70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nie będzie innych elit

Epoka, gdy polskie elity jednoczyły naród przeszła już do historii. To normalne: demokracja potrzebuje twardych technologów władzy, zawodowych polityków, a nie duchowych przywódców.

Mówiąc dziś o elitach, najczęściej mamy na myśli klasę polityczną; pragmatycznych, zawodowych polityków, coraz sprawniejszych w zdobywaniu i utrzymywaniu władzy, ale pozbawionych głębszej wizji. Czy jest to proces nieodwracalny?

Pojęciem elita najczęściej posługujemy się w znaczeniu potocznym, nadając mu bądź to bardziej staroświecki, bądź nowoczesny sens. Aspekt staroświecki podkreśla, że są to ludzie o odpowiednim poziomie kulturalnym, obyczajowym. Być elitą to umieć zachować się przy stole, prowadzić konwersację, być zorientowanym w trendach artystycznych, literackich, muzycznych. Należą do niej ludzie dobrze wychowani, wykształceni. Drugie znaczenie to elita ducha, elita przywódcza w rozumieniu moralno-kulturowym: Krzysztof Penderecki, Andrzej Wajda i inni wielcy reprezentanci świata kultury i intelektu. Takie osobowości odegrały istotną rolę w warunkach zniewolenia. Do 1989 roku potrzebowaliśmy ludzi ducha, misjonarzy, zdolnych do stworzenia wizji, która scali rozbity i pozbawiony nadziei naród. Po 1989 roku dość szybko zorientowaliśmy się, że problemów ekonomicznych nie da się rozwiązywać na wiecach w hali Oliwii czy w czasie nocnych dyskusji. Elita ducha spełniła swoje zadanie i musiała ustąpić miejsca nowej – politycznej: Mazowiecki – Balcerowiczowi; historycy, filozofowie, artyści – ekonomistom i prawnikom. Oczywiście autorytety niepolityczne pełnią ważną funkcję w demokracji i nauki społeczne również dziś mają coś do powiedzenia na ich temat. Nie robią tego jednak w ramach teorii władzy.

W empirycznie zorientowanej politologii i socjologii, teoria elit jest dziś dość dobrze ukształtowanym paradygmatem. Jego początki sięgają końca dziewiętnastego wieku, kiedy to był on alternatywą dla innych wielkich koncepcji społecznych, na przykład klasowych. O ile tamte kładły nacisk na aspekt ekonomiczny, ten skupiał się na problemie redystrybucji władzy. Wbrew temu, co się potocznie sądzi, teoria ta ma ograniczony zasięg, dotyczy jedynie elit politycznych. Po wielu zażartych dyskusjach od bez mała trzydziestu lat nie ma już sporu, że są to ludzie, którzy zajmują wysokie miejsce w instytucjach i organizacjach, a z racji na zajmowane pozycje mają wpływ na decyzje o ogólnospołecznym zasięgu. Grupa ta nie ogranicza się zatem jedynie do polityków. Są to również wysocy urzędnicy, wielcy biznesmeni czy przedstawiciele władzy sądowniczej. Nikt rozsądny nie będzie zaprzeczał, że w Polsce w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych także liderzy związkowi stanowili elitę polityczną. Ich decyzje wpływały na losy całego kraju.

Dlaczego obecne elity polityczne pozbawione są tego etosu, który cechował działaczy demokratycznej opozycji?

Cofnijmy się do 1976 roku, który jest uznawany za datę narodzin opozycji demokratycznej w postaci instytucjonalnej. Wówczas to powstały Komitet Obrony Robotników oraz Polskie Porozumienie Niepodległościowe. Nową siłę polityczną tworzyli ludzie dobrze wykształceni, akademicy, intelektualiści, artyści. Nadali oni rodzącej się kontrelicie etosowo-inteligencki charakter. W oczywisty sposób nawiązywali do tradycji przedwojennej inteligencji, liderów ducha we wschodnioeuropejskim znaczeniu.

Do 1989 roku akcentowali oni silnie to, co w literaturze przedmiotu nazywa się antypolityką. Wtedy chodziło o budowanie społeczeństwa alternatywnego, a nie alternatywnego systemu politycznego. Doskonale ilustrują to słowa Václava Havla, który podkreślał: „zachowujmy się tak, jak gdyby; jak gdyby ich nie było. Jak gdyby nie było Kremla i Armii Czerwonej. Jak gdyby nie było autorytarnego, komunistycznego systemu”. Podkreślali: odżegnujmy się od polityki, budujmy społeczeństwo cywilne (civil society), czyli niezwiązane z funkcjonariuszami państwa.

Ta strategia okazała się zwycięska – ku zdumieniu wszystkich. Proszę sięgnąć do manifestów, odezw i postulatów uczestników Okrągłego Stołu. W tych tekstach pojawia się postulat kontroli władzy, a nie jej przejęcia. Jacek Kuroń, Adam Michnik, Bronisław Geremek czy Tadeusz Mazowiecki przyznali, że byli zaskoczeni tym, że władza – mówiąc potocznie – wpadła im w ręce.

Pod koniec lat osiemdziesiątych doszło do zderzenia tradycji inteligenckiej i etosowej z twardymi realiami świata polityki reprezentowanymi przez PRL-owskich reformatorów, którzy przystąpili do Okrągłego Stołu. To właśnie wtedy narodził się mit przeniesienia w nowe czasy uniwersalnych wartości, spajających cały naród; przekształcenia ruchu społecznego w jedną wielką siłę polityczną, wiara w możliwość utrzymania etosowego stylu działania w nowych warunkach społeczno-politycznych. Nie rozumieliśmy wtedy, że to marzenie jest utopią w czystej postaci. Stąd wzięło się oburzenie społeczeństwa z powodu wojny na górze, niechęć do partii, podziałów i politycznych sporów.

Do 1989 roku mit etosowych elit i solidarnego społeczeństwa był czynnikiem budującym poczucie narodowej jedności. Po 1989 roku stał się źródłem społecznego rozczarowania i frustracji bezideowym światem polityki.

Przed 1989 rokiem wizja Polski, w której respektowane są podstawowe wartości takie, jak godność, prawda, sprawiedliwość, Europa, niezakłamana historia, jednoczyła ludzi. Po 1989 roku pod wpływem elit przyjęliśmy pewien model demokratycznej transformacji ustrojowej. Nie był on już tak prostym odwołaniem do oczywistych wartości, ale próbą pogodzenia wymogów trudnej rzeczywistości ekonomicznej, społecznej i politycznej. Te same osoby, które wcześniej ludzi jednoczyły, w nowych warunkach ustrojowych przyczyniły się do ich nieuchronnego zantagonizowania. Nie dlatego, że miały taki niecny zamiar, po prostu musiały podejmować strategiczne decyzje, które nieuchronnie były korzystne dla jednych, a niekorzystne dla drugich. Zręby nowego systemu – i w wymiarze politycznym i ekonomicznym – zostały zaprojektowane przez elity. Nikt nie pytał społeczeństwa, czy chce terapii szokowej, planu Balcerowicza. Pod wpływem reform wyszły na jaw zasadnicze rozbieżności pomiędzy interesami różnych grup. Nowi rządzący dość szybko się przekonali, że do tego, by pogodzić sprzeczne interesy społeczne nie wystarczą wizjonerzy, ludzie o nienagannej moralności. Potrzeba technologów władzy, zawodowych polityków.

Dlaczego jednak standardy polityczne wyznaczone przez rząd Tadeusza Mazowieckiego zostały później – może nie przekreślone – ale na pewno odchodzono od nich?

Taki był wymóg chwili, zaczęły się liczyć twarde interesy, a nie moralność. Oczywiście można to było zrobić delikatniej, w białych rękawiczkach, ale zasadniczej różnicy i tak by nie było. Przyszły nowe wyzwania. Na kształt elit wpływały nowe wymogi związane z demokracją i wolnym rynkiem, słabł natomiast duch. W Sejmie kontraktowym i w Senacie mieliśmy wielu ludzi kultury, intelektu, mediów. Jednak część spośród nich bardzo szybko się zorientowała, że parlament nie jest miejscem dla nich. Niektórzy powrócili więc do swoich dawnych ról: autorytetów moralnych, kulturalnych. Inni – do wykonywania pierwotnych zawodów. A pozostali – rozpoczęli karierę zawodowych polityków.

Zarzewiem wielu poważnych sporów była obecność w polityce byłych działaczy PZPR.

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych panowało powszechne przekonanie, że im więcej starych działaczy komunistycznych wśród czynnych polityków, tym gorzej dla demokracji. Gdy wybory na Węgrzech, Litwie i w Polsce wygrały partie postkomunistyczne, cały świat mówił o zagrożeniu powrotem dawnego porządku. Międzynarodowe badania, prowadzone w latach 1992–1995, w których uczestniczyłem z Edwardem Wnukiem-Lipińskim, były podyktowane obawą, że Europie wschodniej grozi powrót do jakiejś formy autorytarnego pseudokomunizmu. Wszyscy tak wówczas myśleli. Tymczasem okazało się to fatalną pomyłką. Nikt nie brał bowiem pod uwagę, że te elity komunistyczne, które popierały transformację, czyli w przypadku Polski, ci działacze, którzy byli zwolennikami rozmów Okrągłego Stołu; otóż, że oni zyskali, a nie stracili na zmianach. To była najlepiej wykształcona, najbardziej zaznajomiona z zachodem grupa komunistów. Modelowym przykładem jest Aleksander Kwaśniewski. Czy on się dobrze czuł wśród partyjnego betonu? Reformatorsko nastawieni młodsi reprezentanci starej nomenklatury, zwłaszcza gospodarczej, znali nieźle języki obce, mieli na zachodzie znajomych, utrzymywali kontakty z zagranicznymi bankami, partnerami handlowymi. Oni marzyli o standardzie życia ludzi z Europy. Im sklep za żółtymi firankami nie był do szczęścia potrzebny, bo tam nic dla nich nie było. Tacy właśnie ludzie świetnie odnaleźli się w demokracji, w gospodarce rynkowej. Jeżeli mówimy o wygranych i przegranych transformacji ustrojowej, to właśnie oni byli tymi, którzy dzięki zmianom zdecydowanie zyskali. Zdaliśmy sobie jednak z tego sprawę dopiero po zakończeniu badań. Pokazały one, że pomiędzy starymi i nowymi elitami politycznymi nie ma istotnych przeciwieństw. W ten sposób upadł kolejny mit, którym przez długi czas się karmiliśmy.

Nie znaczy to jednak, że nie było między nimi istotnych różnic w sferze ideowej.

Oczywiście. Natomiast w sferze celów władzy i dróg jej zdobycia wielkich różnic nie było. To wszystko jest już jednak przeszłością. Dziś żaden poważny badacz nie zajmuje się badaniem elit politycznych pod tym kątem. Pojęcie postkomuniści, rozumiane jako grupa dążąca do przywrócenia jakiejś formy komunizmu, straciło podstawy pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

Czy elity polityczne krajów Europy wschodniej różnią się dziś czymś od elit zachodnioeuropejskich?

Odwołam się do innych badań, które rozpoczęły się jeszcze w latach siedemdziesiątych i miały przynieść odpowiedź na pytanie, czy elity polityczne są podobne do społeczeństwa czy też są od niego odmienne. Wylano tony atramentu, by pokazać, jak szkodliwe jest to, że one go nie przypominają. Panowało wówczas założenie, że klasa polityczna powinna być lustrzanym odbiciem narodu. Tymczasem z reguły rządzący są bogatsi i lepiej wykształceni aniżeli reszta ludzi. Dziś nikt poważny już tak rozumianą reprezentatywnością władzy się nie zajmuje. Musimy sobie wbić do głowy: oni pochodzą ze środowisk o wyższym statusie, są lepiej wykształceni i bogatsi. Nie chodzi o to, aby byli tacy sami jak my, tylko aby podejmowali decyzje, które są korzystne dla obywateli. Proszę mi wykazać, że politycy, którzy odpowiadaliby obrazowi statystycznego obywatela podejmowaliby lepsze decyzje, aniżeli ci przewyższający średnią pod względem wykształcenia, zamożności czy pochodzenia. Nikt tego nie umie wykazać. Prawo wzrastającej dysproporcji, sformułowane w latach siedemdziesiątych przez Roberta Putnama, mówi, że im wyżej w hierarchii władzy, tym jej skład jest mniej podobny do narodu jako całości.

Odpowiadając wprost na Pani pytanie, pod względem przekroju społecznego wschodnioeuropejskie elity nie różnią się zasadniczo od tych z zachodu. Jeśli miałbym wskazać różnice, to w doświadczeniu zawodowym. W Polsce jest więcej humanistów, także nauczycieli i lekarzy, a mniej prawników i ekonomistów. To spuścizna naszej drogi do demokracji, którą w znacznej mierze wyznaczali ludzie z tamtych kręgów. Ale z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że i pod tym względem wkrótce upodobnimy się do Zachodu: historyków zastąpią prawnicy.

Czy politycy związani z ruchami populistycznymi są również lepiej wykształceni od reszty społeczeństwa? Przykład Samoobrony raczej tego nie potwierdza.

Ma pani rację, populizm ma korzenie plebejskie. Taki był początek ruchów farmerskich, które narodziły się w Stanach Zjednoczonych w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Taka jest też Samoobrona. Choć tu byłbym ostrożny w sądach. Trzeba bowiem pamiętać, że elita Samoobrony to ludzie z dyplomami technicznych szkół średnich. A to nie jest plebs. Jestem przekonany, że gdyby ten ruch był nadal żywy, to zostałby wkrótce zasilony przez młodych ludzi z wyższym wykształceniem. Poza tym współczesnego populizmu w wydaniu europejskim nie można utożsamiać z ruchami chłopskimi. Samoobrona jest w skali europejskiej jednym z nielicznych wyjątków. Dziś populizm wyrasta przede wszystkim na gruncie niechęci do imigrantów.

Co polskich polityków najbardziej upodabnia do polityków zachodnich, a w jakich sferach dostrzega pan różnice?

Najlepiej zbadaną częścią elit w każdym kraju są parlamentarzyści. Jeżeli porówna pani składy parlamentów różnych krajów europejskich, to okaże się, że nasza klasa polityczna w zasadzie upodobniła się do tej z krajów zachodnich. Różnimy się jedynie krótszym stażem parlamentarnym posłów oraz mniejszą liczbą kobiet w Sejmie. Na pewno nie ma poważniejszych różnic w wykształceniu posłów. Delikatne rozbieżności pojawiają się, gdy weźmiemy pod uwagę strukturę zawodową, o czym już wspomniałem. Na naszych listach wyborczych wciąż pojawia się sporo osób przypadkowych, które nie są zawodowymi politykami, wciąganych przez liderów partyjnych na listy po to, by zwiększyć atrakcyjność partii. Jest to moim zdaniem objaw dziecięcej choroby demokracji, z której za jakiś czas wyzdrowiejemy. Celebryci nie przysparzają partiom tylu głosów, aby takie działania były opłacalne. Posłowie ci są nieprzygotowani do pracy w parlamencie, w komisjach, brakuje im merytorycznej wiedzy, a w czasie głosowań nie są tak zdyscyplinowani jak zawodowi politycy.

Wspomniał Pan, że polskich polityków cechuje krótszy staż parlamentarny niż kolegów z innych krajów. Tymczasem my wciąż narzekamy, że w naszej polityce są ciągle te same osoby.

To jest kolejny mit na temat polskiej polityki, którego korzenie są dla mnie dość zagadkowe. W czasie jednego z badań poświęconych strukturze parlamentów różnych krajów europejskich, znajomy socjolog z Niemiec powiedział mi: „Nie martwi cię to, że w Polsce jest tak duża fluktuacja parlamentarzystów? U nas, jeżeli dwie trzecie posłów nie zostanie powtórnie wybrana, to zaczynamy się zastanawiać, czy nie mamy do czynienia ze zmianą systemu politycznego. Nie może być tak, że po wyborach wprowadzacie do Sejmu 60% nowych posłów. Przecież w takich warunkach nie da się pracować”. Bezpieczny dla ciągłości politycznego życia poziom wymiany posłów powinien wynosić około 30% składu całego parlamentu. Cokolwiek złego byśmy o politykach mówili, to musimy założyć, że z kadencji na kadencję oni zyskują coraz więcej wiedzy, doświadczenia i umiejętności. To właśnie ci ciężko pracujący, doświadczeni posłowie kilku kadencji są solą każdego parlamentu. Dlatego nikt rozsądny dziś już nie ubolewa nad tym, że średnia wieku polityka to pięćdziesiąt lat. W Sejmie ostatniej kadencji wynosiła ona 48 lat. Więcej młodych ludzi jest w elitach samorządowych – to również potwierdzają badania. Taki stan najlepiej sprzyja rozwojowi demokracji: uczę się jej w samorządzie, a do parlamentu przychodzę już z pewnym doświadczeniem.

Młody polityk rozpoczyna karierę na szczeblu samorządowym, by po latach zaistnieć na szczeblu centralnym?

Jedną ze ścieżek kariery politycznej jest droga, którą w literaturze określa się mianem local politics. W naszych warunkach jest to właśnie samorząd. Zaczynam w dzielnicy, gminie. Tam się wybijam, trafiam wyżej. Zostaję burmistrzem. I tak powoli wspinam się po kolejnych szczeblach politycznej drabiny. Drugie źródło, lekko słabnące na rzecz lokalnej polityki, to kariera partyjna. Partie polityczne w Polsce pod względem liczby członków są dziś niesłychanie słabe. W związku z tym działalność w młodzieżówce lub praca jako asystent posła są pewnymi ścieżkami kariery. Na świecie również te dwie drogi to najbardziej typowe scenariusze. Ludzie, którzy do polityki trafiają wprost ze świata mediów, kultury, to dziś rzadkość.

Mówi pan o młodym pokoleniu, wychowanym w wolnej Polsce, które powoli wkracza do świata polityki. Czy oznacza to, że możemy mówić o wymianie pokoleniowej na polskiej scenie?

Znacząca potransformacyjna wymiana zaczęła się w 2005 roku. Wówczas z polityki zaczęło odchodzić pokolenie Okrągłego Stołu. Tegoroczne wybory będą przypieczętowaniem tego stanu rzeczy. Czym się różni to najmłodsze pokolenie polityków od starszych kolegów? Na pewno brakuje mu poczucia misji. Dla młodych ludzi polityka jest taką samą sferą realizacji karier życiowych, jak każda inna: media, kultura, biznes. Politykę traktują jako zawód. Stawiając na karierę polityczną najczęściej nie mają w zanadrzu żadnego alternatywnego scenariusza. Starsi na ogół posiadali jeszcze jakiś dodatkowy zawód i w razie przegranej mogli do niego powrócić. Młodzi, nawet jeżeli są absolwentami prawa, to bez aplikacji. Z tytułem magistra mogą co najwyżej znaleźć pracę w jakimś urzędzie. Nie mają więc skrupułów światopoglądowych, które mogłyby stanąć na drodze ich kariery. Chcą się realizować w polityce, a czy to będzie PSL, PiS, SLD czy PO ma dla nich często znaczenie drugorzędne. Liczy się, która partia złoży lepszą ofertę, z kim mają większą szansę na wygraną. Nowe pokolenie zawodowych polityków będzie więc coraz bardziej niwelować różnice ideowe i programowe pomiędzy poszczególnymi partiami. Najprawdopodobniej wniesie do świata polityki jeszcze więcej pragmatyzmu.

Bezideowość – czy też jak chcą niektórzy pragmatyzm – i zamazywanie różnic w programach poszczególnych partii jest dziś największą bolączką polityki, nie tylko polskiej.

Deideologizacja partii jest zjawiskiem powszechnym, również na zachodzie. Wyraźna ideologia pozwala bowiem przyciągnąć najwierniejszą część elektoratu, ale jednocześnie zraża innych potencjalnych wyborców. Słabością polskich elit jest więc to, co jest słabością także elit zachodnich. Dziś większość dużych formacji to partie typu catch-all. Są one nastawione na dobre wyniki wyborcze, dlatego muszą mobilizować jak najszerszy elektorat. Liderzy rozumują dziś następująco: „muszę zdobyć minimum 5% głosów, aby w ogóle wejść do parlamentu i odpowiednio więcej, aby móc efektywnie rządzić”. Owszem, mamy tak zwane „partie jednej sprawy” (single-issue parties), które są w stanie czasowo zmobilizować nawet 20% wyborców. Ale to zazwyczaj efemerydy, bo jak długo można żyć jedną, choćby bardzo ważna sprawą? Dzisiejszy wyborca to bardzo złożony organizm i jedna kwestia nie pożywi go zbyt długo. Zresztą, niech pani spróbuje wymyślić dziś taką wizję, która porwie tłumy.

Ja jednak jestem umiarkowanym krytykiem bezideowości. Irytuje mnie to, że politycy jak ognia unikają dyskusji na te tematy, które mogłyby do nich zrazić jakąś część wyborców. Problem bowiem polega na tym, że lista tych tematów z roku na rok się wydłuża. Ktoś w końcu będzie musiał przełamać to milczenie.

Ma pani rację, przy tak daleko posuniętym uniwersalizmie programów gospodarczych czy społecznych, partie powinny uwyraźniać kwestie ideowe, jakoś określać swoją wizję przyszłości Polski czy Europy nie za dwa, ale za dwadzieścia lat. Wielu ludzi bardzo irytuje to, że PO jak diabeł święconej wody unika określania swoich poglądów w kwestii związków partnerskich, in vitro, aborcji, stosunku Kościoła do państwa, wolności jednostki. Widocznie z ich kalkulacji wynika, że nadal bardziej się opłaca – w sensie wyniku wyborczego – unikanie określenia wizji, aniżeli jej precyzowanie. Nieco bardziej wyraźne i odmienne wizje państwa mają PiS i SLD, choć z kolei tym partiom, paradoksalnie, jest blisko pod względem programowym: etatyzacja, państwo socjalne. Widać czas jeszcze nie dojrzał, aby zmieniać cokolwiek w tym względzie. Cztery największe siły polityczne nie są zainteresowane, aby na scenę polityczną wszedł nowy gracz. Lepiej mieć starego, ale znanego wroga, aniżeli nowego, nieprzewidywalnego. Dopóki któraś partia nie uzna, że jest poważnie zagrożona i może nie zdobyć 5% głosów w następnych wyborach, ten układ nie ulegnie zmianie. W każdym razie dziś jest niewiele przesłanek, które pozwalałyby przypuszczać, że nadchodząca kadencja przyniesie coś nowego.

Polska klasa polityczna targana jest aferami: od Rywina do hazardowej, nie mówiąc o pomniejszych skandalach. Czy nie świadczy to o słabości naszej klasy politycznej?

Świadczy. Ale dlaczego sądzi Pani, że ona powinna być wyjątkowa? Posłowie są tacy, jak my. Pochodzą z naszego nadania i w znacznej mierze odzwierciedlają nasze cechy. Jeżdżą po pijanemu, oszukują, przeklinają, robią „szemrane” interesy. Robią to, co my robimy. Jako elitarna grupa oficerów-pilotów, kiedyś wzorzec honoru i służby Ojczyźnie, przez lata oszukiwała na delegacjach, na marne kilkadziesiąt euro miesięcznie. Profesorowie, w tym rektorzy, popełniają plagiaty. Dlaczego wyborcy wybierają ponownie samorządowca, burmistrza czy prezydenta miasta, na którym ciążą poważne zarzuty? Bo im to nie przeszkadza, gdyż sami nie są bez skazy. Demokracja to skomplikowana gra i naiwnością jest myślenie rodem z westernów, że dobry wygrywa, a zły przegrywa. Świat demokratycznej polityki nie jest światem zero-jedynkowym. Takim wydawał nam się świat polityki autorytarnej, PRL-owskiej, ale to też nieuprawnione uproszczenie. Irytuje mnie, gdy skądinąd zasłużonej krytyce elit towarzyszy idealizacja mas. My jesteśmy „cacy”, a oni są „be”. Otóż to nie tak. Ani my nie jesteśmy tacy dobrzy, ani oni nie są tacy źli.

Czy funkcji kuźni nowych idei nie powinny pełnić »think tanki«?

O ile nie umiem sobie wyobrazić amerykańskiej polityki bez Rand Corporation, Brookings Institution, Carnegie Endowment for International Peace czy Heritage Foundation, o tyle polskie elity doskonale sobie radzą bez wsparcia solidnych instytucji intelektualnych. W Polsce mamy bardzo dobre i silne think tanki związane ze światem gospodarki i biznesu, na przykład Centrum im. Adama Smitha i bardzo słabe think tanki polityczne, na przykład Instytut Sobieskiego czy Instytut Obywatelski. Wynika to po części z faktu, żeczęść inteligencji bardzo się zniechęciła do świata polityki. Wielu ważnych ekspertów i autorytetów wycofuje się dziś z życia publicznego. Polski polityk wciąż bowiem traktuje doradcę jak pijak latarnię: nie szuka w nim światła, lecz oparcia. Eksperci zrażają się tym, że ich sądy, opinie, analizy w najlepszym razie są wysłuchane, ale niezwykle rzadko brane pod uwagę przy podejmowaniu politycznych decyzji. Zazwyczaj górę bierze wąski pragmatyzm, który nie liczy się z dalekosiężnymi konsekwencjami. Dlatego, środowiska i ruchy społeczne, na przykład „Krytyka Polityczna”, które potencjalnie mogłyby wejść do świata polityki, wolą tego unikać. Rola krytyka jest bardzo wygodna i bezpieczna. Szkoda tylko, że nic z tego nie wynika.

Ruchy społeczne na Zachodzie mają znaczny wpływ na politykę.

Rzeczywiście, ruchy społeczne są siłą, która może się przekształcić w ruch polityczny, a następnie w partię. Z tym mamy w Polsce kłopot. Myślę zwłaszcza o grupach, które w innych krajach odegrały znaczącą rolę. Na przykład Zieloni. Zaczynali jako typowa inicjatywa społeczna, a skończyli jako partia współrządząca w ważnym kraju Europy. Podobnie feministki… Tymczasem Partia Kobiet poniosła w wyborach całkowitą klęskę. A wydawałoby się, że są to samograje, że trudno przegrać głosząc hasła rozsądnej polityki ekologicznej, ochrony przyrody, równouprawnienia. Być może niepowodzenie tych ruchów wynika z dość słabej modernizacji naszego społeczeństwa. Być może wartości postmaterialistyczne, takie właśnie jak ekologia czy prawa mniejszości wciąż jeszcze nie są przez nas doceniane. Mimo dotychczasowych niepowodzeń jestem jednak przekonany, że wcześniej czy później również i u nas pojawią się ruchy, które z czasem staną się nową siłą w polityce. Z zainteresowaniem obserwuję inicjatywę Obywatele do Senatu, która jest próbą wejścia na scenę polityczną z pominięciem partii. Gdyby to się udało, byłby to sygnał dla innych środowisk niepolitycznych, że taka droga jest możliwa.Dlatego, choć jestem dość krytycznie nastawiony do polskichelit politycznych, nie dramatyzowałbym w ocenach. Należy pamiętać, że ich słabość po części wynika ze słabości współczesnego systemu politycznego w ogóle. Nie da się ukryć, że mamy do czynienia z poważnym kryzysem zachodnich demokracji. Podejmowane próby poprawy sytuacji, na przykład wzmacniania deliberatywnego wymiaru polityki, jak na razie nie przynoszą pożądanych skutków. Jestem jednak optymistą i uważam, że wcześniej czy później nastąpi pozytywny przełom.


JACEK WASILEWSKI – profesor socjologii, dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter