70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polskość po resecie

Dla tej łatwości ześlizgu w pseudoreligijny fanatyzm potrzebne nam uzwyczajnienie, sekularyzacja patriotyzmu. Wyraźne oddzielenie tego, co Boskie, od tego, co cesarskie. Pan Bóg jest zazdrosny, nie wzywajmy Jego Imienia nadaremno, nie mieszajmy Go z ojczyzną, nie wciągajmy zbyt natarczywie do naszych interesów.

Niemcy kiedyś lubili śpiewać Deutschland, Deutschland über alles, über alles in der Welt. U nas poczucie własnej wartości wyrażało się w (tetmajerowskiej) raczej prostackiej   rymowance wolę polskie g… w polu, niż fiołki w Neapolu. Widocznie megalomania wchodzi w skład każdej narodowej tożsamości. Gorzej, jeśli do wychowywania tej tożsamości zabierze się paranoik węszący wszędzie zagrożenia i spiski. Ziemia nie jest rajem, pełno tam szaleńców, ale histeryczna podejrzliwość bywa bardzo złym doradcą. Niestety, media to lubią, więc piszący musi pokazywać, że jest szczwanym lisem, nie nabierze się na piękne słówka, zawsze wytropi trupa w szafie.

Taki zgryz nie sprzyja jednak budowaniu międzyludzkiego zaufania. A bez tego zaufania wszyscy szybko zdechniemy w opancerzonych bunkrach. Dlatego moją opowieść  poprowadzę w staroświeckiej konwencji, głosząc jak być powinno, choć nie jest. Ktoś przypomni, że tak się sześciolatkom opowiadało bajki z morałem. Ale może ja naprawdę wierzę, że krasnoludki są na świecie…

***

Z końcem PRL pojawia się coraz częściej temat tożsamości narodowej, nie tylko w publikacjach poza cenzurą, ale i w obszarze kontrolowanym przez władze komunistyczne, gdyż nawet partia czuje, że leninizm jako doktryna zbawienia jest zużytym śmieciem, już przez nikogo niebranym serio. Najwcześniej pojmuje to grupa Moczara i chętnie (Załuski) sięga do frazeologii patriotycznej: PRL w ten sposób staje się dziedzicem nie tylko „postępowych” (tj. zręcznie wyselekcjonowanych) polskich tradycji „narodowo wyzwoleńczych”, czyli zręcznie przechwyconych XIX-wiecznych powstań, ale i (poniekąd) walk partyzanckich w II wojnie. Nawet i AK jakby znajdowała półgębkiem wybaczenie w oczach ZBOWID-u (Związku Bojowników o Wolność i Demokrację).

Zamiast leninowskiego newspeaku mamy więc odwołania do militarnych sukcesów przeszłości: w 1983 Jaruzelski zorganizuje na Błoniach krakowskich masową imprezę w rocznicę odsieczy wiedeńskiej (sic!), kradnąc niejako karabelę Sobieskiemu, by nią pomachawszy, pokazać, że nie tylko Jan Paweł II potrafi gromadzić  tłumy. Takie przewerbowania, choć znane już od czasów dywizji „kościuszkowskiej” (zwycięzca spod Racławic jako emblemat posłuszeństwa Stalinowi), rozmnożą się lawinowo. Nawet przyjaźń z Sowietami to już nie tyle alians ideologii, ile raczej coś w rodzaju Realpolitik, mądrości elit (towarzyszu,… wicie, rozumicie), które prowadzą naród bezpieczną drogą sojuszu z potężnym sąsiadem, oczywiście niemającym nic wspólnego z dawnym, ohydnym caratem.

Takie chytrości nie są jednak głównym powodem eksplozji narodowej. W 1979, a więc po wyborze papieża, jechałem samochodem z Krakowa do Częstochowy w okresie procesji Bożego Ciała i pamiętam po małych miasteczkach nagłą mobilizację religijno-patriotycznej tożsamości. Na ścianach wszystkich ozdobionych domów na trasie, z rzucającym się w oczy wyjątkiem komisariatów policji i siedzib komitetów partyjnych. Był to spontaniczny, jak na tamte czasy, chyba pierwszy tak otwarty i tak masowy, akt odwagi cywilnej szarego obywatela. Polski wariant, słynnego We the people (My naród) z amerykańskiej Declaration of Independence?

Czyżby partia złapała się we własne sidła wypuszczając z lochu patriotycznego ducha? Dając mu pół swobodę? Ta dwuznaczność istotnie zaowocowała obfitością publicystyki, ale i poważnymi studiami historycznymi badającymi narodową tożsamość (Kieniewicz). Pojawia się filmowa wersja Wesela, nb. przygotowywana dla Wajdy przez Andrzeja Kijowskiego, harcują też na pograniczu dopuszczalności teatry (Wyzwolenie Konrada Świnarskiego w Krakowie), cenzura gubi się w plątaninie aluzyjnych mrugnięć ze sceny do widza.

Powie ktoś słusznie, że to zwycięstwo prymasa Wyszyńskiego, który od dawna głosił Naród Polski zawsze wierny Chrystusowi i Maryi. Zresztą wkrótce przyszedł ów wstrząs: habemus papam. Patriotyczny wicher. W tych okolicznościach ujawnia się cały ekwipunek polskości: Bóg i ojczyzna, szabla, ryngraf, obrona Częstochowy i Zbaraża, Kmicic, Skrzetuski, Wołodyjowski wchodzą w miejsce szyderców i kpin. Np. z porucznika Ordona u postgombrowiczowskiego Mrożka.

Nie będziemy przytaczać tutaj kompletu intelektualnych ingrediencji składających się na macierzystą glebę Solidarności, pierwszego polskiego powstania, które się jakoś udało. Tam wejdą i wcześniejsze, legalne Rodowody niepokornych Cywińskiego i nielegalny Kościół, lewica, dialog Michnika, i KOR Lipskiego z ks. Zieją… Zresztą członkowie partii, od Biura Politycznego po gminną POP, też dość rozpaczliwie chwytają się brzytwy… Wyszli odrobinę pokiereszowani. Ale chyba tak na ogół… nie najgorzej?

Sumując: w tamtych czasach Bóg i ojczyzna to hasło mobilizujące sporą większość, hasło ufundowane na pamięci zbiorowej kraju jako niepokornego, niezłomnego przedmurza. Aczkolwiek co do religijnej głębi owego przedmurza miałoby się trochę wątpliwości, polska religijność jest emocjonalnie żarliwa i kolektywnie przeżywana, ale jakby trochę słomiana, odświętna, też mniej pożywna duchowo / intelektualnie. Gdy porównamy Paska z Pascalem… a Dobraczyńskiego z Bernanosem?
Pamięć tę dało się przecież, już po stanie wojennym (1981), tak opisać: „przekonanie o powtarzalności naszych losów, o tym, że jesteśmy wystawieni na tę samą serię prób, przynosi poniekąd odpowiedź na te same problemy, [przynosi] pocieszenie i umocnienie. Skoro gramy wciąż tę samą sztukę na theatrum historii, to choć grożą nam te same klęski, ale i przyświeca ta sama nadzieja. Wszystko już było (…) wystarczy zachowywać się według tradycyjnego scenariusza, podobnie jak nasi ojcowie. Nie stawiamy samotnie czoła grożącym niebezpieczeństwom, za naszymi plecami widnieją nieskończone szeregi tych, co nas wyprzedzili w pierwszych czy drugich legionach, w pierwszym czy drugim czy trzecim powstaniu, w pierwszej czy drugiej czy trzeciej fali uchodźców. [W ten] dostojny polonez wpisany jest i spisek i więzienie i powstanie i wygnanie i chwała na polu bitwy i klęska…” Taką ocenę stanu ducha przeczytalibyśmy we wstępie do szkiców pt. Szczególna przygoda żyć nad Wisłą, Londyn, Polonia Book Fund LMD, 1985, krajowy autor, trochę szyderczo dorzuca: „miło jest mi podziękować cenzorowi, że nienajgorzej wybrał – skreślając je ze szkicu Niezwykła przygoda… (Tyg. Pow. 1983, 14/15) – słowa wprowadzenia do książki, którą oddaję w ręce czytelnika”.

***
Jeśli więc wówczas, w szczególnym napięciu emocji, echem fatum narodowego odbijają się znane wersy Żuławskiego: synkowie moi, poszedłem w bój, jako wasz dziadek, a ojciec mój, to jednak mniej pamiętano o niecałkowitej klarowności połączenia Bóg i ojczyzna, które czasem trochę przypomina polityczną instrumentację religii, w końcu Gott mit uns widniało też i na pasach hitlerowskich żołnierzy?

Zaglądając do Biblii, zobaczymy, że Pan Bóg bywa zazdrosny. Nie dopuszcza wspólników, podkreśla nie będziesz miał cudzych bogów przede Mną. Ów mariaż Wiary z patriotyzmem wymagałby zatem ostrożnego zdefiniowania obu członów, ustalenia priorytetów, hierarchii. Np. żeby uniknąć dzisiejszych gromkich okrzyków: Polska Jest Najważniejsza. Bo nie jest.

Nie wątpimy, że ojczyzna to rzeczywiście bardzo cenne dobro wspólne, nasz  dach nad głową, otrzymany w spadku i wymagający poświęceń w imię jedni drugich ciężary noście. Lecz niekoniecznie musi być przedmiotem ślepego uwielbienia, niemal Absolutem.

Żyjąc we wspólnocie, najpierw rodzinnej, potem lokalnej, następnie narodowej i państwowej, wreszcie ponadnarodowej, już jako członkowie rodziny ludzkiej, jesteśmy odpowiedzialni za pomyślność owych – jak ruskie matrioszki jedna drugą w sobie mieszczące – coraz szerszych wspólnot. Od najmniejszej i najbliższej do największej i najdalszej w porządku możliwości i kompetencji. Dlatego pomagamy, najpierw sąsiadowi, kiedy mu się pali stodoła, ale także umierającym z głodu w Afryce, choć nigdyśmy ich nie widzieli na oczy.

Kłopot w tym, że dopóki czynnikiem organizującym taką wspólnotę była tradycyjna monarchia, dopóty skupiała na sobie synowskie uczucia poddanych według dość prostego modelu rodzinnego. Gdy monarchia upadła, ów naturalny model, relację personalną, zastąpiono relacją quasi-religijną. Zamiast kochać konkretną osobę, Miłościwego Pana, trzeba odtąd – od Rewolucji francuskiej – kochać Ojczyznę, ale Ojczyznę przebóstwioną, najwyższe Sacrum na obraz Pana Boga?

Kochać zatem ze wszystkich sił bezosobowe Coś? Wyobrażony konstrukt (Anderson mówi o imagined community – wspólnocie wyobrażonej), jego kapłani mogą od nas zażądać w każdej chwili całopalenia, tj. poświęcenia życia na Jej (ojczyzny) ołtarzu, gdyż dulce et decorum est pro patria mori/jakże słodko umierać za ojczyznę… Otóż z pewnością zdarzają się sytuacje szczególne, gdy trzeba nie szczędzić własnego życia dla bliźnich, naszych braci, matka dla dziecka nienarodzonego, strażak wynoszący kogoś z pożaru, żołnierz w sprawiedliwej wojnie obronnej, jeśli agresor zagraża istnieniu naszej wspólnoty. Ale idolatria ojczyzny, rzymskie salus rei publicae suprema lex esto / zbawienie rzeczy pospolitej niech będzie najwyższym prawem, to nakaz pogański, wyrosły z kultu lokalnego bóstwa opiekującego się konkretnym miastem, odgrzany przez Rousseau w XVIII w. i odziedziczony przez Rewolucję, która i nasz patriotyzm naznaczyła swoim (Legiony Dąbrowskiego) piętnem.

W codziennej normalności owa sakralizacja ojczyzny nie realizuje się do końca, do ekstremów heroizmu i martyrologii. Mimo że postrzegamy ojczyznę jako wspólny dom, o który trzeba dbać poświęcając własny, czysto jednostkowy egoizm, nie musimy od razu  wpadać w szał uniesień. Raczej skłaniamy się do trzeźwej odpowiedzialności za konkretną zbiorowość, niż do histerii i quasi-religijnej żarliwości dla Sprawy, dla wyobrażonego Sacrum. Bez  egzaltacji, po prostu na poziomie tego, co wiąże się z  naturalnymi potrzebami każdego, jak ciągłość, poczucie bezpieczeństwa, zadomowienie, zakorzenienie, przewidywalność. Ojczyzna to przede wszystkim to, co znane – bliskie otoczenie, środowisko, utarty bieg rzeczy etc.

Oto więc „kraj lat dziecinnych”, pejzaż, nawyki (może i kuchnia, np. staropolska – z bigosem i pierogami?), oto rutyna, budująca krąg naszego małego świata, małej ojczyzny. To wszystko z kolei mieści się w większym kręgu, w którym jednak również rozpoznamy rzeczy znane i lubiane. Tak wstępujemy stopień po stopniu aż do kręgu zachowań i zjawisk uznanych za nasze, swojskie w przeciwieństwie do cudzych, tych zza miedzy. Aż do kręgu zarysowanego przez język i przez kulturę w naszym języku wyrosłą.

Ten świat cenimy, utrwalamy, będziemy bronić jego całości, pracować, spłacając długi zaciągnięte przez wychowanie, które nas ukształtowało. A objęte dziedzictwo przekażemy nienaruszone potomstwu.

Uczucia takie są, powtarzam, w gruncie rzeczy przyziemne, zwykłe, każdemu dostępne, mało ekscytujące. Mimo skupienia na sobie i swoim, nieagresywne – nasz własny świat, ławka na skwerku, gdzie mogę spokojnie przejrzeć gazetę, widok z okna na wieże kościołów i mosty, na zieloną dolinę i dawny młyn za zakrętem, łąkę za lasem i sad bogaty w jabłonie.

Należy je akceptować, pielęgnować… Ale pilnie zadbawszy, by nie prowadziły do zamknięcia się na to, co cudze, co także ciekawe, nowe. Za progiem, za rzeką, za górami, za lasami. Gdyż tam, proszę mi wierzyć, nie zawsze czyha wróg z dzidą i pałaszem…

***
Rozumiem, że niełatwo zbudować równowagę między swoim i obcym, naszym i nie naszym. Dlatego tak potrzebny umiar – strzeżmy się egzaltacji i histerii. Te wracają w bardzo różnych przebraniach, rozpalają fanatyzm, nie tyle gorliwość o dobro wspólne, duchowe i materialne, ile pobudzają do walki z szatanem, który rzekomo dybie na naszą tożsamość. Tożsamość pojmowaną jako twierdza, wiecznie zagrożona, wciąż oblegana przez śmiertelnych wrogów twierdza najwyższego sacrum – niebieskie Jeruzalem. Którego nasz naród strażnikiem jako sprawiedliwy wśród łotrów.

Właśnie dla tej łatwości ześlizgu w pseudoreligijny fanatyzm potrzebne nam uzwyczajnienie, sekularyzacja patriotyzmu. Wyraźne oddzielenie tego, co Boskie od tego, co cesarskie. Pan Bóg, powtarzam,  jest zazdrosny, nie wzywajmy Jego Imienia nadaremno, nie mieszajmy Go z ojczyzną, nie wciągajmy zbyt natarczywie do naszych interesów.

Ktoś powie, że mierzi go taka biedermeierowska miłość ojczyzny na miarę leniwego rencisty, na miarę gogolowskich staroświeckich pomieszczikow, że woli patos i furię konkwistadora, argonauty, rycerza pędzącego na zdobycie świata, niosącego płomień wojny w imię sławy grodu? Że właśnie owe niespokojne duchy bohaterów budowały imperia i broniły własną piersią ojczyzny, że dziś pod pomnikiem dawnego wodza, może zwycięzcy pod Wagram, Jeną czy Raszynem siadają z fajeczką astmatyczni staruszkowie?

Rzeczywiście, gdzieś tu tkwi clou. W napięciu między potrzebą zwykłej stabilności i potrzebą niezwykłości, męskiej przygody, patosu. Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu – żalił się Wieszcz. Przygody szukającej chętnie wzniosłych uzasadnień. Pascal trafnie pisał, że wiele nieszczęść bierze się z tego, że nie potrafimy usiedzieć spokojnie we własnym pokoju.

Myślę, że owa egzaltacja patriotyczna byłaby niebezpiecznym zwichrowaniem zdrowego przywiązania do ojczyzny jako domu, w którym nas wychowano i który chcemy przekazać wnukom w dobrym stanie. Zwichrowaniem, które za wszelką cenę pragnie junackiej sławy i chwały oręża, tą sławą i chwałą podnieca wyobraźnię młodych, ciąganych do muzeów czynu zbrojnego, na batalistyczne filmy, dziś może i patriotyczne gry komputerowe. Maksymalizm młodości? Umrzeć lub zwyciężyć? Męska/chłopięca skłonność do bijatyki i babski podziw dla bijących się?

***
Polskie dzieje nie ułatwiały sumiennych rozliczeń z przeszłością, nie ułatwiały przeprowadzenia trzeźwego rachunku sumienia. Wobec wyzwań zewnętrznych przymuszały niejako do przesady w jednym lub drugim kierunku. Do polaryzacji postaw typu wszystko albo nic, rozumni szałem, insurekcja albo kolaboracja, takie były dylematy, takie skrajności. Krucha, międzywojenna niepodległość nie dała okazji do debaty sine ira et studio między potomkami Polski walczącej i synami Polski żyjącej na co dzień. Piłsudski chciał być głównym spadkobiercą powstań i romantycznej poezji wieszczów łącznie z Wyspiańskim, Dmowski zapatrzony w pragmatycznych Anglosasów wolał pracę organiczną, choć podmalowaną narodowymi fobiami, zwłaszcza antysemityzmem i antygermańskością. Zresztą  niepodległość na wulkanie nie sprzyjała przemyśleniom, szukaniu dalekosiężnych rozwiązań. Pożary groziły zewsząd, z bolszewickiego Wschodu i z hitlerowskiego Zachodu, od Niemców, Ukraińców, Moskwy. Szkoła zdominowana przez Sanację pielęgnowała kult powstań jakoby wieszczących Marszałka, zarówno Dmowski, jak i jego młodsi zwolennicy szukali wroga wśród narodowych mniejszości, zwłaszcza silnej mniejszości żydowskiej.

Polska, ta między wojnami oblężona twierdza, nie potrafi więc, a może po prostu nie jest gotowa, podjąć, w pełnym zagrożeń świecie, dyskusji z własną skomplikowaną jagiellońską przeszłością w imię przyszłości. PRL jako posłuszny, sowiecki satelita, tę niegotowość, to niezakończenie, niezamknięcie nieraz jeszcze przedrozbiorowych rozliczeń z bolesnych zawęźleń Polski jagiellońskiej zamrozi, zostawiając do rozwikłania nam (chyba szczęśliwszym?).

***
Dmowski, Piłsudski, owe (według Giedroycia) trumny rządzące Polską – ta nacjonalistyczna i ta mocarstwowa – zasłużyły, aby je definitywnie przenieść na cmentarz, gdyż choroby, które teraz grożą, na pewno nie pójdą na zeszłowieczne lekarstwa. Wymagają lekarza o horyzontach szerszych niż zemsta o mur graniczny i polityka streszczona maksymą moje na wierzchu. Jeśli się nie zbudzimy, zginiemy? Znaleźliśmy się wobec trudności i szans nie do opisania w kategoriach sporów sprzed wieku, kiedy ludzkość była kłębkiem narodowo wypasionych, walczących sam na sam ze sobą skorpionów.

Lecz nie nawołuję do narodowego resetu i otrzeźwienia tylko po to, abyśmy utonęli w nienasyconej konsumpcji grillujących dorobkiewiczów i moglibyśmy doszlusować do  postmodernistycznego róbta co chceta lansowanego przez błaznów wsadzających flagę narodową w ekskrementy. Ani do strusiej (postsarmackiej?) polityki, zapatrzonej w słupki poparcia, ufnej, że jakoś to będzie, panowie bracia, abyśmy zdrowo żyli do następnych wyborów.

Chyba dzisiaj nie da się wykręcić od głębokiego przesterowania i unormalnienia polskiej świadomości, ongiś tłamszonej  historycznymi klęskami, jakoś chorobliwej, co czuło wielu, od romantyków do Żeromskiego i skamandrytów. Nieraz reagowaliśmy na klęski kompleksem albo pychy i szczególnego wybrania, albo niższości i samoobrzydzenia. Żyjemy, chwała Bogu, w latach (czy trwałej?) pogody po burzach, już nie jesteśmy jedynym sprawiedliwym w jaskini zbójców. Ta pogoda okazuje się niestety ciężarem nad siły dla naszych, pożal się Boże, mężów stanu, jakoś sobie z nią nie radzą.

Czy więc wzorem ojców szykować powstanie? Licząc szable i dubeltówki, gromadząc się po leśnych polanach, drąc szarpie (jak matka Polka) dla rannych? Powstanie przeciw czyim hordom? Zewnętrznym, wewnętrznym? Z Zachodu, ze Wschodu?

Wielu innych powie – niech tam – byle polska wieś spokojna. Dziś jednak nasze dobro wspólne jest, chcesz czy nie chcesz, panie pośle, po trosze dobrem wspólnym wszystkich żyjących na kuli ziemskiej. Trzeba je negocjować w kontekście od Pekinu po Nowy York. Świat jest już rzeczywiście globalną wioską, staje się niepodzielny i w takim układzie, wobec niepodzielnych szans i zagrożeń, przyjdzie wspólnie z innymi krajami, mozolnie i z dobrą wolą, budować wzajemne zaufanie. Bez demagogii, kompleksów, bez paranoicznej podejrzliwości szukać, nie tymczasowej łataniny, wychytrzonej, chwilowej korzyści, niesionej pod pachą na własne ciasne podwórko, które i tak zaleje nadchodzące tsunami, ale trwałych zabezpieczeń. Rozumnych rozwiązań  w skali całości, nie tylko naszej chaty z kraja.

To jakby przesiąść się – panie ministrze – z furmanki za stery gigantycznego Superjeta / airbusa.

***
Polskość jako wspólny dom duchowo-materialny? Dbałość o ten dom – aż wstyd wypisywać banały, tak oczywiste banały, że nasz Olimp polityczny był łaskaw całkowicie o nich zapomnieć – to przede wszystkim zadanie mądrego społeczeństwa obywatelskiego. A mianowicie wychowanie siebie i otoczenia do codziennej pracy ku pomnażaniu naszego wspólnego dorobku. Taka słabo atrakcyjna, monotonnie pozytywistyczna, niemal w stylu Prusa, praca organiczna. Służba Sprawie, lecz służba, właśnie na miarę krawca nie Fidiasza? Raczej kosiarzy niż kosynierów…

Platon, wyganiając poetów z republiki, miał trochę racji. Patriotyczna egzaltacja i patriotyczna histeria to para, co idzie w gwizdek. Cynicznie trzeźwy Bismarck mawiał, że Polacy są w poezji politykami, a w polityce poetami. Dbanie o dom ojczysty nie będzie szarżą ułańską, patetycznym gestem straceńca, ale bohaterskim znoszeniem codziennej nudy i rutyny. Pilnowaniem, żeby oknem nie wiało, a drzwi się domykały. Heroizmem skrzętności, sumienności, wytrwałości, bezinteresowności. Ofiarnością także w drobiazgach pozbawionych patosu i teatralnego efekciarstwa. A zwłaszcza wiernością wobec bliźnich, gotowością służenia w potrzebie, począwszy od najbliższych. Od rodaków aż do nierodaków, może aż po kraniec świata?

Dbałość ta byłaby zatem służbą krajowi – i przez to sobie! – milionów obywateli świadomych dobra wspólnego, uczciwych, czujnych, gospodarczo i społecznie aktywnych. A  przede wszystkim służbą tysięcy inteligentnych, sumiennych, sprawnych urzędników państwowych i samorządowych. W gruncie rzeczy ponadpartyjnych niby żołnierz na froncie, uczciwych aż do bólu (nie bulu!), jak Katon – zatroskanych o grosz publiczny, nie o kręcenie lodów i własną kieszeń. O przyzwoicie funkcjonującą gminę, powiat, województwo, kraj, o mądrze zaprojektowane autostrady, punktualnie kursujące pociągi, o rozumnie uczące i wychowujące młodych szkoły i uniwersytety, o skutecznie leczącą służbę zdrowia dla obywateli – nie tylko dla pani minister, pana posła i pana premiera, oby żył wiecznie w klinikach rządowych.

To na etosie urzędnika, na jego bezpartyjnym choć nie całkiem apolitycznym profesjonalizmie, kompetencji, mądrości opiera się w cywilizowanym świecie dobro kraju. Od niego wymaga się sprawności i wyobraźni, wybiegającej poza własny czubek nosa, własny interes i karierę. Wymaga dalekowzroczności, prognozowania przyszłych zagrożeń i przyszłych szans. Ekonomicznych, ekologicznych, społecznych, politycznych, innych. Podkreślam tu ową ponadpartyjność. Byłby to bowiem etos ufundowany na pomyślności zbiorowej, nie na sukcesie własnej partii, partii po trupie rywala idącej do wyborów. W imię kto kogo, w imię bezwzględnego moje na wierzchu…

Czyżby więc zamiast pomnika bohatera z pola bitwy należało od jutra budować pomniki biurokratom? Wymachującym nie szablą, ale – powiedzmy – gęsim piórem albo lepiej, iPadem ostatniej generacji? Ich stawiać w narodowym Panteonie zamiast wąsatych wojów Chrobrego i szwoleżerów z Olszynki Grochowskiej?
Co, wolno sądzić, oznaczałoby mocne potrząśnięcie wyobraźnią zbiorową, póki co, zafascynowaną dorocznymi przebierankami pod Grunwaldem i na polach podwarszawskiego cudu nad Wisłą?

Ale troska o kraj wymaga też polifonicznej wolności mediów, opinii publicznej, czujnej jak gęsi kapitolińskie, debatującej wielogłosowo, nieulegającej manipulacji ani monopolistycznej kryptocenzurze. Wymaga myślących, niezależnych elit – niezależnych od jakiegokolwiek salonu celebrytów i lizusów. Elit w służbie owego społeczeństwa obywatelskiego, pracujących jako zespół rzetelnych ekspertów – w miejsce fałszywych proroków, zwodzących miliony utopią konsumenckich rajów.

W tym kontekście, kontekście trzeźwienia i gruntownej reedukacji na wielu poziomach, co zrobić ze spuścizną historyczną i literacką, z tłumem bohaterów narodowych, modeli osobowych, wzorcowych postaci literackich, powstałych w heroicznej epoce, gdy najchętniej śpiewano hej, kto Polak na bagnety? Czy zburzyć wiele pomników, ale i zakazać lektury Konradów Wallenrodów, Królów Duchów, Nie-boskiej, Anhellego, Kordiana, Dziadów? Uznać te tradycyjne arcydzieła, ten kanon narodowych great books, za książki zbójeckie? Zaleciwszy lekturę Roleńskiego dołu Wincentego Burka (ze starego podręcznika do polskiego to tekst, który najlepiej zapamiętałem: opowiadanie o dziwaku, który całe życie woził taczkami ziemię, by zasypać parów – nieużytek – i zmienić go w żyzne pole dla innych)? Albo rekomendując Sienkiewiczowską opowieść o Bartku Zwycięzcy, przywołującą klasyczny przypadek chytrej manipulacji patriotyzmem. Albo też Sienkiewiczowskie zachwyty (w Listach z podróży) nad purytańsko pracowitą Ameryką?

Otóż zmieniajmy bez rewolucyjnej skrajności, choć z wyraźnym przesunięciem akcentów. Ojczyzna potu potrzebuje, nie krwi, mówił Rafał Kalinowski, eks-powstaniec i karmelita. Dziś żyjemy na krawędzi epok. Nie boję się powiedzieć: mamy wprost niepojęte szczęście żyć w czasach Polski rzeczywiście powstającej z grobu. Po raz pierwszy od wieków samodzielnej i bezpiecznej, po raz pierwszy od wieków uwolnionej od bezpośrednich zagrożeń, choć w obliczu bardzo wielu dawniej nieznanych chorób.

Witajmy Ją, niby biblijną oblubienicę, śpiewem, tańcem, hymnami radości? Ale dlatego opium, eliksiry, którymi upajali się pradziadowie lepiej schować na strychu dla badaczy przeszłości i jej trucizn. Nie toczyć sporów o muzealne rekwizyty, bo to pseudodebata zacietrzewionych i odwraca uwagę od pilnych spraw na dzisiaj.

Krytyczne przesterowanie zbiorowej pamięci, zbiorowej wyobraźni i radykalny rewizjonizm przeżywano już niejednokrotnie, przeżywali inni, bardziej normalni, może nasi sąsiedzi, może nie. Takie trochę drapieżne spojrzenie na przeszłość objęłoby więc nie tylko polskie, narodowe kompleksy, polską, narodową hybris, obejmowałoby też wiedzę o cudzych, często bardzo podobnych, szaleństwach, już przezwyciężonych do końca lub jeszcze nie do końca. Wreszcie wiedzę o patologiach modernizacji, patologiach procesów transformacyjnych na całym świecie.

Ten bagaż dobrych i złych doświadczeń całej Rodziny Ludzkiej weźmy na grzbiet, trochę z pokorą, jak wór pokutny, trochę jak wiatyk na drogę. Zbudowawszy, podkreślam,   umiędzynarodowiony kanon Polskości, aby – za Janem Pawłem II – wprowadzał w ludzkie wymiary Trzeciego Tysiąclecia. Abyśmy próbowali pojąć ludzką nadzieję i golgotę, grzechy i cnoty, zbrodnie i bohaterstwo, upadek i wielkość.
Siostrę Faustynę, Auschwitz Ojca Kolbego, Holokaust, Gułag Sołżenicyna, Rzezie Polaków na Wołyniu i Gołodomor na Ukrainie, także ludobójstwo w Bośni, w Ruanda-Urundi, w Kambodży Pol-Pota, łagry w Korei Północnej.

Abyśmy też dostrzegli genocyd nienarodzonych, permisywizm etyczny i  konsumpcjonizm sytego świata. Zapraszającego szczęśliwców do udziału w uczcie dla wybranych – z nędzą reszty w tle.
W sumie, zadbawszy o interes, nie zapominajmy o misji. Żeby rękę podawać bliźnim w potrzebie, bliskim bliźnim i dalekim.

***
Tak wyglądałaby polskość na jutro, polskość zresetowana. Bez kompleksów, bez histerii i egzaltacji, uzwyczajniona, rozumnie ufna, świadoma szans i ograniczeń, chętna do twórczej współpracy, życzliwie otwarta na dorobek wszystkich ludów.

Diabeł, jak wiemy, siadł i siedzieć będzie na ramieniu każdego, po tej stronie granicy i po tamtej. Ale dlatego naprawiając co zepsute, naśladując, co dobre: razem, młodzi przyjaciele, oraz nie lękajcie się…
Jest z czego czerpać, jest i czym się dzielić.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata