70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dialog? Ale po co?

Z punktu widzenia lewicy ani dialog, ani kompromis z Kościołem w zasadniczych sprawach społecznych nie jest dziś możliwy. Nie jest nawet pożądany, bo Kościół nigdy jeszcze w Polsce nie był tak słaby.

„Od wschodu czy od zachodu, modernizacja przynosi to samo podstawowe wyzwanie – inwazję »racjonalistycznego, pozytywistycznego ducha«”. Przeciwko niej, „jak zgadzają się uczeni”, religia jest „całkowicie bezbronna” – pisał znany niegdyś amerykański socjolog Daniel Lerner w klasycznej już książce pod jednoznacznym tytułem Przemijanie tradycyjnego społeczeństwa (The Passing of Traditional Society, Glencoe 1958).

Książka jest klasyczna, bo zawiera jedną z najbardziej mylnych prognoz w historii nauk społecznych. Lerner pomylił się tak bardzo, że jego praca powinna być dziś zalecana studentom socjologii i politologii jako memento: tak pisać nie należy, jeżeli nie chce się zostać pośmiewiskiem przez następne dekady. Ten cytat odnosi się bowiem do Bliskiego Wschodu, a religią, którą Lerner miał na myśli, był islam.
Publikacja ukazała się w 1958 r., kiedy klasyczna, socjologiczna teoria modernizacji – Lerner był jednym z jej najważniejszych twórców – znajdowała się u szczytu popularności. Wielu inteligentnych i oczytanych ludzi, na Wschodzie i na Zachodzie, wierzyło wówczas w istnienie prostej drogi rozwoju, którą wszystkie społeczeństwa miały podążyć – od agrarnej, feudalnej i religijnej „tradycji” w stronę zurbanizowanej, demokratycznej i świeckiej „nowoczesności” (jej kanonicznym wzorcem były dla Lernera ówczesne Stany Zjednoczone). W tej perspektywie ludzka potrzeba sacrum była jedną z wielu pozostałości przemijającej tradycji; wraz z postępem miała zniknąć. W tym wymiarze, marksistów ze wschodniej Europy i liberałów ze Wschodniego Wybrzeża nie różniło wtedy aż tak wiele.
Dziś oczywiście taki pogląd jest anachroniczny – także dlatego, że okazał się jawnie fałszywy. Sacrum znajduje się w centrum zainteresowania najważniejszych lewicowych myślicieli, takich jak Alain Badiou. Jest jedną z naczelnych potrzeb człowieka, oczywistą i akceptowaną. Uznajmy więc tę sprawę za załatwioną na wstępie. Współczesna lewica nie jest, w ogromnej i reprezentatywnej większości, osobistym wrogiem Pana Boga. To jednak nie oznacza, że może ułożyć sobie życie z Kościołem katolickim – zwłaszcza z takim Kościołem, jaki mamy w Polsce.


Monopol w stanie upadku

 

Czy jednak polska lewica w ogóle jest skazana na kompromis z Kościołem? Być może nie: Polacy są zupełnie inni i polska polityka jest zupełnie inna niż w czasach, kiedy Adam Michnik pisał Kościół, lewicę, dialog i planował wspólny sojusz przeciw dyktaturze.

Mógłbym w tym miejscu zacytować dane statystyczne mówiące o powolnym, ale systematycznym spadku liczby powołań i odsetka moich rodaków uczęszczających na msze co niedziela. Mógłbym przywołać skargi katechetów, którzy żalą się, że młodzież nie przywiązuje najmniejszej wagi do prowadzonych przez nich zajęć, i że przychodzi na katechezę nie znając nawet podstawowych prawd wiary. Mógłbym przypomnieć wyniki innych badań, które mówią o tym, jak mało przeciętny dorosły Polak-katolik wie o katolicyzmie. Mógłbym także zacytować antykościelny program Ruchu Palikota i przypomnieć, ile głosów zdobył w wyborach. Mógłbym wreszcie przywołać sondaże, w których Polacy w ogromnej większości wprost odrzucają nauczanie Kościoła w sprawach antykoncepcji, in vitro, seksu przedmałżeńskiego czy rozwodów.

Jedyny perswazyjny sukces po 1989 r. odniósł Kościół w kwestii przerywania ciąży: dziś głosy Polaków za i przeciw aborcji ze względów społecznych rozkładają się mniej więcej po równo lub z pewną przewagą przeciwników jej dopuszczalności (inaczej niż na początku lat 90.). W tej dziedzinie deklarowane wartości rozmijają się jednak z szeroko akceptowaną społeczną praktyką. Aborcja, choć zakazana, jest łatwo dostępna dla każdego, kto ma pieniądze, do tego niezbyt duże, co świadczy o małej skuteczności zakazu. Kto nie wierzy, niech zajrzy do działu ogłoszeń w swoim lokalnym dzienniku. Gdyby aborcja była tak powszechnie potępiana, jak to wynika z deklaracji, byłaby naprawdę w podziemiu, a jej cena byłaby wyższa. Mógłbym to wszystko tutaj jeszcze raz opisać, ale nie zrobię tego, bo te zjawiska czytelnikom „Znaku” są na pewno doskonale znane. Ważny jest wniosek: polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej świeckie: jeśli nie w deklaracjach (jeszcze), to w praktyce.
Pamiętam dyskusje na polskiej prawicy, prowadzone w latach 90., a nawet jeszcze w połowie ostatniej dekady. Polska miała okazać się samotną wyspą na oceanie powszechnej europejskiej bezbożności. Przywoływano przykład Stanów Zjednoczonych na dowód, że nowoczesne społeczeństwo może być też religijne. „Idźcie, zanosząc innym to, co jest tysiącletnią spuścizną Kościoła na ziemi polskiej. Dzieląc się z innymi” – mówił Jan Paweł II już w 1987 r. Kiedy umarł, „pokolenie JP2” wychowane na katechezie w szkołach i papieskich pielgrzymkach miało nieść w świat jego nauczanie.

Co z niego pozostało, widać było podczas happeningu pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, kiedy przeciw jego obecności w tym symbolicznym miejscu protestowali przede wszystkim ludzie młodzi. Ci sami, którzy po katechezie w szkole głosowali na Ruch Palikota.

Polacy po wejściu do Unii Europejskiej stają się więc podobni raczej do świeckich Europejczyków niż gorąco wierzących Amerykanów. To prawda, że nasze lokalne zeświecczenie jest często mało sympatyczne. Centrum handlowe wygrywa z kościołem w niedzielę. Alternatywą dla wiary często (chociaż bynajmniej nie zawsze) staje się konsumpcja, a nie jakieś inne rodzaje duchowości. Nie jest to dla lewicy – która dziś definiuje siebie coraz częściej poprzez krytyczny stosunek do społeczeństwa konsumpcyjnego – wiadomość przyjemna. Ale fakt pozostaje faktem: Polakom coraz dalej do Kościoła.

Mamy przy tym dobre powody sądzić, że to proces nieodwracalny. Nie dlatego, że rosnący poziom wykształcenia przeciętnego Polaka jest nie do pogodzenia z powszechną wiarą w sacrum. Raczej dlatego, że społeczeństwa nowoczesne stają się – i to już jest reguła – coraz bardziej indywidualistyczne, a Kościół, zwłaszcza polski, nie może się w takich społeczeństwach odnaleźć.

Społeczność tradycyjna, w której 90% ludzi utrzymuje się z uprawiania małego kawałka ziemi własnymi rękami, która żyje stale na granicy głodu i w której jedynie mały procent umie czytać i pisać, jest mało wewnętrznie zróżnicowana: rytm życia wyznacza tam – oprócz pór roku – właśnie tradycja. Klasyczne społeczeństwo przemysłowe, w którym trzy czwarte obywateli pracuje w fabrykach i biurach – ogromnych, zunifikowanych i hierarchicznych organizacjach – pozostawia większy, ale nadal niewielki margines dla wyrażania swojego indywidualizmu. Ludzie w szarych flanelowych garniturach zawsze są do siebie podobni.

Społeczeństwo postprzemysłowe jest zatomizowane i rozproszone: im bogatsze, tym więcej różnych stylów życia jest w stanie objąć. Różnorodności i specjalizacji zawodów towarzyszy różnorodność pomysłów na życie i systemów wartości. Wielość ta ma swoją cenę, o której piszą Bauman czy Beck: brak silnych więzi społecznych, małe poczucie solidarności pomiędzy grupami, tolerancja dla ogromnych dystansów między bogatymi i biednymi, niestabilność życiowa i zawodowa. To wszystko niszczy tradycyjną lewicę – trudno np. zakładać w takim społeczeństwie związki zawodowe – i tradycyjne, klasowe partie polityczne. Niszczy także Kościół.

Kościół bowiem ma podobną duchową ofertę dla wszystkich – niezależnie od wykształcenia i potrzeb. Zachowuje się przez to jak monopolista, który próbuje sprzedawać swój towar na wolnym rynku, nie zauważając, że ma na nim coraz więcej sprawniejszych i zwinniejszych konkurentów. Na zmieniający się świat reaguje z opóźnieniem: teoretycznie chciałby mówić do różnych ludzi różnymi językiem, ale w praktyce, przynajmniej w Polsce, mówi do wszystkich językiem Rydzyka. Ten język trafia do wystarczająco licznej grupy, żeby wystraszyć liberalnych publicystów, ale zbyt małej – i zbyt posuniętej w latach – by na niej budować przyszłość Kościoła jako instytucji.

Już dziś młodzi ludzie w Polsce traktują coraz częściej ofertę religijną jak wyprzedaż w supermarkecie. Wybierają z katolicyzmu, powiedzmy, wiarę w anioły i zbawienie (przy czym to, co teologia ma na te tematy do powiedzenia, wcale nie musi ich interesować); odrzucają, dajmy na to, nauczanie o potrzebie życia w czystości albo zakaz antykoncepcji. Nie widzą przy tym w tej selektywności żadnego problemu. Ich świat tak jest skonstruowany, że mogą sobie wybierać różne smakowite produkty z ideowej oferty. Możliwość wyboru jest jego cechą konstytutywną.

W tym świecie potrzeba sacrum oczywiście nie znika, ale zmieniają się formy społeczne, w których się ona wyraża. W praktyce oznacza to, że będziemy mieli w Polsce coraz więcej buddystów, ludzi „wierzących, ale nie praktykujących” i „poszukujących”, a mniej katolików, choćby ci wszyscy młodzi byli ochrzczeni i formalnie należeli do Kościoła. Episkopat może pocieszać się, że nadal 90% Polaków z okładem uznaje się za katolików. Te statystyki przysłaniają jednak tylko postępujący proces erozji.

Lewica, oczywiście, ma wiele kłopotów z takim światem. To jednak nie znaczy, że słabnący Kościół, a zwłaszcza polski Kościół, staje się jej naturalnym sojusznikiem.


Kościół polski i zaklinacze 

Czego zresztą można się spodziewać po episkopacie – grupie mężczyzn w średnim i podeszłym wieku, którzy spędzili całe swoje życie w ramach hermetycznej i skutecznie izolowanej od świeckiego życia instytucji, a więc w grupie ludzi podobnie jak oni myślących i o podobnych życiorysach? Byłoby zaskakujące, gdyby takiego grona nie cechował groupthink, w którym troska o spójność i harmonię wewnątrz instytucji staje się ważniejsza od kontaktu z rzeczywistością. Słuchając i czytając biskupów, odnoszę wrażenie, że może łatwiej jest im rzeczywistość odrzucać, niż się z nią mierzyć; przeczyć istnieniu tego, co się w Polsce AD 2011 nie podoba, zamiast myśleć, jak zmienić własną instytucję, która systematycznie traci wpływy i władzę. Łatwiej karać tych, którzy wykraczają poza szereg, niż zapytać publicznie: „a może powinniśmy trochę się zmienić?”.

Nie widzę też nic zaskakującego w tym, że polski Kościół ma bardzo duże kłopoty z akceptacją różnorodności, w tym zwłaszcza we własnych szeregach. Wypycha z nich systematycznie ludzi myślących inaczej niż hierarchia i otwartych na zmiany. Innym, takim jak ostatnio ks. Bonieckiemu, ogranicza prawo do publicznej wypowiedzi.
Ten niedawny zakaz odebrałem jako wyraz bezradności: różnice poglądów nie znikną, jeśli zakaże się ich wyrażania. Tak może myśleć tylko ktoś ukształtowany w ramach instytucji hierarchicznej i autorytarnej, a takie radzą sobie słabo we współczesnym świecie. Nawiasem mówiąc ojcu Rydzykowi nikt nigdy nie robił podobnych trudności. Myślę, że to dobrze świadczy o tym, do jakich poglądów bliżej ważnym ludziom polskiego Kościoła. Rzeczywistość można oczywiście długo zaklinać – im większa i potężniejsza instytucja, tym dłużej może ignorować świat dookoła. Ale prędzej czy później życie zapuka także do kościelnej hierarchii.

To jednak nie moje zmartwienie. Jestem zewnętrznym obserwatorem. Nie należę do Kościoła i dysfunkcjonalność jego hierarchii ani mnie nie martwi, ani mnie nie cieszy. Jest mi obojętna. Ale skoro pytamy, czy lewica może odnaleźć wspólny język z Kościołem – warto kłopoty tego drugiego odnotować.
Tu miejsce na dygresję: mamy też w Polsce, oczywiście, Kościół otwarty. A może już go nie mamy? Jego zgon ogłosiła na tych łamach Dominika Kozłowska [Autor odwołuje się tu do tekstu pt. Kościół otwarty po 65 latach, „Znak” 2011, nr 6 – przyp. red.]. Później odbyła się też dyskusja na podobny temat wywołana artykułem Katarzyny Wiśniewskiej w „Gazecie Wyborczej” [Wojny krzyżowe, „Gazeta Wyborcza”, 22–23 października 2011 – przyp. red.].

Jeśli spojrzeć na to z perspektywy niżej podpisanego, denat nie żył już na długo przed ogłaszanym dziś pogrzebem. Środowiska związane z katolicyzmem otwartym były zawsze inteligenckie i niszowe. Oddziaływały na nielicznych. Hierarchów, którzy im sprzyjali, można pewnie policzyć na palcach jednej ręki. Nic też dziwnego, że katolicyzm otwarty miał większe polityczne wpływy w czasach dyktatury niż demokracji: rządy niedemokratyczne zwiększają polityczne znaczenie małych grup.
Być może też czas samej idei już minął. Pokolenie redaktorów „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” czy „Więzi” z czasów PRL nie wychowało sobie ani równie wpływowych, ani równie licznych następców. Trudno o lepsze świadectwo „wypalenia” całego projektu. Młodzi intelektualiści katoliccy, których znam – a znam kilku – są znacznie bardziej bliscy radykalnej ortodoksji niż miłemu, tolerancyjnemu i otwartemu katolicyzmowi wyrastającemu z doświadczenia II Soboru Watykańskiego i atmosfery słonecznych, progresywnych i optymistycznych lat 60.

Czasy się zmieniły. Jeden ze znanych teologów (który jednak nie ma ochoty mówić tego publicznie) o polskim katolicyzmie otwartym mówi jak o dobrodusznym, ale stetryczałym dziaduniu. Senior jest sympatyczny i ciepły, ma wielkie zasługi z przeszłości, lubimy go i doceniamy jego dobre chęci, można go nawet zaprosić na obiad, o ile demencja nie odebrała mu do reszty władz umysłowych. Ale ten należy już do innej epoki i kiedy w końcu zejdzie, trumnę odprowadzi się na miejsce wiecznego spoczynku – z błogosławieństwem, ale nie bez uczucia pewnej ulgi. Bo czas już iść dalej.

Katolicyzm otwarty jest dziś tak zmarginalizowany – zarówno jako środowisko oddziałujące na polską debatę publiczną, jak i w samym Kościele – że nie może być liczącym się politycznym partnerem dla lewicy.

To oczywiście interesująca grupa – piszę to bez ironii. Są w niej nadal inteligentni ludzie, którzy mogą być ciekawymi partnerami w – dajmy na to – publicznych dyskusjach. Są jednak tylko marginesem wielkiej instytucji, która ma wielkie problemy.

Środowiska lewicowe, takie jak „Krytyka Polityczna”, oczywiście także są dziś inteligenckie i niszowe. Ich sytuacja jest jednak zupełnie inna: są na fali wznoszącej. Polskie społeczeństwo zmienia się w kierunku, który zapowiada im rosnące wpływy i znaczenie. Nie przygniata ich także ciężar potężnej, hierarchicznej machiny, w której są tylko w najlepszym wypadku tolerowaną, słabą frakcją.


Wnioski ze schyłku

Sądzę więc, że polski Kościół jest dziś znacznie słabszy, niż wynikałoby ze statystyk i z roku na rok coraz bardziej słabnie. Jego zdolność mobilizacji wiernych w sprawach publicznych też jest dziś mała i w wypadku np. wprowadzenia przez polityków związków jednopłciowych lub liberalizacji prawa aborcyjnego nie należy spodziewać się znaczących protestów społecznych. Same zmiany szybko – jak sądzę – stałyby się elementem naszego oczywistego społecznego pejzażu. Refundację in vitro nawet katolicy powitają z radością – cokolwiek będą mówić i pisać biskupi.
Mam też wrażenie, że gdzieś w głębi duszy biskupi i sprzyjający kościołowi publicyści wyczuwają tę słabość. Stąd liczne głosy potępienia Zapatero, z jakimi możemy się spotkać na katolickich portalach i nieproporcjonalne wręcz zainteresowanie hiszpańskim scenariuszem laicyzacji: bierze się ono oczywiście z obawy przed jego powtórką w Polsce.

Na razie politycy w większości utrzymują fikcję kościelnej potęgi. Moment próby sił, jak sądzę, nadejdzie jednak wkrótce – może jeszcze nie w tej kadencji Sejmu, ale w najbliższych latach. Rosnące wpływy Palikota pokazują, że ta chwila się zbliża. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim Polska upodabnia się do pozostałych krajów zachodniej Europy, zapewne nie trzeba będzie długo czekać na spór – o związki jednopłciowe, aborcję, może jeszcze o coś innego, – który pokaże prawdziwy zakres społecznych wpływów Kościoła. To będzie interesujący i ważny dla Polski sprawdzian.
Zawieranie jakichkolwiek kompromisów z Kościołem byłoby w takiej sytuacji z punktu widzenia lewicy strategicznym błędem. Nie zgadzamy się bowiem w sprawach podstawowych. To oczywiście nie wyklucza dialogu, ale nie ma też powodu układać się – co oznaczałoby przecież ustępstwa – z partnerem, który szybko staje się coraz słabszy. Na takim kompromisie lewica mogłaby dziś tylko stracić. Tak jak na słynnym „kompromisie” aborcyjnym w latach 90. (nie sposób napisać tu słowa „kompromis” bez cudzysłowu).

Nie widzę także przestrzeni do kompromisu na polu nauczania społecznego Kościoła. To prawda, że w oficjalnych pismach – zwłaszcza Jana Pawła II – Kościół krytykuje wolny rynek i łamanie praw pracowniczych, a także nieokiełznaną globalizację i podporządkowanie losów całych społeczeństw decyzjom anonimowych „rynków finansowych”. Za bliską lewicy diagnozą nie idzie jednak żadne wsparcie dla bardziej lewicowej polityki społecznej. Zwłaszcza w nauczaniu polskiego Kościoła sprawy społeczne znajdują się bardzo daleko za kwestiami obyczajowymi, w których bardzo się różnimy. W przeszłości zresztą Kościół – będąc bardzo wczesnym krytykiem kapitalizmu – głosił zawsze postulaty społeczne w duchu solidaryzmu społecznego i filantropii. Solidaryzm społeczny jest w praktyce uzasadnieniem rażących nierówności; filantropia jest potrzebna, ale nie wystarczy.

W ostatnich tygodniach ukazała się w Stanach Zjednoczonych bardzo ważna książka o naszej historii. Profesor historii na Uniwersytecie Michigan, Brian Porter-Szucs, spisał dzieje relacji pomiędzy narodem i Kościołem w Polsce od połowy XIX w. do dziś (Faith and Fatherland. Catholicism, Modernity, and Poland, Oxford University Press, Oxford-New York 2011). Jednym z tematów tej książki jest geneza zbitki „Polak-katolik”, która, jak się okazuje, jest dość świeżej daty: utrwaliła się dopiero w latach 20. ubiegłego wieku. Nie została wdrukowana przez opatrzność w polską historię, wbrew temu, co wielu chciałoby dziś myśleć. Nie ma więc powodu dostrzegać w zmierzchu wpływów Kościoła zagrożenia dla zbiorowej tożsamości. Będzie ona inna niż w czasach Jana Pawła II, ale świat się zmienia i Polska razem z nim. Nie widzę tu powodu do zmartwienia.

Wszelkie prognozy są oczywiście ryzykowne: przypadek Lernera jest pouczający. Dziś jednak wiele wskazuje na to, że Polska zmierza w tym samym kierunku, co inne kraje europejskie, czyli będzie państwem demokratycznym i świeckim. Kościół zaś realnie – być może jeszcze długo nie formalnie – pozostanie Kościołem mniejszościowym: będzie miał mniejsze wpływy polityczne, będzie biedniejszy i będzie przyciągał mniej wiernych niż dziś. Być może będzie to też wiara lepszej próby, bo przynależność do Kościoła przestanie być odziedziczoną po przodkach oczywistością, a stanie się świadomym wyborem, za którym idzie większe zaangażowanie. Z takim partnerem, a nie z trzeszczącą, skostniałą instytucją żyjącą iluzjami własnej wielkości, lewica będzie mogła wejść w znaczący dialog.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter