70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Opowieść o duszy, która poruszyła ciałem

Kiedy ciału czegoś brakuje, jest traktowane jak niepełnowartościowe. Dlatego niepełnosprawne ciało jest jakby mniej warte niż pełnosprawne. Głowa Rafała Urbackiego, tancerza i choreografa, który spędził na wózku inwalidzkim dziesięć lat, nie akceptuje takiego stanu rzeczy. Natomiast pełna współpraca umysłu z ciałem sprawiła, że młody tancerz wstał z wózka i chodzi.

Rafał Urbacki, mover, performer, humanista Student III-go roku reżyserii dramatu w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie, choreograf współpracujący z duetem artystycznym Strzępka – Demirski. Tancerz. Przedstawia swoje solo Mt9,7 w Instytucie Teatralnym im. Z. Raszewskiego w Warszawie. Jest autobiograficzne.

Zaczyna, siedząc na wózku inwalidzkim. A potem wstaje. A więc chodzi? Dlaczego w takim razie siedział na wózku? Po co korzysta z takiego rekwizytu? Po chwili wiadomo.

Urbacki mówi: „Gdy miałem czternaście lat, usiadłem na wózku. Gdy po dziesięciu latach z niego wstałem, znajomi przestali mnie poznawać na ulicy albo myśleli, że to jest cud.(…) Dzisiaj stoję przed wami, nie mając czucia w nogach od połowy ud do czubków palców. Ale to nie jest cud. To jest po prostu ciężka praca.”

– Na czym polega praca, która pozwala niepełnosprawnemu człowiekowi wstać z wózka i nie mówić o cudzie?

Rafał Urbacki: Na długich ćwiczeniach i dużej świadomości ciała. Na wiedzy o tym, jak ciało funkcjonuje.

– A więc na sprzężeniu ciała z umysłem?

– Mniej więcej. Mam zanik mięśni, a chodzę, wykorzystując kości i ścięgna. Wiem, jak się poruszać, jak przenosić ciężar ciała, by stabilizować nogi i iść. Od półtora roku siadam na wózku tylko wtedy, kiedy wymaga tego moja praca, na przykład podczas mojego solo.

– A więc nie mówimy o cudzie, bo nie nastąpiło uzdrowienie. Po dziesięciu latach spędzonych na wózku inwalidzkim zaczął pan chodzić mimo trwającej nadal choroby, a nie dlatego, że ona się skończyła?

– Tak. Moja niepełnosprawność, a nie choroba, jest związana z zaburzeniami wydzielania enzymów. Mięśnie są gorzej odżywione, albo wcale i dlatego zanikają. Oprócz tego mam jeszcze neuropatię, czyli zaburzenia czucia głębokiego w nogach. Te wady genetyczne ujawniały się z czasem.

Od dzieciństwa było ze mną coś nie tak. Mało się ruszałem, nie lubiłem sportu, nie lubiłem biegać. Mama wysłała mnie więc chociaż na jogę. To była najciekawsza dla mnie forma ruchu.

Kiedy miałem dziewięć lat, zaczęły się poważne problemy. Chodziłem z dużym trudem. Z początku lekarze nie podejrzewali choroby mięśni, bo było to wtedy schorzenie mało znane. Zaczęto mnie leczyć ze zwapnienia kości. Założono mi gips. A ponieważ nie pomógł, założyli znowu. Byłem w gipsie sześć razy. To najgorsze, co można było zrobić. Mnie zanikały mięśnie, a unieruchomienie przyspieszało ten proces. Diagnoza, że to defekt genetyczny mięśni, a nie schorzenie kości, padła dopiero po trzech latach.

Miałem bolesne zapalenia mięśni i ścięgien. Do tego cztery razy dziennie przyjmowałem insulinę, z powodu zaburzeń w jej wydzielaniu. Od tego zrobiłem się ogromny. Ważyłem 120 kilogramów. A ten ciężar musiałem utrzymać coraz słabszymi mięśniami. I tak właśnie w wieku czternastu lat usiadłem na wózku. Po prostu nie mogłem już chodzić. Efekt był taki, że moja niepełnosprawność stawała się coraz większa. Mięśnie słabły przecież nie tylko w nogach. Miałem problemy z podnoszeniem rąk, zaburzenia oddychania. Był nawet pomysł, by podłączyć mnie do respiratora. Uchroniła mnie przed tym rehabilitacja, podczas której zacząłem ćwiczyć. Codziennie, po kilka godzin.

Wzmocniłem się. Na trzecim roku studiów pojechałem na warsztaty tańca integracyjnego w Śląskim Teatrze Tańca. Miałem już wzmocnione ręce. Podczas jednych z zajęć spróbowałem zejść z wózka, na podłogę, nie na nogi. Coraz częściej tańczyłem więc na podłodze. Przełom nastąpił, gdy przeprowadziłem się z Gliwic do Krakowa i poznałem Iwonę Olszowską, która prowadziła zajęcia ze świadomości ciała i contact – improvisation. Bardzo się w to wciągnąłem. To jest technika taneczna powstała w latach sześćdziesiątych w Ameryce. Opiera się na fizycznym działaniu ciała, na sile grawitacji, żeby nie używać mięśni, ale pracować z własnym ciężarem, na kościach. Stałym elementem tej techniki są tzw. jamy, tak jak w jazzie. Ktoś sobie jazzuje na saksofonie, ktoś ma pianino, ktoś się włącza. Ta sama formuła tylko przeniesiona na formę tańca. Podczas jednego z takich jamów, kiedy dość intensywnie trenowałem na podłodze, zrobiłem rolle przez głowę, zaskoczyły mi przeprosty w kolanach, no i stanąłem. A potem się przewróciłem. Ale – stałem!

Zacząłem eksplorować tę technikę. Jeździłem na różnego typu warsztaty z nauczycielami contact improvisation i Body Mind Centering. Dużo na ten temat czytałem. I zacząłem pracować nad własnym sposobem poruszania się. Najpierw na podłodze, potem w pozycji wertykalnej. Chodziłem po mieszkaniu wykorzystując swoje rozciągnięcie, przez jakieś przejścia przez ręce, bo nie umiałem jeszcze na nogach. W końcu i to sobie wypracowałem.

Zimą ubiegłego roku nastąpił kolejny przełom. Nie byłem w stanie dojechać do budynku mojej uczelni – PWST, ponieważ ulice były zaśnieżone. I wtedy stwierdziłem, że spróbuję pójść o kulach. No i poszedłem.

 

ŚWIADOMOŚĆ CIAŁA

Podczas swojego solo Rafał Urbacki pokazuje slajdy z dzieciństwa i czasu, kiedy był nastolatkiem. Na dużym ekranie widać otyłego chłopaka na wózku. W kościele, na spacerze, na dyskotece tańczącego z dziewczynami, ale zawsze w pozycji siedzącej. Poniżej, w snopie światła, obecny Rafał Urbacki. Tańczy na nogach. Wykorzystuje sprężystość i rozciąganie swojego ciała, robi na podłodze szpagaty, błyskawicznie wstaje i robi robi piruety. Całkowicie panuje nad swoim ciałem.

– Żeby chodzić, musiał pan poznać swoje ciało umysłem.

– Poznać i poczuć. Co więcej, ja je poznaję każdego dnia na nowo. Bo ono się codziennie zmienia. Każdy z nas ma codziennie nowe ciało. Coś się zużywa, coś się odnawia. Dlatego codziennie rano robię research samego siebie. Muszę sprawdzić, jak działa moje ciało. Inaczej nie wstanę, albo mogę sobie zrobić krzywdę. Rozciągam się więc jak kot. Skupiam się nad tym i rejestruję, co trzeba rozciągnąć, rozluźnić. I wtedy włącza się umysł: dziś do chodzenia trzeba zastosować taką a nie inną technikę.

Ciało zmienia się też w ciągu dnia, dlatego rano słabo mi się chodzi, ale wieczorem już lepiej. Ciało podlega ciągłemu procesowi, który intensywnie wpływa na moją jakość życia. A ja ten proces uważnie obserwuję i analizuję. Jeżeli więc źle spałem, to wiem, że trochę gorzej będzie mi działać ramię i dlatego dziś będę chodził bardziej od kręgosłupa i miednicy, a wieczorem prawdopodobnie będzie mnie boleć kręgosłup. Jeżeli mam jakiś drobny uraz, naderwałem sobie coś w szyi, to wiem, że będę bardziej przenosił ciężar ciała po przekątnej i prawdopodobnie będzie mnie boleć prawe biodro. Mam skoliozę, która prawdopodobnie pogłębia się przez pionową pozycję, więc więcej rzeczy lewą stronę, przez to miałem problem z kolanem i zapalenie torebki stawowej. Wszystko jest ze sobą sprzężone.

Bardzo lubię chodzić do klubów. Często zamiast na jogę idę do klubu potańczyć, tylko po to, żeby spróbować innych jakości ruchowych. Tylko że ruch improwizowany nic nie daje. Jeżeli go nie poddasz pewnemu opisowi, racjonalizacji, werbalizacji, nie uporządkujesz go jakoś, to jest tylko fajnie.

Dlatego kiedy pracuję z tancerzami, nie zgadzam się, by bezrefleksyjnie wypuścić ciało. Kiedy improwizują, domagam się, żeby opisali mi potem, co wydarzyło się z nimi, co pamiętają.

Udowodniony jest wpływ głowy na ciało, ale i wpływ ciała na głowę. Podczas rehabilitacji u osób upośledzonych wzmacnia się ciało, poprawiają się też zdolności percepcyjne. To sprzężony system. Można sobie zorganizować ruch, przewidzieć go. Zrobić coś i poddać to analizie. Kiedy uświadamiam sobie jakiś problem w moim ciele, próbuję to nazwać, zracjonalizować, zobaczyć. Wtedy wzbogacam się ruchowo.

Na pracy z obrazami wewnętrznymi polega też technika, która pomaga mi chodzić. To Body Mind Centering. Bardzo prosto mówiąc polega na tym, że wywołuję sobie w głowie pewien obraz dotyczący anatomii ciała i kiedy zaczyna działać wyobraźnia, ciało reaguje. Nie czuję swoich nóg, swoich kości, ale wyobrażam sobie mój staw biodrowy, miednicę, torebki stawowe, ścięgna, wyobrażam sobie, jak ruszyć palcem poprzez miednicę. Dzięki takiej rekonstrukcji mogę się ruszać.

Podczas rehabilitacji osób, które doznały urazu w wyniku skoku na główkę próbuje się zrekonstruować ich ruch, czyli wrócić do tego, jak ta osoba ruszała się wcześniej. Jednak osoba niepełnosprawna musi „wymyślić” swój nowy ruch. Wymyślić, czyli przyjrzeć się temu, co ma, i to wykorzystać.

Sprzężenie umysłu i ciała zależy też od tego, jaki jest ten umysł. Na przykład ja, kiedy uczę się czegoś na pamięć, utrwalam to jakimś ruchem, który wtedy wykonuję. Myślę o przestrzeni, o tym, że chcę gdzieś dojść, i ręką odtwarzam kierunki, w których będę szedł.

Na scenie często wykorzystuję swoje „ułomności”. Doprowadzam celowo do tego, że kolano mi się ugina, bo nie stabilizuję stopy w stawie skokowym. A to jest kolejny krok – przestaję myśleć, czy to wygląda atrakcyjnie, czyli przechodzę przez kolejny proces związany z postrzeganiem siebie w kategoriach estetycznych. Współpracuję z Akademią Muzyczną w Krakowie i gdy uczę studentów muzykoterapii o etapach usamodzielniania się niepełnosprawnych pod względem motoryki, mówię, że kiedy niepełnosprawny schodzi z wózka, to jakby wychodzi z muszli. Nie jest już uzbrojony w wózek, który daje mu pewną swobodę, tempo, płynność ruchu. Zachowuje się trochę jak ślimak bez muszli. Porusza się w sposób, który jest wartościowany ujemnie,. To jest pokraczne, nieharmonijne, brzydkie. I teraz chodzi o to, by odrzucić to wartościowanie i wykorzystać potencjał, który się ma. Jeśli go wykorzystam, mogę zacząć coś robić dalej. Ludzie sprawni też mają różny poziom akceptacji swojego ciała i ruchu. Wiele osób na przykład nie lubi tańczyć, bo obawia się np. śmieszności.

 

ODRZUCENIE I BUNT

Solo Urbackiego. Gaśnie ostatni slajd, zapala się światło. Urbacki chodzi z mikrofonem. „Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem. Pomimo że mam pierwszą grupę inwalidzką i jestem niezdolny do samodzielnej egzystencji [śmieje się]. Jestem osobą niepełnosprawną, więc cierpię. A moje cierpienie jest po to, abyście mogli się ubogacić. Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, pomimo  że jestem gejem. (…)  Bóg mnie kocha. Problem w tym, że Kościół mnie nie kocha”.

– Kościół rzeczywiście pana nie kocha, czy też jest tu tylko symbolem świata, który pana nie kocha?

– Akurat w solo mówię o Kościele. O pewnej strukturze instytucjonalno-prawnej, o systemie i o ludziach, którzy współtworzą ten system i go realizują. Chodzi właśnie na przykład o wypowiedzi księży na temat seksu z osobami niepełnosprawnymi. Bo te wypowiedzi są prawdziwe, nie wymyśliłem ich. Jednak moja cielesność, osoby niepełnosprawnej, homoseksualnej, rzeczywiście nie mieści się nie tylko w Kościele.

Kiedy byłem zdarzyło się, że nie wychodziłem przez siedem miesięcy z domu. Nie chodziłem do szkoły, miałem indywidualny program nauczania, siedząc w swoim pokoju, zdawałem sprawdziany. I tak spędziłem dwie pierwsze klasy liceum.

Teatrem zainteresowałem się w 2001 roku. Moje pierwsze doświadczenie to operetka w Gliwicach. Dziś trochę wstyd, ale zachwyciłem się. Zacząłem systematycznie chodzić na spektakle teatralne.

Potem zacząłem jeździć do ośrodków rehabilitacyjnych. I pewnego razu do takiego ośrodka miał przyjechać biskup diecezji gliwickiej. Mieliśmy zrobić dla niego spektakl. Zaproponowano mi, bym to ja go zrobił. No więc zrobiłem spektakl z niepełnosprawnymi. Na kolejnym turnusie także zrobiłem spektakl, potem zacząłem robić przedstawienia w szkole. Pod koniec trzeciej klasy liceum miałem już swoją grupę teatralną i prowadziłem warsztaty. Najgorszy mój okres to była pierwsza i druga klasa spędzone w domu. Trzecia i czwarta to był teatr. Mój autorski. Robiłem tam wszystko. Remiks muzyki, ruch, wymyślałem scenariusz. Nie pracowałem z niepełnosprawnymi.

Potem dostałem się na kulturoznawstwo w Katowicach i moja grupa się rozpadła. Jednak na trzecim roku trafiłem do Teatru Tańca Integracyjnego „Kierunek” i to mnie wciągnęło. Krytycy chwalili, że fajnie się ruszam. Pojawiły się różne projekty, festiwale, w których brałem udział. Było świetnie.

A potem dostałem się na wiedzę o teatrze. To był drugi raz, kiedy podchodziłem do tych studiów. Za pierwszym razem zrezygnowałem, bo budynek, w którym miałem zajęcia, był niedostępny dla niepełnosprawnych. Ciąg schodów, żadnej windy. Z kolei w akademiku nie mogłem się wykąpać, bo brodzik był za wysoki. Byłem też za słaby, żeby dojeżdżać z akademika na uczelnię. Więc zrezygnowałem. Po dwóch latach dostałem od pani dziekan informację, że mogę wracać, bo budynek będzie remontowany. I był, ale nie został dostosowany do potrzeb niepełnosprawnych. Problem więc nie zniknął.

Mimo to postanowiłem spróbować, bo byłem już na piątym roku kulturoznawstwa w Katowicach i miałem luz.

Przez cały pierwszy semestr walczyłem o to, żeby uczestniczyć we wszystkich zajęciach. Inni niepełnosprawni studenci odpuszczali, albo zgadzali się na to, żeby ich wnosić. Ja tak nie chciałem. Dlaczego miałem funkcjonować na gorszych zasadach? Jednak od samego mojego sprzeciwu bariery architektoniczne nie padły, nie zmieniła się mentalność odpowiedzialnych za to ludzi. Uniwersytet to kolejna instytucja, która skupia się tylko na głowie, ciało dla niego nie istnieje. Na zajęcia nadal nie potrafiłem dotrzeć. Miałem więc problemy z zaliczeniami. Nie przystąpiłem do sesji, nie było sensu. Byłem w tak złym stanie psychicznym, że nie miałem siły już walczyć. Zostawiłem to. Jednak po mojej sprawie w szkole zamontowano windę dla niepełnosprawnych. A więc jednak się dało.

Potem dostałem się na reżyserię teatralną. Za drugim podejściem. Byłem pierwszą osobą na wózku, która tam się dostała. Okazało się, że tamten budynek też jest niedostosowany. Jednak zostałem, tam.

Osoba niepełnosprawna zawsze jest trochę deprecjonowana. Nie tylko dlatego, że nie może dostać się w miejsca dostępne tylko dla pełnosprawnych, choć przecież stworzone dla wszystkich. To ma też związek z odbiorem na zupełnie prymarnym poziomie – że na przykład niepełnosprawny jest niżej, więc ten, kto jest wyżej, czuje się ważniejszy. Kiedy pierwszy raz po dziesięcioletniej przerwie wyszedłem z domu o kulach, czyli jako ktoś, kto prawdopodobnie złamał nogę na nartach albo gdzieś pohulał, ludzie patrzyli na mnie zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy siedziałem na wózku. Wtedy stwierdziłem, że zrobię wszystko, żeby już nie wracać na wózek. Bo wcześniej, kiedy pytałem o drogę, przechodnie myśleli, że jestem żebrakiem i uciekali. Takie obrazowanie niepełnosprawności wynika z błędnych modeli. Obrazowanie społeczne osoby niepełnosprawnej wiąże się z pojęciami litości, współczucia, jałmużny. Dlatego, by uniknąć takiego postrzegania mnie, gdy siedząc na wózku pytałem o drogę, zmieniałem wysokość głosyu, żeby z mojego tonu od razu wynikało, że nie chcę od nich pieniędzy.

Tu musimy chyba powiedzieć o ciele politycznym. Ciało ma pewną tożsamość. Mieści się w pewnej tradycji, gdzieś się urodziło, zostało gdzieś wychowane, naznaczone. Ma pewne predyspozycje, wymiary, kolory, kształty i możliwości. Pewien zbiór cech ciała w kulturze jest albo waloryzowany, albo deprecjonowany. To dziś są już frazesy, ale może warto to zaznaczyć. Rozpisałem to sobie w kategoriach ruchu. Ciało osoby niepełnosprawnej ma tempo nieciągłe, to znaczy jest oparte na złamaniach, liniach krzywych, jest ciałem, które jest nieprzewidywalne, bo poddane niekontrolowanemu ruchowi. A to wzbudza poczucie niestabilności, a więc zagrożenia. Nie lubimy tego. Nasza kultura dąży do tego, żeby mieć wszystko pod kontrolą. Ciało homoseksualne też zaskakuje, choć z innego powodu. W uproszczeniu – wymyka się z systemu patriarchalnego i właśnie dlatego zaskakuje.

I co robi kultura z ciałem niepełnosprawnym? Stygmatyzuje. Że jak kaleka, to pewnie będzie wredny, zawistny, bo czegoś nie ma. Niepełnosprawność jest pojmowana też jako pewien brak. Kiedy mamy do czynienia z ciałem, któremu coś odjęto, traktujemy je tak, jakby miało mniejszą wartość.

Osoba niepełnosprawna jest też niesłusznie odbierana jako chora, cierpiąca. Mówię o tym w swoim solo – jestem osobą niepełnosprawną, więc z tego powodu cierpię. Tak, niepełnosprawność często łączy się z cierpieniem. Kiedyś miałem bolesne przykurcze. Przez kilka lat brałem silne środki przeciwbólowe. Jednak to było tzw. „cierpienie” wynikające z fizycznego bólu, a nie z samej niepełnosprawności.

Z powodu tego deprecjonowania niepełnosprawnego ciała stało się ono moim wrogiem, moją przeszkodą – wtedy kiedy miałem czternaście lat i usiadłem na wózku. Później, kiedy zacząłem jeździć na warsztaty taneczne z profesjonalnymi tancerzami, z zazdrością patrzyłem na ciała, które są wytrenowane, mają prawidłową motorykę. Teraz już wiem, że moja motoryka też jest prawidłowa, choć inna

Jednak obserwuję wielu ludzi pełnosprawnych, dla których ciało jest wrogiem. Wycinają elementy ciała, nie chcą czegoś zaakceptować, niezdrowo jedzą, prowadzą siedzący tryb życia. Tyle że to jest akceptowane. Człowiek, który rozwija się wyłącznie intelektualnie, zaniedbując ciało może być nawet podziwiany. Pisałem pracę magisterską na temat koncepcji ciała w performansie polskim, przede wszystkim o body-art. A także o tym, że nasza kultura kończy się gdzieś na poziomie klatki piersiowej. Dla mnie to jest bardzo widoczne.

 

INNOŚĆ I KOŚCIÓŁ

„Mt 9,7” Urbackiego. „Ostatnio byłem na mszy. Ksiądz powiedział: wstańmy, bo gdy stoimy, możemy twarzą w twarz spotkać się z naszym Panem. Nie siedźmy. Nie siedźmy, ponieważ gdy siedzimy, to możemy przespać naszą stację docelową, czyli niebo. I to powiedział w obecności dwóch osób niepełnosprawnych na wózkach elektrycznych”.

– Czy nie upraszcza pan za bardzo? Pokazuje pan katolicyzm naskórkowy, Kościół pielgrzymkowy. Głęboki katolicyzm nie na tym polega.

– Jednak na co dzień mamy do czynienia właśnie z takim Kościołem, a właściwie z Polakami uwikłanymi w taki, a nie inny system wyznaniowy, jaki pokazuję. Ja chodzę do kościoła. Nie systematycznie, chwalę Pana Boga głównie przed egzaminami, ale chodzę. Jestem osobą wierzącą. A kiedyś byłem animatorem w oazie. Bardzo głęboko wierzącym katolikiem.

– Dlaczego to się zmieniło?

– Zacząłem bardzo krytycznie patrzeć na ten katolicyzm, z którym się stykałem. Przede wszystkim na Ruch Światło-Życie, w którym uczestniczyłem w formacji. Teraz widzę, że to wspólnotowość, nazwałbym ją sekciarską, która prowokuje pewne zachowania dotyczące inności, źle się z tym czułem. Byłem wtedy w liceum. Już wiedziałem, że jestem gejem. Stwierdziłem, że system, który teoretycznie mnie nie odrzuca, bo mówi o miłości, jest w porządku, natomiast interpretacja Słowa Bożego, przełożenie tego na realia codzienne to coś, z czym się nie mogę się pogodzić. Podobnie jak z wypowiedziami Ojców Kościoła dotyczącymi homoseksualizmu. Bo w orientacji seksualnej jest wektor dotyczący nie tylko cielesności ale również miłości. Jednak homoseksualizm jest traktowany wyłącznie na poziomie grzechu ciała – jeśli ktoś odczuwa pociąg do osoby tej samej płci, eliminuje możliwość przeżycia wyższego uczucia.

 

CIELESNOŚĆ, TANIEC. SOLO

„Na koniec chciałbym wam opowiedzieć historię mojej Pierwszej Komunii. Byłem na niej absolutną gwiazdą” – opowiada w finale swojego solo Urbacki. Mówi o piekącym bólu w nodze, kiedy szedł przez kościół. Żeby ten ból pokazać wyjmuje zapalniczkę i przesuwa płomień wzdłuż stopy. Mówi też, jak szedł przez kościół i czuł, że ludzie, którzy tam siedzą powinni być wspólnotą, która da mu oparcie, a są tylko obojętną publicznością. Wyjmuje igłę i nić i przyszywa sobie do stopy różaniec Kończy: „I tak sobie myślę, że moje doświadczenia wystarczą, żeby zostać świętym. Pierwszym świętym niepełnosprawnym gejem”.

– Jak powstało to solo?

– Działająca w Starym Browarze w Poznaniu Art Station Foundation co roku prowadzi Solo Projekt, w którym bierze udział troje młodych choreografów. W ubiegłym roku zostałem jednym z rezydentów tego projektu. Mam swojego opiekuna artystycznego. W ramach projektu rozwijam się więc i występuję.

Gdy moje solo było pokazywane w Berlinie, zostało przyjęte z mieszanymi uczuciami. Na występ przyszła tamtejsza Polonia, głównie ludzie w średnim wieku. Przyszli, bo dowiedzieli się, że mogą zobaczyć polski taniec. A to, co zobaczyli nie odpowiadało ich wyobrażeniu tańca.

Tu warto powiedzieć o tańcu w kulturze polskiej. Warto, bo dychotomię ciała i słowa widać świetnie na poziomie sztuk performatywnych. I po tym, jakie miejsce w kulturze polskiej zajmuje taniec. W Polsce panuje kult słowa, związany jeszcze z tradycją „rapsodyczną”, recytatorską, pochodzącą jeszcze z inspiracji romantycznej. Jeśli myślimy o tańcu, to najczęściej o balecie, lub tańcu w telewizji, czyli o bardzo specyficznej formie ruchu, związanej z opowieścią, narracją, w której ciało tworzy obraz, lub o popisie. To jest sytuacja jakiegoś ekstremum – tancerz je zna i pokaże. Kiedy więc mamy do czynienia z ciałem, to mamy do czynienia ze świetnie przeprowadzonym konceptem.

Teraz stał się popularny taniec współczesny. W całej Polsce powstają kolejne teatry tańca. Jednak współczesny polski odbiorca ma bardzo niskie kompetencje do odczytania tej formy sztuki, bo narracja przeprowadzana tylko przez ciało jest narracją mu obcą. Skąd ma ją znać? Wystarczy spojrzeć na dziedziny sztuki, których uczy się w szkole. Muzyka, plastyka, ale nie taniec. W naszej kulturze narracja związana z ciałem, z jego motoryką, została jakoś pominięta. Dlatego polski odbiorca, który idzie na spektakl tańczony, ma do artysty jeden podstawowy zarzut – nic nie rozumiem. A nie rozumie, bo próbuje formy taneczne odczytywać racjonalnie. A narracja wprowadzona do przestrzeni tanecznej może być np. tylko kompozycją związaną tak albo inaczej z muzyką, przestrzenią. Pytania o czym to jest są pytaniami z innej kategorii. Jednak próba odbioru rozumowego wynika z tego, do czego widz jest przyzwyczajony – że słowo jest konkretniejsze niż ruch.

W moim solo Polonię niemiecką najbardziej oburzało to, że tańczę do muzyczki sączącej się z pozytywki w kształcie Matki Boskiej. A przecież ta figurka nie jest moim wytworem. Druga rzecz, którą mi zarzucano, to to, że w tańcu wykorzystuję symbolikę starotestamentową, starochrześcijańską, bo rozkładam ręce. No i trzecia rzecz to ten różaniec. W tych trzech momentach w Berlinie ludzie wychodzili z sali. Jakaś kobieta powiedziała wychodząc: „Tak nie można, to jest różaniec!”. Można mówić wiele o stosunku Kościoła do inności związanej homoseksualnością, czy niepełnosprawnością. Wtedy mówi się o tym na poziomie statystycznym, czy o zauważanej tendencji. To jest jakaś kwestia społeczna. Można o tym dyskutować. Natomiast ja przedstawiam coś, co jest moje. Do szpiku moje i moje ciało o tym mówi. Można o tym pomyśleć albo całkiem zanegować. I tak ludzie robią.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata