70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przez społeczeństwo przemawiają emocje

Hasłami, które najczęściej mobilizują ludzi do wyjścia na ulicę, są zwykle te związane ze sprawiedliwością. Mogę na przykład odczuwać jako niesprawiedliwość to, że nie mam na nic wpływu. Jeżeli niezadowolenie staje się wspólne, to nieporównywalnie szybciej dochodzi do jego manifestacji w działaniu. Ludzie podejmują wtedy aktywność, ponieważ wiedzą, że nie są sami, że reprezentują zbiorowość i wspólne wartości.

Marta Duch-Dyngosz: Czy dziś częściej niż kiedyś odwołujemy się do emocji w debacie publicznej, czy emocjonalność jest po prostu zaniedbanym do tej pory przedmiotem badań?

Prof. Piotr Sztompka: Chodzi o badania, czy o życie? Bo to są dwie różne płaszczyzny. Jeśli chodzi o życie społeczne, to wydaje mi się, że bynajmniej nie mamy do czynienia z zanikiem emocjonalności. Owszem było to wiarą oświeceniowych myślicieli i tych zajmujących się nowoczesnością, którzy sądzili, że dojdzie do tego, co Max Weber nazywał odczarowaniem świata i że jednym słowem czysta racjonalność zwycięży. Wydaje mi się, że wiek XX dość mocno zakwestionował tę tezę. O ile jeszcze w przypadku wojen można mówić o racjonalności we wchodzeniu w konflikty między państwami, o tyle w przypadku ludobójstwa bardzo trudno wskazać rozumowe przesłanki – przykładem mogą być choćby stosunkowo świeże przypadki etnicznych i religijnych rzezi w Rwandzie. Racjonalność terrorysty wysadzającego się w powietrze dla jakichś szaleńczych idei po to, by zabić niewinnych ludzi, to kalkulacja, która już zupełnie przekracza naszą wyobraźnię. XX wiek był czasem, kiedy fakty społeczne zakwestionowały, że ludzie działają, dokonując chłodnej kalkulacji. Druga połowa wieku też jest okresem działania wielkich ruchów społecznych – ekologicznego, feministycznego, pokojowego, później antyglobalistycznego, a dzisiaj ruchu „oburzonych”.

Wielkie mobilizacje emocji?

Tak. Dodałbym zresztą do tego i „Solidarność”, która przecież w dużej mierze była motywowana emocjami. Zwolnienie jednej pracownicy stoczni gdańskiej – Anny Walentynowicz, stało się tą iskrą, która rozpoczęła lawinę zdarzeń. Ci z nas, którzy to pamiętają, ze zdumieniem patrzyli, jak cały kraj zaczyna żyć wydawałoby się mało znaczącym momentem, a ludzie mobilizują się w niewyobrażalnie wielkiej skali – jak ktoś wyliczył, 10 milionów było bezpośrednio zaangażowanych w ruch, a prawdopodobnie drugie tyle było kibicami, którzy tylko oklaskiwali i liczyli na to, że się uda. Są to więc takie zjawiska, których nie da się wytłumaczyć inaczej, niż poprzez wskazanie ogromnej roli właśnie czynnika emocjonalnego w ludzkich działaniach. Zatem, jeśli mówimy o faktach społecznych, to nie ulega wątpliwości, że emocje były, są, i będą czynnikiem niezwykle istotnym w wymiarze społecznym.

Czy ma Pan na myśli w takich wypadkach nasze prywatne emocje?

Nie do końca. Właściwie są trzy płaszczyzny, na których występują emocje. Pierwsza jest indywidualna. Dajmy przykład. Jestem niezadowolony i mam poczucie wyrządzonej mi krzywdy, bo chociaż pracowałem rzetelnie, mam długi staż pracy, nagle zostaję zwolniony. To jest wymiar jednostkowy. Przypuśćmy jednak, że w jakiejś miejscowości kilkaset osób traci pracę jednocześnie. Wszyscy zapewne odczuwają oburzenie z tego powodu. Zatem niezadowolonych jest więcej, ale wciąż wszyscy przeżywają to indywidualnie. Mamy do czynienia ze zjawiskiem innej skali, ale jedynie pod względem ilościowym, statystycznym. Przypuśćmy teraz, że ci ludzie mają pewną płaszczyznę, na której nawiązują kontakt – placyk osiedlowy, wspólny klub, gazetka, z której się dowiadują, że jest ich wielu albo korzystają z mediów, w których mogą dyskutować o problemie i znaleźć potwierdzenie swoich emocji. Jednym słowem zaczyna się tzw. urabianie kolektywnego znaczenia tego faktu. Do tego dodałbym jeszcze znaczenie nowych technologii, które sprawiły, że ta wymiana opinii jest niebywale łatwa. Zatem media, spotkania, rozmowy są tym, co nazywam „przemysłem urabiania znaczeń zbiorowych”, gdzie ludzie sobie wypracowują wspólną emocję – w tym przypadku gniew zaczyna być stanem zbiorowym. Bo jeżeli niezadowolenie staje się wspólne, to nieporównywalnie szybciej dochodzi do jego manifestacji w działaniu. Ludzie podejmują wtedy aktywność, ponieważ wiedzą, że nie są sami, że reprezentują zbiorowość i wspólne wartości.

Co z emocjami w badaniach?

Wróćmy do drugiej części pytania, nie o fakty, ale refleksję nad nimi. Nauki społeczne są ubogie w badania nad emocjami z uwagi na to, że oświeceniowy paradygmat związany z racjonalnością i widzeniem człowieka przede wszystkim przez pryzmat homo oeconomicus dominował przez bardzo długi czas. Chociaż początki nauk społecznych były zainteresowane emocjami. Wśród tych, którzy na ten temat pisali rzeczy absolutnie aktualne i już o krok od nauk społecznych, byli Adam Smith, Adam Ferguson, czy wielki teoretyk socjologii Émile Durkheim. Potem jednak zwyciężył empiryczny punkt widzenia, w którym liczą się fakty, obserwacje, dominują teorie racjonalnego wyboru, które nawet emocje sprowadzają do chłodnej kalkulacji, np. altruizm do chęci uzyskania poklasku albo zwiększenia swojego prestiżu. Ostatecznie pod koniec XX w. pojawiają się badania, a przede wszystkim teoretyczne prace, które próbują przenieść na teren społeczny wiele zagadnień zarezerwowanych do tej pory dla psychologii. Tak jak stało się z kategorią zaufania.

Są dwa momenty, w których problematyka emocji wkracza do nauk socjologicznych. Pierwszy już opisałem. Następuje on wtedy, gdy widzimy, że fakty dotyczące pojedynczych ludzi – to jedno, fakty dotyczące mas – drugie, a fakty dotyczące wspólnot – to coś zupełnie innego. Drugi polega na tym, że socjologowie dostrzegli, że kiedy emocje są manifestowane w sytuacji zbiorowej, to zmieniają swój kształt – radykalizują się. Chodzi tu o psychologię tłumu, która na początku XX w. była badana przez Gustawa Le Bona i Gabriela Tarde’a, a później podjęta została przez gałąź badań nad zachowaniem zbiorowym. Nie stanowiła ona jednak nigdy głównego nurtu w socjologii. Są zatem dwie drogi: pierwsza, w której emocje indywidualne przekształcają się w zbiorowe, a następnie we wspólnotowe, druga to kontekst społeczny wyrażania emocji, który je wzmacnia. Myślę, że w tych dwóch aspektach socjologia może dodać wiele do tego, co psychologia na temat emocji już wie.

Emocje takie jak strach czy nadzieja są efektem oddziaływania procesów społecznych i wartości kulturowych. Czy można wyróżnić jakieś grupy społeczne, które ze względu na swoje miejsce w strukturze zbiorowości, czy stosunek do dominujących wartości kulturowych, są szczególnie podatne na konkretne emocje?

Społeczeństwo nie jest monolitem, ale składa się z różnych grup, wspólnot, zbiorowości. Wydaje mi się, że w przypadku emocji najistotniejsze jest usytuowanie ludzi hierarchicznie w różnych wymiarach – ekonomicznym, ze względu na prestiż, edukację i władzę. Ludzie są nierówni i na to nie ma rady. Brak różnic jest tylko filozoficznym marzeniem. Już Kołakowski powiedział, że jakakolwiek próba ich zniesienia unieszczęśliwia wszystkich. Są przecież sytuacje, w których nierówność jest akceptowalna. Problem polega na tym, że może przestać taka być, kiedy świadomość nierówności przekształca się w poczucie niesprawiedliwości. Otóż hasłami, które najczęściej mobilizują ludzi do emocjonalnych działań, do wyjścia na ulicę, są właśnie te związane ze sprawiedliwością.

Kiedy mogą się pojawić?

Kiedy pojawia się porównanie. Wiemy, że nie ma absolutnej miary sprawiedliwości, ale jest miara relatywna. Pierwszy typ odczucia niesprawiedliwości – najczęstszy – pojawia się wówczas, gdy ludzie uważają, że ich wynagrodzenie bądź inne nagrody są zbyt niskie w stosunku do zasług i pracy. Wiadomo, że ludzie nigdy nie są do końca zadowoleni z własnego losu, ale silniejsza emocja prowadząca do buntu i niezadowolenia przychodzi wówczas, gdy okazuje się, że jest gorzej, niż było dawniej. Kolejna możliwość to sytuacja, gdy uważamy, że zasługujemy na więcej – używając sloganu z ostatnich wyborów. Porównujemy wtedy stan obecny z możliwą przyszłością. Następna możliwość, która jest w stanie wywołać poczucie niesprawiedliwości, to zestawienie swojej sytuacji z położeniem podobnych nam ludzi żyjących gdzie indziej.

Idąc dalej: mogę na przykład odczuwać jako niesprawiedliwość to, że nie mam na nic wpływu, że jestem w sytuacji, którą kiedyś Stanisław Ossowski nazwał kompleksem liliputa. Znaczy to, że nie czuję, aby coś ode mnie zależało. Jestem pionkiem, o którego losach decydują siły znajdujące się nade mną, w szczególności polityczne elity. To poczucie niesprawiedliwości znowu się pogłębia albo zyskuje jakiś ważny wymiar, kiedy żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, bo wtedy jego ideologia nakazuje nam wierzyć,  że „we the people” mamy na coś wpływ. To właśnie demokracja jest tą siłą, która nie tylko mobilizuje społeczeństwo obywatelskie do aktywności, ale także do niezadowolenia. W innym systemie, w którym obywatel jest jedynie wykonawcą powierzonych mu zadań, tylko niewielka grupa może odczuwać negatywne emocje z powodu braku wolności. Są to głównie dysydenci, grupa najbardziej wrażliwych i uświadomionych politycznie ludzi, którzy uważają dany system za źle funkcjonujący. Większość obywateli wycofuje się po prostu z działalności publicznej, żyje w swoich małych mieszkankach, w prywatności. Im to nie doskwiera. Natomiast w krajach, w których istnieje demokracja, wszyscy ludzie (z wyjątkiem tak zwanych „pasażerów na gapę”, którzy po prostu chcieliby przeczekać i zobaczyć, jak będzie) mają potrzebę posiadania wpływu politycznego na swoje życie. Blokowanie tego powoduje frustrację i silne emocje związane z niesprawiedliwością.

Jest jeszcze jeden wymiar, gdzie można mówić o dysproporcji, mianowicie, kiedy jakaś grupa czuje się niedoceniona ze względu na swoją godność lub autonomię. Mamy tu do czynienia ze zjawiskami dotyczącymi praw mniejszości seksualnych, kobiet oraz równouprawnienia. W czasach pierwszej „Solidarności” związane to było ze stosunkiem państwa do „roboli”. Pierwszy reportaż Ryszarda Kapuścińskiego ze strajków sierpniowych w stoczni gdańskiej nosił tytuł: Im chodzi o godność.

A jakie zatem dziś są okoliczności niezadowolenia społecznego?

Po pierwsze istnieje nieporównywalnie lepsza możliwość dogadania się w tej sprawie, czyli sposobność komunikacji – ludzie mogą poznać swoje poglądy i poczuć się pewnie przez to, że są w dużej zbiorowości. To jest przykład rewolucji na Bliskim Wschodzie. Kolejną jest to, że świat dzięki globalizacji, stał się mniejszy i dzięki temu widzimy na przykład, że są ludzie, którym żyje się lepiej od nas. Zatem pojawia się ogromna rola tego, co my w socjologii nazywamy efektem demonstracji. Trzecia sprawa związana jest z kryzysem ekonomicznym, który dla wielu ludzi oznacza albo realne pogorszenie ich statusu, albo mniejsze szanse na pracę i pieniądze. To też jest źródłem niepokoju. W takiej sytuacji albo reagujemy na to swoim działaniem, albo próbujemy przeczekać i się wycofujemy. W skrajnych przypadkach rezygnujemy z posiadania dzieci, bo obawiamy się, że nie będziemy mogli stworzyć im dobrych warunków. Natomiast z drugiej strony pojawia się fala radykalnego oburzenia. Znajduje się wrogów, pojawiają się ideolodzy, którzy palcem pokazują, kto za to wszystko odpowiada. Oczywiście uczestniczą w tym media ze swoim typowym skrzywieniem w stronę rzeczy negatywnych i strasznych.

Negatywne emocje mają moc integrowania i mobilizowania zwolenników. Czy polityka miłości jest równie skuteczna?

Bardzo bym chciał wierzyć, że tak jest, ale doświadczenie pokazuje, że ludzie daleko łatwiej, mobilizują się przeciw czemuś, niż za czymś, częściej kiedy widzą wroga, niż ewentualnego sojusznika. Sytuacje, w których bywało inaczej, były na ogół wtedy, kiedy mieliśmy do czynienia z wielkimi charyzmatycznymi przywódcami bądź politykami z pierwszej półki, którym udało się pokazać wizję, do której warto się przyłączyć i która dawałaby jakąś nadzieję na przyszłość. Taki charakter miały oczywiście wszystkie utopie społeczne kreślące obrazy idealnego społeczeństwa i mobilizujące w ten sposób ludzi. Wiemy, do czego doprowadziło ich realizowanie. Niemniej jednak warto obmyślać częściowe projekty mniejszej skali, które pobudzają wyobraźnię i wywołują optymizm. Karl Popper nazywał je reformami cząstkowymi. Dostrzegł on ich przewagę nad utopijnymi proroctwami. Przychodzi mi do głowy przykład programu podboju kosmosu. Pokazywał on, że istnieje gdzieś pozaziemska przestrzeń do zdobycia, że jest cel, który dzięki technice i coraz większym możliwościom ludzi możemy osiągnąć. To pobudzało wyobraźnię i mobilizowało do optymistycznego patrzenia w przyszłość. W naszej historii, przychodzą mi na myśl te wszystkie emocje, wywoływane przez przyjazdy Jana Pawła II – ogromne i masowe, ale nazwałbym je absolutnie pozytywnymi i takimi, które niestety miały charakter przelotny i o nich dość szybko zapominano. Myślę, że wielka polityka polega na tym, żeby wskazywać ludziom pozytywne cele. Po stronie emocji i pozytywnych, i negatywnych możliwość gromadzenia zwolenników istnieje. Niestety obawiam się, że w historii częściej zdarzały się te negatywne mobilizacje – do walki z kimś, z czymś, co rzekomo albo naprawdę zagrażało.

Gdy mówimy o emocjach typowych dla społeczeństwa polskiego, to mam wrażenie, że dominują te negatywne – ból, smutek, żal, poczucie niesprawiedliwości. Czy nie potrzebujemy pozytywnej narracji dla naszej tożsamości?

Zawsze mi się wydawało, że niebywale cenną rzeczą jest pamięć o momentach heroicznych, pozytywnych, wspaniałych, godnych, których w każdym społeczeństwie jest sporo. Z drugiej strony są też momenty, w których mamy do czynienia ze zdarzeniami tragicznymi, martyrologicznymi, których w każdej zbiorowości jest wiele. Mamy więc dwie możliwe emocje: jedna – poczucie dumy z heroicznych elementów historii, druga – poczucie wstydu, zażenowania czy winy. Czy można je kształtować? Otóż jest to zadanie obszaru działalności, który nazywamy polityką historyczną. Jestem zdania, że dla naszego samopoczucia nieporównanie ważniejsze byłoby lansowanie heroicznej narracji, tzn. tej, która wydobywa z historii momenty wzlotów i sukcesów. A było ich sporo. Szalenie ważne jest, aby pamiętać nie tylko czasy i zdarzenia, ale i tych wszystkich anonimowych ludzi, którzy doprowadzali do wygranych.

Wie Pani, kiedy mówi się o okresie komunizmu, to przed oczami stają tylko dramatyczne i okropne rzeczy – zniewolenie, represje. Mało kto pamięta, że w 1945 r., w tym samym czasie, gdy byłem wywożony w wózeczku przez rodziców z Warszawy do Krakowa, miasto nie istniało. Warszawa stała się jednym wielkim pogorzeliskiem. Rzesza ludzi, od architektów po zwykłych robotników, których Andrzej Wajda pokazał w swoich filmach, sprawiła, że mamy dzisiaj europejską stolicę, odbudowaną ze zgliszczy. Zdarzyło się to właśnie w czasie tego strasznego komunizmu.

Potrzebujemy więcej pozytywnych narracji. Gdy mówimy o fenomenie „Solidarności”, dominującym nurtem jest zdrada okrągłego stołu i niewykorzystanie wszystkich możliwości dekomunizacji. Ta tendencja narodowa jest jakby usprawiedliwiona, bo rzeczywiście żyliśmy, jak to Norman Davis opisywał, na poletku Pana Boga, które było terenem eksperymentalnym dla wielu krajów. Jednak politykę historyczną można kształtować. Powinna ona zmierzać dokładnie w przeciwną stronę i pokazać, że wydarzyły się również rzeczy wspaniałe i to wcale nie wiadomo, czy nie w proporcji większej do tych okropnych. Niestety sprzeciwia się temu jeden mechanizm związany z komercjalizacją medialnych sposobów przekazywania wiedzy. Media wolą pokazywać jednego bandytę niż dziesięciu szlachetnych. Znacznie łatwiej wywołać negatywne emocje niż pozytywne, takie jak duma, zadowolenie, optymizm, poczucie wspólnoty, tożsamości z tymi, którzy budują i tworzą.

Powróćmy ponownie do uczuć negatywnych. Współczesność opisują takie pojęcia jak „kultura strachu” Franka Furediego albo „społeczeństwo ryzyka” Ulricha Becka. Dlaczego dziś niepokój i strach dominują w naszym postrzeganiu świata?

Myślę, że jest to zjawisko wyraźnie związane z przemianami technologicznymi i społecznymi, które dokonywały się od przełomu stulecia aż do dzisiaj. Mam na myśli proces globalizacji, który z jednej strony daje możliwość doświadczania świata i jego różnorodności, a z drugiej doprowadza do tego, że rzeczywistość staje się nieporównanie bardziej skomplikowana, nieprzejrzysta i obca. W świecie tradycyjnym, np. w niewielkiej zbiorowości, człowiek żył w kręgu własnych spraw i był w gruncie rzeczy autonomiczny w swoich działaniach. I nagle w tej oswojonej rzeczywistości pojawiają się instytucje, takie jak korporacje międzynarodowe. Kto nimi zarządza? Jak one działają? Co się dzieje z tą forsą, którą tam wydajemy? Kogo to wzbogaca, a kogo zubaża? Jacy robotnicy produkują te sweterki, które kupujemy? Nie wiemy tego. Żyjemy w świecie, w którym jesteśmy zależni od tego typu instytucji, a zarazem ich sposób działania pozostaje dla nas nieprzejrzysty. Drugą sprawą są światowe rynki finansowe, od których przecież wiele w naszym życiu zależy. Stało się tak dzięki technologii. Gdyby nie digitalizacja pieniądza, to zawsze byłby on związany z bazą – np. złotem czy realnymi zasobami gospodarczymi. Dzisiaj oderwał się od tego całkowicie, zamienił w wirtualne symbole uruchamiane kliknięciem klawiatury komputera. Mechanizmów funkcjonowania tych globalnych „gier komputerowych” nie są w stanie rozszyfrować nie tylko zwykli ludzie, ale także ekonomiści – jest tyle opinii, ilu specjalistów. Przerażające jest to, że właściwie w każdym momencie życia jesteśmy uzależnieni od czegoś, o czym tak mało wiemy. Istnieje ryzyko, że rynek finansowy może się załamać, czego konsekwencji nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Poczucie niepewności jest najsilniejsze wtedy, kiedy stabilność, rutyna i przewidywalność znikają. Można planować swoje zawodowe czy rodzinne sprawy, gdy kontekst, w którym żyjemy jest stabilny, ale jeżeli dochodzi do gwałtownych zmian, to pojawia się doświadczenie traumy, która wywołuje niepokój i nostalgię za dawnymi czasami. Wiem sporo na ten temat, ponieważ zajmowałem się problemem traumy postkomunistycznej, która była i jest udziałem części naszego społeczeństwa. Co ciekawe nastąpiła ona w wyniku oczekiwanego przecież przełomu związanego z załamaniem się formacji komunistycznych. Płynie stąd pewna lekcja: w sytuacji szybkich zmian społecznych bardzo łatwo zaczyna przeważać przekonanie o nieprzewidywalności losu, poczucie zagrożenia i nawet nostalgiczne marzenia o powrocie spokojnych, dawnych, pewnych czasów. Oczywiście, sytuacje traumatyczne mogą wywoływać również reakcje pozytywne – mobilizować do aktywności, pokonania niepewności.

Wymienione kwestie nie są jedynie sprawą Polski. To dziś światowy problem. Nie potrafię w tej chwili powiedzieć, w jakim kierunku zmierza to wszystko, bo przewidywanie jest najsłabszą stroną mojej dyscypliny. Poprzestańmy więc raczej na takiej diagnozie. Bez niej wszelkie przewidywanie to wróżenie z fusów.


PIOTR SZTOMPKA – jest profesorem zwyczajnym Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły Europejskiej im. J. Tischnera. Rzeczywisty członek Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności. Jest też członkiem honorowym Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk oraz Academia Europaea w Londynie. Wielokrotnie wykładał na czołowych uczelniach zagranicznych czterech kontynentów. Jego prace ukazały się w wielu językach.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter