70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wojny (pro)rodzinne

W Polsce od początku lat dziewięćdziesiątych spada liczba zawieranych małżeństw i przychodzących na świat dzieci. Do pewnego stopnia trendy upodobniły się do tych obserwowanych w innych państwach europejskich. Poza jednym –w Polsce rodzi się mniej dzieci niż we Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji. Czy w tak krótkim czasie zmieniła się świadomość Polaków? Czy może ze względu na obecne warunki społeczno-ekonomiczne wolimy poczekać na bardziej sprzyjający moment?

„Był wolny, tak nieskończenie wolny, że nie czuł, by coś ważył na tej ziemi. Brakowało mu ciężaru ludzkich związków, który przeszkadza w marszu, brakowało łez, pożegnań, wymówek, radości, wszystkiego, co człowiek hoduje w sobie lub zrywa, ilekroć wykonuje jakiś gest, brakowało tysięcy nici, które go wiążą z innymi i obciążają”

Antoine de Saint-Exupéry

Rodzina na zakręcie

Z rodziną mamy problem. Z jednej strony wszyscy wiemy, czym jest i banałem wydaje nam się próba jej definicji. Z drugiej wciąż przeszkadzają nam mity o uniwersalizmie, harmonii i stałości tej „naturalnej komórki społecznej”. Zmniejszającą się liczbę małżeństw i dzieci, rozwody oraz ponowne małżeństwa, różnorodne formy życia rodzinnego często bezdyskusyjnie przyjmujemy jako dowody na rozpad rodziny i w konsekwencji pogłębiający się kryzys w trzech płaszczyznach – społecznej, gdyż w rodzinie dowiadujemy się, kim jesteśmy, politycznej, bo w niej uczymy się demokracji i gospodarczej, ponieważ powstaje w niej część naszego wspólnego krajowego dochodu. Z uwagi na to, że w rankingach najważniejszych wartości rodzina trzyma się całkiem nieźle, trudno o niej spokojnie debatować, a niestety łatwo wykorzystać w politycznych czy ideologicznych przepychankach. A rodziny jako takiej „nie ma” – jak całkiem przytomnie zauważyły Mirosława Marody i Anna Giza-Poleszczuk[1] – istnieją raczej jej reprezentacje naukowe, polityczne, ideologiczne, a one się zmieniają. Zatem może zamiast z końcem rodziny w ogóle, mamy do czynienia z wyczerpaniem się jej tradycyjnego modelu?

Zbyt ważna, by jej odpuścić

Kolejną kwestią są bardziej lub mniej sprecyzowane intuicje dotyczące fundamentalnego charakteru owej „naturalnej wspólnoty”. Dzisiaj rodzina niewątpliwie stała się solą w oku polityków państw europejskich. Dane demograficzne nieubłaganie wskazują, że Europa wyludnia się i starzeje. Długość życia przeciętnego obywatela rośnie, a przy tym od wielu lat przychodzi na świat coraz mniej dzieci. Niekorzystnie przedstawia się proporcja osób pracujących do tych pobierających świadczenia emerytalne. Dochodzą do tego problemy związane z imigracją. Wniosek jest prosty – w interesie państwa i każdego z nas jest, by rodziły się dzieci. Ile? Średnio powyżej dwójki na kobietę – tak wynikałoby z rachunku „prostego zastępowania pokoleń”. Wiemy, że od kilku dziesięcioleci tak się nie dzieje. Populacja Europy kurczy się. Czy to znaczy, że Europejczycy nie chcą mieć dzieci? Czy można skłonić ludzi do zakładania dużych rodzin? A może problem leży właśnie gdzie indziej – mianowicie zmieniła się rodzina, a my nie potrafimy jeszcze opisać nowych zjawisk?

Do ołtarza tylko z drugą połówką

Na pewno w inny sposób rozumiemy dziś, czym jest rodzina, niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Kiedyś liczyła się jej trwałość. Obecnie to uczucia konstytuują nasze bliskie relacje. Paradoksalnie, miłość jako fundament związków sprawia, że stały się one niezwykle delikatne i kruche. Dzisiaj nie musimy stawać na ślubnym kobiercu, aby myśleć, że tworzymy nową rodzinę. To my decydujemy, jaką formę jej nadamy – małżeństwa cywilnego czy wyznaniowego, związku nieformalnego, samotnego rodzicielstwa czy grupy przyjaciół. Dawniej nie było to możliwe. Małżeństwo i dzieci po pierwsze były obowiązkiem każdego, a po drugie stanowiły jedyny akceptowalny sposób na założenie rodziny. Nie chodzi o to, że obowiązek wykluczał uczucia, natomiast nie były one tak fundamentalne dla związku jak obecnie. Dziś wydaje nam się oczywiste, że to od nas zależy, czy będziemy chcieli się z kimś związać, czy też nie. Niegdyś małżeństwo, przede wszystkim dla kobiet, było jedyną opcją, żeby mieć środki do życia i jedyną szansą na przetrwanie. Obecnie jesteśmy właściwie samowystarczalni. Dwoje niemieckich socjologów, Ulrich Beck i Elizabeth Beck-Gernsheim[2], jako znak współczesności wskazują indywidualizację, czyli sytuację, w której jednostki stają się legislatorami wybranych przez siebie stylów życia. Stąd mamy dziś wysyp „biografii wyboru”. Młodzi ludzie coraz później wchodzą w dorosłość, której atrybuty również się zmieniły. Etapy: pełnoletniość, małżeństwo, dzieci, praca, emerytura (najczęściej jedna praca i jedno mieszkanie) składają się na scenariusz coraz rzadziej wybierany, bo coraz mniej możliwy. W naszych intymnych związkach ścierają się uczucia z wolnością, zaangażowanie z chęcią samorealizacji.

Liczby nie kłamią

Na zmiany w rodzinie wskazują również statystyki[3]. W porównaniu z początkiem lat siedemdziesiątych (a więc nie tak dawno temu) coraz później decydujemy się dziś na małżeństwo. Polki w 1970 roku wychodziły za mąż średnio około dwudziestego drugiego roku życia. W tej chwili najczęściej biorą ślub tuż przed dwudziestymi szóstymi urodzinami, wciąż wcześniej niż kobiety w innych państwach Europy. W Danii w 1970 roku kobiety stawały na ślubnym kobiercu średnio w wieku dwudziestu trzech lat, a w Szwecji – dwudziestu czterech. Obecnie w obu krajach średnia ta przekroczyła trzydziesty rok życia. Podobnie wzrósł wiek, w którym kobiety rodzą pierwsze dziecko. W Polsce, jak i w innych krajach postsocjalistycznych, gwałtowna zmiana nastąpiła w pierwszych latach po transformacji, mianowicie na początku lat dziewięćdziesiątych kobiety stawały się matkami średnio w wieku dwudziestu dwóch lat, w 2007 roku mając dwadzieścia siedem. Kiedyś dzieci poprzedzało małżeństwo – dziś po pierwsze niekoniecznie, a po drugie, coraz mniej sprawdza się reguła, że tuż po ślubie czas na pierwsze dziecko. W związku z tym nasuwa się refleksja, czy tak szybko zmieniła się nasza świadomość i jednym z jej przejawów jest niechęć do macierzyństwa, czy może przeobrażające się warunki społeczno-ekonomiczne sprawiły, że czekamy na „lepszy” moment, zanim zdecydujemy się na potomstwo.

W Europie maleje również liczba dzieci przypadająca na jedną kobietę. O ile kiedyś normą była trójka czy dwójka dzieci, dziś więcej jest par z jednym, czasem z dwójką pociech. I znów – w przypadku Polski od początku lat dziewięćdziesiątych współczynnik dzietności ostro „pikował” w dół i w 2005 roku spadł z dwójki do 1,2 dziecka na kobietę. Podobnie działo się w pozostałych krajach byłego bloku sowieckiego. Lata dziewięćdziesiąte wszędzie w Europie wyglądały niemal tak samo, dopiero od niedawna w niektórych krajach, jak na przykład we Francji, Szwecji, Norwegii, średnia dochodzi do dwójki dzieci, a nawet ją przekroczyła (we Francji). Drgnięcie w górę sprawiło, że niektórzy badacze coraz głośniej zaczęli mówić o „regenerującej się” rodzinie. Niestety wciąż za wcześnie, by stwierdzić, czy jest to chwilowy wzrost, czy wyraźny trend.

Kolejną zmianą jest coraz mniejsza liczba małżeństw. W 1965 roku w Europie na tysiąc osób zawierano ich średnio 7,64, w 2007 roku już tylko 4,87. Najwięcej ślubów biorą Cypryjczycy, Litwini, Duńczycy i Polacy. W tych właśnie krajach wskaźnik wciąż plasuje się blisko siódemki (Eurostat, 2010). To, że Europejczycy nie stają na ślubnym kobiercu tak często jak kiedyś, nie oznacza, że żyją samotnie. Oczywiście, singli jest dużo, w Polsce co czwarta dorosła osoba[4], natomiast coraz popularniejsze są związki nieformalne (hetero- i homoseksualne). Kohabitacja może być preludium, dłuższym bądź krótszym, do małżeństwa, ale coraz częściej staje się sposobem na wspólne życie. Dużo dzieci wychowuje się dziś w tego typu związkach. Najwięcej kohabitantów z dziećmi mieszka we Francji i Skandynawii (w Szwecji i Norwegii około połowy pociech rodzi się poza małżeństwem), najmniej w krajach Europy Południowej. W Polsce odsetek urodzeń pozamałżeńskich wzrósł z 6,2% w 1990 roku do 15,8% w 2003 roku[5]. Zmienił się także stosunek Polaków do związków nieformalnych i obecnie większość jest zdania, że rodzinę stanowią również rodzice wspólnie wychowujący dzieci, którzy nie sformalizowali swojego związku.

Naturalnie, nie można zapomnieć o rosnącej liczbie rozwodów. Chociaż i tutaj szykuje się niespodzianka, gdyż ich największy wskaźnik odnotowano w takich krajach jak: Litwa, Czechy, Hiszpania (Eurostat, 2010) – zupełnie inaczej niż widzieliby to publicyści upatrujący kryzys małżeństwa w „zepsutych konsumpcją”, bogatych i zsekularyzowanych krajach Europy. Ale oprócz liczby rozwodów rośnie, choć o wiele wolniej, ilość powtórnych decyzji o ślubie. Z jednej strony nietrwałość małżeństw sprawia, że dzieci coraz częściej wychowują samotni rodzice (w większości wypadków matki), z drugiej – coraz więcej dzieci wychowuje się w tak zwanych patchwork families, gdzie rodzice tworzą nowe związki z osobami, które mają już potomstwo bądź chcą je mieć z nowym współmałżonkiem – stanowią zatem rodziny bardzo złożone i dość sporych rozmiarów. Jednak mimo opisanych zmian to rodzina nuklearna wciąż jest najpopularniejszą formą życia rodzinnego, acz już niejedyną.

(Nie)racjonalne wybory?

O tym, że Europejczycy nie są tacy straszni, jak byśmy ich widzieli, świadczą choćby wyniki badań dotyczących preferowanej liczby potomstwa. W Polsce prawie wszyscy deklarują, że chcą mieć dzieci (chociaż systematycznie wzrasta liczba osób twierdzących, że planują nie mieć żadnego – 4% badanych w 2006 roku). Około połowy chciałoby mieć dwójkę, niemal co piąta osoba (19%) troje, a co dziewiąta (11%) czworo, a nawet więcej. Okazuje się jednak, że nie tylko w Polsce aspiracje są większe, niż wskazywałaby na to rzeczywistość. Generalnie Europejczycy marzą o większej gromadce dzieci (oprócz Austrii średnio ponad dwójkę), ale summa summarum swych zamiarów nie realizują. Może to wynikać z przywiązania do takich wartości jak samorealizacja, wolność osobista, chęć rozwoju. Mamy świadomość, że dzieci zmienią nasze życie i obawiamy się, że będziemy musieli zrezygnować ze zbyt wielu rzeczy. Dziś posiadanie potomstwa może być postrzegane jako ryzykowne. Zastanawiamy się, czy uda nam się zapewnić mu dostatnie dzieciństwo, edukację i czy my jako rodzice nie będziemy zmuszeni porzucić naszych marzeń i planów. Takie obawy częściej towarzyszą kobietom, które silniej odczuwają konsekwencje macierzyństwa – zwykle niełatwy powrót do pracy, trudność łączenia obowiązków rodzinnych z zawodowymi. Niepewność może potęgować sytuacja mieszkaniowa, finansowa, niesprawiedliwy podział obowiązków domowych w związku, trudny dostęp do żłobków i przedszkoli.

W tradycyjnym modelu rodziny role płciowe są ściśle podzielone. Mężczyzna pracuje, a kobieta zajmuje się domem i dziećmi. Feminizm dał kobietom i mężczyznom wybór, kim chcą być i w jakich rolach się spełniać. Często można spotkać się z opinią, pewnie dość powszechną, że odkąd kobiety zaczęły łączyć życie rodzinne z zawodowym, dotychczasowy porządek życia domowego, który tak długo się sprawdzał, załamał się. W konsekwencji małżeństwa coraz częściej się rozpadają, a pracy i tak nie ma dla wszystkich. Zapewne opinia ta pozostanie jedynie intuicją, gdyż badania żadnych z tych zależności nie potwierdzają. To właśnie w krajach o najwyższych wskaźnikach aktywności zawodowej kobiet, jak Francja, Holandia czy kraje skandynawskie, rodzi się obecnie najwięcej dzieci w Europie (nie do końca wzrost tłumaczy udział imigrantów). Największy spadek ich liczby obserwuje się w krajach Południowej Europy, takich jak: Włochy, Hiszpania oraz w państwach Europy Wschodniej (również w Polsce), w których tradycyjny model rodziny wciąż jest popularny. To, w którym momencie decydujemy się na dzieci, ile chcemy ich mieć, zależy dziś raczej od tego, czy będziemy mogli pogodzić pracę z obowiązkami domowymi, od upowszechnienia się partnerskich relacji w rodzinie, od polityki rodzinnej państwa. Jeżeli popatrzymy na relację współczynnika dzietności do nakładów na politykę rodzinną, to okaże się, że we Francji przy wskaźniku 2,0 w 2008 roku nakłady te wyniosły 3,79% (do PKB w 2005 roku), w Polsce zaś odpowiednio 1,37 i 1,14, natomiast we Włoszech 1,41 i 1,30[6]. Rozsądna polityka rodzinna decyzję o dzieciach może uczynić mniej ryzykowną.

„Tata zawsze w domu” – dlaczego nie?

Pozostaje jeszcze kwestia podziału obowiązków domowych i opieki nad dziećmi. Dziś bardziej dyspozycyjny na rynku pracy jest mężczyzna. Mimo że większość z nas przyznaje, że zajęcia zawodowe i domowe powinny być dzielone między małżonków, to w przypadku gdy oboje pracują, kobieta i tak poświęca rodzinie więcej czasu. Tradycyjny pozostaje również rynek pracy. Urlopy tacierzyńskie są krótkie i nietraktowane poważnie przez pracodawców. Nie zaspokajają w pełni potrzeb ojców, którzy chcą mieć większy kontakt ze swoimi dziećmi. W Polsce, mimo że od 2000 roku o dziesięć procent zmalała liczba preferujących tradycyjny wzór małżeństwa (jedynie mąż pracuje, a żona zajmuje się prowadzeniem domu, wychowaniem dzieci), to wciąż cieszy się on popularnością u prawie co trzeciego badanego, choć częściej u mężczyzn niż kobiet. Dziś w około 40% polskich gospodarstw domowych kobiety zarabiają więcej od mężczyzn. Polityka rodzinna w Polsce powinna uwzględniać te rachunki. Tym bardziej dziwią wypowiedzi takie jak Marka Praciszewskiego i Joanny Puzyny-Krupskiej, którzy piszą: „warto pomyśleć o zmianach w systemie emerytalnym np. poprzez uznanie pracy matki rezygnującej z aktywności zawodowej, by zająć się dziećmi, za równowartościową innej pracy i objęcie jej ubezpieczeniem emerytalnym. Należałoby wydłużyć urlopy macierzyńskie i wychowawcze oraz uniezależnić te świadczenia od wcześniejszego zatrudnienia”[7]. Jest to propozycja warta zastanowienia i nie chodzi o negowanie czyjejś potrzeby pozostania z dziećmi w domu, ale dlaczego nie bierze się pod uwagę potrzeb ojców? Trudno jest zrozumieć, skąd założenie, że jedynie matka mogłaby zrezygnować z pracy i wychować dzieci. Dlaczego państwo poprzez politykę rodzinną miałoby ograniczać czyjś wybór? A jak to tata będzie chciał zostać z gromadką dzieci? Dlaczego państwo miałoby mu nie przyznać świadczeń emerytalnych? Polityka rodzinna zamiast zaklinać rzeczywistość, powinna uwzględniać ją taką, jaka jest.

Może na lepszą diagnozę rzeczywistości pozwala koncepcja family mainstreaming. Pod względem zasad przypomina tę znaną w Europie od lat, mianowicie gender mainstreaming. Zakłada ona, że każdy program polityki publicznej, na wszystkich etapach realizacji, powinien mieć na uwadze, jak postulowane zmiany wpłyną na rodziny w danym państwie. Pomysł nie wydaje mi się zły, projektując zmiany np. w prawie pracy, prawodawca w swoim projekcie powinien liczyć się z sytuacją rodziny. Nie będzie wówczas potrzeby, by powstawały osobne regulacje. Takie podejście proponuje w swoich dokumentach np. Departament Spraw Gospodarczych i Społecznych ONZ (DESA ONZ) – family mainstreaming ma za zadanie wzmocnić nie tyle samą rodzinę, ale prawa jej członków. Państwu, patrząc pragmatycznie, powinno się to opłacać. W sytuacjach kryzysowych, zanim jednostka zwróci się do niego o pomoc, najpierw poszuka wsparcia u swoich bliskich.

W Polsce wciąż do podejścia family mainstreaming daleko. Wieścimy kryzys „podstawowej komórki społecznej” i zaprzątamy sobie głowę wskazywaniem winnych – kobiet, którym zachciało się emancypacji, osłabienia więzi wspólnotowych, egoizmu typowego dla konsumpcyjnego stylu życia. Są też i tacy, którzy wzywają do zatrzymania niebezpiecznych tendencji. A rodzina się zmienia, bo to my ją tworzymy – obecnie mamy inne potrzeby, aspiracje i możliwości niż nasi dziadkowie i rodzice. Z drugiej strony trudno jest sobie wyobrazić, by jedynie argumenty odwołujące się do wartości miały skłonić młodych ludzi, aby częściej i szybciej brali ślub, a potem mieli tyle dzieci, ile się da. Powinniśmy być sceptyczni, co do twierdzenia, że kiedykolwiek taki wpływ miały. O wiele skuteczniejsze wydają się być dodatki, ulgi, zwolnienia z podatku – bardzo pragmatyczne rozwiązania. Można odnieść wrażenie, że w Polsce zatrzymujemy się na etapie mówienia, jaka rodzina powinna być, a może czas popatrzeć w końcu, jaka rzeczywiście jest, i zaproponować konkretne działania.

 


[1] A. Giza-Poleszczuk, M. Marody, Przemiany więzi społecznych, Kraków 2004.

[] U. Beck, E. Beck-Gernsheim, Individualization: Institutionalized Individualism and its Social and Political Consequences, London 2002.

[3] Research on Families and Family Policies in Europe, (ed.) Marjo Kuronen, 2010. Raport dostępny na stronie www.familyplatform.eu.

[4] TNS Pentor, badanie zrealizowano na zlecenie serwisu Sympatia.pl, czerwiec-sierpień 2011.

[5] Komunikat z badań CBOS, Potrzeby prokreacyjne oraz preferowany i realizowany model rodziny, Warszawa 2006.

[6] OECD Family Database.

[7] M. Praciszewski, J. Puzyna-Krupska, Jak ulżyć rodzinom, „Rzeczpospolita” z 26 września 2011.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata