70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

ID: między innymi Polak

Czy kryzys ekonomiczny i przemiany w popkulturze doprowadzą do powrotu dziewiętnastowiecznej formuły polskości i wzmocnią narodową identyfikację Polaków? Czy też, przeciwnie, naszą tożsamość budować będziemy jedynie w oparciu o indywidualne, egzystencjalne i estetyczne wybory, a Polska stanie się tylko miejscem zamieszkania?

Przeklęty dziewiętnasty wiek! Taka była moja pierwsza i najgłośniejsza myśl po lekturze odpowiedzi na Znakową ankietę o polskości z 1987 roku. Jasne, przeszłość stanowi oczywisty punkt odniesienia i najżyźniejszy kontekst. Ale choćby z czystej przekory – dla zdrowego odreagowania – człowiek chciałby porozmawiać o polskości, trzymając usta i mózg ponad powierzchnią bagna pierwszej wojny światowej i rozbiorów. Lecz czy to w ogóle możliwe? Przeklęty dziewiętnasty wiek!

Nie jest moją intencją silić się na kontrowersyjność i obrazoburstwo – takich brawurowych komandosów antypolskości mamy dziś na pęczki, wystarczy włączyć telewizor czy otworzyć kolorową gazetę. Chciałbym natomiast zaproponować perspektywę konkurencyjną wobec wszystkich tych ujęć czyniących z polskości kategorię wyjątkową, zgoła nadnaturalną, jednoelementowy zbiór o odrębnych regułach, nieporównywalny do żadnego innego. Dopóki dyskurs toczy się na poziomie zestawiania wyjątkowości, czyli tłumaczenia nieprzetłumaczalnego, dopóty pozostaniemy takim egzotycznym idiomem Europy. Trzeba ram i języków obszerniejszych, uniwersalnych.

1.

Jeśli więc nie mamy odwoływać się do więzów i ciągłości mistycznych, pozarozumowych, ani też do prostackiej wspólnoty krwi (tj. ciągłości przez genealogie ciała), to naturalnym punktem wyjścia w każdej rozmowie o polskości musi być identyfikacja poprzez zakorzenienie w sieci kontekstów kulturowych, językowych, w określonym krajobrazie symboli. Okoliczności materialne – geografia, geny, namacalne manifestacje historii – wpływają jedynie pośrednio, zwiększając lub zmniejszając ekspozycję człowieka na dane pakiety symboli.

W ankiecie sprzed 25 lat tak rozwijał tę perspektywę Jan Prokop: „Narodowe legendarium nie jest naszym jedynym uniwersum znakowym, jedynym pomieszkaniem hominis symbolici, człowieka tworzącego symbole. Tkwimy w wielu nakładających się na siebie, rywalizujących, ale i dialogujących układach znakowych. Zakorzenienie w określonym dziedzictwie nie wyklucza transcendowania go, przekraczania granic własnego świata i wymiany wartości. Tak poszczególne podnosi się do uniwersalnego, a «narodowe do ludzkości». Tkwimy w polskim «zaklętym kręgu», ale także w kręgu wyobrażeń judeochrzescijańskiej i grecko-rzymskiej Europy… Jesteśmy wreszcie członkami rodziny ludzkiej nie mówiąc o przynależności do ważnych lub mniej ważnych wspólnot węższych, choć zarazem powszechnych, jak astronomowie, miłośnicy jazzu, benedyktyni czy alpiniści. Narodowe uniwersum nie jest więc jedynym obszarem, w którym istnieję jako homo symbolicus, ale jest domem – miejscem zakorzenienia, z którego wyruszam w świat. Dom ów wciąż ulega przebudowie, jest poprawiany i odnawiany, ale aby był rzeczywiście miejscem zadomowienia, portem naszych rejsów, musi zapewniać ciągłość międzypokoleniową”.

Pójdę znacznie dalej: nie ma żadnego powodu, by polskość czy jakąkolwiek podobną kategorię wyróżniać a priori z nieskończonego repertuaru identyfikacji, których podmiotem jest każdy człowiek. Nie jest konieczna „identyfikacja zero”, żaden port, dom, stały układ odniesienia.

 

2.

Przyjrzę się teraz trochę bliżej mechanizmom rządzącym tym systemem i konsekwencjom owego uogólnienia i zrównania.

Dość łatwo da się wydestylować następujące cechy wspólne identyfikacji w powyższym rozumieniu:

– równoległość;

– ułamkowość;

– wzajemne przenikanie;

– niepodległość od realu;

– pozasprzeczność.

Identyfikacje są RÓWNOLEGŁE, tzn. żadna jedna identyfikacja nie określa w pełni sytuacji jednostki ani też nie układają się one w stałą spójną hierarchię i nie kasują wzajemnie. W tym samym momencie, w tej samej sytuacji ten sam człowiek rozpoznaje się równolegle w symbolice mężczyzny (męskości), rodzica (ojca), syna, białego, Europejczyka, Polaka itd.

Identyfikacje są UŁAMKOWE: nikt nie może twierdzić, że poznał i opanował którekolwiek z tych uniwersów symboli w całości. Ich cechą fundamentalną jest ta kosmiczna otchłanność: każdy z nas ma silne poczucie, iż poza jego horyzontem rozciągają się galaktyki nieznanych mu symboli; że, jak dzieciak spoglądający w ugwieżdżone niebo, dostrzega jedynie nieskończoność przesłaniającą mu tysiąc kolejnych nieskończoności.

Identyfikacje PRZENIKAJĄ SIĘ WZAJEMNIE: prawie każdy symbol stanowi element więcej niż jednego „języka” i uczymy się ich od razu w tej wielokrotności znaczeń; nie jest możliwy do pomyślenia „człowiek jednej identyfikacji”. Jeśli np. w kontekście seksualnym bardziej myślę o sobie jako o Polaku niż mężczyźnie – jeśli gęstsza pozostaje tu dla mnie sieć znaków polskości – to chociaż może to stanowić podstawę efektownej obsesji, nie wymaże przecież identyfikacji męskiej: polskość się tu nią „karmi”, tak samo jak w symbolice Matki-Polki karmi się kobiecością.

Identyfikacje nie muszą być zakorzenione w rzeczywistości, są względem niej NIEPODLEGŁE – równie dobrze mogą się opierać na podstawach jawnie lub nieświadomie fikcyjnych. Ludzie identyfikują się wszak przez przywiązanie do danej marki (tj. marzeń i aspiracji wykreowanych dla marki), trendu, subkultury, poprzez daną religię czy mit. U podstaw tradycyjnych identyfikacji narodowych także leżały mity. Steve Jobs stworzył Apple’owców, Romulus i Remus – Rzymian. Fikcyjność bywa tu oczywiście mniej i bardziej jaskrawa: wyznawcy danej religii biorą jej imaginarium absolutnie serio, podczas gdy najzagorzalsi nawet fani danej książki, filmu, serialu, doskonale zdają sobie sprawę z ich umowności. Wszakże dla samego mechanizmu identyfikacji, dla funkcji budowania wspólnoty, filtrów percepcji, modi porozumienia – nie ma ta różnica znaczenia.

Identyfikacje są POZASPRZECZNE, tzn. nie dotyczy ich logika wykluczania członów alternatywy: A lub nie-A. Można się identyfikować równocześnie z A i z nie-A. Na poziomie uczestnictwa symbolicznego (umysłów, wyobrażeń, skojarzeń, języków) można być równocześnie kobietą i mężczyzną, można być dzieckiem i dorosłym, Żydem i antysemitą, katolikiem i ateistą, prawicowcem i lewicowcem itd.

 

3.

Czy polskość, a właściwie szerzej: identyfikacje obejmujące kategorie polskości i podobne, opierają się na cechach względnych czy bezwzględnych?

W rzeczywistości najsilniejsze identyfikacje wyróżniające zbiorowość X wyłaniają się w kontraście z cechami definiującymi nie-X. Dla ilustracji postawmy następującą kwestię logiczną: czy w świecie, w którym WSZYSCY są i byli Polakami, istnieje polskość? (Czy to zdanie ma tam w ogóle sens?)

Przed momentem rozpoznania nie-X nie istniejemy jako X. W historii cywilizacji takim wyraźnie definiującym zdarzeniem bywało pierwsze zetknięcie izolowanych społeczności z Europejczykami (odkrywcami spoza horyzontu ich doświadczenia). W dziejach narodów europejskich analogiczny moment nie istnieje jako zdarzenie historyczne, tutaj nie mieliśmy stanu pierwotnej izolacji ani wszechobejmującej jedności. Niemniej trwający wciąż proces kształtowania się identyfikacji podlega wszędzie tym samym regułom.

Identyfikacje oparte na cechach względnych są:

– zmienne w czasie;

– komplementarne jako system;

– podatne na zapośredniczenie.

Takie identyfikacje ZMIENIAJĄ SIĘ W CZASIE, ponieważ przesuwają się punkty, względem których przyjmujący daną identyfikację wyznaczają swoje położenie.

Jeśli np. polskość ma się opierać także na cesze tolerancji (bądź nietolerancji), to każda asercja w rodzaju „Polacy są tolerancyjni” (tudzież „Polacy są nietolerancyjni”) nie znaczy nic zanim nie zostanie przełożona na sądy relacyjne: „Polacy są tolerancyjni bardziej niż nie-Polacy” („Polacy są nietolerancyjni bardziej niż nie-Polacy”). Polskość staje się w tym momencie pochodną stopnia tolerancji tych nie-Polaków, z którymi Polacy mają najczęstszy kontakt (pośredni lub bezpośredni). A ponieważ stopień ów się zmienia, zmieniają się warunki brzegowe polskości.

(Notabene analogiczne rozumowanie należy przeprowadzić dla wielu identyfikacji przecinających się z polskością, m. in. katolickości. Czy katolickość naprawdę stoi na cechach bezwzględnych? Polska już dawno przestała być przedmurzem chrześcijaństwa – przez długi czas pozostawała homogenią katolicyzmu pozbawionego definiującego kontaktu z niekatolicyzmem. Wszyscy byli katolikami, nikt nie był katolikiem).

Teoretycznie mogłoby to prowadzić do nieskończonego sprzężenia zwrotnego między SYSTEMAMI KOMPLEMENTARNYCH IDENTYFIKACJI: bo chociaż człowiek potrafi uczestniczyć w sprzecznych symbolikach, to same systemy identyfikacji dopełniają się wzajemnie, chociażby na poziomie oderwanych od realu „wyobrażeń o nie-X”. W praktyce jednak zazwyczaj się tak nie dzieje, ponieważ w różnych identyfikacjach różne cechy mają różną wagę. W powyższym przykładzie nie-Polacy nie muszą się wcale definiować poprzez swoją tolerancję (czy nietolerancję), więc reaktywne zmiany takiej identyfikacji polskości nie będą odciskały na owych nie-Polakach mierzalnego wpływu.

Nastąpiła też rewolucja w sposobie kształtowania tych identyfikacji: w coraz większym stopniu kształtowane są one bezpośrednio. Tym samym zanika rola elit, a rośnie rola popkultury.

W numerze sprzed ćwierćwiecza tak pisał Tadeusz Łepkowski: „Nie ulega żadnej wątpliwości, że tradycja prawno-państwowa, myśl narodowa, stanowią przez całą historię Polski własność elit. Masy przez większą część dziejów, a i teraz, są bardziej konsumentami niż twórcami, tradycję raczej przejmują niż kształtują”.

Moim zdaniem to diagnoza całkowicie nieaktualna. Wydostawszy się z zamrażarki PRL-u, dostaliśmy się w szpony tych samych praw masy, które przed wiekiem zanalizował Ortega y Gasset. I bardzo szybko głównym źródłem identyfikacji dla jednostek w tej masie stała się komercyjna popkultura.

Po prawdzie cały ten proces jest bardziej skomplikowany; istnieją tu dwa różne rodzaje możliwego zapośredniczenia. Otóż, ponieważ w coraz mniejszym stopniu świat wpływa na nas wprost (w materii i w kontaktach fizycznych z innymi ludźmi), a w coraz większym – pośrednio, przez wytwory kulturowe, to i kulturowe kompetencje polskości (jak i amerykańskości, niemieckości, francuskości) nabywamy coraz częściej nie po prostu żyjąc w Polsce, obcując z Polakami, chodząc po polskiej ziemi itd. – lecz przyswajając twory danej kultury. Co obecnie w 99 procentach oznacza pop.

Dlatego też będąc od dziecka zanurzonymi w kulturze produkowanej przez Hollywood, mamy prawo mówić o sobie wcale niemetaforycznie, że „w pewnym stopniu wszyscy jesteśmy Amerykanami”.

Z drugiej strony zaś popkultura pozwala właśnie na nieustanne BEZPOŚREDNIE (tzn. niezapośredniczone przez elity) konfrontowanie naszych identyfikacji z identyfikacjami obcymi. Wzorce tworzą się oddolnie, ucierają się w milionach pojedynczych kontaktów.

Nie istnieje żadna elita tworząca popkulturę, przejmująca w ten sposób rolę dawnych elit. Popkultura stanowi tyleż pokarm, co WYTWÓR MASY.

Za dobrą ilustrację (model) owych procesów służy prowincjonalna wieś z początkowego okresu formowania się państw narodowych. Mieszkańcy tej wsi nie mieli żadnego kontaktu z przedstawicielami innych narodowości, mieli natomiast kontakt z mieszkańcami sąsiednich wsi oraz przedstawicielami władzy feudalnej (reprezentantami suwerena). Ich identyfikacje kształtowały się zatem w relacji do sąsiadów („My z Korbielewa Dolnego nie jesteśmy jak ci Korbielewa Górnego”) oraz do wyobrażeń o obcych przynoszonych „z góry” przez elity. To panowie szlachta, ziemiaństwo i potem inteligenci jeździli za granicę i przyjmowali u siebie cudzoziemców, zapoznawali się z obcą kulturą. Zmieniało się to stopniowo wraz z przepływem ludności ze wsi do miast, poziomymi migracjami zarobkowymi i rozwojem środków masowego przekazu. W końcu dotarliśmy do punktu, gdy elity stały się tu właściwie zbędne. Miliony podróżują za granicę, bezpośrednio stykając się z nie-polskością, a każdy, nie ruszając się z domu, jest codziennie bombardowany popkulturowymi obrazami z rozmaitych kręgów kulturowych i sfer cywilizacji.

Powstające w ten sposób identyfikacje polskości nie mają wiele wspólnego z dziewiętnastowiecznymi relikwiarzami świętych symboli powierzonymi pieczy oświeconych elit.

 

4.

Rozumując dziewiętnastowiecznie, wszyscy pozostajemy do śmierci zdeterminowani przez „miejsce, z którego wyruszamy w świat”: punkt startowy, w którym zostaliśmy ustawieni przez naturę. Murzyn nie może się więc identyfikować jako biały, kobieta jako mężczyzna, chłop jako arystokrata, muzułmanin jako ateista, Polak jako Meksykanin.

Rozumując dwudziestopierwszowiecznie, wszystkie identyfikacje są kwestią wyboru. Murzyn może się wybielić. Kobieta może zostać mężczyzną, mężczyzna – kobietą. Każdy może przejść do wyższej warstwy społecznej, jeśli zdobędzie wystarczająco wiele pieniędzy. Może zmienić wyznanie tudzież porzucić wiarę w ogóle. Może osiąść w innym kraju, wżyć się w ten kraj i tak oto stopniowo „przesłonić” stare konstelacje symboli nowymi.

Całkowite wymazanie pierwotnych identyfikacji nie jest możliwe – chyba że zmiana następuje jeszcze we wczesnym dzieciństwie – ale przecież nie trzeba aż amnezji. Gdybym teraz przeniósł się np. do Brazylii i świadomie odciął od zdalnego uczestnictwa w polskości, i równie świadomie i pracowicie „wżywał” w brazylijskość, po kilkunastu latach zapewne byłbym już bardziej Brazylijczykiem niż Polakiem – chociaż do śmierci pozostałaby we mnie polskość jako jedna z równoległych żywych identyfikacji.

Jednak sama możliwość powrotu oraz dobrowolność tych zmian odejmuje im aurę dramatyzmu i fatalistycznego cierpienia charakterystyczną dla dziewiętnastowiecznych „przenarodowień”.

Zresztą nie jest konieczna nawet przeprowadzka. Jako się rzekło, identyfikacje współczesne w coraz mniejszym stopniu zależą od podstaw materialnych: ziemi, zabytków, fizycznej obecności innych ludzi. Można pozostawać zanurzonym w polskości, znajdując się cieleśnie na emigracji – nadal bowiem uczestnicząc wówczas w kulturze, języku, polityce, problemach Polski i rodziny. (Sam termin „emigracja” rozmywa się i traci znaczenie w świecie szybkich i swobodnych podróży i coraz bardziej totalnych technologii zdalnej komunikacji).

I na odwrót: mieszkając w Polsce, można w istocie żyć w innym kraju, innej kulturze, uczestniczyć w innym języku, przeżywać inne zupełnie rozterki i radości, i poruszać się głównie w krajobrazach symboli wziętych spoza uniwersum polskości.

Wprowadzając tu ów możliwie neutralny i pojemny model i analizując jego cechy próbuję właśnie umiejscowić polskość w kontekście niby tak przyziemnych i banalnych identyfikacji jak „kulturysta”, „informatyk”, „fan Iksa”, „prawnik”, „wegetarianin”, „ekolog”, „hipster”, „biseksualista”, „użytkownik Apple’a”, „alkoholik” itd. One właśnie coraz częściej – w coraz większej liczbie sytuacji życiowych – są identyfikacjami najistotniejszymi, najżywszymi, NAJPRAWDZIWSZYMI.

Tak samo jak istnieją „obsesjonaci polskości”, którym z Polską kojarzy się wszystko, toteż w każdej czynności i chwili życia są przede wszystkim Polakami – tak samo istnieją „przede wszystkim homoseksualiści”, „przede wszystkim jazzmani”, „przede wszystkim matematycy” itd., dla których polskość czy nie-polskość – poza określonymi, wyjątkowymi sytuacjami i kontekstami – nie ma żadnego znaczenia.

Także język nie determinuje już identyfikacji. Szwajcar nie musi znać jednego konkretnego języka, żeby być Szwajcarem, nie trzeba też wychować się w języku angielskim, żeby  z automatu zostać przypisanym do „angielskości” bądź „amerykańskości”, „australijskości” itd. Polska nie jest państwem wielojęzycznym, nie ma też na świecie innych krajów języka polskiego, lecz z każdym kolejnym pokoleniem swobodnie podróżującym po takim kalejdoskopowym świecie, nasiąkającym multijęzyczną popkulturą, słuchającym piosenek z angielskim tekstem, czytającym literaturę w oryginale po angielsku, „żyjącym” w anglojęzycznym Internecie i stykającym się z ludźmi „wyzwolonymi z języka” – identyfikacja mowy polskiej z polskością staje się coraz mniej oczywista. Choć oczywiście nadal stanowi silny czynnik ściągający nas do polskości.

W pewnym sensie nie jest to nowe zjawisko; można je nawet postrzegać jako powrót do dawnych – wysokich – tradycji. Ongi „ponad językami” poruszały się arystokracja i kler. Ich ojczyzną była klasa społeczna, czy też raczej coś, co dzisiaj określilibyśmy jako zinstytucjonalizowany lifestyle.

 

5.

Czym w tak zarysowanej normalności jawi się polskość? Jest rodzajem FUNKCJI ALARMOWEJ uruchamianej w sytuacjach zagrożenia.

Symbole budujące tę identyfikację należą równolegle do prawie każdej konstelacji „codziennej”: zawodowej, rodzinnej, religijnej, hobbystycznej, lokalnej, lifestyle’owej itd. Szyję buty – ale nie czynię tego jako Polak. Przyjmuję komunię – ale to nie Polak czy nie-Polak klęka przed ołtarzem. Chodzę na siłownię – pot wylewany pod sztangą nie jest polski czy niepolski. Żeby polskość stała się tu pierwszą, najistotniejszą identyfikacją – skojarzeniem wskakującym nam do głów w odruchu bezwarunkowym – trzeba takiego zbiegu okoliczności historycznych, którego nie życzyłbym sobie ani moim dzieciom. Okupacji, segregacji, militaryzacji-nacjonalizacji, czystek etnicznych; słowem: powtórki z makabrycznej przeszłości.

Mam zresztą wrażenie, że żadne z moich tu stwierdzeń nie jest zaskakujące czy odkrywcze. W innych dyskusjach, w innych kontekstach – w innych krajach – to już oczywistości na granicy banału.

No dobrze, ale co tymczasem począć z polskością, która stoi na tej samej półce, co iPhone’y, adidasy, diety Dukana i karty kredytowe? Czy mamy widzieć ją tu poniżoną, zdeprecjonowaną i modlić się o powrót opresji, dzięki której znowu zostanie wyniesiona na ołtarze? Czy też przystosować się do tego WOLNEGO RYNKU IDENTYFIKACJI i nauczyć się wykorzystywać jego właściwości?

Tak naprawdę ów proces już się toczy. Od dobrych kilku lat możemy obserwować kampanie promocyjne Polski i rozmaite akcje rocznicowe prowadzone na tej właśnie zasadzie. Sprzedajemy produkt, ten produkt to pakiet kulturowy pt. „Polska”, a w jego skład wchodzą takie i takie atrakcje. Kupisz? Nie kupisz? Kup!

 

6.

Najniższy stopień to oferty turystyczne. Wyżej lokują się oferty biznesowe (skierowane głównie do firm szukających optymalnego miejsca dla inwestycji) oraz edukacyjne. Złowieni na tę ostatnią przynętę nierzadko osiedlają się w Polsce na stałe i przyjmują obywatelstwo polskie: student „wżywa się” w polskość, poznaje język, nawiązuje przyjaźnie, zakochuje się, zakłada rodzinę.

Bardzo pouczające pod tym względem są lektury blogów i forów ekspatriantów: cudzoziemców mieszkających w Polsce (głównie z powodów zawodowych i rodzinnych).

Polska przyciąga ich:

– serdecznością, ciepłem Polaków w kontaktach bezpośrednich (to powszechna obserwacja);

– kuchnią;

– urodą Polek;

– pięknem niektórych miast, krajobrazów;

– tradycyjną rodzinnością.

Odrzuca natomiast:

– trudnym językiem;

– paskudną pogodą przez połowę roku;

– złymi drogami i koleją z horroru;

– brudem, brakiem higieny;

– biurokracją i obyczajami urzędniczymi.

Zauważmy, iż nie jest to bynajmniej żaden „rysopis polskości”, żadna lista definiująca! Wątpliwym jawi się sam związek niektórych z tych cech i warunków z polskością jako taką.

Ważne, by zrozumieć tę różnicę: o atrakcyjności Polski jako okna wystawowego polskości wcale nie decydują cechy konstytutywne tej identyfikacji. Istnieje tu spora przestrzeń do manewru.

Ostatecznie konflikt jednak musi nastąpić. Jego zapowiedź mamy dzisiaj w tle niektórych sporów konserwatystów z liberałami, a także w problemach ze spozycjonowaniem programowym „konserwatyzmu modernizującego”. Istota konfliktu prezentuje się tak: albo będziemy się trzymać tradycyjnych cech polskości, albo przegramy z kretesem na tym wolnym rynku identyfikacji.

A najwyższy stopień w owej grze ofert to oferta polskości skierowana nie na zewnątrz, lecz DO WEWNĄTRZ: do tych, którzy „urodzili się w polskości”, ale oto już widzą, że ani nie są na nią skazani przez tzw. warunki obiektywne, ani nie krępuje ich żaden przymus duchowy, szantaż moralny („Jak możesz porzucać Matkę, zdrajco!”). Mogą oto wybrać inny pakiet, kupić inną markę.

I kupują – lecz nie postrzegamy tego jeszcze w kategoriach konkurencji, bo w to miejsce wchodzą nie inne identyfikacje narodowe, lecz właśnie lifestyle’owe, zawodowe, kulturowe, sportowe itp.

A nie jest to bynajmniej „emigracja wewnętrzna” jak ta z PRL-u czy wcześniej z czasów zaborów; polskość nie daje tu im żadnego ketmanowego punktu oparcia, nie jest żadnym ukrytym motywem. „Nie mogę być Polakiem, a nie chcę być Rosjaninem, więc będę ojcem, prawnikiem i cyklistą”. Nic podobnego!

Spójrzmy na historię świeżej polskiej emigracji na Wyspy Brytyjskie. W przypadku prawie wszystkich emigrantów nie był to przecież wybór brytyjskości ponad polskością, a jedynie innego miejsca do pracy, innego miejsca do życia. Pod tym samym kątem patrzy się na Polskę: to wybór określonego komfortu życia i pracy, coraz słabiej związany z wyborem identyfikacji. Obojętnie, czy urodziłem się pod pieczęcią orła białego, czy inną. I obojętnie, czy faktycznie emigruję – jeśli bowiem nie emigruję, to dlatego, że akurat tutaj mi się wygodniej żyje (przyjemniej, taniej, bezpieczniej, korzystniej zawodowo).

Aby maksymalnie unaocznić różnicę między Polską jako miejscem (krajem), a polskością jako identyfikacją, wskażę na takie ekstremum: proszę sobie wyobrazić sytuację, w której warunki życia i pracy w Polsce staną się atrakcyjne bardziej dla ludzi nie identyfikujących się z polskością, natomiast ci z polskością w głowach w większości lepiej się realizują i wygodniej żyją na terytorium państw innych niż Polska. Istnieje więc niepodległa, dostatnia Rzeczpospolita Polska, i istnieje polskość jako żywa, masowa identyfikacja językowa, kulturowa, historyczna itd. – tylko że nie są one już z sobą powiązane inaczej niż przez więdnący sentyment i kruszejące materialne zabytki. „Chmura” polskości przesuwa się swobodnie ponad ziemiami, skupiając się i rozpraszając, skręcając to ku skandynawskiej stateczności, to ku śródziemnomorskiemu dolce vita, to ku amerykańskiemu hiperkapitalizmowi, to ku jakimś rajom podatkowym. Chcą wrócić? To wracają. Nie chcą? Widać kupili inne oferty.

 

7.

Naszkicowane wyżej trendy najczęściej etykietuje się jako bezpośrednie konsekwencje rosnącego w siłę indywidualizmu.

Istotnie, dla radykalnego indywidualisty polskość – nawet traktowana jako równoprawna z innymi identyfikacja – jawi się rodzajem mentalnego wirusa, którego jedyną racją bytu jest rozmnażanie i przenoszenie na kolejne umysły.

Indywidualista pyta: co takiego polskość mi da? Jaką miałbym odnieść KORZYŚĆ z tej identyfikacji?

Indywidualista się zastanawia: promować Polskę, uatrakcyjniać ofertę polskości, wygrywać na wolnym rynku identyfikacji – ale PO CO?

Nie zaszantażujesz go moralnie patriotyzmem i odpowiedzialnością za kraj. (Za kraj, czyli za co?) Nie zawstydzisz Jankiem Wiśniewskim i grobami przodków. Koniec końców pozostają w rozmowie z nim dwa argumenty: kompatybilność kulturowa i sportowa duma.

Kultura polska pozostaje dla niego ważna, bo się w niej urodził: legendarium właściwe dla tej identyfikacji w dużym stopniu rządzi jego wyobraźnią (obok uniwersum symboli amerykańskiej i globalnej popkultury). Gdyby więc mu tę kulturę odjęto – że oto nie będzie żadnych nowych książek polskich, żadnych filmów, komiksów, nie będzie polskiej telewizji, radia, polskiego internetu itd. – poczułby się okradziony, zubożony.

I nie potrafi się też wyprzeć odruchowego – zgoła hormonalnego – poczucia satysfakcji, gdy zwycięża w jakichś zawodach reprezentant Polski. Nie tylko zresztą sportowiec; byle śpiewak-amator o polsko brzmiącym nazwisku wywołuje podobne emocje, gdy startuje w amerykańskim „Idolu”.

Ile wszakże można zbudować na takich odruchach i egoizmach? Chyba nie za wiele.

Cóż więc? – walczyć z indywidualizmem?

Jak?

I przede wszystkim: w imię czego?

Na gruncie jakich wartości uzasadnić indoktrynację mającą nawracać ludzi na nasze wartości, skoro przecież uznajemy prawo do ich wolnego wyboru?

Konserwatyści głoszący otwarcie dogmaty niepodważalne przez samą ich bezczelną dogmatyczność – „Polska jest najważniejsza!”, „Wszystko dla Polski!” – są przynajmniej uczciwi.

Czy da się tu wyobrazić jakąkolwiek drogę pośrednią? I to wynikającą nie z kompromisu pokoleniowych przyzwyczajeń (dla świętego spokoju), lecz z racjonalnego rozumowania?

 

8.

Jestem daleki od twierdzeń o powszechności takiego indywidualizmu, niemniej ogólny kierunek zmian cywilizacyjnych nie pozostawia raczej wątpliwości.

Siła poszczególnych identyfikacji różni się oczywiście między ludźmi; nie odważyłbym się tu na generalizujące sądy ilościowe (jakieś mapy socjologiczne dominujących systemów identyfikacji). Nie jest też tak, że polskość powszechnie traci na znaczeniu, że te nowe preferencje identyfikacji są już dzisiaj silniejsze czy częstsze we wszystkich środowiskach i grupach społecznych.

Nie ma to też nic wspólnego z utopijnymi nadziejami inżynierów lewicy: jak to przez rozmycie narodów doprowadzą do powszechnej szczęśliwości i pokoju.

Po pierwsze, KAŻDA identyfikacja może stanowić podstawę dla podziałów i wojen. Ostatnie zamieszki w Wielkiej Brytanii nie miały tła narodowego – chuligani identyfikowali się wedle wieku, statusu materialnego i przynależności do określonej „kultury ulicy”. Tak samo dobrze za pretekst do konfrontacji symbolicznych i fizycznych służą identyfikacje z danym klubem piłkarskim, orientacją seksualną, rodziną, przyjaciółmi, gangiem, ulubioną muzyką. (Nawet z „tolerancją” czy „pacyfizmem”).

Po drugie, warunki zewnętrzne wpływają na siłę jednostkowych identyfikacji, a te warunki zmieniają się nieustannie i w dużej mierze w sposób pozostający poza naszą kontrolą. To nie tylko fałszywa uczuciowość powodowała, że po katastrofie smoleńskiej czuliśmy się „bardziej Polakami”, a po śmierci Jana Pawła II – „bardziej katolikami” (nawet ci w ogóle niewierzący w Boga). Kryzys ekonomiczny, przemiany polityczne i prawne w UE, rewolucje technologiczne i popkulturowe, przesunięcia demograficzne itp. mogą znacznie wzmocnić tradycyjne identyfikacje narodowe.

W takim więc sensie dziewiętnasty wiek istotnie może jeszcze powrócić.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter