70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Naczelna

Jesienią 2009 roku – z inicjatywy Doroty Zańko, ówczesnej sekretarz redakcji miesięcznika „Znak” – na ścianie krakowskiej kamienicy przy placu Axentowicza 4 zawisła tablica upamiętniająca Hannę Malewską, która tu właśnie przez wiele lat mieszkała.

Ilekroć tamtędy przechodzę, ogarnia mnie fala wzruszenia. Dzieje się tak, po pierwsze, ze względu na pamięć o Malewskiej, pisarce tyleż wielkiej, co kompletnie dziś zapomnianej; po drugie zaś – z uwagi na umieszczony na tej tablicy napis, jego powściągliwość, jakąś ascezę, niezwykle trafnie oddającą charakter osoby, której jest poświęcony. Tekst ów streszcza bowiem szeroką aktywność Hanny Malewskiej w trzech zaledwie „słowach”. Mówi, że była ona: redaktor naczelną miesięcznika „Znak”, pisarką i żołnierzem Armii Krajowej.

O tym ostatnim wiadomo najmniej. Hanna Malewska walczyła w powstaniu warszawskim (w stopniu kapitana), a wcześniej kierowała komórką szyfrów na linii: Komenda Główna AK – Rząd RP w Londynie. Jej przyjaciele z kręgu „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku” dowiedzieli się o tym dopiero w latach osiemdziesiątych, i to od osób trzecich. Bo Malewska – z natury nieśmiała, wychowana w duchu służby, a nie celebrowania własnych zasług – źle znosiła kombatanckie klimaty. Kiedy namawiano ją do pisania wojennych wspomnień, konsekwentnie odmawiała. „Przez moje ręce – tłumaczyła – przechodziło bardzo dużo informacji. Wiedziałam wtedy prawie wszystko (…). Nigdy nikomu o tym nie mówiłam, bo bałam się, żeby przez pomyłkę nie powiedzieć czegoś, co wiem tylko służbowo. I tak już zostało. A z przysięgi nikt do dziś mnie nie zwolnił…”.

Na temat jej twórczości pisarskiej mogłaby powstać całkiem spora biblioteka analiz i studiów. Niestety, czas, w jakim przyszło jej pisać, nie był dla niej łaskawy. W PRL-u twórczość Hanny Malewskiej świadomie marginalizowano, spychano do katolickiego getta. Z kolei w wolnej Polsce rychło zapadła nad nią zasłona niepamięci, a jej dzieła stały się dostępne jedynie w antykwariatach.

A przecież każdy, kto bez uprzedzeń sięgnie do książek Malewskiej, takich chociażby jak Przemija postać świata czy Sir Tomasz More odmawia, musi dostrzec jej artystyczną wielkość. Pisał o niej, „inteligentnej uczennicy Tomasza Manna”, Ryszard Przybylski: „Bezlitosna i trudna jest jej mądrość, ale też tylko taka mądrość może przynieść pocieszenie ludziom, którzy utracili raz na zawsze smak do szlachetnych i nieszlachetnych eudajmonistycznych baśni. Pamiętam o tym, kiedy z jej książką w ręku idę nad morze łez i krwi słuchać głosów z wieczności”.

Przejmująco brzmią słowa napisane na wieść o jej śmierci, w 1983 roku, przez ówczesnego więźnia politycznego Adama Michnika: „Tu [w więzieniu – JP], gdzie samotność jest uczuciem szczególnie dojmującym, poczułem się jeszcze bardziej osamotniony. (…) Sięgnąłem wtedy po jej książki, by raz jeszcze przekonać się, że póki one istnieją, nigdy nie będę osamotniony do końca”.

Jako pisarka zachowała daleko idącą niezależność. Zdaniem Bohdana Cywińskiego, „oficjalne życie literackie było od niej niesłychanie daleko, ale i to nieoficjalne – ze swą atmosferą wesolutkiej opozycji, wymieniającej smakowite plotki i wieszające na wrogach psy – też najczęściej bało się do niej zbliżyć. Przyjść można było do niej indywidualnie, mówiło się serio, szczerze, i zawsze na poziomie intelektualnym, przy jakim zwykły polski inteligent musi stale wspinać się na palce. Tak samo zresztą czyta się jej książki; lektura przypomina wyprawę wysokogórską: [jest] niełatwa, piękna, i wspomina się ją długo”.

Ile traci polska kultura, pozbawiona powieści i esejów Hanny Malewskiej? Ile tracą ich potencjalni czytelnicy?

Dziełem dla niej najważniejszym był kierowany przez nią miesięcznik „Znak”. Halina Bortnowska wspomina, że Malewska „robiła to pismo całkowicie – jednak nie poprzez własne pisanie, ale przez redagowanie. W ówczesnym »Znaku« prawie nie było jej tekstów, za to ona była wszechobecna w każdym artykule”. Ona sama, przy okazji jakiegoś jubileuszu pytana przez „Tygodnik Powszechny” o tę ascezę, odpowiadała, że kiedy redaguje miesięcznik, ma „inne pasje” aniżeli publikowanie własnych tekstów.

W tamtych zeszytach wyraźnie widać jej osobowość, myśl wyzierającą z samej konstrukcji  numeru, z doboru tekstów. Tu wszystko musiało być – i, mimo ingerencji cenzorskich, które często ten jej projekt psuły, było! – na swoim miejscu. W jej zapiskach – czytam w biografii Hanny Malewskiej Ostryga i łaska pióra Anny Głąb – można znaleźć notatki mówiące o tym, jaki miał być miesięcznik: „życie, a nie sztywność”, „nie typ – »powiedział, co wiedział«, nie kapliczki, fachowcy, lecz wyczucie potrzeb i stwarzanie ich”, „dialog, docieranie do ludzi i ich milczenia”, wreszcie „prawa twórczość”.

Redagowanie miesięcznika Malewska traktowała jako służbę wobec czytelników. To oni byli najważniejsi. Nie chodziło jej jednak o względy komercyjne: schlebianie ich gustom etc. Taki punkt widzenia pisarka z zasady odrzucała, pragnąc za to odpowiadać na ich potrzeby – zwłaszcza te najgłębsze, nie zawsze nawet uświadomione. „Znak” nie był zatem dla niej tylko „mającym się dobrze sprzedać produktem, lecz powinnością ciągłego odkrywania i udostępniania czytelnikom takich tekstów, przez które odsłania się prawda lub choćby jej fragment” (A. Głąb). Dlatego właśnie tak wiele od czytelników − a przy okazji i od siebie oraz od swoich współpracowników − wymagała. Wiedziała bowiem doskonale, że to, co ma wartość, musi sporo kosztować: nie pieniędzy przede wszystkim, ale pracy wewnętrznej.

Przedmiotem namysłu na łamach miesięcznika miał być c a ł y człowiek. Malewska nie wyobrażała sobie, że redakcja mogłaby dokonać tu jakiejś amputacji: na przykład zamknąć go w kruchcie, nie kierując jego uwagi ku tzw. światu. Podobnie trudno sobie wyobrazić rugowanie przez nią tematyki religijnej, gdyby na przykład okazała się „niemodna”.  Zresztą „moda” była ostatnią rzeczą, jaką Naczelna brałaby pod uwagę. Według niej to, co naprawdę ważne, było takie bez względu na okoliczności. A ona pozostawała temu wierna.

Świadkowie jej pracy w „Znaku” opowiadają o Hannie Malewskiej jako redaktorze nadzwyczajnym. Niby dominująca − choćby ze względu na wiek, autorytet i doświadczenie, a przecież ciągle odwoływała się do pracy zespołowej, umiała pokazywać sens wspólnego zaangażowania w redagowanie pisma, budowała wokół niego środowisko. Wiedziała, że nie jest – nie może być! – niezastąpiona, i kiedy nadszedł czas przejścia na emeryturę, sama wskazała następcę.

Dzięki trzem „słowom” z tablicy wiszącej przy placu Axentowicza wiemy o Hannie Malewskiej całkiem sporo. Dzięki opowieści świadków możemy zrekonstruować jeszcze więcej: to, mianowicie, jakim była człowiekiem.

Pisał o niej w liście pożegnalnym Jan Paweł II jako o „człowieku miłującym prawdę, bezkompromisowym w sprawach istotnych, który słowem i życiem dawał świadectwo swej wierze zarówno w działalności publicznej, jak i w przepojonych miłością chrześcijańską stosunkach z ludźmi”.

Papieski list kończyła modlitwa, by życie i dzieło Hanny Malewskiej (której setna rocznica urodzin przypada 21 czerwca 2011 roku) „nadal owocowało dla dobra ludzi i na chwałę Bożą”.

Dziełem życia Pani Hanny był miesięcznik „Znak”…

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter