70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nastroje polskości

Są narody nastrojone melancholijnie i sarkastycznie, ironicznie i radośnie. Polskość natomiast jest nastrojem porażki.

Wobec pytania, czym jest polskość, staję bezradny. Każda próba odpowiedzi jawi się bowiem jako nieostateczna i możliwa do zakwestionowania. I nie jest to jedynie zwyczajowe zastrzeżenie, które zwykli umieszczać naukowcy na początku swoich rozważań, ale rodzaj źródłowego doświadczenia. Wiem, że każda wizja polskości ma swoich adwersarzy, gotowych w każdej chwili ją zanegować. Gdzie zatem szukać polskości? W którymś z jej obozów? W syntezie zwaśnionych idei? Ta bezradność z jednej strony paraliżuje, z drugiej jednak daje nadzieję. Bo właśnie w tej walce różnych rozumień polskości wydarza się być może to, co w polskości najistotniejsze.

Bezradność bierze się przede wszystkim z faktu, że każda krystalizacja pojęcia polskości jest partykularna. Moje prywatne rozumienie polskości zostaje przeciwstawione jakiemuś innemu. Co więcej, moje prywatne rozumienie wchodzi w konflikt z rozumieniem, które wypracowały sobie rozmaite wspólnoty, przyznające się do polskości. Pluralizm poglądów nie jest oczywiście czymś wyjątkowym, ale w odniesieniu do idei, które usiłują dotknąć tego, co wspólnotowe, staje się szczególnie problematyczny. Czy w ogóle jednostka ma prawo do własnego, osobistego rozumienia polskości? Czy nie jest to kategoria społeczna, które zakłada, że to, co prywatne, musi się w jakimś sensie podporządkować temu, co wspólne? W ostateczności to pytanie można wyostrzyć: czy polskość jest czymś prywatnym, czy czymś zbiorowym? Polskość można oczywiście przeżywać indywidualnie, ale jednocześnie przeżywająca ją osoba zanurzona jest w jakiejś grupie. Istnieje zatem napięcie pomiędzy tymi dwiema sferami.

To napięcie jednak nie wyczerpuje się w przeciwstawieniu jednostki wspólnocie. Nie jest przecież tak, że istnieje jakieś jedno wspólnotowe rozumienie polskości, które można przeciwstawić polskościom prywatnym. W dyskursie publicznym ścierają się różne wizje, zwolennicy każdej z nich uważają swoje rozumienie za bliższe prawdy, za bardziej dotykające istoty.

Nie jest chyba dobrą drogą ugodowe destylowanie z tych sprzecznych nieraz wizji tego, co łączy. Ten wspólny mianownik być może w ogóle nie istnieje, a jeśli nawet uda się znaleźć taki zbiór wartości i idei, który będzie możliwy do zaakceptowania przez wszystkich, zapewne nie wystarczy on do opisania tego, czym polskość jest. Zamiast odpowiedzi na pytanie o polskość otrzymamy zbiór abstrakcyjnych idei, letnich i na tyle ogólnych, że nie wzbudzają żadnych emocji.

Można jednak pójść inną drogą. Jeśli u podstaw myślenia o polskości istnieje napięcie, to być może ono stanowi o istocie fenomenu. Polskość to ciągła walka o Polskę, o jej kształt, o jej rozumienie. Polskość to ciągła dialektyka idei, symboli i emocji, które zakleszczone nie mogą znaleźć sposobu wyjścia z konfliktu. Być może polskość wydarza się właśnie w tym sporze. Żadne wykrystalizowane stanowisko nie jest ostateczne, gdyż zawsze pozostaje na dnie świadomość, że istnieje mocna grupa ludzi, która go nie podziela. Tę świadomość można w sobie zdusić, można ją ignorować, można też próbować wykluczyć inaczej myślących z ideowej wspólnoty. Metod jest wiele. Ale każda z nich wyrasta z tego samego doświadczenia: Polska nie jest tylko moja. Polskość zatem to niezbyt komfortowe poczucie napięcia, antynomia swojskości, którą przynosi własna wizja Polski i obcości, którą napawa nas obecność innych, nieraz wrogich, wizji.

Wydaje się, że ta walka jest obecna od samego początku. Od początku, czyli odkąd? To ważne pytanie i historycy idei mają zapewne kilka odpowiedzi na ten temat. Od kiedy polskość stała się problemem, wyzwaniem dla myślenia? Ze wszystkich możliwych odpowiedzi wskazałbym jedną: myślenie o polskości zaczęło się, kiedy Polski zabrakło. Myślenie o polskości wypełniało nieobecność samej Polski. Od końca XVIII wieku zaczęto się zastanawiać, dlaczego Polska została utracona, jak tę Polskę odzyskać lub jak ratować to, co z niej zostało. I chyba od zawsze w tym sporze ścierały się dwa obozy. W różnych okresach obozy te polaryzowały się wedle różnych linii napięć, więc chyba nie do końca uprawnione jest wytyczanie jakichś dwóch jasno skrystalizowanych idei. Różnice stanowisk wyznaczały bowiem nie czyste idee, ale realne problemy, które domagały się jakiegoś rozwiązania. Może więc lepiej mówić o pewnej strukturze napięcia, a nie o samych ideach.

Czy zaakceptować sytuację polityczną, czy też bezkompromisowo walczyć o niepodległą i suwerenną Polskę? Czy normalnie żyć i pracować, czy też spalać się na ołtarzu Ojczyzny? Jeśli w ogóle wolno pokusić się o wskazanie jakieś podstawowej linii sporu, bez wchodzenia w historyczne niuanse i abstrahując od subtelności myśli poszczególnych teoretyków polskości, to można chyba wskazać napięcie pomiędzy zwyczajnością a nadzwyczajnością. Dla jednych Polska była i jest tym, co się wydarza w codziennym życiu: pracy, nauce, chodzeniu do szkoły, rozmowach. Dla innych Polska to zadanie, które wymaga nadzwyczajnych środków, ponieważ samo jest skrojone niemal ponad ludzką miarę. Wedle tego podziału można też rozrysować w tym sporze to, co Polsce zagraża.

Największym dramatem polskości staje się to, że jedna Polska zagraża tej drugiej. Porządek zwyczajny jest bowiem zagrożony przez wszelką nadzwyczajność i na odwrót. Nadzwyczajność widzi w zwyczajności zdradę, a zwyczajność w nadzwyczajności szaleństwo. To powoduje, że ten spór jest nieskończony i niemożliwy do ukończenia. Gdzieś pomiędzy walczącymi pojawiają się jednostki usiłujące godzić wodę z ogniem, ale najczęściej zostają zgniecione w tym morderczym uścisku tytanów.

Ważne jest, by zobaczyć, że te dwie Polski nie są jasno rozpisane na głosy jakichś grup społecznych czy formacji politycznych. Nie są też dane raz na zawsze. Zwyczajność z niezwyczajnością walczy bowiem także wewnątrz tych grup, ale przecież areną tego sporu jest również myślenie indywidualnego człowieka.

Co leży u podstaw tego napięcia? Można oczywiście próbować wskazać rozmaite tradycje myślowe i ludzkie temperamenty. Zapewne to napięcie obecne jest nie tylko w sporach o Polskę, tylko pojawia się na wielu innych polach. Tu jednak przedmiotem namysłu jest polskość. Nowożytne rozumienie polskości krystalizuje się w wieku XIX, gdyż właśnie wtedy jedną z centralnych kategorii myśli społecznej staje się naród.

Dla Polaków ten czas, który zwiastował wiele przesileń w ładzie społecznym i politycznym Europy, był czasem szczególnym. Nasze myślenie o polskości kształtowało się w momencie, w którym Polski nie było. Polskość była więc od początku ideą bezdomną, ideą na wygnaniu. Sądzę, że właśnie ten kontekst odcisnął na niej najgłębsze piętno. Myślenie o czymś, czego nie ma, niemal zawsze zamienia się w marzenie. W myśleniu o polskości Polska staje się ziemią obiecaną. Czymś, o czym się śni i marzy, a czego nie doświadcza się wokół siebie. To, co było dane, to były strzępy Polski, zależnej od zaborców, prześladowanej i rozgrabionej. Ta perspektywa staje się tym silniejsza, gdy o polskości myśli się nie w krakowskim salonie czy poznańskim majątku, tylko na emigracji, w Paryżu. Najpoważniejsze i najżywotniejsze idee polskości powstawały wtedy najpierw wśród wygnańców.

Polska jako ziemia obiecana jest marzeniem o kraju miodem i mlekiem płynącym. Jest marzeniem o kraju, w których istotne dla Polaków wartości zostaną wcielone. Takie myślenie zakłada, że kiedyś uda się te cele osiągnąć. Podporządkowuje ono wszelkie działania realizacjom tych celów. Ale trzeba sobie też uświadomić, że w takim myśleniu kryje się pułapka. W gruncie rzeczy bowiem żadna realna Polska, żadna Polska, która może zaistnieć, nie spełni tych oczekiwań. Marzenie zawsze będzie doskonalsze. Stąd rzeczywiste Polski budzą rozczarowanie. Skoro rzeczywistość nie dorasta do marzeń, to znaczy, że nie mamy Polski, że jesteśmy dopiero w drodze do Polski. Polska, mimo rozmaitych korzystnych koniunktur politycznych, jest dla wielu ciągle nieobecna, ciągle wykradana.

Tak o Polsce mówi narracja, która skrystalizowała Polskę w strukturach nadzwyczajnych. Ta nadzwyczajność podkreślona jest wyraźnie w ideach mesjanistycznych. Wyjątkowość Polski wyraża się w jej roli: umarła, by zmartwychwstać i przynieść wolność nie tylko Polakom, ale i innym narodom. Porażka Polski zostaje wytłumaczona.

Jest też druga narracja, narracja o Polsce zwyczajnej. Obok projektu „Polski na miarę marzeń” istnieje projekt „Polski na miarę możliwości”. On również rodzi się z doświadczenia porażki, gdyż ograniczenie się do „miary możliwości” jest jedną z odpowiedzi na porażkę. Ten drugi projekt, wyrastając z podobnego źródła, próbuje inaczej radzić sobie z klęską. Trzeba robić swoje, trzeba zakrzątnąć się wokół Polski, która jest dookoła mnie. Ta Polska zwyczajna nie ma w sobie tej siły symbolicznej, co Polska mesjańska, ale jednocześnie jest obietnicą prostej nadziei: Polska jest na wyciągnięcie ręki. Chodzi o proste obowiązki, o sumienną pracę, o codzienne, może niezbyt widowiskowe i często niezauważane życie. Ten zwyczajny trud rolników, robotników, urzędników i inteligencji jest oczywiście szary i mało wzniosły. Ale jednocześnie wzmacnia on substancję w jej podstawowych strukturach, poza areną wielkich wydarzeń.

Te dwie Polski są bardzo kruche, gdyż zagrożone przez siebie nawzajem. Niezwykle rzadko udaje się tym Polskom spotkać. Jeśli można sobie pozwolić na jakąś śmiałą syntezę dziejową, to warto wskazać doświadczenie Solidarności jako wydarzenie ich spotkania. Z jednej strony mamy euforyczny ruch antykomunistyczny, sięgający do imaginarium Polski nadzwyczajnej; samo określenie „karnawał Solidarności” trafnie uchwytuje niezwykłość tamtych miesięcy. Z drugiej strony postulaty strajkujących w 1980 roku są do bólu zwyczajne. Im przede wszystkim chodzi o to, by można było normalnie żyć i normalnie pracować. Te dwie Polski spotkały się wtedy, lecz historia pokazała, że nie mogą długo trwać obok siebie. Obydwie Polski łączy jedno: wyrastają z doświadczenia porażki i próbują sobie jakoś z nią poradzić.

Ten spór i różne strategie radzenia sobie z porażką odsłaniają coś jeszcze. Dzieje polskości pokazują, że płaszczyzna dyskusji i argumentów nie jest ostateczna. Głębiej, na granicy zbiorowej świadomości, odsłania się płaszczyzna mitów, do której te dwie Polski się odwołują. Obydwie budują własne mitologie, w których odmiennie interpretowane są dzieje.

To mitotwórstwo dostarcza symboli i herosów, którzy stają się orężem w walce. Mity sięgają głęboko. Organizują wyobraźnię i ustanawiają perspektywę, z której wygląda się na świat. Wedle tych mitów konstruowany jest cały obraz świata. Każda z tych dwóch perspektyw konstruuje go tak odmiennie, że porozumienie staje się niemożliwe. Argumenty można uzgodnić, mity mogą się tylko ścierać, bowiem poniżej tej płaszczyzny nie ma już instancji, która umożliwia porozumienie.

Nie ma więc jednej polskiej mitologii, nie ma jednej kosmogonii.

Wedle jednej opowieści Polska przed zaborami była wspaniałym krajem, rajem, gdzie ludziom żyło się dobrze i szczęśliwie. Ta Polska była również rajem dla innych, w którym znajdowali schronienie rozmaici tułacze z całej Europy. Polska była silna i tolerancyjna. Ten Eden został jednak zburzony przez złych zaborców, którzy zdradziecko podzieli Polskę między siebie. Odtąd naród polski szuka drogi do domu, a może ją odnaleźć tylko poprzez walkę i kolejne ofiary. W tej drodze nawet porażki są zwycięstwami, bo wzmacniają ducha poprzez swoją siłę mitotwórczą. Każdy męczennik polskości wzmacnia polskość. W eschatologicznej perspektywie tej mitologii polskości wrogowie zostaną pokonani i zaistnieje prawdziwa Polska. Kolejne porażki powtarzają mityczny scenariusz.

Wedle odmiennej narracji Polska sprzed zaborów była krajem skłóconym, słabym, pełnym sarmackiego pieniactwa oraz nieuniknionego i postępującego prowincjonalizmu. Utrata Polski jest zatem w dużej mierze winą samych Polaków. A zatem naprawa Polski musi polegać na naprawie Polaków. Tylko Polacy wolni od polskich wad mogą stanąć do ciężkiej pracy, która sprawi, że w konkretnej sytuacji politycznej odrodzona Polska nie padnie pod kolejnymi podmuchami historii.

Ten naszkicowany obraz jest uproszczony. Pokazuje on jednak pewną strukturę, która wypełniana jest różnymi treściami. Rozmaite zakręty dziejów sprawiają, że zwolennicy dwóch obozów przegrupowują się. Niegdysiejsi sojusznicy stają się wrogami, dawni przeciwnicy stają razem obok siebie. Można wskazać, choć to robota raczej dla historyków idei, rozmaite wcielenia tego podstawowego napięcia. Każda epoka inaczej bowiem rozumie zwyczajność i nadzwyczajność.

Te skrajnie uproszczone wizje różni niemal wszystko. Inaczej definiują przyczyny upadku, inaczej szukają recept na odrodzenie, a w konsekwencji inaczej oceniają bohaterów historycznych, wydarzenia i procesy. Mają odmienne kosmogonie, teodycee i różne eschatologie. Ale łączy je jedno: perspektywa porażki. Polskość, mimo wszystkich wewnętrznych napięć, jest pewnym szczególnym sposobem spoglądania na świat: spoglądaniem z wnętrza porażki. Polskość jest więc swoistym filtrem nałożonym na doświadczenie świata; polskość jest nastrojem. Są narody nastrojone melancholijnie i sarkastycznie, ironicznie i radośnie. Polskość natomiast jest nastrojem porażki.

Stąd rozmaite spory o wielkość Polski, o jej miejsce Europie, o jej lepszość i gorszość, która ma przejawiać się na rozmaitych polach: politycznym, kulturowym, artystycznym czy obyczajowym; stąd dyskusje wokół głównych zagrożeń, które wedle jednych przychodzą z zewnątrz, wedle innych od wewnątrz.

Ale poza tym wspólnym rdzeniem, który jest odpowiedzią na pytanie: jak poradzić sobie z porażką, jest coś jeszcze. Zwolennicy każdej z tych wizji mają cały czas świadomość, że nie zagospodarowali świadomości narodowej wszystkich Polaków. Nikt nie może spokojnie zasnąć, gdyż wie, że gdzieś, zupełnie blisko, żyją zwolennicy wizji przeciwnej. Oni wszyscy spotykają się w parlamencie, ścierają na łamach gazet, mijają na ulicach, w pracy, w centrach handlowych. I polskość, w swojej najgłębszej istocie, jest chyba świadomością tego napięcia. Polskość to świadomość, że Polska nie jest tylko moja. A z tą świadomością można próbować sobie radzić na wiele różnych sposobów.

Spoglądanie na to wszystko z wnętrza nastroju porażki, choćby i porażki oswojonej i przemyślanej, pozwala to lepiej zrozumieć. Tu bowiem porażka odsłania swoje nowe oblicze: nie będzie nigdy jednej Polski, nie udało się zbudować takiej wspólnoty, która zgadza się co do podstawowych wartości. Zawsze dla kogoś będę wrogiem polskości i będę w kimś widział wroga lub przynajmniej nieporadnego rzecznika polskiej sprawy. Można ten stan rzeczy zaakceptować, można próbować z nim walczyć, ale nie da się go znieść. Nie zwycięży ani Polska zwyczajna, ani wizja Polski nadzwyczajnej; będą trwały obok siebie, dla siebie niewygodne, świadome, że ta koegzystencja jest jakąś formą porażki.

I chyba polskość jest właśnie świadomością tego stanu, doświadczeniem tego nieuleczalnego sporu: nastrojem, który z wnętrza tej fundamentalnej porażki każe nam spoglądać na świat i siebie samych.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata