70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tradycjonalizm potrzebuje feminizmu

Kobiety wyemancypowane patrzą często na tradycyjne jak na bierne zniewolone matki i żony. Oczekują od nich, by odwiesiły tradycję jak stary znoszony płaszcz i stały się wolne. Czy każda droga do emancypacji musi wyglądać tak samo?

Jaka jest relacja między ideami głoszonymi przez feminizm a sytuacją kobiet tradycyjnych w różnych kulturach? Czy przyjmiemy, że doświadczenie kobiet jest wszędzie takie samo? To znaczyłoby, że zamyka się je w granicach płci biologicznej i wówczas uzasadnione jest mówienie o kobiecie w ogóle i posługiwanie się ponadnarodowymi kategoriami. Czy zasadniej jest raczej mówić o „kobietach” – różnych w konkretnych kulturach? Wtedy przyjmujemy, że płeć jest w większym stopniu konstruowana społecznie, czyli zrozumienie sytuacji kobiety w danej kulturze wymaga kontekstowych interpretacji. Pytania pozostają, gdy zaczynamy zastanawiać się, czy idee feminizmu, koncentrujące się na walce z dyskryminacją ze względu na płeć, nie stoją w konflikcie z ideami wielokulturowości i z ich postulatem poszanowania różnorodności kulturowej oraz odrzuceniem uniwersalnych kategorii. Dla jednych dyskryminacją i przedmiotem walki jest brak dostępu kobiet do praktyk religijnych, niemożność sprawowania przez nie posługi kapłańskiej, zasłanianie twarzy czy – na innym poziomie – obrzezanie. Dla niektórych zwolenników multikulturalizmu nieuprawnione jest spoglądanie na praktyki kulturowe bez zrozumienia ich funkcji i kontekstu – chodzi o uszanowanie ich inności i nienarzucanie im uniwersalnych interpretacji. Ważne jest przy tym, by zastanowić się, w jaki sposób korzystamy z tradycji i jak ją rozumiemy. Stawiam pytanie: Czy kobiety tradycyjne mogą być wyemancypowane? Zanim spróbuję odpowiedzieć, przedstawię dwa obrazy tradycyjnych kobiet: z daleka i z bliska.

„Wzbierająca fala równouprawnienia płci”

Ronald Inglehart i Pippa Norris w książce Wzbierająca fala przedstawili wnioski z badań dotyczących zmiany nastawienia do równouprawnienia płci w miarę modernizowania się społeczeństw. Dane pochodzą z siedemdziesięciu państw (sondaż Światowego Badania Systemu Wartości i Badania Systemu Wartości Europejczyków) i obejmują lata 1981–2001. Tytułowa fala jest metaforą wzrastającego poparcia dla równości płci na świecie. Autorzy twierdzą, że akceptacja równouprawnienia zależy od tego, w którym miejscu na trajektorii rozwoju znajduje się społeczeństwo. Regularność jest następująca – im bardziej tradycyjna społeczność, tym mniejsze poparcie dla równości płci. W jaki sposób badano to poparcie? Wskaźnik równości płci zbudowano na podstawie odpowiedzi na następujące stwierdzenia i pytania: 1) „Ogólnie rzecz biorąc, mężczyźni są lepszymi przywódcami politycznymi niż kobiety, 2) „Kiedy pracy jest mało, mężczyźni powinni mieć większe niż kobiety prawo, by ją dostać”, 3) „Wykształcenie uniwersyteckie jest ważniejsze dla chłopca niż dziewczyny”, 4) „Czy uważasz, że kobieta musi mieć dzieci, aby czuć się spełniona, czy też nie jest to konieczne?”, 5) „Czy akceptujesz kobietę, która chce być matką, ale nie pragnie stałego związku z mężczyzną?”.

Co na ich podstawie jesteśmy w stanie opisać? Pytania odnoszą się do przekonań członków różnych społeczności, ale nie uwzględniają kodów kulturowych każdej z nich. Nie o kontekst w nich chodzi, ale o tendencję i wymogi porównywalności w badaniach międzynarodowych. W taki sposób badacze otrzymują obraz jedynie dominującej kultury, bez uwzględnienia konfliktów różnych narracji, które się w niej ścierają. Traci się wówczas możliwość zobaczenia szczegółów, które są decydujące dla całego obrazu. Poważniejszą dla mnie wątpliwością jest to, że w pytaniach są ukryte odpowiedzi. Wygląda na to, że badacze, zanim przystąpili do pracy, wiedzieli, jaka powinna być wyemancypowana kobieta – świecka. Inglehart i Norris na postawione przeze mnie na początku pytanie odpowiadają przecząco – kobieta tradycyjna nie może być wyemancypowana.

„Kiedy mężczyzna źle postępuje, zbij go!”

„Gdyby kobiety mówiły głośniej, świat by się zmienił” – w taki sposób zwraca się do swoich podopiecznych Sampat Pal Devi, przywódczyni „Różowego Gangu”. Zobaczyłam ją po raz pierwszy w dokumencie Kim Longinotto – ubrana w różowe sari kobieta z kasty nietykalnych,  w średnim wieku, przywódczyni Gangu Gulabi, mieszkanka małej indyjskiej miejscowości w najludniejszym stanie Uttar Pradesz. Wydano ją za mąż, gdy miała dziewięć lat, zaczęła mieszkać ze swoim mężem, jak miała dwanaście, rok później urodziła pierwsze dziecko. Dziś jest matką pięciorga. Nie mieszka ze swoim mężem. W filmie, a przynajmniej na jego początku, towarzyszy jej partner Babudżi – z czasem okazuje się, że nie radzi on sobie ze zmianami zachodzącymi w Sampat, która zaczyna być coraz bardziej rozpoznawalna, wpływowa i niezależna, i  odchodzi.

Ona i jej towarzyszki tworzą razem niezapomniany widok – ubrane w różowe sari patrzą do kamery pewnie, a w ich oczach widać siłę – są gangsterkami. Mają swoją stronę internetową. „Róż jest dla kobiet, gang, by nie być uległą!” – cytują na niej Sampat Pal. Zaczęły działać kilka lat temu. Wzięły w obronę kobiety – bite, gwałcone, poniżane, zabijane przez mężów i rodziny. Wiele z nich ratują przed popełnieniem samobójstwa w sytuacji, gdy wyrzucone z domu nie mają dokąd pójść. Nie są delikatne w swych działaniach, po prostu idą do winowajców i konfrontują ich z historiami przemocy w ich rodzinie przy tłumie gapiów – członków rodziny, sąsiadów, przypadkowych przechodniów. Wierzą ofierze, nie oprawcy. Po interwencji domowej zgłaszają przypadek policji i pilnują, by kara została wymierzona. Raz nawet zaatakowały komisariat, a akcja zakończyła się sukcesem.

Przywódczyni Różowego Gangu dostrzega, że: „Społeczność na wsi w Indiach jest przeciwko kobietom. Odmawia im edukacji, wydaje je za mąż zbyt wcześnie, pozbawia je środków do życia. Kobiety ze wsi powinny studiować i stawać się na tyle niezależne, by móc poradzić sobie samodzielnie”. Chciałoby się powiedzieć – ależ to są wojujące feministki! Jednak członkinie gangu kilka zdań później przyznają, że „kobiety potrzebują mężczyzny, z którym mogą żyć”. W filmie w pierwszej scenie walczą o to, by kilkunastoletnią Rekhę poślubił jej chłopak, który gdy dowiedział się, że jest w ciąży, uciekł. Zastanawiałam się wtedy, dlaczego to robią, skoro od początku wiadomo, że będzie to nieudane małżeństwo. Po chwili już wiem – w przeciwnym razie czeka ją śmierć z ręki ojca bądź brata w obronie honoru rodziny. Ona musi wyjść za mąż.

Nie jest moim celem opisywanie sytuacji indyjskich kobiet. Ani tym bardziej wysnuwanie wniosku, że mimo iż czuję się dyskryminowana w Polsce, cieszę się, że nie żyję w Indiach. Nie widzę w tym żadnej pociechy, skoro nie jestem pewna, czy ktoś miałby na tyle odwagi, by zapukać do moich drzwi w przypadku, gdybym była ofiarą przemocy domowej. Chcę jedynie pokazać, że z jednej strony kobiety tradycyjne nie są bierne, organizują się, wykorzystując narzędzia dane im przez kulturę, z drugiej – że zmienia się prawo, które pozwala im te działania podejmować. Czasami potrzeba kogoś takiego jak Sampat Pal, kto z tych praw będzie korzystał i będzie starał się je egzekwować. Bohaterki filmu są wyemancypowane mimo wszystko – mimo praktyk kulturowych, które uzależniają je od mężczyzny i jego rodziny, kastowości społeczeństwa i braku edukacji – mimo wszystko one mają świadomość, że nie zasługują na mniej niż ich mężowie.

Różnorodność feminizmu a różnorodność kulturowa

Czy ruchy feministyczne uwzględniają odmienne drogi do emancypacji kobiet? Czy nie jest tak, jak pisze indyjska autorka Uma Narayan, że „feminizm powinien być bliżej domu”? Odpowiedzi „tak” udzielą zapewne reprezentantki feminizmu muzułmańskiego, judaistycznego bądź chrześcijańskiego. Uważają, że zyskanie nowej świadomości genderowej nie musi oznaczać rezygnacji z zaangażowania religijnego i tradycji własnej wspólnoty. Przykładem może być tradycja noszenia chust i zakrywania twarzy przez muzułmanki w różnych krajach islamskich. Wśród liberalnych feministek często są podnoszone głosy, że jest to jedna z tych praktyk kulturowych, które ograniczają wolność kobiet. Muzułmańskie feministki odpowiadają, że nie jest to symbol ich zniewolenia, ale emancypacji: z jednej strony podkreśla ich tożsamość muzułmańską, z drugiej – daje dostęp do sfery publicznej, zarezerwowanej do tej pory tylko dla mężczyzn. Młode muzułmanki na całym świecie dołączają do new veiling movement i zakładają hidżab z własnej woli. Dla tych kobiet ważne jest to, że mogą same stanowić o swoich potrzebach w ramach tradycji, w której żyją.

Susan Okin, amerykańska filozofka, uważa, że są jednak pewne problemy, które są wspólne kobietom na całym świecie – na przykład niesprawiedliwa podległość mężczyznom wpisana w tradycyjną kulturę. W swoim kontrowersyjnym eseju Is Multiculturalism Bad for Women? dostrzegła napięcie między ideami wyzwolenia kobiet a troską o ochronę różnorodności kulturowej mniejszości etnicznych i narodowych w Stanach Zjednoczonych. Według niej większość kultur tradycyjnych jest patriarchalna – to dominujący mężczyźni decydują o losie „swoich” kobiet. Uważa, że jeśli prawa kobiet w danej kulturze nie są respektowane, wówczas należałoby ją porzucić. Martha Nussbaum jest w swoich opiniach dosyć bliska stanowisku Susan Okin (obie są reprezentantkami uniwersalistycznego nurtu w feminizmie). Filozofka próbuje poszukać punktu, gdzie mogłyby się spotkać odpowiedzi „tak” i „nie”. I poszukuje narzędzia, które pozwoliłoby na oddzielenie podobnych elementów życia kobiet w różnych kulturach od elementów odmiennych. Martha Nussbaum uważa jednak, że priorytetem zawsze powinny być prawa człowieka, nawet w konfrontacji z praktykami wynikającymi z religii czy z kultury.

Refleksyjne trwanie w tradycji

Często kobiety wyemancypowane patrzą na te tradycyjne jak na bierne zniewolone matki i żony. Oczekują od nich, by odwiesiły tradycję jak stary znoszony płaszcz i stały się wolne. A może nie ma takiej potrzeby? Skoro podchodzą do tego, w co wyposaża je kultura, w sposób refleksyjny, to może oznacza, że już są wolne. Wolność wyboru – trwania przy tradycji bądź jej odrzucenia – wywalczył feminizm. Dziś coraz więcej kobiet na całym świecie ma świadomość, że ich tradycje nie są czymś naturalnym jako jedyne możliwe i prawomocne. Ta wiedza jest potrzebna. Kobiety stają się wówczas bardziej krytyczne wobec swojej tradycji i bardziej tolerancyjne wobec tradycji innych kobiet bądź wobec decyzji o jej odrzuceniu czy wybraniu z niej jedynie kilku elementów.

Feminizm i tradycjonalizm – obie strony są sobie potrzebne. Dzięki międzynarodowemu ruchowi feministek okrutne doświadczenia, które są udziałem głównie kobiet – gwałt, przemoc domowa, okaleczenia – uznano w wielu paktach międzynarodowych i prawodawstwach większości krajów za ciężkie przestępstwa, które podlegają surowej karze. Kobiety zaczęły być chronione w zaciszu ich własnych domostw, a „to, co prywatne, stało się publiczne”. Z drugiej strony doświadczenia kobiet tradycyjnych pozwalają feminizmowi zejść z poziomu teorii na poziom praktyki i być bliżej „zwykłych kobiet”. Tam można zobaczyć, ile różnych dróg wiedzie do emancypacji.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter