70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ropucha w ogródku Kandyda

Co się stało z kulturą, skoro autor uznawany za sumienie współczesnego świata czuje potrzebę przypomnienia, że dostrzeganie uroków wiosny ma większe znaczenie niż polityczne zaangażowanie?

W tytułowym szkicu wydanego w tym roku wyboru pism George’a Orwella, na który składają się mało znane marginalia: młodzieńcze próby literackie, reportaże, fragmenty prozy, felietony i zapiski (zebrane, skomentowane i przełożone przez niestrudzonego propagatora Orwella w Polsce, Bartłomieja Zborskiego), pisarz kieruje swoją i naszą uwagę na wiosenne obyczaje ropuch, które na przedprożu wiosny, jeszcze przed jaskółkami, żonkilami i przebiśniegami, budzą się do nowego życia. Wychodzą z ziemi, w której zimowały zagrzebane od jesieni, i kierują się mozolnie ku swojemu naturalnemu żywiołowi – wodzie, by tam oddawać się siłom wzmożonej seksualności.

Orwell z czułością przyrodnika amatora opisuje te płazy wywołujące w potocznym odczuciu reakcję obrzydzenia i wstrętu. Świadomy ich podłej reputacji pisarz gotów jest na krok tak ryzykowny jak uznanie ropuchy za piękne zwierzę. Ropusze piękno jest, w jego słowach, niemal sakralne, gdyż ospałe, skurczone ciała ropuch cechuje „szlachetność i wzniosłość”, przypominająca Orwellowi „ortodoksyjnych wyznawców nurtu eklezjalnego w Kościele anglikańskim, gdy kończy się Wielki Post”.

Ale to nie wszystko. Po tej błyskotliwej obserwacji autor czyni wyznanie, które można odczytać tylko jako deklarację szczególnej, niecodziennej miłości: czym innym bowiem niż dowodem tego właśnie uczucia jest stwierdzenie, że ropucha ma „prawdopodobnie najpiękniejsze oczy wśród zwierząt”? Pomińmy tu kwalifikację „prawdopodobnie”, którą złożyć trzeba na karb przysłowiowej angielskiej wstrzemięźliwości, widocznej po dziś dzień, jak potwierdza to choćby znana reklama piwa Carlsberg, „prawdopodobnie najlepszego piwa na świecie” (browar wprawdzie duński, ale slogan reklamowy angielski). Kiedy Anglik wypowiada sąd tak ogólny, z cechą w stopniu najwyższym, musi zabezpieczyć się kwalifikującym go przysłówkiem. Nie inaczej Orwell.

Mała rewolucja

Ważniejsze jednak w jego stwierdzeniu jest co innego niż owo „prawdopodobnie”, a mianowicie obdarowanie ropuchy atrybutem duchowości. Ma bowiem ona oczy, nie ślepia, czyli narząd, który tradycja nazwała zwierciadłem duszy. Spojrzenie w oczy jest spotkaniem spojrzeń, kontaktem intymnym na tyle, że kiedy zdarza się w miejscach publicznych i między obcymi sobie ludźmi, może rodzić agresję. Orwell patrzy ropusze w oczy i dostrzega w nich wspomnianą już szlachetność, są bowiem podobne do półszlachetnych kamieni. Jest zresztą w dobrym towarzystwie, gdyż o pięknych i szlachetnych oczach ropuchy pisał też Szekspir.

Opis Orwella nie jest oczywiście niewinny. To nie zapis zachwytów domorosłego obserwatora przyrody. Każdy czytający go Anglik zapewne przypomni sobie w tym miejscu nie tylko Szekspira, ale też inny opis świata budzącego się po śnie zimowym, którym zaczynają się Opowieści kanterberyjskie Geoffreya Chaucera: „Gdy kwiecień deszczu rzęsistym strumieniem / Marcową suszę zmoczy do korzeni (…) poczną śpiewać maleńkie ptaszęta, których źrenica we śnie nie zamknięta, / Bo w nich tęsknotę budzi przyrodzenie” (tłum. Helena Pręczkowska). Chaucerowskie przebudzenie wiąże się z przebudzeniem moralnym, z potrzebą oczyszczenia duszy przed nowym etapem życia, zmuszającą ludzi do pielgrzymowania do miejsc świętych. Odrodzeniu towarzyszy rozbudzenie sił witalnych i reprodukcyjnych.

Taki obraz początku wiosny, splatającego cielesną regenerację z duchową odnową, przywołuje też w pamięci Anglików inny, starszy utwór poetycki, leżący u samego zarania literatury angielskiej: „Wiosną już rozkwita świat (…) Za cielęciem buczy krowa, / A jagnięcia owca szuka / I swawolą kozy w polu / Hej wesoło kukaj / Kuku, kukaj” (tłum. Janusz A. Ihnatowicz). Zaryzykujmy więc konkluzję: autor, pisząc swój szkic o ropusze zwyczajnej, dokonywał prowokacyjnego przewartościowania, przenicowywał utrwalone w kulturze angielskiej obrazy i wartości. To oczywiście rewolucja, choć szyta na miarę późnego Orwella, który w sens rewolucji zwątpił nieodwołalnie (szkic powstał cztery lata przed śmiercią pisarza, a rok po Folwarku zwierzęcym).

Mała rewolucja, którą proponuje w omawianym szkicu, rozgrywa się więc w myśleniu, a nie w porządku społecznym i jego instytucjach. To rewolucja indywidualna, prywatna, którą może przeprowadzić każdy, w odróżnieniu od rewolucji mas, za którymi stoją partie, ideologie i wielkie procesy społeczne. Tak jak kiedyś Orwell ujmował się za tymi, których społeczeństwo wykluczyło, zepchnęło na margines i odebrało głos, za włóczęgami i bezdomnymi (w recenzowanym tomie znajdziemy kilka wstrząsających tekstów na ten temat), tak teraz w szkicu ewidentnie wielowymiarowym, odsyłającym do drugiego, podskórnego znaczenia, bierze pod lupę lekceważoną ropuchę zwyczajną i czyni z niej figurę pars pro toto, reprezentującą to wszystko, co dominująca kultura skazała na niebyt.

Dlatego też nie bez podstaw można dopatrzyć się w tym szkicu polemiki z literacką tradycją języka angielskiego, z anonimowym autorem średniowiecznego wiersza o wiośnie i z Chaucerem, którzy stworzyli wzorzec opisu wiosny i natury. Orwell tej polemicznej zadziorności w genezie szkicu nie ukrywa – uroda (ropuch) urodą, ale, jak przyznaje, do napisania szkicu natchnęło go to, że w przeciwieństwie do wymienionych w pierwszym zdaniu jaskółek i żonkili, ropucha „nigdy jakoś nie była przesadnie opiewana przez poetów”. Orwell wyrównuje więc rachunki, a jego szkic próbuje oddać sprawiedliwość temu, co wydziedziczone.

Franciszkański socjalizm

O tym, że ewolucja ropuchy do statusu bohatera literackiego ma wymiar szerszy niż tylko przyrodoznawczy, przekonuje mnie komentarz, w którym Orwell przenosi swoją opowieść o przyrodzie do rozważań naznaczonych społeczną świadomością. Wspominając bowiem o zwierzętach, o rozmaitych płazach i ptakach, żyjących w sposób „nieoficjalny” w samym centrum Londynu, Orwell zauważa: „aż przyjemnie pomyśleć, że żaden z nich nie płaci bodaj pół pensa komornego”.

Komorne, podobnie jak podatek, nie jest po prostu jedną z instytucji ekonomicznych dobrze zarządzanego państwa, to raczej dowód na istnienie władzy, hierarchii i prawa, zgodnie z którym za pobyt na ziemi, będący przecież częścią naszej kondycji, należy płacić. A gdy jedni płacą, inni się na tym wzbogacają. Nic dziwnego, że socjalista Orwell z przyjemnością patrzy, jak te ptaki, zamieszkujące nieoficjalnie londyńskie dachy, istnieją poza systemem rynku i kapitału, mnożącego nierówności i utrwalającego podział na tych, co mają i tych, którym się odbiera.

W tym krótkim komentarzu odzywa się w Orwellu nie tyle socjalista, ile człowiek o franciszkańskiej wrażliwości, zauroczony innym porządkiem świata, w którym ptaki na niebie „nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec niebieski żywi je” (Mt 6, 26–27). Franciszkanizm Orwella? Tak, bo pamiętajmy, że Orwell nie odwrócił się całkiem od religii: w 1945 r. pisał w „Observerze”, że „należałoby odtworzyć religijny stosunek do życia”, a rok wcześniej w artykule w „Tribune” oświadczał, że „trudno stworzyć wizję przyszłości bez uświadomienia sobie, ile straciliśmy wraz z rozkładem chrześcijaństwa”.

Uprzedzając możliwe ataki na siebie za artykuł o ropusze napisany w rok po zakończeniu najpotworniejszej z wojen, Orwell dzieli swoich potencjalnych oponentów na dwie kategorie.

Jedna grupa oburzonych czytelników uzna, że czerpanie przyjemności z życia prowadzi do politycznego kwietyzmu i faktycznego uznania status quo. Zgodnie z tą logiką, ludzie powinni być niezadowoleni, bo tylko wtedy znajdą motywację, by przeobrażać rzeczywistość. To stanowisko w swojej nieufności do wszystkiego, co wiąże się z przyjemnością, wyrasta, jak sądzę, tyleż z ideologii ruchu rewolucyjnego, co z ducha wiktoriańskiego purytanizmu.

Druga grupa czytelników zarzuci autorowi, że zajmuje się przyrodą, gdy tymczasem nasza epoka to czas miasta i maszyny, że „miłość do przyrody jest kaprysem mieszczuchów niemających zielonego pojęcia, czym jest naprawdę przyroda”.
Orwell odpowiada na te potencjalne zaczepki. Nie tłumi w sobie belferskiego impulsu, by dopowiedzieć, że człowiek, który nie potrafi cieszyć się przyjemnościami życia, nie będzie umiał cieszyć się bardziej sprawiedliwym i bardziej ludzkim porządkiem społecznym, kiedy ten w końcu nastanie. Po takim dictum widzimy już, że ropucha w szkicu Orwella przestaje być ropuchą, zamienia się w perswazyjny argument w jego wywodzie na temat sposobu, w jaki świat jest urządzony.

Teza kończąca szkic jest prosta: dyktatorzy przychodzą i odchodzą, ale Ziemia nadal toczyć się będzie wokół Słońca (a ropuchy wygrzebywać się z ziemi, wędrować do wody i oddawać się miłości). To dość charakterystyczne stanowisko, które pod koniec życia reprezentował Orwell: próba wyjścia poza wrzask i zgiełk historii, poza świat doraźnych zmian, mijających konfliktów i iluzorycznych problemów.

Szkic Orwella o ropusze zwyczajnej, przynajmniej w swojej deklaratywnej części, może razić banalnością gestu i naiwnością idealistycznego spojrzenia brytyjskiego socjalisty. Niesprawiedliwej i obmierzłej rzeczywistości społeczno-politycznej przeciwstawia on niedostrzegany urok przyrody, proponując wyjście poza antropocentryczny świat, który w XX w.na każdym niemal kroku nie zdawał egzaminu i sam się kompromitował.

Szkic ten jest jednak czymś więcej: odpowiedzią na odczuwany przez pisarza syndrom utraty kontaktu z rzeczywistością, zdominowaną przez abstrakcyjne pojęcia, ścierające się z sobą teorie i dogmatyczne ideologie, których manipulatorskie działanie Orwell obserwował od lat 30. ubiegłego wieku. Sam unikał wielkich i abstrakcyjnych słów, uważając, że świadczą one o zepsuciu języka, które jest nie tylko kwestią smaku, ale też ważnym symptomem degradacji porządku społecznego.

Takie zawężenie perspektywy do tego, co bezpośrednio dane, przeniesienie wzroku z planu historycznego i politycznego na prywatny i biologiczny (reprezentowany tu przez ropuchę), ma swoje korzenie w tradycyjnym angielskim empiryzmie z jego postawą podejrzliwości wobec pretensji metafizyki, która to postawa wydała zaraz po wojnie, a więc w czasach Orwellowskich, oksfordzką szkołę filozofii analitycznej. W szkicach politycznych Orwella widać wyraźnie, jak obce jest mu teoretyzowanie, z którym nie radzi sobie najlepiej, ale też z którym radzić sobie chyba nie chce, wierząc w zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości jako wystarczające antidotum na wypaczenia systemu.

Optymistyczna ideologia

Zaskakująco ogólnikowo, czasem wręcz naiwnie brzmią zebrane w tomie jego szkice polityczne, nawet jeśli uznamy, że mają charakter wprowadzający i popularyzatorski. Zdumiewać może na przykład (akcydentalne co prawda) utożsamianie socjalizmu z komunizmem, a także niedostrzeganie różnic między własnością społeczną a państwową. W Orwellowskim ujęciu socjalizmu wykładnia ekonomiczna, oparta na społecznej czy państwowej własności środków produkcji, jest wyraźnie drugorzędna i miesza się z filozofią państwa dobrobytu (którego założenia socjalistyczna de facto Partia Pracy wprowadzała w Wielkiej Brytanii od 1945 r.).

W drobnym szkicu Czym jest socjalizm? Orwell skłania się ku definicji socjalizmu jako umiłowania wolności i równości (w takiej kolejności i bez świadomości napięć między nimi) oraz jako wiary w równie ogólnikowo sformułowane „braterstwo międzyludzkie”. Co ciekawe, pisarz wydaje się tu bronić utopijnego charakteru socjalizmu, choć już niedługo napisze jedną z najgłośniejszych antyutopii w literaturze światowej. „Utopiści są rzeczywistymi kontynuatorami socjalistycznej tradycji”, oświadczy w zakończeniu szkicu, wierząc, że mimo wielu wrogów idea „ziemskiego raju” nie zaginie. Nie przeszkadza mu to stwierdzić jednocześnie, że postulowana przez socjalistów „równość gospodarcza” (cokolwiek ona oznacza) okazała się „niepraktyczna”.

Jak bardzo Orwell gubi się w swoich wywodach, widać w dalszych fragmentach tego szkicu, gdy zdefiniowawszy socjalistę jako kogoś, kto wierzy w urzeczywistnienie raju na ziemi, już w następnym zdaniu przyznaje, że socjalista nie musi wierzyć w możliwość powstania doskonałego społeczeństwa, ale jedynie w możliwość polepszenia warunków, w jakich żyją i pracują ludzie. A więc: budowa utopijnego raju czy pozbawiona tej iluzji stopniowa melioracja?

W swojej definicji socjalizmu Orwell powtarza tezy postawione przez konserwatywnego filozofa Thomasa Ernsta Hulme’a, nazywając socjalizm „ideologią optymistyczną”, pozostającą w sprzeczności z doktryną grzechu pierworodnego, a więc wyrastającą z przekonania, że człowiek może się rozwijać, a jego natura jest w gruncie rzeczy przyzwoita. Orwell wydaje się tu wspierać to optymistyczne przekonanie, choć w pisanym w niemal tym samym czasie szkicu dla „Observera” z 1944 r., niezamieszczonym w wyborze, stwierdza: „kiedy człowiek przestaje czcić Boga, szybko zaczyna czcić Człowieka, a efekty są katastrofalne”. Pod takim antyprometejskim stwierdzeniem podpisaliby się wszyscy konserwatyści i przeciwnicy socjalizmu.

W artykule Marks i Rosja (1948) Orwell twierdzi, że komunizm radziecki nie ma nic wspólnego z teorią Marksa, Lenin – z późniejszą praktyką polityczną komunistów radzieckich, a sami komuniści mają do swojej ideologii stosunek mistyczny. Powojenna publicystyka polityczna Orwella, zwłaszcza próby porządkowania pojęć, świadczą o coraz większej konfuzji autora, który widzi, jak ongiś ważkie słowa tracą lub zmieniają swoje znaczenie, czarno-białe podziały się zacierają, a artykuły prostej kiedyś wiary – komplikują.

Dla Orwella gwarancją, jeśli taka w ogóle jest możliwa, sprawiedliwego porządku na świecie, nie jest wprowadzenie określonych zmian systemowych czy instytucji, ale przetrwanie przyzwoitości (decency). Odpowiednikiem takiej przyzwoitości jest chyba umiejętność bezinteresownego zafascynowania się ropuchą, która to umiejętność, a więc wewnętrzna przemiana człowieka, jest – przynajmniej dla późnego Orwella – jednym z warunków powstania lepszego porządku społecznego. Nic dziwnego, że Stephen Spender nazwał Orwella „angielskim Kandydem XX w., który wierzy w wartość zwykłej ludzkiej przyzwoitości”. I rzeczywiście, kiedy Orwell pisze o angielskim klimacie i angielskiej kuchni, kiedy opisuje swój ulubiony pub i pochyla się nad ropuchą zwyczajną, wtedy jak Kandyd uprawia z oddaniem swój ogródek.

George Orwell

Kilka myśli o ropusze zwyczajnej oraz inne nieznane szkice, opowiadania i eseje

Tłum. Bartłomiej Zborski

Świat Książki, Warszawa 2011, s. 264

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata