70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

A cóż jest prawda?

Wypadek uliczny, mniejsza z tym gdzie. Nieprzytomny, a może nawet martwy człowiek leży na jezdni. Jeszcze nie przyjechała policja, ale już słychać syrenę ambulansu. Jak on mógł bezmyślnie zejść z chodnika?

Ale jak można tak pędzić! – denerwuje się inny ze świadków. Kierowcy zawsze tacy, za nic mają życie przechodniów! Ależ ja to dobrze widziałem, samochód nie jechał szybko, on wtargnął na jezdnię przy czerwonym świetle. Nieprawda, widziałem lepiej, właśnie mignęło zielone, to kierowca gwałcił przepisy! Widziała pani na pewno? – pyta policjant, który już przystąpił do spisywania personaliów. Ja też patrzyłem, wcale tak nie było! Nie, to zupełnie inaczej, gdzieście się ludzie gapili! Nie tylko spisujący zeznania policjant, ale i wydający wyrok sędzia będą mieli trudną pracę. Ale oni dobrze o tym wiedzą, tego uczą już na wstępnym kursie prawa: wydarzenie to samo, wielu świadków, ale ich relacje są rozbieżne, prawda umyka ludzkiemu postrzeganiu, choć każdy z obserwujących jest przekonany, że jego – i tylko jego – opowieść jest prawdziwa.

Przecież musi istnieć jakaś jedyna i niedająca się obalić prawda, choćby jakiś adekwatny opis wydarzeń, które już nastąpiły. Dlatego tak domagamy się prawdy, zawsze i w każdej sprawie. Ale gdzie ona jest? Wciąż przecież słyszymy: „prawdziwa wiara”, „prawdziwi Polacy”, prawdziwe to, prawdziwe tamto Same prawdziwki, chociaż łatwiej znaleźć muchomora albo i szatana. „Prawda nas wyzwoli!” – wołają faceci, którzy dostali wypieków na twarzy od wertowania teczek z donosami. Może miał rację Poncjusz Piłat, kiedy pytał (zapewne z ironią w głosie) – „A cóż to jest prawda?”. Nie wspominając już o góralskiej teorii trojakiej prawdy niezapomnianego księdza Tischnera.

Jedyna prawda proroka Lehi

Na pewno nie zadają takich pytań wierni Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich popularnie zwani  mormonami od imienia świątobliwego kronikarza, który spisał dzieje zagubionego plemienia Izraela, jakie pod wodzą proroka Lehi osiedliło się w Ameryce i tu zbudowało wspaniałą cywilizację, im też miał objawiać się Chrystus po zmartwychwstaniu. Złote tabliczki „księgi Mormona” rzekomo otrzymał od anioła niejaki Joseph Smith, który opublikował ich tekst w 1830 roku. On też wyprowadził swoich wyznawców na dziewicze ziemie dzisiejszego stanu Utah, odnalazł tam jakoby ślady owej cywilizacji. To, że żaden archeolog ich nie potwierdził, nie stanowi problemu dla wierzących, którzy ciężką pracą zamienili górską pustynię w miejsce nadające się do życia i od lat tam rządzą, stanowiąc większość mieszkańców. Ale nie tylko ową, nieco fantastyczną, „historię świętą” mormoni muszą przyjąć za prawdę lecz również całkowity prymat kapłanów nad społecznością wiernych. Katolik bowiem w niedzielę spędza w kościele zaledwie godzinę, prawosławny trochę więcej, mormon – cały dzień. Młodzi ludzie stanu wolnego lub starsze małżeństwa zobowiązani są do służby misjonarskiej, jeśli wyjeżdżają szerzyć wiarę w świecie, to za własne pieniądze i dokładnie tam, gdzie im kapłani wskażą.

Tłum niższej rangi (pewnie mniej zamożnych) misjonarzy można spotkać wokół świątyni górującej nad Salt Lake City, stolicy mormońskiego stanu Utah otoczonej z trzech stron alpejskimi szczytami, znanej z zimowej olimpiady 2002 roku. Zanim trafi się na wysokogórskie ściany Snowbird i Alta (dużo piękniejsze od terenów olimpijskich!) warto pospacerować w tłumie na świątynnym placu; zaraz cię nieomylnie zidentyfikują jako niedowiarka i poddadzą ideologicznej obróbce. Ciekawe to doświadczenie, gdyż misjonarski atak jest intensywny, pełen entuzjazmu i chwytliwych frazesów lecz jednocześnie płytki. Dużo sloganów, zawsze uśmiech, ale żadnych problemów. Przy próbie poważniejszej dyskusji misjonarz rejteruje. Dlaczego? Przecież wiara powinna sprawdzać się wobec problemów, jakie stawia przed wierzącym życie we wszystkich jego przejawach. Tak, ale nie w Ameryce. Amerykanin stara się problemy eliminować, a jeśli się nie da, to odpowiadać na nie sloganami. A mormonizm to najbardziej amerykańska z religii, płód nowego kontynentu, tu powstała i stąd usiłuje promieniować na świat. Przekonanie o misji obejmującej nie tylko wszystkich kiedykolwiek żyjących ludzi, ale cały kosmos. Kilka prostych prawd, w które trzeba niezachwianie wierzyć. Dyscyplina i podporządkowanie. Mormoni nie lubią jednak o tym rozmawiać. Kiedy w Moab, małej miejscowości u stóp cudownie porzeźbionych gór z czerwonego piaskowca, udało mi się trochę szczerzej podyskutować z mormońską rodziną, uderzyło mnie nie tylko niezachwiane przekonanie w wierze, ale przywiązanie do praktykowanych cnót: mormon jest wierny tak rodzinie jak religii, nie zdradza, nie patrzy na boki.

– Zarzucasz nam przyjęcie za prawdę bajęd niemożliwych do udowodnienia, ale czy to nie jest godziwa cena za życie proste i przejrzyste? – zakonkludował na koniec naszego sporu.

 

Z jednym tylko wyjątkiem, o którym mormoni mówią jeszcze niechętniej. Ponieważ wierzą, że należy w ich obrządku chrzcić nawet zmarłych innych wyznań, spisują księgi urodzeń po całym świecie. Aż pewnego dnia do Salt Lake City przyjechała delegacja rozeźlonych starozakonnych z Nowego Jorku. Rozmowy były burzliwe, ale od tego czasu zaprzestano rejestracji żydów.

– Myślisz, że Wielki Duch przekazał nam swoją jedyną prawdę? – odpowiedział w zupełnie innej części Ameryki nieraz tu przywoływany mój przyjaciel indiańskiego pochodzenia od czasu do czasu praktykujący plemienne obrzędy. – Jesteś w błędzie. Jest za trudna i niezrozumiała dla nas, ludzi. Możemy tylko czasem z Jego natchnienia pojąć jej fragment, doznać chwilowego oświecenia. Dlatego medytujemy w odosobnieniu, wsłuchujemy się w cichutkie głosy, których pełna jest przyroda.

Chodź, posiedzimy w szałasie pary, wypocimy z siebie brudy i złości, potem długo pomilczymy w lesie, może przez okamgnienie obejmie nas boskie tchnienie prawdy. Na pewno po chwili przeminie, ale chociaż przez ten ulotny moment będziemy potężni i święci, bo umocnieni jej bliskością.

Oświecony nie głosi prawdy 

– Opowiedz mi o prawdzie – poprosiłem przełożonego jednego z klasztorów w Tajlandii, wciąż nie mogąc sobie poradzić z postawionym już przez Poncjusza Piłata pytaniem.

– Budda wcale nie jest nosicielem jedynej prawdy – odpowiedział. – To podstawowy błąd, jaki popełniacie wy, amatorzy turystyki religijnej. Budda nie mówi nic o tym jak świat jest skonstruowany, z czego i przez kogo stworzony, nie opowiada żadnej świętej historii, prócz prostych dziejów swojego życia. On tylko naucza jak żyć bez cierpienia. Prawd może być wiele. Podobnie jak bogów, których – jeśli ktoś ich bardzo potrzebuje – można sobie brać z innych wierzeń. Tymczasem każdy władca, albo watażka, uważa, że posiada prawdę i ona powinna mu usługiwać. Tutaj znajduje się matecznik wszelkich opresji. Zło i cierpienie rodzi się bowiem z żądzy zawłaszczenia kogoś lub czegoś. O tym właśnie naucza Oświecony, o niczym więcej.

– Wy, rzymscy chrześcijanie tkwicie w herezji monofizyckiej – odpowiedział mi na to samo pytanie prawosławny teolog, oczywiście w zupełnie innej części świata. – Pomieszaliście prawdę boską z prawdą ludzką, a ta druga jest ułomna. Do prawdy boskiej nikt nie ma dostępu. Tymczasem, jeśli człowiek ze wszystkimi słabościami umysłu usiłuje stanowić o tym, jak przedstawiają się sprawy ostateczne i czego chce Bóg, musi błądzić. Nawet tak szanowany przez was św. Tomasz dobrze o tym wiedział, ale wyście zapomnieli z powodu waszej pychy.

– Prawodawca, sędzia i policjant nie zajmują się sprawami ostatecznymi. Dziennikarz także. Ale muszą dojść do prawdy – powiedziałem.

– Na tym poziomie prawda, to zgodność z rzeczywistością; kiedy mówimy, że dwa razy dwa jest cztery, albo że pies ma ogon – wszystko jest w porządku. Natomiast wciskając bajki o kilku ogonach albo o gruszkach na wierzbie – kłamiemy. Podobnie z wypadkami politycznymi albo samochodowymi. „Rzeczy są przyczynami prawdziwości” – jak powiadał Arystoteles. Nie należy się od nich odrywać, gdy mówimy o zjawiskach życia. A prawdą ostateczną lepiej się nie zajmować, bo zawsze pobłądzimy.

Opowiedziałem mu więc o incydencie, którego w młodości byłem świadkiem w mazurskiej wsi PGR-owskiej, gdzie – jak to w tamtych czasach – tylko gorzały było pod dostatkiem. Dwaj podpici rolnicy posprzeczali się o istnienie Pana Boga. Ponieważ argumentów zabrakło, w ruch poszły sztachety albo i orczyk. W efekcie jeden powędrował do szpitala, gdzie wkrótce skończył życie, drugi do więzienia.

– Głupstwa opowiadasz! – obruszył się świątobliwy teolog. – U nas to na porządku dziennym. Takie są skutki nieuważnej lektury św. Tomasza.

– A zgodność z faktami wedle Arystotelesa?

– W naszej części świata też się o tym zapomina i z tego powodu też giną ludzie.

– Fakty są wrogami prawdy – powiedziałem.

– To też Arystoteles?

– Nie, Cervantes.

Prawda faktów, prawda sensów

Więc może nauki ścisłe znają lepszą odpowiedź?

– Badając elementarne cegiełki materii, nie potrafię powiedzieć gdzie dokładnie znajduje się cząstka, jaka jest jej masa i pęd. Im mniejsza, tym gorzej. Elektron raz jest falą, raz korpuskułą, zależy jak go badamy. Prawda rozmywa się tym bardziej, im mniejsze są obiekty w mikroświecie, albo im większe odległości w kosmosie. Tam także próbujemy twierdzić coś o obiektach, których nigdy nie zobaczymy, choć są niewyobrażalnie ogromne. Więc nie licz na naukę, by odpowiedziała Piłatowi – rzekł mi zaprzyjaźniony fizyk. – Nauka może tylko orzec coś zdecydowanie prawdziwego o średnich obiektach i średnich odległościach, wśród których żyjemy na co dzień, ale to przecież trywialne.

– Więc co nam pozostaje? Sokratesowe wiem, że nic nie wiem?

– Jest wiele możliwości, na przykład użyteczność prawdy.

– ???

– Nie jestem złoczyńcą, który uważa za prawdziwe to, co się bardziej opłaca, a pierwszy milion trzeba ukraść – uśmiechnął się profesor. – Po prostu uznajemy za słuszną taką teorię, która pasuje do znanych już faktów i pozwala osiągnąć kolejne rezultaty. Teoria kwantów nie jest prawdziwa przez zgodność z faktami, bo ich nie jesteśmy w stanie zobaczyć i zmierzyć, ale przez swoją pożyteczność. Z czasem zmieni się paradygmat nauki, inaczej zinterpretujemy doświadczenia i co innego przyjmiemy za prawdę, tak jak paradygmat Newtona został zastąpiony przez einsteinowski.

– Ale przecież musi istnieć prawda najprawdziwsza i niepodważalna. Taka, o której myślał Hegel pisząc, że prawdziwe jest to, co zawiera całość.

– Gdyby istniała jedna jedyna obiektywna prawda, to naukowe teorie nie podlegałyby ciągłej falsyfikacji przez nowe doświadczenia i ich interpretacje, w chwili gdy pojawiaja  się nowe lepsze teorie, a stare upadają – odparł mój utytułowany naukowo przyjaciel. – Zresztą nie jestem pewien, czy siedzibą prawdy są fakty i zgodne z rzeczywistością zdania, czy może – jak chciał Heidegger – jedynie sensy.

Tymczasem zza ściany dochodziły odgłosy awantury; przysłuchaliśmy się chwilę, przerywając naszą uczoną dysputę. Spierali się zwolennicy jedynie słusznej prawdy smoleńskiej i jedynie słusznej drogi naprawy Rzeczpospolitej ze swymi równie rozsierdzonymi przeciwnikami. Wtedy dopiero zrozumieliśmy obaj jak bardzo błądzimy: bolszewizm (który przecież niekoniecznie musi być lewicowy) przynosi fatalne skutki polityczne, ale zapewnia swym wyznawcom komfortowy sposób życia przez obcowanie z im tylko dostępną prawdą, podobnie jak rozumienie świata i sposób życia mormonów albo buddystów. Tylko że są to zupełnie różne i niedające pogodzić się podejścia i sposoby.

Oni też mają swoją opowieść

– Piłat był pierwszym postmodernistą – powiedział mi profesor zupełnie innej dziedziny, bo humanistycznej. – On już wtedy wiedział, że albo nic nie jest prawdziwe, albo wszystko jest prawdziwe po trochu; każdy ma swoją wartą wysłuchania opowieść i należy o wszystkim dywagować w duchu politycznej poprawności. Przecież on nie skazał Chrystusa, tylko umył ręce. Tak jak w starej pieśni „Dezyderata” śpiewanej przez krakowską „Piwnicę” w finale przedstawienia: „słuchaj uważnie nawet głupców i ignorantów, oni też mają swoją opowieść”.

– Nie mogę się z tym zgodzić! – zaoponowałem. – Bo oznacza to, że prawda nie istnieje, w najlepszym razie tylko „tyz prowda” wedle góralskiej filozofii księdza Tischnera.

– Zbyt wiele już było wojen o słowa, wiary i przekonania – odparł mi. – Mnóstwo fałszywych proroków. Jak w naszych czasach można być kimś innym niż łagodnym postmodernistą?

– Nie możemy się z tym zgodzić! – zawołali zgodnie moi liczni, częściowo tu cytowani, znajomi różnych wyznań, zwłaszcza muzułmanie i mormoni, ale nie brak wśród nich i katolików. – Przecież my wierzymy w naszą jedyną i świętą prawdę!

Z hałaśliwego sporu o to, czyja prawda lepsza i bardziej święta, wybił się poznany niegdyś Francuz z dobrej katolickiej rodziny, który jako dorosły i w pełni świadomy człowiek przeszedł na islam:

– Mierziły mnie wątpliwości i późniejsze wyrzuty sumienia. Prorok mówi wyraźnie, co mam robić, jak żyć, co jeść i jakimi słowami się modlić. Nareszcie żadnych wahań. Czy nie rozumiecie, że to najlepszy i najspokojniejszy sposób życia?

Nagle w nasz spór włączyła się nieznana nikomu, niepozorna postać.

– Skoro nie wiemy cóż to jest prawda, skoro nie możemy dojść do zgody nie tylko co do spraw boskich, ale i codziennych faktów, to pozostaje jedynie miłość. Przecież ten, którego Piłat nie chciał osądzać, odrzekł: „jam jest prawda”. A kochać potrafi tylko człowiek – powiedział.

– Ale jak mamy się pogodzić? – zawołali wszyscy – Jak uzgodnić nasze sprzeczne prawdy i święte zawierzenia?

– Nie musicie nic uzgadniać – odparł tamten. – Wystarczy, że miłością opromienicie zwoje półprawdy i ćwierćwiary. Tylko tyle.

– A ja w ciebie nie wierzę – odparł jeden z nas, zapewne ateista, bo i taki musi się znaleźć w statystycznie oraz poprawnie politycznie dobranym gronie. – Ja ufam tylko republice, demokracji i procedurom.

– To bardzo proste – uśmiechnął się niepozorny. – Skoro jesteś trochę nastroszony wobec miłości, to postaw tylko na uczciwość. Ona należy do porządku republiki i demokracji, tak jak prawda i miłość do porządku wiary. Jest protezą miłości w świecie kalekim, bo doczesnym. Reszta jest tylko liturgią – uśmiechnął się znowu i zniknął.

A my wszyscy zostaliśmy z rozdziawionymi gębami. Na nic nasza naukowa mądrość i faryzejskie cnoty. Ale kim on był i dlaczego tylko ateista zwrócił się do niego jak do kogoś, kogo już poznał, choć mu nie uwierzył? Tacy mają zawsze swoje nadprzyrodzone źródła

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter