70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oblicza religii sekularyzacji

To nie od obecności i żywotności instytucji religijnych zależy, czy świat jest bardziej Boży. Być może prawdziwe jest więc hasło: im mniej religii, tym więcej miłości, więcej Ewangelii!

Religia świeckości

Gdzie przebiega linia podziału pomiędzy wiarą i niewiarą? Sprawa nigdy nie była oczywista, a w naszych czasach, w obliczu powszechnego zjawiska sekularyzacji, zagadnienie to staje się szczególnie interesujące. Czy współczesna oficjalna „wiara” wyrażająca się w dyskusjach na temat rozwodów, antykoncepcji, zapłodnienia in vitro, homoseksualizmu, prerogatyw papiestwa, celibatu czy znaczenia kościelnych instytucji jest jeszcze choć trochę religijna? Czy ewentualne granice oddzielające wierzących od niewierzących mają jeszcze w ogóle charakter religijny? Niewiara staje się przecież często swoistą religią. Z punktu widzenia strażników tradycyjnych podziałów to najgroźniejsza forma sekularyzacji, bo jest czymś więcej niż tylko negacją religii, jest prawdziwą „religią świeckości”, współczesną gnozą stawiającą się ponad religią i zastępującą ją w jej rolach społecznych.

Stosunkowo łatwo wskazać na religijny charakter wszelkich walczących z religią form sekularyzacji, które traktują świeckość jako historiozbawczą konieczność. Wpisują się one w tradycyjny religijny dyskurs na temat etapów historii, nowych er, kolejnych epok. Od czasów dwunastowiecznego mnicha Joachima z Fiore i inspirowanych przez niego ruchów głoszących w różnej formie ziemską i czasową realizację idei Królestwa Bożego – Tysiącletniego Panowania Syna Bożego – ruchy millenarystyczne znajdują się na marginesie głównego nurtu chrześcijaństwa. Koncepcje te przyjmują w czasach nowożytnych zsekularyzowane, a często jawnie antyreligijne postaci: systemów filozoficznych, utopii, rewolucji. Tworzy się tak zwana teologia sekularyzacji. Tak jak Hegel pojmował historię świata w jej całości i jedności jako postęp w świadomości wolności, tak też teologia sekularyzacji widzi proces oświecenia, sekularyzacji i emancypacji jako kierunek pożądany i potrzebujący teologicznej afirmacji. Sekularyzacja dokonuje się w świecie niezależnie od tego, czy religijne autorytety tego chcą, czy nie. Jest – dla zwolenników takiego myślenia – dziejową koniecznością, ale też może wymagać dla swej realizacji wsparcia. W każdym razie warto się w ten sekularyzujący kierunek włączyć, jeśli chce się być „na fali”, rozumieć przemiany i uczestniczyć w nich.

Refleksja na temat religii ma tym procesom towarzyszyć, co więcej – być może powinna nawet kroczyć w awangardzie przemian. Wobec tego wierzący powinien nieść pochodnię sekularyzacji i w ten sposób prowadzić świat ku szczęściu na miarę czasów i aktualnych możliwości.

Świat dąży do oświecenia, sekularyzacji i emancypacji i jest to – jak zdają się mniej lub bardziej świadomie mówić zwolennicy sekularyzacji – kierunek zamierzony i chciany przez Boga. Skoro tak, to świeckość należy promować, a nawet o nią walczyć. Religia niewiary staje się czymś wpisanym w nadrzędny, opatrznościowy, jedynie słuszny plan rozwoju świata z wszystkimi tego konsekwencjami dla jej wyznawców i oponentów.

To często denuncjowany kierunek rozwoju niereligijnych i ateistycznych prądów, który przynajmniej od czasów rewolucji francuskiej nieustannie powraca w mniej lub bardziej mesjanistycznych i zinstytucjonalizowanych formach. Walka o tak rozumianą świeckość może przybrać formę fanatycznej gorliwości, która bywa raczej karykaturą religijności niż prawdziwą wiarą w świecki cel historii świata.

Religijność wewnętrzna

Współcześnie jednak najczęściej wyzwolenie z religijnych form, które dokonuje się poprzez sekularyzację, postrzegane jest jako na wskroś pozytywny proces, szczególnie w wymiarze indywidualnym. Postawa życia zgodnie z zasadą „etsi Deus non daretur” (jakby Bóg nie istniał) przyjmuje także inne formy – „jakby Bóg milczał”, „jakby Bóg odszedł” lub „jakby Bóg umarł”. Stąd już niedaleko do głębszej formy życia religijnego, której świadectwem w chrześcijańskiej tradycji jest teologia negatywna czy postawa wielu świętych. Świeckość można przecież opisać językiem religijnym – czy „noc ciemna” mistyków nie jest swoistym wskazaniem na niewiarę jako na przestrzeń religijności?

Już od czasów starotestamentalnych proroków słyszy się o wyższości prawdziwej, wewnętrznej religijności nad zewnętrznymi formami wyrażającymi się w kulcie. Biblia od pierwszych kart głosi, że świat i to, co jest na tym świecie, nie jest Bogiem, a to już bardzo poważny krok w kierunku desakralizacji świata. Nie można dłużej oddawać czci bożkom – ani tym obecnym w naturze, ani tym wymyślonym przez człowieka. Takie radykalne wezwanie Biblii jest kontynuowane przez wielkie monoteistyczne religie. Nowożytne procesy sekularyzacji mogą być zatem odczytywane jako rozwijanie dzieła zapoczątkowanego przez Boże objawienie. Paradoksalnie fakt, że religii jest coraz mniej w życiu indywidualnym i społecznym, to, według takiego spojrzenia, pozytywny wpływ samej religii.

W chrześcijaństwie tak ujęta świeckość ma długą tradycję teologicznego uzasadniania, niezależną od wyżej zarysowanej teorii ukierunkowanego historycznego rozwoju. Dzięki Dobrej Nowinie o Wcieleniu chrześcijaństwo z jednej strony łączy niebo z ziemią, czyli oprócz transcendencji Boga (oddzielenia od tego świata) podkreśla Jego immanencję (obecność w tym świecie). Z drugiej zaś strony głosi ostateczne zerwanie z podziałem na sacrum i profanum, co może stać się dodatkowym argumentem dla wszelkich sekularyzacyjnych prądów. Świat wraz ze wszystkim, co go stanowi, jest Boży, nie tylko dlatego, że został przez Boga stworzony, ale także dlatego, że został odkupiony w Jezusie Chrystusie. Nie ma więc potrzeby się od niego odróżniać czy to sposobem życia, czy też wyglądem lub zwyczajem – jak świadczy o tym najstarsza chrześcijańska tradycja wyrażona w Liście do Diogeneta z II wieku. Nie należy również szukać jakichś form oddawania czci Bogu, które odwoływałyby się do symboliczno-rytualnych czynności. Oto w skrajnym ujęciu podejście chrześcijanina zsekularyzowanego. Jego postawa to niekoniecznie efekt decyzji podyktowanej egoizmem, wygodą, konformizmem – może to być świadomy wybór teologicznej opcji, radykalne pójście za Bożym objawieniem, dzięki któremu rozpoznajemy, że zbawienie dokonuje się w tym świecie, a nie w oderwaniu od niego. Zjednoczenie boskiej i ludzkiej natury w Jezusie Chrystusie może być w tym kontekście odczytane jako ostateczna afirmacja tego, co ludzkie, co światowe, co świeckie. Pewne religijno-prawne formy są na razie koniecznością ze względu na zniszczoną przez grzech naturę człowieka, ale są też jedynie czymś przejściowym i tymczasowym, a ich zanikanie jest w gruncie rzeczy zjawiskiem pożądanym. Takie myślenie – radykalne spojrzenie na Biblię, relatywizacja nauki o sakramentach i o widzialnych strukturach wspólnoty wierzących – może odpowiadać duchowości protestanckiej. Stąd też sekularyzacja łatwiej toruje sobie drogę w kulturze ukształtowanej przez duchowość protestancką.

Dojrzalsza forma religijności

Najbardziej znanym przedstawicielem takiego sposobu myślenia jest Dietrich Bonhoeffer i inspirująca się jego poglądami teologia „śmierci Boga”. Według tego ujęcia Bóg jest Bogiem bezsilnym wobec świata i trzeba tę Jego słabość zaakceptować, a nie zafałszowywać przez wzmacnianie panowania sacrum. Ludzkie religijne wysiłki zdyskredytowały się w historii, a życie „jakby Boga nie było” nie jest wcale wynikiem „pychy rozumu” i zamknięciem się na kontemplację oraz poszukiwanie przewyższającej nas prawdy, ale raczej efektem dojrzałości człowieka żyjącego w świecie wolnym od religijnych wyobrażeń i potrzeb, gdzie „hipoteza robocza: Bóg” nie jest przywoływana. Sekularyzacja jest czymś dobrym, bo uwalnia ludzi od religii, od fałszywych obrazów triumfującego Boga. Dopiero chrześcijanin zsekularyzowany może dostrzec w pełni Boga na krzyżu, Boga cierpiącego, Boga, który sam się z tego świata usuwa, marginalizuje. Autentyczna wiara należy do tego świata, paradoksalnie raczej do sfery profanum niż sacrum. Postawa chrześcijanina zsekularyzowanego wcale nie oznacza konformizmu, wygodnictwa, egoizmu, zobojętnienia czy permisywizmu, o czym sam Bonhoeffer zaświadczył swoim życiem i śmiercią w starciu z nazistowskim systemem totalitarnym, z którym zinstytucjonalizowane formy chrześcijaństwa wchodziły w niebezpieczne mariaże. Moralna wyższość sekularyzującego nurtu jest w tym wypadku oczywista. Świeckość byłaby więc dojrzalszą formą religijności, a więc – tym razem bardziej w wymiarze indywidualnym – religijnością na wyższym stopniu rozwoju.

Świecka religijność wyrasta także często z doświadczenia dialogu między wierzącymi a niewierzącymi. Budzi się tak zwana „nowa religijność nieobca świeckości”, jak ostrożnie można próbować ją określić. Na pierwszym etapie jest to bowiem po prostu uznanie, że każdy w jakimś momencie życia jest człowiekiem, którego przy wszystkich zastrzeżeniach można by nazwać niewierzącym, poszukującym, wątpiącym, ateistą… Następnie to już stwierdzenie wprost, że wiara nie jest z konieczności lepsza od niewiary, że kryteria podziału są dramatycznie nieścisłe, że religijne przesłanie niekoniecznie najlepiej wypełnia się w religijnych formach, że w końcu Bóg jako Całkiem Inny, a nawet jako Objawiający Się pozostaje Kimś, Kogo trzeba szukać, a nie Kimś, Kogo należy czcić jako ostatecznie Odnalezionego.

Świeckość i w tym ujęciu można nazwać wyższą, szlachetniejszą formą religijności, ale jest czymś obecnym wśród ludzi od zawsze, czymś nieustannie przebijającym się do świadomości i sumień. Trudno nie wspomnieć chociażby Sokratesa oskarżonego o bezbożność, który dla chrześcijańskich apologetów był przecież jednym ze „swoich”. Kultura Biblii szeroko otworzyła wrota swoistej religijnej świeckości. Czy nie jest czymś charakterystycznym, że pierwsi chrześcijanie umierali jako męczennicy oskarżeni o ateizm? A wcześniej: czy to nie brak otwarcia na państwową religię sprawiał, że Żydzi byli prześladowani w państwie hellenistycznym? Spójrzmy na Ewangelię św. Marka: Czy nie trzeba wyżej cenić permanentnej i, wydawałoby się, nieuleczalnej niewiary uczniów niż wyraźnie głoszonej i wprost nachalnej wiary demonów? Każda religia w pewien sposób umożliwia świeckość, co do tego trudno się nie zgodzić – dopiero na tle religii świeckość ma sens. Ale tu mamy coś więcej. Świeckość jest wprost warunkiem koniecznym, aby osiągnąć wyższy poziom zjednoczenia z Bogiem, tak w wymiarze indywidualnym, jak i społecznym. Niektórzy posuwają się aż do stwierdzeń, częściowo potwierdzalnych empirycznie, statystycznie czy historycznie, że ewangeliczne wartości szerzyły się i ciągle się szerzą poza lub wbrew religijnym instytucjom. To nie od obecności i żywotności instytucji religijnych zależy, czy świat jest bardziej Boży. Być może prawdziwe jest więc hasło: im mniej religii, tym więcej miłości, więcej Ewangelii!

Milcząca religijność

Nowe prądy i kierunki praktycznej wiedzy o człowieku wspierają tę swoistą „religię świeckości”. Człowiek w pełni zintegrowany, wypełniający swoje życiowe cele, świadomy swoich potrzeb, żyjący w harmonii z innymi ludźmi i z przyrodą, to – jak się okazuje – niekoniecznie człowiek religijny. Co więcej – współczesne nauki często próbują dostarczyć dowodów, że religijność przeszkadza w takim pełnym urzeczywistnianiu ludzkich potencjalności lub w każdym razie jest dla nich czymś neutralnym. Jedyna forma „ratunku” dla dyskursu religijnego to akceptacja faktu świeckości czy zeświecczenia i ewentualne wzmocnienie go dodatkowym religijnym elementem przez stwierdzenie: tak, takiego właśnie zsekularyzowanego człowieka chce Bóg. Nie jest to tylko reakcja na grunt usuwający się spod nóg, ale przemyślana religijna opcja – opcja „religii świeckości”.

W praktyce religijna świeckość została przyjęta przez dużą liczbę mieszkańców krajów Zachodu. Jej relatywną słabością jest brak możliwości uzewnętrznienia się. Jest ona czymś z zasady milczącym – w przeciwnym razie musiałaby się zinstytucjonalizować i stać jedynie karykaturą religii zinstytucjonalizowanej, ze swoimi rytuałami i kapłanami, swoim oficjalnym nauczaniem i, wkrótce, własnymi herezjami. To jednak nie wchodzi w rachubę, gdyż religijnie pojęta sekularyzacja bazuje na czymś, co jest ukryte w człowieku i co jedynie w naturalny, wewnętrzny sposób może dojrzeć. Milczenie to bywa mylone z obojętnością i jako takie piętnowane zwłaszcza przez przedstawicieli zinstytucjonalizowanych religii. Jest to też swoista forma gnozy, która nie zakłada – bo nie może – jakichś wielkich działań propagandowych, ale jedynie jednoczy tych, którzy sami na przestrzeni historii doszli do takiego stopnia religijnego rozwoju, aby móc w pełni zaakceptować świeckość. Uważa za wtajemniczonych wszystkich, którzy niekoniecznie zdając sobie z tego sprawę, trwając lub nie w kulturowo uwarunkowanych religijnych formach, potrafili w pełni dostrzec i przyjąć wolność świeckości otwierającą na w pełni ludzkie, a chciane przez Boga doświadczenie własnej egzystencji. Być może właśnie w taki sposób przeżywamy dalszy ciąg rozdzierania się zasłony przybytku, które rozpoczęło się wraz ze śmiercią Chrystusa, a które trwa i naznacza całą historię chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo staje się w pełni religią bez religii, a sekularyzacja z tej perspektywy to po prostu tylko jedno z jego imion. Nie do zlekceważenia jest także fakt, że tak szeroko rozumiane „nieme posłanie” sekularyzacji przekracza podziały religijne i ma szanse stać się czymś uniwersalnym, a więc w paradoksalny sposób wypełniającym wreszcie aspiracje każdej religii pretendującej do prawdy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata