70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Człowiek poszukujący sensu

Wielki Duch mówi do nas bardzo cichutko, co nie znaczy, że nie potrafi grzmieć, kiedy trzeba. On chce, abyśmy zwrócili ku niemu nie tylko uwagę, ale całą swoją istotę. Wtedy zaczyna przemawiać, nieraz do każdego trochę inaczej, bo każdy jest trochę inny i inne jest jego miejsce we wszechświecie.

Kiedyś dawno, dawno temu – już nie pamiętam kiedy – targowałem się z arabskim kupcem. Cóż w tym niezwykłego? Handryczenie się o cenę jest na Bliskim Wschodzie przyjętym powszechnie obyczajem, a nawet obowiązkiem; ma wymiar nie tyle handlowy, ile towarzyski. Pozwala nawiązać osobisty kontakt między targującymi się stronami, a czasem wręcz się zaprzyjaźnić. Jakże sucha i zdehumanizowana wobec tego bogactwa jest bezosobowa procedura transakcyjna uprawiana przez ludzi Zachodu! Dopiero po przekroczeniu Alp Dynarskich, a najlepiej po przepłynięciu Morza Śródziemnego handel staje się częścią antropologii kulturowej, a nie trywialnej ekonomii. Zarówno kupujący, jak sprzedający mają okazję do zademonstrowania inteligencji, osobowości, zasobu słownictwa, zdolności aktorskich i wszelkich innych talentów. Tak jak paw roztacza przy byle okazji kolorowy pióropusz swego ogona, tak kupiec puszy się i wznosi na wyżyny oratorskiego kunsztu niezależnie od tego, czy transakcja dojdzie do skutku. Dlatego nie powinno dziwić, że nie pomnę także, co było jej przedmiotem. Przecież to tak mało ważne, kiedy liczy się sztuka!

– Tyle a tyle! – powiedział kupiec po dłuższej już, ale coraz bardziej rozgrzewającej serce grze wstępnej.

Stanąłem na wysokości zadania, odgrywając – choć na pewno gorzej niż on – paroksyzm wzgardliwego śmiechu:

– Chyba kpisz! Żądać tak wiele za byle marnotę?

– To najlepszy towar na tym bazarze! – teraz on wznosił się na wyżyny sztuki w roli obrażonej, ale wciąż chętnej niewinności. – Ty nawet, przyjacielu, nie wiesz, jak ja się staram. Jak troszczę się o takich jak ty. Zrozum, że dopiero posiadając na własność tak piękny przedmiot, warto żyć i cieszyć się światem!

– Troszczysz się tylko o zarobek, cieszysz pieniędzmi i po to żyjesz! – burknąłem nieuprzejmie.

– Żyję dla zadowolenia moich klientów! – zawołał dotknięty w swym bazarowym honorze. – To jest sens mojego życia!

– To mi powiedz, ale bez zgrywy, po co naprawdę żyjesz. Jaki w tym sens? – spytałem w zupełnie innej konwencji.

To był niewybaczalny błąd, bo bez żadnego powodu wykroczyłem poza dozwolony tok bazarowego spektaklu. Czar prysnął.

– O sens życia pytasz… – wybąkał jeszcze skonfundowany. – Ale jakim prawem?! – wrzasnął. – Kto cię do tego upoważnił? Chciałeś podstępnie zdobyć moje zaufanie, aby mnie potem ośmieszyć! – darł się, a wokół narastało nieprzyjazne zbiegowisko.

Prysnąłem, bo rozeźlony Arab chętnie chwyta za nóż. Nie wiedziałem jeszcze, że to też najczęściej na niby.


Zadbaj, aby jej mąż tego nie widział…

Naukę w niższych klasach szkoły podstawowej pobierałem w mniej zniszczonej dzielnicy dopiero co odzyskanego Gdańska, pięknie nazwanej Wrzeszczem. Dopiero potem Günter Grass napisał: „Jeśli zdarzyło się cokolwiek, zdarzyło się to we Wrzeszczu”. W owych chłodnych i głodnych latach powojennych w szkołach była jeszcze religia, nim ją wkrótce usunęli coraz śmielej szarogęszący się komuniści. Wbijała ją nam do tępawych główek dziecięcych sroga pani katechetka, rodowita Kaszubka rozmiłowana w porządku i dyscyplinie, niegardząca drewnianą linijką jako nie tyle pomocą, ile raczej przemocą dydaktyczną. Pamiętam, jak kazała wykuć na pamięć taki oto ważny werset z ówczesnego katechizmu:

Pytanie: Po co człowiek żyje na ziemi?

Odpowiedź: Aby wolę Bożą spełniać i tym zasłużyć sobie na niebo.

Odpytany, powtórzyłem nienagannie ową wykładnię sensu życia, ale przełamując strach przed linijką, ośmieliłem się też zapytać:

– Ale co to jest ta wola Boża?

Oburzenie naszej pani katechetki przypominało złość arabskiego kupca, którą miałem możność poznać dopiero w wieku dojrzałym. W wieku szkolnym zapoznałem się tylko z twardością linijki, i to dotkliwie. Niestety, nie dane mi było poznać, jak stara Kaszubka odpowiadała na owo pytanie i czy je w ogóle sobie zadawała. Dopiero sporo dziesięcioleci później polski papież napisał w swej pierwszej encyklice: „Człowiek jest drogą Kościoła”.

Dużo, dużo później, ale w zdecydowanie przyjemniejszych okolicznościach zadałem podobne pytanie miłemu mieszkańcowi jednej z wysepek na pacyficznym archipelagu Fidżi, w którego chacie udało mi się na kilka dni zamieszkać.

– Pytasz o sens życia, jak my Fidżianie go rozumiemy? – wyluzowany jak wszyscy tutejsi wyspiarze, postawny krajowiec poprawił trochę swoją przewiewną spódnicę sulu i rozłożył się wygodniej pod palmą, która dawała nam nieco tak zbawczego w tropiku cienia. – Dziwne pytanie… – ciągnął. – Nie zastanawiałem się nad tym szczególnie, ale żyję tak jak wszyscy moi bracia, krewni i współplemieńcy. Żyję tak, aby było przyjemnie. Ty też tak żyj, nie pytaj. Wy biali niepotrzebnie zawracacie sobie głowę zbyt skomplikowanymi problemami. Czy ryba pyta o sens? Albo małpa na drzewie? Gdy widzisz dojrzały owoc, to go zerwij. Jeśli zobaczysz bulwę taro, to ją upiecz i zjedz – pogłaskał się po obfitym brzuszysku. – A gdy widzisz ładną kobietę, to się z nią połącz, choć na chwilę. No, chyba że jest twoją siostrą…

– A jeśli ona jest mężatką?

– Zadbaj, aby jej mąż tego nie widział, bo możesz sprawić mu przykrość.

Porozmawiaj z Wielkim Duchem

O to samo spytałem mojego amerykańskiego przyjaciela o indiańskich korzeniach. Oczywiście po wszystkich długotrwałych ceremoniach szałasu pary, gdyśmy oczyszczeni i oddaleni od miałkich spraw tego świata siedzieli w milczeniu i samotności nad brzegiem pustego jeziora.

– To jest dobre pytanie. Ważne! – powiedział Indianin po chwili. – Trzeba je sobie często zadawać, aby nie uwikłać się w sprawy, które na to nie zasługują, ale czepiają się nas jak zeschłe łodygi zwierzęcej sierści i są w stanie pochłonąć każdą ludzką istotę bez reszty.

– Wielu ludzi, których o to pytałem po całym świecie, wpadało w złość albo przynajmniej starało się zmienić temat.

– To proste. Takie pytanie ich boli. Bo wiedzą, że istnieje, przeczuwają odpowiedź, ale musieliby zupełnie zmienić swoje życie, aby pójść za nią. Dlatego wy biali nieczęsto je sobie zadajecie, uciekacie przed nim, dostrzegacie tylko lęk i tajemnicę w miejscu, gdzie trzeba zatrzymać się twarzą w twarz przed pytaniem o sens.

– A jaka jest odpowiedź?

– Znowu wyłazi z ciebie miejski człowiek – uśmiechnął się mój przyjaciel. – Wszystko chciałbyś wiedzieć natychmiast, mieć odpowiedź jak z poradnika dla dorastającej młodzieży. Tego, co jest ponad nami, nie znajdziesz w Googlach.

– Więc jak?

– Wielki Duch nie odpowiada wprost. Łatwe odpowiedzi dają tylko fałszywi prorocy i tandetni misjonarze. Opowiadałem ci przecież, jak u nas po inicjacji każdy młody chłopak przyjęty do grona mężczyzn udaje się na samotną wędrówkę i pości w lesie, by odczytać swoje przeznaczenie i zrozumieć swój sens. To musi potrwać kilka dni, by odłączyć się od miałkiej codzienności, ale też nie wszystkim się to udaje. Dlatego każdy dorosły aż do późnej starości powinien znaleźć czas na wsłuchanie się w głosy, których nie słyszy w codziennym zgiełku. Temu służy oczyszczenie w szałasie pary, fajka, post, samotność i milczenie.

– Sądziłem, że to magiczne rytuały, zaklęcia, w których moc wierzycie.

– Wielki Duch nie daje się przekupywać, czarować ani zaklinać. Rytuały służą tylko temu, byśmy nie zapominali, że jesteśmy częścią wielkiej całości.

– Jakiej?

– Świat jest całością, także świat duchów. Od roślin i zwierząt różnimy się tylko tym, że mamy rozum, i dlatego stoją przed nami większe wymagania. Mamy pieczołowicie dbać o całość, o ziemię, zwierzęta i lasy. Wyście już dawno o tym zapomnieli.

– Dlaczego mam w to wierzyć? Gdzie to spisane?

– Wielki Duch mówi do nas bardzo cichutko, co nie znaczy, że nie potrafi grzmieć, kiedy trzeba. On chce, abyśmy zwrócili ku niemu nie tylko uwagę, ale całą swoją istotę. Wtedy zaczyna przemawiać, nieraz do każdego trochę inaczej, bo każdy jest trochę inny i inne jest jego miejsce we wszechświecie. Dlatego nic nie powinno być spisane. Ale jeśli cię to nie przekonuje, pomyśl, że każdy, kto słyszał ten głos, opowiada mniej więcej to samo; Indianin, chrześcijanin, kto tam jeszcze…

Zaciągnij się na wojnę z szatanem

Na północ od Chicago wznosi się świątynia bahaitów, pięknie położona nad brzegiem jeziora Michigan. Imponująca kopuła góruje nad wydmami i nielicznymi osiedlami w okolicy. Synkretyczna religia łącząca w sobie elementy najważniejszych wierzeń z przewagą wschodnich miała stać się odpowiedzią na dzielące ludzkość kłótnie wyznawców, ale okazała się jeszcze jednym mało udanym eksperymentem. Podobne przybytki zdarzyło mi się spotykać z rzadka rozsiane po całym świecie.

– Szukasz tu odpowiedzi na pytanie o sens? – zagadnął mnie mężczyzna o rysach twarzy jakby ze Środkowego Wschodu, może Irańczyk, może Ormianin albo i Pusztun bądź ktokolwiek stamtąd. – My ją znamy.

– Jaka jest?

– Bóg ciebie potrzebuje jako swego żołnierza. Straszliwa walka dobra ze złem toczy się ze zmiennym szczęściem i nie zostanie rozstrzygnięta aż do końca dziejów. Jeśli On ma zwyciężyć szatana, ludzie muszą mu pomóc. Po to zostaliśmy powołani do istnienia. Każdy z nas powinien wspomagać słuszną sprawę. Zaciągnij się więc do armii Boga. Gwarantuję ci udział w walce, ale zbawienie zależy od tego, czy zwyciężymy.

– Więc nie jest wszechmocny?

– Oczywiście, że nie jest. Dowodzi tego bezmiar zła i cierpienia wokół. Dopiero razem z nami może zwyciężyć. W tym jest nasz sens!
Opowieść o tym spotkaniu – sam nie wiem, czy z wyznawcą czy kapłanem – rozeźliła mojego chicagowskiego gospodarza.

– Szukasz wciąż metafizycznego guza – warknął amerykański agnostyk. – To go dostajesz na własne życzenie. Ani Bóg, ani Szatan nie są potrzebni do wyjaśnienia świata, używamy ich tylko z intelektualnego lenistwa. W wyniku miliardów lat ewolucji jesteśmy tacy, a nie inni, posiadamy intelekt i wolną wolę. Życie wieczne istnieje tylko jako następstwo pokoleń z podobną świadomością, nadziejami i kulturą. Nie ma nad nami nic, czego sami nie wytworzyliśmy. Sens nie wynika z żadnej metafizyki, z tak zwanego Boga, jego aniołów i świętych, tylko z tego, co wiemy o innych ludziach i tego, co nas z nimi łączy. Wszystko inne lęgnie się albo z tchórzostwa, albo z ulegania wyłącznie przyjemnościom brzucha bądź lędźwi.

– Wszechogarniający świecki humanizm? – spytałem.

– Nie tylko. Bo z tego, że jesteśmy najwyższym jak dotąd ogniwem ewolucji, wynikają ważne obowiązki względem całości. Jesteśmy za nią odpowiedzialni.

– Już mi to ktoś mówił! – przerwałem mu. Ale nie chciałem wyjawić, kto.

Oświecony nie pyta o sens

– Nigdy nie pytaj w ten sposób – powiedział mi buddyjski mędrzec w swoim klasztorze. – Pytanie o sens jest źle postawione, a więc nie można sformułować jakiejkolwiek rozumnej odpowiedzi.

– Nie powiesz mi, świątobliwy, że wy go sobie nie zadajecie!

– Tylko na niższych szczeblach samsary – odparł. – Gdy człowiek mocno stanie na ścieżce wiodącej do oświecenia, zaczyna pojmować, że sens jest oczywisty jak powietrze, którym oddychamy, i nie warto oń pytać ani go szukać. Wasze europejskie poszukiwanie spełnienia i sensu życia tylko powiększa sumę cierpienia i daremnej szamotaniny na świecie.

– Więc jak żyć?

– Umniejszać się. Coraz mniej pragnąć, coraz mniej zużywać, coraz mniej posiadać, coraz bezszelestniej się poruszać. Wtedy, obojętnie w jakiego boga lub bożków wierzysz, dojdziesz z wolna do zrozumienia, że także twój sens jest w rozpuszczeniu się w czymś co święte, choć niemożliwe do nazwania.

– W nirwanie?

– Hindusi tak to nazywają, my przez skromność wzbraniamy się umieszczać tam nasze ludzkie, więc nieudolne słowa. Lepiej mówić o oświeceniu. Albo po prostu milczeć.

– Więc sens to śmierć?

– Nie, śmierć to tylko przejście do innego stanu. Jeśli twoja dusza jeszcze nie dojrzała, to tylko do następnego wcielenia. Jeśli jest na właściwej ścieżce, to zapewne ta twoja śmierć będzie już ostatnią, którą musisz odcierpieć. Ale masz rację, że sens jest widoczny najlepiej w obliczu śmierci. Tylko wtedy nabiera wagi.

Solidarność Boga

Odzyskuję świadomość po ciężkiej operacji. Ten, kto to przeżył kilka razy, wie, co taka chwila znaczy i jak boli. Niechętny powrót do życia pełnego niezawinionego cierpienia i słabości, jaką narzuciła choroba. Tak się złożyło, że ostatnie lata przyniosły mi najpierw nowotwór, potem dramatyczny stan kręgosłupa. Jakoś z tego wybrnąłem, choć na pewno tylko na jakiś ograniczony czas. To był jeden z epizodów.

Wówczas, przez zwykłe szpitalne dźwięki, tykanie aparatury, kroki pielęgniarek Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej, ich przyciszone głosy, usłyszałem słowa:

– Jesteś potrzebny, nie tylko bliskim ci ludziom, ale Bogu. On cię stworzył nie dla kaprysu, nie po to, by przysporzyć sobie czcicieli, ale po coś ważnego. Po co dokładnie, tego jeszcze nie wiemy; ani ja, ani ty. Ale On wie. Ten cel i sens muszą być bardzo ważne, skoro Bóg zdecydował się przyjąć ludzkie ciało, żyć ludzkim życiem, cierpieć naszym cierpieniem i umrzeć śmiercią najbardziej bolesną i uważaną w tamtych czasach za najbardziej hańbiącą. Są różne wiary i rozmaicie człowiek wyobraża sobie absolut. Ale tylko w jednej, jedynej religii Bóg jest aż tak bardzo solidarny z człowiekiem, tak bardzo go kocha i tak bardzo go potrzebuje, że jest gotów cierpieć razem z nim. Czy potrafisz to zrozumieć?

Nie wiem, czy mówił to szpitalny kapelan, który na chwilę przysiadł obok przywiezionego właśnie z sali operacyjnej nieszczęśnika, czy któryś ze zdrowszych pacjentów, czy może coś mówiło w moim pokrojonym i obolałym jestestwie? Ale i tak nie byłem w stanie tego zrozumieć. Jeszcze nie wtedy.

W tym miejscu może mi przerwać zniecierpliwiony Czytelnik: o co autorowi chodziło? Co chciał przez to powiedzieć? Jeśli chciał przypomnieć, że ludzie jak świat długi i szeroki zadają sobie pytanie o sens, to trywialne. Jeśli wyznać swoją wiarę, to jeszcze gorsze, bo nachalne. Bo jedynie słusznej i dającej się udowodnić odpowiedzi nikt nie posiadł. Jeszcze od biedy mogłoby się ostać jako konkluzja, choć śp. ksiądz Józef wzruszyłby ramionami i powiedziałby po swojemu: „tyz prowda”. Na szczęście ten niezbyt udany tekst kończy cykl, w którym wspominałem swoje niegdysiejsze podróże. Wkrótce zaproponuję coś nowego pod obiecującym nadtytułem „Horyzonty”.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter