70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Antytraktacik

Antypapież Tomasza Piątka to pełna uproszczeń, manipulacji i przemilczeń dekonstrukcja autorytetu Jana Pawła II.

Doceniany przez czytelników oraz wyróżniany przez krytyków pisarz postanowił zostać kimś więcej: dostrzegł w sobie reformatora religijnego.

Można odnieść wrażenie, że autor uważa się za naśladowcę oraz kontynuatora Lutra i Kalwina, a także Johanna von Döllingera, katolickiego teologa, który w drugiej połowie XIX wieku sprzeciwiał się dogmatowi o papieskiej nieomylności, oraz – choć brzmi to dość absurdalnie – arcybiskupa Lefebvre’a i Hansa Künga razem wziętych. Piszę o absurdzie, bo przecież Küng atakował Papieża za rozmijanie się z tak zwanym duchem Soboru Watykańskiego II, Lefebvre zaś przeciwnie – za soborowość i otwartość, w których widział herezję. Taka właśnie jest idea tej książeczki: każdy argument jest dobry, byleby uderzał w Wojtyłę.

Chciałbym wierzyć, że Antypapież powstał w dobrej wierze, aby udostępnić Polakom skarby tradycji protestanckiej i przekonać, jak bardzo błądzili, pozostając w „niewoli Rzymu”. A jednak trudno mi odnosić się do Piątkowych przemyśleń z szacunkiem należnym uczciwemu szukaniu prawdy o Kościele.

Przeszkadza mi fałszywy ton – za dużo w nim bufonady, przekonania, że autor to odkrywca na miarę Kopernika, w związku z czym jego dzieło „powinien przeczytać każdy polski inteligent”. Po lekturze mam ochotę sfomułować tezę inną: wiele argumentów przytoczonych w Antypapieżu obraża moją inteligencję. Nie mogę tego pamfletu traktować nazbyt poważnie. No bo czyż można na serio, bez uśmiechu, czytać takie oto frazy: „Kiedy ktoś mówi mi: »Marek Jurek«, pytam: »To w końcu Marek czy Jurek?«. Kiedy ktoś mi mówi: »Jan Paweł Drugi«, odpowiadam: »Chyba Jan pierwszy, a Paweł drugi, skoro było ich dwóch«”? I dalej: „Jeśli chcesz walczyć z bałwochwalczym kultem Wojtyły, znajdziesz tutaj argumenty może niemal tak skuteczne, jak: »to w końcu Marek czy Jurek?«”. To ostatnie zdanie – pokazujące „skuteczność” i poziom wyrafinowania retoryki Piątka – pozostawiam bez komentarza.

Antypapież daje dużo mniej, niż zapowiada. Na pierwszy rzut oka jego problematyka może wydawać się obiecująca: jako potrzebna przecież refleksja nad przesadnym kultem Jana Pawła II i przypomnienie najważniejszych argumentów, jakie przeciwko papiestwu wytaczają chrześcijanie Wschodu i Zachodu oraz (zwłaszcza w odniesieniu do osoby Wojtyły) kontestatorzy w łonie Kościoła rzymskokatolickiego. Taka intelektualna i duchowa konfrontacja mogłaby być rzeczywiście interesująca. Niestety, zamiast niej otrzymujemy emocjonalną opowieść o „bałwochwalcy”, który promował nade wszystko nie Jezusa Chrystusa, ale samego siebie. A nawet o człowieku złym i obłudnym. Jeden z rozdziałów zamyka pytanie: „Czy możemy być dumni z kogoś, kto uczynił tyle zła?”.

Wyraźnie zadziałał tu „efekt wahadła”: Piątkową odpowiedzią na papolatrię stała się dekonstrukcja papieskiego autorytetu, niecofająca się przed uproszczeniem i manipulacją, półprawdą i przemilczeniem. Każda niemal strona domaga się przypisu, sprostowania, uzupełnienia.

Weźmy dla przykładu fragment mówiący o tym, że Papież po roku 1989 wsparł proces „likwidacji Polski socjalnej” i przyłączył się do rzucenia rodaków na pastwę wolnego rynku. A przecież – powiada Piątek – „wystarczyłoby jedno słowo, jedno ostre kazanie, jedno papieskie warknięcie (…)”. Przecieram oczy ze zdumienia, bo autor – jak się wydaje – nie słyszał nigdy o wizycie Jana Pawła II w wolnej Polsce w roku 1991. Biskup Rzymu mówił wówczas Polakom: „Reformie gospodarczej (…) powinien towarzyszyć wzrost zmysłu społecznego, coraz bardziej powszechna troska o dobro wspólne, zauważanie najbiedniejszych i najbardziej potrzebujących” (Lubaczów, 3 czerwca); „Łaknienie i pragnienie sprawiedliwości z pewnością oznacza dążenie do przezwyciężenia wszystkiego, co jest niesprawiedliwością i krzywdą” (Radom, 4 czerwca); „Obyśmy w swoich dążeniach do ukształtowania nowej gospodarki, nowych układów ekonomicznych, nie próbowali iść drogami na skróty, z pominięciem drogowskazów moralnych” (Białystok, 5 czerwca). I tak dalej – aż do wstrząsającej homilii wygłoszonej ostatniego dnia pielgrzymki, w trakcie beatyfikacji ojca Rafała Chylińskiego, opiekuna ubogich.

A oto inny fragment Antypapieża, poświęcony nabożeństwu do Matki Bożej. Autor nawet nie stara się zrozumieć katolickiej (i prawosławnej) pobożności maryjnej, zamiast tego wypisuje „fascynujące”, według niego, rewelacje o Maryi jako symbolu „Szechiny, Ruah − Bożej Obecności, wręcz Ducha Świętego, który być może w jakiś sposób jest żeński”. W tym rozdziale Piątek nie tylko daje przykład rażącej niekompetencji, ale też świadomie sięga po manipulację: cytuje mianowicie Jeremiasza potępiającego kult „królowej nieba” (to znaczy: pogańskiej bogini Asztarte), by następnie niezwykle konsekwentnie tym właśnie tytułem („Królowa Niebios”) obdarzać Matkę Jezusa. Niby wszystko jest w porządku, ale wniosek nasuwa się sam: Jeremiasz, gdyby żył dzisiaj, występowałby przeciwko czci oddawanej Maryi przez katolików.

Objętość recenzji nie pozwala mi na omówienie wszystkich miejsc, w których rozumowanie Piątka dalekie jest od rzetelności, a znalazłem ich niemało. To najważniejszy powód rozczarowania jego dziełkiem.

Tak naprawdę podoba mi się w nim jedno zdanie, w którym autor zwierza się, że o wiele chętniej niż o Papieżu pisałby o swoich kotach, „Ciri i Jaskrze, z których jeden jest biały, a drugi szary, jeden jest kotką, a drugi kocurem, jeden próbuje naśladować ludzką mowę, co daje efekty podobne do skrzypienia zardzewiałej huśtawki, a drugi sika nam czasem na łóżko”.

To mogłaby być całkiem dobra książka. Szkoda, że Piątek nie napisał jej zamiast Antypapieża.

Tomasz Piątek

Antypapież

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, s. 104

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata