70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy orientacja seksualna jest warunkiem zbawienia?

Stanowisko Kościoła katolickiego w kwestii seksualności jest jasno określone. Jakie jest w tej wizji miejsce gejów, lesbijek i osób transseksualnych? Czy mogą liczyć na wsparcie duszpasterzy? Czy ich obecność we wspólnocie wiernych tworzy nowe wyzwania dla teologii?

Dlaczego Kościół twierdzi, że osoba homoseksualna jest z natury „wewnętrznie nieuporządkowana”?

o. Jacek Prusak: Wynika to z analizy prawa naturalnego, wedle którego człowiek jest z natury albo mężczyzną, albo kobietą. Koncepcja ta zakłada komplementarność płciową i uczuciową oraz płodność. Te trzy elementy należą do obiektywnego porządku naturalnego. Trzeba pamiętać, że to prawo nie jest jednoznaczne z naturalizmem. Jest ono rozumną interpretacją celów wpisanych w naturę człowieka jako osoby cielesnej i płciowej. W tym podejściu nieuporządkowaniem jest wszystko to, co tak rozumianą seksualność niszczy albo deformuje. Homoseksualizm nie jest bowiem związany ani z płodnością, ani z komplementarnością płci. Twierdzi się więc, że jest formą poważnej deprawacji, gdyż w sposób trwały eliminuje owe cele (por. KKK 2357). Najczęściej patrzymy na homoseksualizm z perspektywy orientacji uczuciowej, ale to nie jest perspektywa, którą Kościół stawia na pierwszym planie.

Jak się ma pojęcie seksualności do pojęcia płci?

Płciowość i seksualność są ściśle powiązane. Płciowość oznacza bycie osobą jako mężczyzna bądź kobieta. Kościół odrzuca więc performatywne koncepcje płciowości, rozpowszechnione na gruncie gender studies.

Jeżeli płciowość oznacza bycie mężczyzną lub bycie kobietą, to czy kategorie „męskość” i „kobiecość” mają zdaniem Kościoła ugruntowanie w naturze czy w kulturze? A może uznaje on, że tożsamość płciowa konstruowana jest jako wypadkowa czynników biologicznych, społecznych i kulturowych?

Ludzie są mężczyznami bądź kobietami. Każda inna sytuacja postrzegana jest jako zaburzenie. Przykładowo, transseksualizm nie jest – jak chcą queerowcy – innym sposobem przeżywania swojej seksualności. Jest zaburzeniem tożsamości, nie zaś orientacji seksualnej. Mamy tu bowiem do czynienia z dysforią między subiektywnym poczuciem tego, kim jestem, a tym, jakie mam ciało. Oczywiście Kościół przyjmuje, że „męskość” i „kobiecość” są do pewnego stopnia konstrukcjami kulturowymi i społecznymi. Jednak w przeciwieństwie do reprezentantów teologii queer, nie zgadza się z twierdzeniem, że płeć jest konstruowana bez względu na biologię. Zdaniem Kościoła jest ona najpierw odkrywana, a dopiero potem interpretowana.

Czy są jakieś różnice w tym, jak Kościół ocenia homoseksualizm i transseksualizm?

O ile występują zasadnicze rozbieżności między stanowiskiem Kościoła a stanowiskiem medyczno-psychologicznym w ocenie homoseksualizmu, o tyle odnośnie transseksualizmu panuje większa zgoda. W 1973 r. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne skreśliło homoseksualizm z listy zaburzeń, a w 1993 r. Światowa Organizacja Zdrowia wydała oświadczenie w którym orzeczono, że orientacja homoseksualna nie może być rozpatrywana jako zaburzenie. Jeśli chodzi o transseksualizm, uważa się go za autonomiczny rodzaj patologii, specyficzne zaburzenie przede wszystkim w sferze psychicznej. Taka osoba ma więc prawo do leczenia, czyli „naprawy błędu”, jaki u niej występuje. Mamy do dyspozycji dwie metody leczenia tego zaburzenia: psychologiczno-hormonalną oraz chirurgiczną. Do pierwszej Kościół nie ma zastrzeżeń, druga budzi natomiast wątpliwości, które do pewnego stopnia podziela również świat medyczny. Wiąże się ona bowiem z usunięciem zdrowych organów, po to, aby zastąpić je organami, spójnymi z tożsamością psychologiczną. Podkreśla się, że metoda chirurgiczna nie ma charakteru terapii przyczynowej, ponieważ zabieg nie pozostaje w wewnętrznym związku z chorobą, tylko jest brutalną interwencją w całkowicie zdrową i w żaden sposób nie „produkującą” stanu chorobowego strukturę organiczną człowieka, a w konsekwencji w jego godność osobową. Istnieją różne rozwiązania prawne, regulujące tego typu ingerencje chirurgiczne. Również postawa Kościoła wobec tej kwestii nie jest jeszcze całkowicie wyklarowana. Z dotychczasowej jego nauki wynika jednak, że zabieg zmiany płci uznaje się za „moralnie niedopuszczalny”.

Mimo że Kościół nie wypowiedział się dotąd jednoznacznie na temat transseksualizmu, to istnieją wskazówki mówiące, jak postępować w takich przypadkach, na przykład, co zrobić w sytuacji, gdy osoba ochrzczona jako kobieta lub mężczyzna przechodzi operację zmiany płci. Według zalecenia Watykanu, opublikowanego w dokumencie z 2002 roku, należy w księdze chrzcielnej odnotować fakt, że wedle prawa cywilnego jest ona kimś innym, niż była w chwili chrztu. Ten zapis nie wpływa na status osoby, która zmieniła płeć, jest jedynie odnotowaniem nowej informacji administracyjnej o danym człowieku. Decyzja, czy taką osobę dopuszczać do sakramentów, np. małżeństwa lub kapłaństwa, pozostawiona jest ordynariuszowi diecezji, w której mieszka transseksualista, w oparciu o opinie lekarzy i psychologa. W bardzo skomplikowanych przypadkach taką sprawę kieruje się do Watykanu.

Jak na razie Kościół zachowuje dużą ostrożność co do etycznej oceny zmiany płci. Nie zabrania natomiast takim osobom podejmować leczenia. Jeżeli transseksualizm jest chorobą, to mamy do czynienia z jakimś cierpieniem. Nie można w takiej sytuacji odmówić komuś prawa do pomocy.

Wspomniał Ojciec o różnicach pomiędzy Kościołem a Światową Organizacją Zdrowia w kwestii oceny homoseksualizmu.

Dokumenty Kościoła nie wspominają o orientacji homoseksualnej, a jedynie o mniej lub bardziej głębokich skłonnościach. Instytucja ta nie uważa homoseksualizmu za jeden z wariantów orientacji seksualnej. Takie stanowisko wynika z antropologii biblijnej i interpretacji prawa naturalnego, które zakłada, że zgodny z naturą jest jedynie pociąg do płci przeciwnej.

Jak w takim razie interpretowany jest fakt, że pewni ludzie odczuwają pobudzenie na widok osoby tej samej płci? W dodatku, jak wskazują statystyki, jest to względnie stały procent populacji.

Fakt, że w naszej populacji określony procent osób rodzi się ze skłonnością do homoseksualizmu, nie dowodzi jeszcze, że jest to zgodne z prawem naturalnym. Innymi słowy: to, że homoseksualizm występuje w naturze, nie oznacza, że jest on normatywny. Nie ma prostego przejścia od faktu, że coś istnieje w naturze, do tego, że jest to dobre i pożądane. Ludzie np. rodzą się z predyspozycją do alkoholizmu, co nie znaczy, że alkoholizm jest zgodny z naturą i dobry dla człowieka.

Czy orientację homoseksualną można zmienić na heteroseksualną?

Kościół wstrzymuje się z definitywnym rozstrzygnięciem tej kwestii. W pewnych przypadkach jest to możliwe, w innych bardzo trudne lub wręcz niewykonalne. Zdaniem niektórych kapłanów i części – podkreślam – części psychologów istnieje skuteczna terapia reparatywna.

Ojciec też działał w Odwadze, która taką terapię prowadzi.

Byłem tam w roli duszpasterza, nie terapeuty. Osobiście uważam, że praca z homoseksualistami ma sens na poziomie pracy nad osobowością, nie orientacją i nigdy nie zajmowałem się terapią reparatywną. Ponieważ w Odwadze są ludzie o egodystonicznym homoseksualizmie, z powodu którego cierpią, najważniejsze jest, żeby najpierw zaakceptowali siebie jako osobę, a nie oceniali się z perspektywy orientacji. Już samo to łagodzi niektóre objawy, np. stany depresyjne czy lękowe, ale nie znaczy jeszcze, że pozwala zmienić orientację. Kiedy współpracowałem z tym ośrodkiem, nie prowadzono tam terapii reparatywnej, ale stosowano metodę psychodynamiczną przy założeniu, że jeśli problem danej osoby był związany z jakimiś deficytami, to coś może się zmienić. Teraz już z Odwagą nie współpracuję i nie wiem, czy metody nadal są te same. Mam pewne zastrzeżenia co do skuteczności ich pracy, ponieważ nie ma żadnych dokładnych badań dotyczących rezultatów. Deklarowane zmiany orientacji mają więc charakter anegdotyczny.

Jednak nawet, gdyby któregoś dnia udowodniono, że homoseksualizm jest uwarunkowany genetycznie, to nie musi to pociągać za sobą zmiany oceny moralnej czynów homoseksualnych. Kościół nie zmienił na przykład oceny moralnej alkoholizmu, gdy odkryto, że można mieć do niego predyspozycje genetyczne. Alkoholizm jest chorobą, ale w pewnych sytuacjach także i grzechem. Wszystko bowiem zależy od tego, co dana osoba z nałogiem robi. Odkrycie genetycznej predyspozycji zmieniło więc jedynie ocenę stopnia osobistej odpowiedzialności za pijaństwo. Wcześniej całą odpowiedzialność za nałóg wiązano ze słabą wolą danej osoby. Jeśli uznajesz prawo naturalne, z definicji jesteś wyznawcą obiektywizmu moralnego; ale to nie znaczy, że masz być absolutystą moralnym. Zmiana podejścia Kościoła w ocenie tego typu kwestii wiąże się z doprecyzowaniem rozumienia prawa naturalnego, a nie z jego odrzucaniem.

Dlaczego w teologii głównego nurtu nie znajdziemy pozytywnej interpretacji sytuacji pobożnych gejów i lesbijek?

Kościół nie tworzy żadnej teologii homoseksualizmu, bo – abstrahując od swoich zastrzeżeń odnośnie homoseksualizmu – nie uważa, że orientacja seksualna jest podstawą zbawienia.

A jednak mamy teologię rodziny, teologię ciała…

Tak, ale one mają podstawy w antropologii biblijnej i prawie naturalnym. W Piśmie Świętym nie ma żadnych pozytywnych wzmianek o homoseksualizmie jako takim. Znajdziemy jedynie fragmenty, mówiące o aktach homoseksualnych, pokazywanych albo w kontekście prostytucji sakralnej, albo czynów związanych z szukaniem przyjemności. Miejsce homoseksualistów w Kościele jest więc takie samo, jak każdego innego wierzącego człowieka, pod warunkiem, że nie są oni gejami lub lesbijkami w sensie kulturowej akceptacji tożsamości homoseksualnej jako stylu życia.

Czy w Kościele są duszpasterstwa dla osób homoseksualnych?

Owszem są. Mają one pomagać żyjącym w czystości homoseksualnym singlom w przeżywaniu swojej wiary. Oficjalnie nie prowadzi się duszpasterstw dla gejów lub lesbijek, żyjących w związkach homoseksualnych. Nieoficjalnie natomiast takie duszpasterstwa istnieją.

W Polsce?

W Polsce – nie, ale na Zachodzie – tak. Najczęściej prowadzone są przez zakony. Zazwyczaj patrzymy na sytuację osoby homoseksualnej przez pryzmat polskiego Kościoła, a trzeba pamiętać, że wiele zależy od atmosfery panującej w danym kraju. Jednak w innych państwach takie duszpasterstwa również spotykają się z krytyką hierarchów.

Dlaczego Kościół nie chce towarzyszyć duszpastersko osobom homoseksualnym, które choć żyją w grzechu, chcą być w Kościele? Istnieją przecież duszpasterstwa ludzi rozwiedzionych, będących w powtórnych związkach.

Co to znaczy towarzyszyć duszpastersko?

Spotykać się z nimi co tydzień na wspólną modlitwę, rozważanie Pisma Świętego i rozmowę o ich osobistym przeżywaniu wiary.

Nie sądzę, żeby Kościół się na to zgodził, ponieważ jego zdaniem jest to promocja homoseksualizmu. Duszpasterstwo par niesakramentalnych nie podważa ani heteroseksualizmu ani tradycyjnego modelu rodziny.

Co to znaczy „promocja homoseksualizmu”?

To znaczy, że można przychodzić do Kościoła w przekonaniu, że nie trzeba niczego zmieniać, bo ta wizja seksualności i „małżeństwa” jest pozytywna sama w sobie. Jedyną różnicą byłoby to, że nie można „na razie” przyjąć komunii. Niektórzy uważają, że duszpasterstwa, które powstawały w Stanach Zjednoczonych, takie jak Dignity, miały na celu ukazanie homoseksualizmu w innym świetle. Znane jest w psychologii społecznej podejście mówiące, że jeśli chcesz coś zmienić, nie zaczynaj od przekonywania ludzi, ale od ich zachowań, a one już zrobią resztę. Inne nastawienie duszpasterskie zmieni negatywny stosunek do osób homoseksualnych, a w konsekwencji – kościelną ocenę gejów i lesbijek. W tym sensie możemy mówić o promocji homoseksualizmu.

Pamiętajmy również o kwestii zgorszenia – to jest główny problem duszpasterstw w grupach zmarginalizowanych. Jeśli ktoś żyje w ponownym związku i ludzie widzą, że on przychodzi do kościoła, ale nie przyjmuje komunii, nie mają z tym problemu, bo nie są w ten sposób podważane ich przekonania dotyczące małżeństwa i rodziny. Inaczej jest w przypadku związków homoseksualnych. Kościół nie obawia się dominacji kultury homoseksualnej, ponieważ homoseksualizm nigdy nie był, nie jest i nie będzie zjawiskiem o większym społecznie zasięgu niż heteroseksualizm. Obawia się on natomiast wprowadzenia elastyczności w rozumieniu seksualności, małżeństwa i rodziny, które będzie miało negatywne społecznie skutki. Na ile są to lęki uzasadnione, to jest odrębna kwestia. Równouprawnienie homoseksualizmu sprawia, że Kościołowi odbiera się prawo publicznego formułowania moralnej jego oceny w kategoriach grzechu. Duchowni, którzy wypowiadają się w mediach w ten sposób, spotykają się ze społecznym ostracyzmem. Środowiska homoseksualne dążą do tego, aby o homoseksualizmie mówić jedynie opisowo, a nie normatywnie. Jeżeli nie jest on zaburzeniem i jest uznany za alternatywną orientację seksualną, to nie może być uznany za grzech, czy zagrożenie społeczne.

Możemy przecież na wstępie założyć, że osoby te mają świadomość, że zdaniem Kościoła grzeszą, współżyjąc ze swym partnerem lub partnerką.

Ale czemu miałoby to służyć? Duszpasterstwo par niesakramentalnych zakłada, że te osoby prędzej, czy później podejmą przyrzeczenie o powstrzymaniu się od współżycia, a jeśli nie, to i tak ich postępowanie nie sprzeciwia się komplementarności płciowej i uczuciowej, ani nie wyklucza z aktu płciowego daru życia. Nie zafałszowuje więc samej seksualności, najwyżej sposób jej „użycia”. W działających na Zachodzie duszpasterstwach par homoseksualnych najczęściej nie chodzi o nawrócenie się, ale zdobycie akceptacji. Kościół podkreśla natomiast, że czyny homoseksualne sprzeciwiają się zamysłowi i mądrości Boga w odniesieniu do ludzkiej seksualności, a w konsekwencji stanowią przeszkodę na drodze do szczęścia i realizacji siebie.

Czyli innymi słowy, można powiedzieć, że dla par homoseksualnych nie ma miejsca w Kościele?

Co to znaczy „nie ma miejsca w Kościele”?

Jeśli podczas Mszy sieją oni zgorszenie, a duszpasterstwa działają wbrew woli biskupów, to znaczy, że lepiej, żeby ich w Kościele nie było.

Lepiej, żeby nie było podwójnych standardów.

Jeżeli para niesakramentalna regularnie uczestniczy we mszy świętej, choć nie przyjmuje komunii, to również można powiedzieć, że sieje zgorszenie wśród porządnych katolików.

Niekoniecznie – bo ona choć nie zmienia swego życia, nie zmienia nauczania Kościoła, a większość katolików inaczej ocenia pary niesakramentalne niż związki partnerskie.

W publikowanym w tym numerze miesięcznika „Znak” tekście Marka Woszczka pojawia się obraz dwóch owczarni: porządnej oraz tej, która sieje zgorszenie, ponieważ są w niej prostytutki, homoseksualiści, osoby żyjące w powtórnych związkach.

Zgorszenie jest kategorią moralną. Tymczasem Woszczek domaga się czegoś więcej, niż głosu dla marginalizowanych, a mianowicie dekonstrukcji tego głosu, który „innych” marginalizuje. Zakłada, że każda tożsamość jest płynna i samostanowiona. Teologia queer odrzuca klasyczną metafizykę, a więc również ideę prawa naturalnego, a także takie biblijne kategorie jak dar, powołanie, oblubieńczość i autorytet. Queer jest teorią kontekstualną, ale też autobiograficzną – podstawą oceny tego, kim jestem, jest moje własne doświadczenie „Ja”. Nikt nie ma prawa definiować tego za mnie, takie działanie postrzegane jest jako opresyjne, marginalizujące – także wtedy, kiedy mówimy o sadomasochizmie i transwestytyzmie.

Zwolennicy teologii queer twierdzą, że Biblia nie ma charakteru normatywnego.

Twierdząc tak zaprzeczają, że jest natchniona, a to nie jest stanowisko chrześcijańskie. Wszystkie wyznania chrześcijańskie podkreślają taki charakter Biblii, a więc uznają jej normatywny charakter i różnią się jedynie w sposobie interpretacji owego natchnienia. Choć teolodzy queer w centrum swojej refleksji umieszczają doktrynę o Wcieleniu, to Jezus nie był queer. On nie zdekonstruował biblijnego rozumienia seksualności jako daru i powołania do bycia mężczyzną i kobietą poprzez zachowanie komplementarności płci, uczuć i płodności, o której mówi Księga Rodzaju. Widać to w Jego sprzeciwie wobec legalizacji rozwodów przez uczonych w Piśmie. Nie tylko zakwestionował w ten sposób praktykę kulturową, którą uznawał za niezgodną z wolą Stwórcy, ale przykładem swego bezżeństwa pokazał, że to nie ekspresja seksualności jest najważniejsza dla dojrzałości osobowej i religijnej. Odrzucał więc dopuszczanie do rozwodów w świetle prawa religijnego czy społeczno-religijną dewaluację bezżeństwa, nigdzie nie powiedział też, że przestała obowiązywać heteroseksualność jako norma. Woszczek zdaje się twierdzić: „kryterium oceny tego, co chrześcijaństwo mówi na temat orientacji seksualnej, nie może być sama Biblia, a jedynie teoria społeczna”. Jeśli Biblia jest w konflikcie z teorią społeczną, ma się nawrócić na teorię społeczną. Nie vice versa.

Zbawiamy siebie jako mężczyzna albo kobieta. Jak zatem należy rozumieć słowa św. Pawła „nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 28)?

Kościół interpretuje to jako zakwestionowanie patriarchalnego systemu, który uzasadniał dominację mężczyzn nad kobietami. Nikt nie może uważać, że ze względu na płeć ma prawo do dominacji, bo to nie są kryteria Królestwa Niebieskiego. Zostaliśmy stworzeni jako osoby i jako osoby będziemy zbawieni. Dogmat o Wcieleniu mówi o przebóstwieniu cielesności, a nie o jej dekonstruowaniu. Bóg przyjął ludzkie ciało, a ponieważ nie można być człowiekiem bez ciała, mężczyzna i kobieta są dzięki niemu komplementarni. Są wtedy kimś jednym, ale ostateczną komplementarność człowiek uzyskuje poprzez jedność z Bogiem. W tym znaczeniu wszyscy, jako ciało Kościoła, jesteśmy jednym z Chrystusem. Dla mnie Biblia jest czymś więcej niż tylko tekstem kulturowo zdeterminowanym, który można dowolnie dekonstruować. Uważam, że jej interpretacja należy do wspólnoty wierzących, a za tą wspólnotę odpowiedzialne jest Magisterium. Teolodzy queer odrzucając biblijną metanarrację sami tworzą kolejną – jest nią ich postmodernistyczna wersja teorii społecznej. W tym sensie to będzie zawsze teoria marginalna w Kościele. Nie znaczy to jednak, że w jego koncepcji nie znajduję żadnych pozytywnych aspektów.

Spróbujmy więc skupić na rzeczach pozytywnych.

Po pierwsze, ludzie uprawiający teologię queer to osoby wierzące, które próbują znaleźć język opisu dla własnego doświadczenia i przeżywania wiary. To jest dla mnie ważne. Dziś Kościół wzywa do szacunku dla osób homoseksualnych, ale jeszcze niedawno mówił, że należy ich nie tylko marginalizować, ale karać – włącznie z wymierzeniem kary śmierci. Po drugie, ten typ teologii zmusza do przemyślenia tradycyjnej teologii ciała, która marginalizowała przyjemność. Podoba mi się idea, że na przyjemność powinniśmy patrzeć jak na wcielenie pragnień. Taką wizję trzeba jednak uzupełnić Ewangelią, która na przykładzie Jezusa formułuje imperatyw: „nie pożądaj”, bo na pożądaniu właśnie opiera się przemoc.

W działających na Zachodzie duszpasterstwach par homoseksualnych najczęściej nie chodzi o nawrócenie się, ale zdobycie akceptacji

Kolejną pozytywną inspirację, którą można zaczerpnąć z teologii queer, jest obraz Boga, jaki tworzą osoby posiadające doświadczenie wykluczenia z Kościoła.

Czym innym jednak jest wrażliwość, jaką niosą ludzie wykluczeni społecznie, a czym innym mówienie o Bogu ludzi wykluczonych w opozycji do oficjalnego obrazu Boga. Wiadomo, że Bóg jest po stronie ubogich i zmarginalizowanych – nie stoi po stronie oprawców. Tylko czym jest wykluczanie homoseksualistów z Kościoła? Powie on, że brak akceptacji ich życia w związkach nie jest przejawem dyskryminacji, a jedynie wierności porządkowi społecznemu, jaki wskazuje Biblia.

Być może jednak Biblię można interpretować inaczej. Czy Jezus nie był rewolucjonistą, który pokazywał, że od prawa ważniejsza jest wiara?

W Piśmie Świętym homoseksualizm jest uznawany za grzech nie dlatego, że wiązał się z pogańskimi kultami, ale dlatego, że niosły one ze sobą niebezpieczeństwo grzesznych zachowań homoseksualnych. Tak więc odrzucenie homoseksualizmu nie było jedynie reakcją na czynniki zewnętrzne, ale logiczną konsekwencją antropologii biblijnej, której Jezus nie kwestionował, tylko uczył wypełniać. Gdyby był on takim queerowcem, jak chce Woszczek, to nie nawoływałby do nawrócenia celników i grzeszników. On nie akceptował ich stylu życia. Powiedział do jawnogrzesznicy: „Idź i nie grzesz więcej”, a nie „teraz rób to bez poczucia winy”. Bycie uczniem Jezusa to nie wezwanie do autokreacji i indywidualizmu. Kiedy mówił On o nierządnicach i grzesznikach wchodzących przed faryzeuszami do Królestwa niebieskiego, to nie dlatego, że grzeszą, ale dlatego, że nie opierają się na własnej sprawiedliwości. Wiara w Jezusa nie jest kwestią indywidualnej interpretacji Ewangelii. Interpretacja queer jest odzwierciedleniem niektórych założeń teorii społecznej, dla której Biblia i chrześcijaństwo są jedynie kulturowym artefaktem, a wiara kategorią subiektywną. Prawdziwa wiara to bycie autentycznym, wiernym sobie w „odczytywaniu Jezusa”, a nie bycie posłusznym Bogu we wspólnocie Kościoła. To jest jednak kłopotliwe założenie, bo jeżeli chcemy mu być wierni, to musimy uznać, że także sama teoria queer jest kulturowym artefaktem. Gdzie więc jest kryterium?

Nietzsche mówił, że kryterium jest siła. To dzięki niej jedna interpretacja może wyprzeć inną. Z tego punktu widzenia Kościół ma rację, obawiając się kultury gejów i lesbijek.

Nie ma jednej kultury gejów i lesbijek. Kościół przeciwstawia się inżynierii społecznej, jaką uprawiają protagoniści teorii społecznych domagających się pełnej akceptacji wszystkich postulatów płynnych tożsamości seksualnych. Z tego punktu widzenia nie zgadza się na dyktaturę „poprawności politycznej”, którą jest ideologia genderowa szukająca prawnej legitymizacji w demokracji liberalnej. To są fundamentalne rozstrzygnięcia. Dlatego sądzę, że teologia queer będzie teologią marginalną, wykładaną nie na kościelnych wydziałach teologicznych, ale raczej na kierunkach gender studies.

o. JACEK PRUSAK, SJ – teolog, psychoterapeuta, publicysta, redaktor „Tygodnika Powszechnego”

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata