70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Historyk bez patentu

Prof. Marcin Kula bardzo ośmielił mnie swoim esejem o dziennikarzach zajmujących się historią. Udzielił im pochwały. W jakimś stopniu dzięki temu odważyłam się napisać o Zanzibarze.

Jak trafiła Pani na Zanzibar?

Moja przyjaciółka, która zbudowała tam sobie dom, jest wybitnym instruktorem nurkowania. Powiedziała mi, że nawet słaby pływak może go spróbować. Ale bogactwa świata podwodnego mnie przerastały, kilka zanurzeń wystarczyło. Zaczęłam zwiedzać miasto. Lecąc na Zanzibar, wiedziałam o plażach, rafach koralowych, plantacjach goździków i niewiele więcej. Okazało się, że to miejsce ma niezwykle dramatyczną historię. Oglądałam stare pałace, ruiny, ślady cywilizacji arabskiej, angielskiej, nowe gmachy porewolucyjne. W dodatku pewne realia życia bardzo przypominały mi PRL. Skończyłam pisać Wyspę klucz, szukałam tematu i pomyślałam, że może przez te dziwne sploty historii Zanzibar jest tematem dla mnie.

Taką afrykańską „wyspą klucz”?

Rzeczywiście była kluczem czy raczej wrotami do lądu afrykańskiego. Stamtąd wyruszali wielcy podróżnicy: David Livingstone, Henry Morton Stanley, Richard Francis Burton i inni. Dziś jest kluczem do zrozumienia epoki historycznej związanej z niewolnictwem i walką z nim, którą podjęła Wielka Brytania z powodów gospodarczych i politycznych, chociaż nie można wykluczać i humanitarnych. Także do zrozumienia rewolucji 1964 r. i wydarzeń porewolucyjnych: najpierw swoistej odmiany komunizmu, a potem powolnej demokratyzacji z korupcją i uwłaszczaniem władzy postkomunistycznej.

Wyspa – to było dla mnie bardzo ponętne. Zawsze na pograniczu dzieją się ciekawe, intensywne zjawiska. Jak na Śląsku. A wyspa z natury jest pograniczem.

Przyznawała Pani, że w czasie pracy nad poprzednimi książkami niektórych bohaterów darzyła szczególną sympatią. Czyja historia zrobiła na Pani największe wrażenie spośród „wędrowców świata”, ludzi, którzy przybyli na Zanzibar „z różnych bajek”,?

Zupełnie zdumiewającym dla mnie bohaterem był Livingstone. Dziś o nim i Stanleyu wiemy niewiele: że Livingstone wyruszył na wyprawę i zaginął, a Stanley wyruszył na wyprawę i go odnalazł. Znamy słynne zdanie tego drugiego: „Pan Livingstone, jak sądzę?”. Nie wiedziałam na przykład, co się działo z Livingstone’em od jego śmierci w afrykańskiej wiosce do pogrzebu. Historia niesienia jego zwłok przez wiernych tragarzy przez 1500 km buszu do brzegu, gdzie czekał angielski statek, była dla mnie zdumiewająca. Ale też dała pogląd na to, kim był Livingstone jako przeciwnik niewolnictwa; on sam przed laty tych ludzi uwolnił.

Miał też cechy charakteru, które trudno lubić. Kochający, ale bezlitosny mąż i ojciec rodziny, bo misja afrykańska była dla niego ważniejsza nad wszystko. Był lekkomyślny: wyprawy organizował z całkowitym nieposzanowaniem zdrowia i życia swojego i współtowarzyszy podróży. Więc – obok nienawiści do niewolnictwa – jest w tym i szaleństwo. Nie mogłam się od tej historii oderwać, dlatego Livingstone zajmuje w książce nieproporcjonalnie dużo miejsca. Ale ten wątek wraca w następnych etapach dziejów Zanzibaru, bo przecież rewolucja z 1964 r. jest zemstą na Arabach, którzy dawniej handlowali niewolnikami i aż do rewolucji stanowili ekonomiczną elitę wyspy.

Nie przepadam za Stanleyem, może za mało uznaję jego dzielność.

Myślę, że i tak jest Pani bardzo wyrozumiała. W Marzeniu Celta Mario Vargas Llosa jest dla Stanleya bezwzględny.

Reporter powinien zachować powściągliwość. Przedstawić źródła, na podstawie których buduje postać, a nie tworzyć obraz bohatera czy złoczyńcy. Zachowanie umiaru jest bardzo istotne. Pisarz może sobie pozwolić na własne emocje. Myślę jednak, że współczesna literatura faktu zbyt okrutnie się ze Stanleyem obchodzi. W książce Wytępić całe to bydło Sven Lindqvist przedstawia Stanleya jako lumpenproletariusza, okrutnika, manipulatora i kłamcę. Jednak materiały z epoki pozwalają dostrzec jego dzielność, umiejętności organizacyjne, a także zdolność do refleksji. Widzi, czego dokonał król Leopold, i ma wątpliwości dotyczące własnej roli w Wolnym Państwie Kongo. Pod koniec życia chyba żałuje. Można to wyczytać z jego autobiografii.

Stanley organizuje wyprawy z żelazną dyscypliną, a Livingstone – jak ptak boży. Stanley jest arywistą, chce zakładać miasta i nazywać je swoim imieniem, Livingstone – nie; afrykańskim rzekom nadaje imiona ludzi zasłużonych w walce z niewolnictwem. Stanley marzy, by pochowano go w opactwie westminsterskim. Livingstone pisze, że chciałby leżeć pod kopczykiem gdzieś w Afryce. „Taki rodzaj grobu bym wybrał: być w cichym, cichym lesie i żadna ręka nigdy nie ruszy mych kości”. Ale to Livingstone został pochowany w Westminsterze, a Stanley – nie. Być może oddziałał już raport Rogera Casementa o potwornym wyzysku i okrucieństwach w Kongo i nie chciano honorować człowieka, który – choćby nieświadomie – przyczynił się do nieszczęścia tylu ludzi.

Postać Stanleya jest niewygodna. Nie pasuje do mitu szlachetnych podróżników jak Livingstone czy John Kirk. Podobnie do niego widział Afrykę Sienkiewicz. Z W pustyni i w puszczy w pamięć zapadają baobaby, słoń, pies, kruchość Nel, odwaga Stasia i moralność Kalego. Miejscowa ludność występuje na marginesie głównej historii, czyli wielkiej afrykańskiej przygody Polaków.

Mit białego człowieka jest nadal bardzo silny. Ciągle postrzegamy Afrykę jako Czarny Ląd. Tak ten kontynent nazywamy, łatwo pomijając obecność Arabów, tak istotną dla zrozumienia historii Afryki Wschodniej.

Sienkiewicz w Domu żółwia pojawia się tylko na chwilę, ale polskich wątków w książce jest zaskakująco dużo. Jak się szuka Polaków w historii Zanzibaru?

Bardzo łatwo. Prof. Eugeniusz Rzewuski, znawca Afryki Wschodniej, opowiedział mi o niebywałej postaci Henryka Jabłońskiego, poety romantycznego, który na Zanzibarze był konsulem Francji. Współcześnie Polacy robią tam interesy i na ogół są świadomi tych wątków. Ale o tym, że księżniczka Salme pod koniec życia mieszkała w Bydgoszczy, dowiedziałam się przez przypadek. Córka Saida, pierwszego sułtana Zanzibaru, to bardzo barwna postać. Uciekła do Europy z niemieckim kochankiem, którego później poślubiła, i tam zaczęła nowe życie. Teraz, traktowana niemalże jak sufrażystka, jest ikoną Zanzibaru. Opublikowano jej pamiętniki i listy. Z nich dowiedziałam się, że jej zięć przed I wojną światową był wysokim oficerem i stacjonował w Bydgoszczy. Rodzina Salme mieszkała przy obecnej ulicy Mickiewicza.

Czyli niespodzianka?

Tak, ale cała praca nad tą książką była ciągiem niespodzianek. Bardzo istotna w niej jest seria morderstw, rozpoczęta zabójstwem przedstawiciela rodu Mugheirych przez przedstawiciela rodu Barwanich. To ważny wątek dla stosunków między Arabami, Afrykanami i Anglikami. Cały splot konfliktu ujawnia się w tym morderstwie. A dowiedziałam się o nim przy herbacie u arabskiej arystokratki, Bi Raziny Mugheiry. W czasie rozmowy przyszedł jej syn Nasser i opowiedział mi historię morderstwa na swoim dziadku, ojcu Bi Raziny i jej konsekwencje. Dziadek sprzyjał Afrykanom, którzy chcieli uczestniczyć w ówczesnych władzach zdominowanych przez Brytyjczyków i Arabów, i został pobity przez Arabów, którzy uważali to za zdradę, a potem dobity już w szpitalu przez najbardziej fanatycznego z nich, Barwaniego. Kiedy Abejd Karume objął rządy po rewolucji 1964 r., rozprawił się okrutnie z Barwanim, a w 1972 r. syn Barwaniego zamordował Karumego.

Usłyszałam to podczas drugiej wizyty na Zanzibarze. Już świadomie zbierałam materiał, ale ciągle miałam mnóstwo wątpliwości, czy napiszę tę książkę. Gdy usłyszałam opowieść Nassera Mugheiry’ego, poczułam się pewniej. Wcześniej czerpałam ze starych lektur (w Polsce nieznanych i nieosiągalnych, jak pamiętniki Livingstone’a), wiele rzeczy wydobywałam z przeszłości, ale jeszcze nie miałam takiego wydarzenia, które byłoby moją własnością. A to był mój exclusive.

Potem ogarnęła mnie jednak wątpliwość, czy ta niesamowita historia jest prawdziwa. Zaczęłam szukać potwierdzenia w rozmaitych źródłach i znalazłam drobne, ale niewystarczające informacje. Sprawdziłam, że ulica nosząca imię zamordowanego Mugheiry’ego rzeczywiście istnieje oraz że boisko, na którym Nasser grał jako chłopiec, i widział zamęt wywołany zamachem na Karumego, jest rzeczywiście na osi domu, w którym to się stało. Ale z całą pewnością udało mi się potwierdzić prawdziwość opowieści dopiero podczas trzeciej wizyty, w Zanzibarskim Archiwum Państwowym.

Wspominając pracę nad Wyspą klucz, chwaliła Pani otwartość i uczynność Amerykanów. Na Zanzibarze musiało być znacznie trudniej.

Nie chciałam występować oficjalnie jako dziennikarka, bo demokracja na Zanzibarze pozostawia wiele do życzenia. Poznałam miejscowego niezależnego dziennikarza współpracującego z BBC, który mi bardzo pomagał. Otóż w ciągu ostatnich lat był siedem razy zatrzymywany przez władze, raz przez kilka dni. Bałam się, że albo mnie wyrzucą, albo dadzą „przewodnika”, który mnie będzie pilnował. Przedstawiałam się jako pisarka, która pisze pracę historyczną o kulturze i zabytkach Zanzibaru. Nie było to wielkie kłamstwo.

Dostęp do Zanzibarskiego Archiwum Państwowego wymagał długich i skomplikowanych zabiegów biurokratycznych, wypełniania ankiet, rekomendacji i wydatków. W końcu się udało. Wiedziona jakąś intuicją (bo sygnatura nic nie sugerowała) odnalazłam sprawę Barwaniego w aktach sądów sułtańskich. Przeprowadzono bardzo solidny proces sądowy, do dokumentów dołączono mnóstwo szkiców, plan szpitala, schemat wydarzeń z zaznaczoną drogą ucieczki Mugheiry’ego, którego zabito sztyletem dopiero na dziedzińcu. Wszystko działo się nocą.

Z późniejszymi wydarzeniami musiało być jeszcze gorzej. John Okello, przywódca rewolucji zanzibarskiej, został wymazany z oficjalnej historii wyspy w iście orwellowskim stylu.

Archiwum zanzibarskie udostępnia tylko informacje dotyczące wydarzeń sprzed wybuchu rewolucji 1964 r. Przypuszczam, że w zbiorach jest wszystko, ale na prawach prohibitu. Gdy pytałam o Okella, pracownicy archiwum udawali, że nie wiedzą, kto to jest, i pytali, skąd o nim wiem.

Moja wiedza o nim pochodzi głównie z jego książki, bardzo ciekawej, ale czy wiarygodnej? Poza tym postać i rola Okella pojawia się w rozmaitych rozproszonych materiałach, pisanych przez Europejczyków albo Amerykanów: np. u Kapuścińskiego w reportażu o Zanzibarze, u ówczesnego dyplomaty amerykańskiego na Zanzibarze Dona Pettersona, a także w Internecie. Odtworzony w ten sposób obraz Johna Okello jest dosyć spójny. Przebieg wydarzeń znajduje na ogół potwierdzenie, ale dane dotyczące liczby ofiar są do dziś niepewne, bo ich nigdy nie zweryfikowano. Można oczywiście nie wierzyć w prorocze sny, na które Okello parokrotnie się powołuje, ale te bardzo literackie wątki są zgodne z afrykańską tradycją. Starałam się ustalić realia topograficzne. Sprawdziłam drogę nad rzeczkę, o której pisze, zbadałam, jak wyglądała radiostacja Raha Leo, z której przemawiał. Same przemówienia też zostały zapisane. Charakter obecności Okella potwierdzają też słowa fotografa Rameha Ozy, wedle których wszystkie zdjęcia przywódcy rewolucji robione w rodzinnym atelier Ozów były natychmiast rekwirowane.

Opis przebiegu rewolucji robi ogromne wrażenie. Nawet oglądając przywołany w książce film dokumentalny Africa Addio, trudno uwierzyć w to, co się widzi. Bardzo wyraźnie wraca tu kontekst kilkuset lat niewolnictwa i brutalnego wyzysku miejscowej ludności.

Naturalnie. Pogarda dla życia. Burton pisze o trupach wyrzucanych przez wodę na brzeg, rozkładających się na plaży. Przecież to jest absolutnie wiarygodne świadectwo.

Pisze Pani, że spacerując po plaży dzisiaj i nie reagując na zaczepki miejscowych, którzy na różne sposoby próbują zarobić, „odwracamy głowę w stronę morza z głębokim poczuciem winy – jesteśmy nieuprzejmi, biali i bogaci”. Miała Pani wyrzuty sumienia, że jest biała?

Miałam wyrzuty sumienia, że nie pomagam ludziom, którzy są biedni. Z jednej strony wiedziałam, że nie mogę dawać jałmużny, ale z drugiej – było mi bardzo przykro, że tego nie robię. Ale nie miałam wyrzutów sumienia, że odpowiadam za niewolnictwo. W tym sensie – nie.

Pytam, bo Dom żółwia i nowa powieść Llosy przypomniały mi fragment U nas w Auschwitzu Borowskiego: „Nosimy wory z cementem, układamy cegły, tory kolejowe, grodzimy grunta, depczemy ziemię… Zakładamy podwaliny jakiejś nowej, potwornej cywilizacji. Teraz dopiero poznałem cenę starożytności. Jaką potworną zbrodnią są piramidy egipskie, świątynie i greckie posągi! (…) Co będzie o nas wiedzieć świat, jeśli zwyciężą Niemcy?”. I zastanawiam się, co wie świat o rewolucji przemysłowej? Co wie o Leopoldzie II, a co o zbierających kauczuk rdzennych mieszkańcach Wolnego Państwa Kongo?

Niedawno byłam w Belgii i widziałam w jednym z muzeów ekspozycję pełną elementów pochlebnych dla króla Leopolda II, jakby był ciągle ojcem narodu.

Miałam podobne uczucie, gdy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że świątynie i teatry greckie zostały zbudowane przez niewolników, o czym przedtem w ogóle nie myślałam. Byłam na wycieczce, zwiedzałam… Wydawałoby się, że jest w tych cudownych zabytkach taka czystość, cud humanizmu. Wtedy miałam uczucie niewygody, że coś, co zawsze uważałam za nieskazitelne, wcale takie nie jest. Ale nie czuję tutaj swojej winy. Nam pamięć historyczna podsuwa, że częściej byliśmy niewolnikami niż niewolącymi, ale może powinniśmy pogrzebać lepiej w tej pamięci.

Z drugiej strony postkolonialne dziedzictwo wydaje się kluczem do zrozumienia wielu problemów Europy Zachodniej. Kapuściński przewidywał, że po 500 latach kulturowa dominacja Europy się skończy i wskazywał na proces odwrotny – napływ do Europy mieszkańców dawnych kolonii, „inwazję demograficzną”. To poważny sprawdzian dla europejskiej otwartości.

Otwartość nie może być nieograniczona, musi w niej być element rozsądku. Napisałam książkę o stacji imigracyjnej Ellis Island i wiem, jak dramatyczna to sprawa. Wiem, ile niesprawiedliwości wiąże się z takim przesiewem. A jednocześnie wydaje mi się, że to było konieczne. Że nie można było otworzyć Ameryki dla świata bez żadnych ograniczeń. Czy człowiek i państwo mogą przeżyć bez okrucieństw? Nie mam przesądów, ale nie chciałabym, żeby Polska była otwarta dla wszystkich. Każdy kraj jakoś pilnuje swoich granic i swej tożsamości.

Zarówno Czarnym ogrodem, Wyspą klucz, jak i Domem żółwia udowadnia Pani, że praca reportera może bardzo się zbliżyć do pracy historyka.

Muszę przyznać, że prof. Marcin Kula, którego bardzo cenię, ośmielił mnie swoim esejem o dziennikarzach zajmujących się historią. Zawarł w nim pochwałę dziennikarstwa historycznego i poddał pewnej krytyce, czy raczej samokrytyce, prace historyków z cenzusem. W jakimś stopniu dzięki tej pochwale odważyłam się napisać o Zanzibarze. Zacytuję: „Pojawia się coraz więcej osób i ośrodków uprawiających historię bez patentu. Jedną z grup, które podjęły wyzwanie dziejopisarskie, są dziennikarze. (…) Dziennikarze odważnie sięgają do różnych epok, bo nieszczęściem historiografii jest jej ściśle epokowa specjalizacja. (…) Nie ma już historyków, są tylko specjaliści od epok”. I dalej: „Dziennikarze znacznie bardziej od nas przyzwyczajeni są do przyglądania się indywidualnym i nieraz «przeciętnym» ludziom. Często prowadzą swój wywód bliżej bohaterów, niż my to na ogół czynimy. W ten sposób przywracają ludzki wymiar historii. (…) Za bardziej od nas naturalną dziennikarze uważają potrzebę znalezienia się samemu w miejscu analizowanej akcji. My najczęściej jedziemy jedynie do archiwów. (…) częściej niż my odważają się okazać własne uczucia wobec bohatera. Podczas gdy my często traktujemy naszych bohaterów jako działające maszyny. (…) mogą łatwiej przeprowadzić selekcję zdarzeń, pójść do sedna drogą prostszą niż historyk, któremu kanony zawodu nakazują poczynić tysiąc zastrzeżeń i uwzględnić drugi tysiąc niuansów. (…) Zdarza się, że historycy – tacy jak Norman Davies czy Jan Tomasz Gross – idą obecnie w kierunku reportażu”. I w konkluzji: „Nie chciałbym zmieniania historiografii w reportaż historyczny, gdyby to miała być droga jedyna. Całkowicie akceptuję jednak reportaż historyczny jako jedną z dróg rozwoju naszej dyscypliny”.

Można na to zagadnienie spojrzeć z drugiej strony: czy Jan Tomasz Gross miałby tylu przeciwników, gdyby pisał reportaże historyczne?

Pewnie mniej. Reportaż nie uogólnia w sposób tak wyraźny. Gdy autor każe przemawiać udokumentowanym przykładom, trudniej z nim dyskutować. Łatwiej się dyskutuje z uogólnieniami. Dlatego wszelkie nasze dyskusje publicystyczne ciągną się w nieskończoność. A do reportażu można właściwie tylko napisać aneks lub sprostowanie. Choć czasem może także rozwinąć się dyskusja dotycząca metody uzyskiwania faktów przez reportera, i wtedy na ogół wkraczamy na ścieżkę dociekań moralnych lub zasad profesjonalizmu reporterskiego.

Ciekawie wypada tu porównanie ze Strategią antylop Jeana Hatzfelda. Są w niej same jednostkowe przykłady, żadnych uogólnień, a obraz jednak zaskakująco spójny. Chociaż w marcowym numerze miesięcznika „Znak” Hatzfeld mówi, że jego trylogia rwandyjska – po dziesięciu latach pracy, dziesiątkach spotkań, z pytaniami egzystencjalnymi i wręcz metafizycznymi – to już nie jest reportaż.

Granice reportażu są płynne. Hatzfeld prawie nie komentuje, tworzy wielogłos zwierzeń. Wiele jest takich tekstów, w których reporter wywołuje głosy, otwiera rozmówców. Można formę zastosowaną przez Hatzfelda nazwać inaczej, ale w jury konkursu o Nagrodę im. Kapuścińskiego uznaliśmy to za reportaż. Niezależnie od tego, co myśli autor. Podobnie potraktowaliśmy książkę Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety.

Trudno dziś właściwie określić, co jeszcze jest reportażem, a co już nie. Kiedyś było chyba łatwiej.

Na pewno. Świat był mało poznany. Klasyczny reportaż podróżniczy lub wydarzeniowy wymagał opowieści z bohaterami i następstwem wypadków. Marsz solny Gandhiego i jego dramatyczny przebieg nie był przekazywany przez telewizję, lecz przez towarzyszących mu reporterów prasowych. W czasach mediów elektronicznych, z błyskawicznymi relacjami na żywo, nie możemy już opisywać wydarzeń. Musimy znaleźć sposób, by pokazać je inaczej niż telewizja lub Internet. Sięgnąć głębiej. Gdyby nie było mediów elektronicznych, Hatzfeld pewnie opisywałby przyczynę wydarzeń, zwroty akcji, przebieg walk, tło polityczne. Ale to już znamy. Więc pisze, co przeżywają ludzie, przed którymi stoi niemożliwe zadanie pojednania się. Media elektroniczne nie mają czasu, by godzinami opowiadać o tym, co czuje człowiek. Jeśli ktoś na 250 stronach książki układa w całość historie ofiar i zabójców, opowiedziane przez nich samych, można powiedzieć, że to już nie jest reportaż, tylko zapisane masowe zwierzenie. Ale jeśli to nie jest reportażem, to co nim jest?


MAŁGORZATA SZEJNERT – dziennikarka, pisarka, współzałożycielka „Gazety Wyborczej”, autorka wielu książek, m.in. Czarny ogród (2007), Wyspa klucz (2009)

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata