: „Tak wiele Ci zawdzięczam jako poecie, o czym wiesz. Ale na pewno zrobi Ci przyjemność, kiedy powiem, że uroda Twoich wierszy, które mnie jako młodzieńca oczarowały, nie zestarzała się, choć jestem stary człowiek, wręcz przeciwnie, widzę je teraz na szerokim tle całej poezji polskiej, rosyjskiej, angielskiej i francuskiej”.

Przyjaźń i korespondencja załamały się po zerwaniu Miłosza z rządem w 1951 r. „Obrzydliwości, które wtedy o mnie mówił i wypisywał, wybaczyłem. Wybrał i musiał płacić” – komentował noblista po latach. Przyznał też, że w porównaniu z brutalnymi atakami, jak Poemat dla zdrajcy Gałczyńskiego, stanowisko Iwaszkiewicza było wyważone. W skierowanym do niego wierszu Do N.N. Jarosław ograniczył się do przeciwstawienia mazowieckiej sosny południowej palmie. Utwór zakończył zaś westchnieniem, które można odczytywać jako żal z powodu rozejścia się ich życiowych ścieżek: „Płaczę za siebie i płaczę za Ciebie”.

Z perspektywy czasu Miłosz nie potępiał też oportunizmu Iwaszkiewicza. „Unurzał się w błocie, ale nie słyszałem, żeby ludziom robił świństwa, przeciwnie, pomagał i chronił”. Doceniał też gospodarskie wysiłki Jarosława, choćby w redagowaniu „Nowin Literackich” i „Twórczości”. Już w 1970 r. Miłosz ostrzegał Giedroycia: „Być może okaże się kiedyś, że pomógł większej liczbie ludzi i uratował więcej spraw niż niejeden niezłomny”.

W latach 60. przychodzi „wielkie rozpogodzenie”. Iwaszkiewicz zrozumiał, że uczeń przerósł mistrza i mimo to pragnie nadal z nim rozmawiać. Także Miłosz czuje się w Ameryce samotny – dotykają go rodzinne nieszczęścia i cierpi na brak oddźwięku dla swojej poezji. Ale jest to już „trzeci akt” zranionej przyjaźni. W Dziennikach Iwaszkiewicz zżyma się na „kalifornijskie samozadowolenie” Miłosza. Ten z kolei nie może łatwo oddzielić przyjaciela od persony komunistycznego dygnitarza. A pragnie przede wszystkim wyrazić wdzięczność dla starego człowieka, którego niegdyś kochał i podziwiał. W wierszu Stary poeta Iwaszkiewicz czule przywołał ich pierwsze spotkanie: „Czesław zaraz przyjdzie / taki młodziutki jak wtedy / kiedy przyjechał z Wilna / ze słowami: ubóstwiam pana / na ustach”.

Kot czytelnik

Rozmyślając o swojej korespondencji z Iwaszkiewiczem Miłosz zauważał: „Dla niego byłem cenny jako ten, którego podziw był dla niego utwierdzeniem: sam miałem się później, w wieku dojrzałym przekonać, jak potrzebne są nam dowody czyjegoś uznania, choćby to było paru ludzi”. Przez wiele lat takie wsparcie znajdował Miłosz w wymianie z Konstantym Jeleńskim: „jeden czytelnik – ale jaki – to już chyba dosyć”.
Młodszy o jedenaście lat Kot Jeleński wyjechał z Polski jako nastolatek, a już wcześniej długie okresy spędzał za granicą. Jego biologicznym ojcem był Carlo Sforza, włoski minister spraw zagranicznych, który po wojnie namawiał go do wstąpienia w szeregi polskiej dyplomacji. Znakomicie wykształcony, władający biegle czterema językami, czarujący. Związany z ekscentryczną malarką Leonor Fini, Kot był biseksualistą.

Ciągnęła się za nim sława uwodziciela i salonowca, a więc osoby powierzchownej, wygrywającej swoje sprawy wdziękiem i towarzyską ogładą. Zaangażowany w Kongresie Wolności Kultury i w redakcji „Preuves”, stał się jednoosobową instytucją, ambasadorem polskiej kultury. Nie było to takie proste, jak wyobrażali sobie zasypujący go petycjami potrzebujący. Jak wspominał Wojciech Karpiński, paryscy wydawcy „traktowali Kota z protekcjonalną sympatią, jako wprawdzie miłego, ale zawsze emigranta”.

Nazwisko Jeleńskiego na zawsze związało się z Gombrowiczem. Jednak niesłusznie przepraszał Miłosza w 1977 r.: „ Często sam miewam wyrzuty sumienia, że dla Twego dzieła, które jest mi tak drogie i bliskie, nie zrobiłem ani cząstki tego, co mi się poniekąd »udało« z Gombrem”. Gombrowicz jest też stale obecny na kartach tej korespondencji – jako swoisty „rewers” Miłosza. Można się domyślać, że Miłosz i Gombrowicz spotykali się w Jeleńskim, jak doktor Jekyll i pan Hyde, dwie strony jego własnej osobowości. U Miłosza Kot podziwiał apetyt na życie, którego pozbawiony był Gombro: ,,nie miał w sobie ani daru »miłości«, ani jego prostszego, bardziej pospolitego wyrazu – »daru radości«”.

Chwila zachwytu

Lwią część korespondencji z Jeleńskim zajmują „interesy”– antologia polskiej poezji, nagranie do francuskiego archiwum, przekłady, esej o Miłoszu, w końcu zabiegi o Nobla. Jeleński naraża się nieraz na niezadowolenie pisarza, ale we wszystkich sporach pragnie przede wszystkim ocalić przyjaźń. Paradoksalnie też, w tej „biznesowej” wymianie, Miłosz nadzwyczajnie się otwiera. „Mam jakąś trudność z wynurzeniami” – uprzedzał w 1965 r.

Chyba nikomu nie mówił tak otwarcie o swojej kalifornijskiej samotności, depresji, twórczej izolacji. „Czuję się jak wąż, którego pocięto na kawałki i który nie może się zrosnąć” – pisał w najbardziej chyba dramatycznym liście, wiosną 1977 r. Jeleński zaś niestrudzenie go pocieszał i żywo reagował na wiersze, jakby swoim entuzjazmem próbował zastąpić brak krajowej recepcji.

Jeleński cenił wybujałą, zmysłową naturę Miłosza, a nawet jej sekundował: „Kieruj się tu instynktem samozachowawczym i niczym innym. Zbyt łatwo ulegasz nakazom moralnym” – pisał w 1965 r. Jednocześnie nie bagatelizował Miłoszowych mroków, pesymizmu, przygnębienia. Być może dlatego poeta donosił mu o ciężkiej chorobie żony i rodzinnych kłopotach.

Powierzył mu w końcu tajemnicę swojej wielkiej miłości. Jeleński sekundował kochankom: „byłoby dla Ciebie i dla niej stratą nie chwycić momentu, który ma w sobie coś z cudu”. Już po rozstaniu Miłosza z ukochaną, Jeleński namawiał go do zamieszczenia w Nieobjętej ziemi pożegnalnego wiersza Do Heloizy (Miłosz nie zdecydował się jednak na jego publikację i utwór po raz pierwszy ukazał się w specjalnym numerze „Zeszytów Literackich” I książki mają swój los w 2011 r.).

Dopiero po śmierci Jeleńskiego w 1987 r. Miłosz w pełni uświadomił sobie rolę, jaką grał Kot w jego życiu. Pochylając się nad jego listami stwierdzał w Roku myśliwego: „pasjonująca książka. Kot ukazuje się jako bardziej jednolity w swoich upodobaniach i sądach niż można by było przypuszczać. Konsekwentny, prawy, wierny, mądry. (…) W ocenach był swój własny, szczery, nie cofał się przed krytyką, a zarazem zdolność do zachwytu miał niezwykłą. I to nas łączy: utrwalona chwila zachwytu”.


Czesław Miłosz / Jarosław Iwaszkiewicz
Portret podwójny

red. Barbara Toruńczyk
Zeszyty Literackie, Warszawa 2011, s. 476

Czesław Miłosz / Konstanty A. Jeleński
Korespondencja

Zeszyty Literackie, Warszawa 2011, s. 480

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter