70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Herbert, trzmiel i polskie sprawy

Niemcy pokochali Herberta-Europejczyka, Francuzi wykluczyli, bo był nazbyt „etyczny”, a Anglicy za to samo przyznali poczesne miejsce we własnej kulturze.

Dwa wydane ostatnio zbiorowe tomy: Język dalekosiężny oraz Herbert na językach łączy nie tylko lingwistyczna tytułowa metafora, lecz także wspólny zamiar ukazania dorobku poety w nowych kontekstach. W obu książkach dokonuje się proces, który George Steiner określał mianem „uinnienia”. Neologizm ów można rozumieć jako przemienienie obcego w swoje, ale też trochę szerzej – jako oswojenie niepełne, z zachowaniem rdzenia obcości.

Herbert „uinniony” to kreowany w europejskich przekładach poeta idei, w mniejszym stopniu – egzystencjalnej refleksji, którego twórczość różne kultury odkrywają dla siebie z różną intencją. Chociaż w kręgu rodzimej krytyki Herbert „uinniony” to dziś poeta „na językach”, o którym głośno, to jednak nie dla wszystkich jest on jednakowo „oswojony”.

Spór o światopogląd i dorobek Herberta toczy się nadal. Obie publikacje dowodzą, że tłumaczenie rozumiane zarówno jako translacja tekstów, jak i rozjaśnianie ponadtekstowych znaczeń (ludzkich postaw, wyborów) jest zawsze gestem hermeneutycznym o ambiwalentnej semiotyce: gościnności i nieufności, zaproszenia i zawłaszczenia.

Herbert na językach to książka luźno spojona z trzech części. W pierwszej znajdziemy propozycje nowych ujęć krytycznych, w drugiej – opis recepcji środkowoeuropejskiej, w trzeciej – omówienie obecności Herberta w anglojęzycznym kręgu kulturowym, głównie amerykańskim.

Całość jest aranżacją dyskusji, w której zderzają się różne racje i wychodzą na jaw kwestie drażliwe, niedomówione lub mało znane. O takich pisze Ewa Thompson (Biedny Herbert patrzy na zideologizowany świat) odsłaniająca konteksty przyznania poecie pod koniec życia (1996) przez Fundację Ingersoll niezwykle zaszczytnej nagrody imienia Thomasa Stearnsa Eliota, której osobiście już nie mógł odebrać. Autorka przypomina o niesławnym milczeniu polskich mediów, zdominowanych wówczas przez „Gazetę Wyborczą” i przyczynach sporu między Herbertem a Michnikiem.

Etyka i poetyka

W zbiorze Herbert na językach debata wykracza poza wymiar estetyki, autorów interesują światopoglądowe implikacje twórczości poety, dlatego biorą Herberta „na języki”, bezceremonialne odpytują z poglądów na temat nowej Polski, jak Maciej Urbankowski (Polityka Hamleta? Zbigniew Herbert i III RP) czy Przemysław Czapliński (Martwa natura z narodem). Albo z poglądów na temat rycerskiego etosu jako źródła etyki niezłomności – co w ciekawym eseju czyni Marek Troszyński („Na barkach gigantów”. Spór istotny: Herbert i Miłosz wobec romantycznej tradycji rycerstwa). Przepytują także z tradycji – jak Małgorzata  Mikołajczak w studium  Herbert hermeneuta (na przykładzie dialogu z Cyprianem Norwidem).

Inspirujące ujęcie przynosi esej Jacka Kopcińskiego, który zajmuje się dramaturgiczną genezą i strukturą tej twórczości (Herbert dramaturg, czyli o „bohaterskiej formie intelektualnego przeżywania rzeczywistości”). Autorzy tych prac proponują nowe, ale też erudycyjnie dobrze uzasadnione klucze interpretacji.

Cały tom odsłania niesłabnącą, choć dla niektórych kontrowersyjną, wartość etyki i poetyki Pana Cogito. Prowokacyjnie brzmieć może finezyjna interpretacja eseistyki Herberta przeprowadzona przez Przemysława Czaplińskiego. Według niego poeta wykreował swoją ideę narodu na wzór grecko-rzymskiej demokracji i niderlandzkiej tolerancji negatywnej, a w konsekwencji rozdzielił polską zbiorowość na elity oraz inercyjną większość, pierwszej przyznając prawo do rekonstrukcji tożsamości narodu wchodzącego do Europy (s. 61).

Słabością Herberta okazała się niezdolność do definiowania „kategorii podmiotu zbiorowego definiowanego inaczej niż etnicznie” (s. 64). W przekonaniu krytyka Herbert „zobaczył w Polsce tylko tyle, na ile pozwoliła mu przez niego samego odrobiona lekcja kultury europejskiej” (s. 64). Tymczasem Maciej Urbankowski w eseju Polityka Hamleta? Zbigniew Herbert i III RP twierdzi, że „nowa Polska była w oczach Herberta przede wszystkim tworem Władzy i Elit”, które obciążał odpowiedzialnością za jej nienormalność (s. 36).

W tomie Język dalekosiężny, złożonym z siedemnastu tekstów napisanych przez polskich i zagranicznych badaczy, tłumaczy i krytyków, polskie sprawy nie są najważniejszym odniesieniem dla autorów, którzy omawiają recepcję twórczości Herberta w różnych kręgach językowych Europy: angielskim, niemieckim, niderlandzkim, francuskim, włoskim, hiszpańskim, węgierskim i słoweńskim.

Z bibliometrycznych badań Danuty Bilikiewicz-Blanc obejmujących lata 1981-2008 wynika, że Herbert zajmuje ósme miejsce na liście najczęściej tłumaczonych polskich autorów (zaraz po Lemie, Gombrowiczu, Miłoszu, Kapuścińskim, Mrożku, Szymborskiej i Wojtyle). Jego utwory, publikowane w trzydziestu czterech językach w trzydziestu pięciu krajach, krążą w postaci pojedynczych przekładów umieszczanych w czasopismach, antologiach i osobnych wyborach.

Statystyki mówią, że to tłumacze niemieccy najczęściej sięgają po utwory Herberta, zaś najchętniej przekładanym tomem jest Pan Cogito. W niektórych krajach recepcja, choć życzliwa, jest dość ograniczona, jak na przykład w hiszpańskim kręgu językowym. W innych jest procesem stałym i powiązanym z polisystemem przyjmującej kultury.

„Pracuję nad Niemcami, choć to element ciężki”

Francesca Fornari omawia trwałe zainteresowanie Herbertem we Włoszech. Wymienia zasłużonych tłumaczy (Elena Croce, Pietro Marchesani, Luigi Marinelli), liczne antologie i samoistne przekłady, a także festiwale (na przykład Rok Herberta w Sienie). Dowodzi, że w trzech kolejnych fazach recepcji (po 1956, 1980 i 1998 roku) czytano Herberta zarówno w kontekstach polskiej, jak i wielkiej europejskiej tradycji, a kanoniczny wizerunek poety idei trwał niewzruszony.

Bezprecedensowy sukces odniósł Herbert w kraju, który darzył dość umiarkowaną sympatią – „Pracuję nad Niemcami, choć to element ciężki”, cytuje go w tytule swego artykułu Paweł Zarychta. Początkowo znany był w Niemczech jako dramatopisarz. Zmieniło się to po wydaniu przez Dedeciusa tomu wierszy (1964), który wraz z tłumaczeniem Barbarzyńcy w ogrodzie (Walter Tiel, 1965) zapoczątkował falę wielkiej popularności pisarza. Herbert został nawet członkiem Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium oraz członkiem Niemieckiej Akademii Języka i Poezji w Darmstadt – znacznie wcześniej podobnymi zaszczytami obdarowały go gremia amerykańskie.

W Austrii, gdzie czytano go równie chętnie, Herbert otrzymał w 1965 roku Międzynarodową Nagrodę imienia Nikolausa Lenaua, a potem około dwudziestu innych, potwierdzających uznanie publiczności i krytyki. W obu krajach wydawano rozmaite zbiory jego twórczości (najbardziej obszerny, ponad czterystustronicowy to Das Land, nach dem ich mich sehne z 1987 roku). Każdą nową pozycję komentowała prasa, a wśród tłumaczy pojawiały się najwybitniejsze nazwiska: obok Dedeciusa, Staemmlera i Tiela, także Oskar Jan Tauschinski czy Henryk Bereska.

Łączna objętość publikacji samodzielnych utworów polskiego twórcy w języku niemieckim wynosi dwa tysiące stron, a liczba sprzedanych tomików sięga ponad stu tysięcy. Paweł Zarychta stwierdza, że w żadnym innym języku nie ma tylu przekładów twórczości Herberta i przypomina o długotrwałych pobytach poety w Niemczech i Austrii, które nie odcisnęły się jednak w jego utworach. Sądzi, że „Herbert traktował Niemcy i Austrię jedynie jako kraje tranzytowe lub takie, w jakich mógł odpocząć, popracować literacko, zebrać siły i myśli przed kolejnymi eskapadami” (s. 62).

Zwrócony ku Holendrom, Włochom, Grekom, nie opisywał niemieckiego pejzażu czy architektury, nie czerpał z tej kultury widocznych inspiracji. A przecież właśnie Niemcy i Austriacy, jak żadne inne nacje, nieprzerwanie od wielu lat darzą go wielkim uznaniem, nazywając – jak Harald Weinrich – nie tyle „polskim autorem, ile raczej europejskim autorem z Polski” (s. 64).

Pan Cogito na paryskim bruku

Tymczasem w samym sercu Europy, w kraju, który Herbert pokochał, przyjęto go odmiennie. Poeta odwiedzał Francję już od 1958 roku, świetnie znał język i kulturę, wielokrotnie też powracał do Paryża. Choć znaczną część swego życia i twórczości związał z duchową kolebką Pana Cogito, do tej pory pozostaje tam postacią słabo znaną.

We Francji wydano pięć jego tomów (nie licząc poszczególnych utworów w antologiach polskiej poezji), lecz sprzedaż żadnego z nich nie przekroczyła pięciuset egzemplarzy; reszta poszła na przemiał. Przyczyny tego stanu rzeczy wnikliwie omawia Maryla Laurent w studium Pan Cogito na paryskim bruku.

Zwraca uwagę na odmienność powojennych kontekstów i doświadczenia wojennego, które w historii Francji przedłużyło się o wojnę w Korei, Indochinach i Algierii. Kiedy Herbert zaleca w słynnym Przesłaniu Pana Cogito postawę wyprostowaną, wierność i niezłomność, Francuzi mają w kulturowej pamięci inny manifest – wiersz Dezerter Borisa Viana z 1953 roku, w którym poeta głosem młodego pokolenia wołał: „nie po to znalazłem się na świecie, aby zabijać biednych ludzi” (s. 71).

Nieufność francuskiego społeczeństwa do tak zwanej ideologii zaangażowania ma swoją genezę jeszcze w traumie czasów I wojny światowej. Lekarstwem na nią miał być antyhistoryzm i apolityczny estetyzm, który sięga czasów Bretona oraz dadaistów, a po II wojnie światowej znajdujewsparcie w umocnionej przez strukturalizm estetyce formalnego eksperymentu. Również sympatia lewicującej inteligencji do komunizmu spowodowała, że napisany przez „nieugiętego przeciwnika marksizmu” (s. 75) wiersz Węgrom nie mógł stać się dla niego rekomendacją.

Laurent wskazuje na zmieniony po wojnie stosunek Francuzów do starożytnej kultury, z której poeta czerpał istotne inspiracje historiozoficzne i etyczne. Gdy Herbert przyjechał po raz pierwszy do Francji, właśnie znoszono w szkołach grekę i łacinę, a spuściznę antyczną lewicowi artyści uznawali za „przejaw mieszczańskiego snobizmu” (s. 75).

O zafałszowanie głównych znaczeń poezji Polaka badaczka oskarża też tłumaczy, którzy przez stosowanie zasady „paznokciowej wierności”, radykalnie przeinaczają oryginał. Trudnością jest gramatyczna odmienność obu języków możliwa do pokonania jedynie w sytuacji twórczego podejścia do procesu przekładu, tymczasem – jak wynika z omówionych przez autorkę przykładów – tłumacze popełniają horrendalne, a bywa, że i komiczne błędy. Nie potrafią na przykład znaleźć ekwiwalentu dla „struny światła” (oddają ją jako corde bliskie znaczeniu słowa „sznur”), nie potrafią przetłumaczyć „przesłania” tak, by nie sąsiadowało z wojskowym rzeczownikiem envoi, konotującym wysłanie kogoś w jakimś kierunku (Laurent podpowiada tu proste i adekwatne rozwiązanie: Message de M. Cogito lub Mission de M. Cogito). „Sposób tłumaczenia poezji Herberta we Francji (…) woła o pomstę do nieba” (s. 84).

Przekleństwo przekładalności

Inne są dzieje niderlandzkiej recepcji twórcy, którego wiersze ukazały się w Amsterdamie w 1999 roku jako „pierwsze na świecie kompletne wydanie” (s. 34). Irena Barbara Kalla pisze, że powściągliwi Holendrzy przyjmowali kolejne tłumaczenia z rzadko spotykanym u siebie entuzjazmem, podkreślali przejrzystość języka i „praktyczną filozofię” Pana Cogito (s. 38). Odmiennie niż poezję przyjmowano eseje – o Martwej naturze z wędzidłem pisano bez euforii, tom zalegał na półkach z tanią książką. Jego fascynację przedmiotem nazwano w jednej z recenzji naiwnością.

Również tłumaczenie Barbarzyńcy w ogrodzie wzbudziło znacznie mniejsze zainteresowanie niż publikacja Raportu z oblężonego Miasta. Utwory Herberta czytano przede wszystkim jako dzieło intelektualnie głębokie w diagnozowaniu historycznej opresji. Ceni się też w Holandii to, co nazwano „herbertyzacją” mitu; wydany w 2004 roku w Amsterdamie Król mrówek zyskał uznanie jako dzieło błyskotliwej ironii.

Wyhamowanie emocji i rygor formy można byłoby uznać za aspekt sprzyjający translacji. Jerzy Jarniewicz w eseju Przekleństwo przekładalności, czyli Herbert po angielsku polemizuje z utartym i rozpowszechnionym (jeszcze przez Jerzego Kwiatkowskiego, a potem Miłosza) przekonaniem, że poetycki idiom Herberta jest przezroczysty językowo. Zauważa też, że stało się ono niebezpiecznym stereotypem w krajach anglosaskich (s. 16).

Tłumacze kreowali takiego Herberta, jaki był im potrzebny dla wypełnienia pewnych pustych obszarów brytyjskiej panoramy lirycznej z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Po opublikowaniu w 1968 roku wyboru wierszy, portretowano go jako poetę idei. Krytyk Alfred Alvarez pisał, że „Herbert tworzy mniejszościową politykę umysłowej trzeźwości i przetrwania” (s. 17).

Także późniejsze tłumaczenia Bogdany i Johna Carpenterów, których zasługą jest wprowadzenie do brytyjskiej kultury najważniejszych tomów poetyckich, umacniały wizerunek Herberta jako poety przezroczystego języka i Conradowskiej etyki. Dopiero wydanie w 2007 roku nowych przekładów Alissy Valles stało się wzbudzającą kontrowersje próbą korekty tego wizerunku i odzyskania Herberta, jak pisze Jarniewicz, „zagubionego w śnieżnej zamieci dziejów”(s. 18), prywatnego, cierpiącego i spokrewnionego z tak odległymi od etosu typami liryki, jak twórczość Philipa Larkina czy Sylvii Plath.

Niemcy pokochali Herberta-Europejczyka, Francuzi wykluczyli, bo był nazbyt „etyczny”, a Anglicy za to samo przyznali poczesne miejsce we własnej kulturze. Podobne mechanizmy: spokrewniania, ale także otwarcia na to, co inne, na jakości, których brak w rodzimej kulturze, działają w pozostałych polisystemach.

George Szirtes w autobiografizującym eseju znakomicie rekonstruuje ten horyzont oczekiwań poezji angielskiej lat sześćdziesiątych, gdy w ślad za twórczością Herberta pojawiały się kolejne nazwiska autorów wschodnioeuropejskich: Holub, Popa, Juhasz. Herbertową ironię historyczną przyjmowano jako „formę wyrafinowania znacznie istotniejszą, odważniejszą, dowcipniejszą i godną podziwu niż owe estetyczne i dekadenckie rodzaje wyrafinowania, na które stać nas było na Zachodzie” (s. 25).

Porównując kulturę brytyjską do Hamleta wyczekującego nadejścia swego Fortynbrasa, Szirtes pisze: „Coś miało się ku końcowi, coś nowego się zaczynało, ale nie było to nic rewolucyjnego” (s. 30). To ze wschodnioeuropejskiej strony, z okolicy Herberta, napływały ożywcze prądy nonkonformizmu i heroicznie jednoznacznych wyborów. Poezja autora Struny światła stała się dla młodych angielskich poetów nie tylko lekcją estetyki, lecz także tożsamości.

Lot trzmiela

W kręgu zdominowanym przez totalitarną ideologię Herbert budził ducha wolności. Na Węgrzech – pisze György Gömöri – dopiero po amnestii 1963 roku, gdy atmosfera polityczna nieco zelżała, Grácia Kerényi zaczęła publikować swoje przekłady. Potem pojawili się inni tłumacze. W późniejszych latach wydawano i nagradzano Herberta jako autora ukazującego w czasach zniewolenia potęgę smaku i postawę wyprostowaną. Poeta Sándor Kányádi napisał nawet cykl wierszy zatytułowany Eretnek táviratok, czyli Depesze heretyckie, które mają formę pośmiertnych listów i telegramów do Pana Cogito.

Inne podłoże miała południowosłowiańska asymilacja dzieła Herberta. Bożena Tokarz przypomina, że kulturze słoweńskiej obcy jest mit bohaterski. Naród ten przez tysiąclecie podległy obcym władzom wykształcił szczególny rodzaj patriotyzmu oparty na racjonalizmie, zachowaniu kulturowej odrębności i etosie moralnym. Słoweńcy uzyskiwali, jak to badaczka ujmuje, „niewielkie obszary wolności” dzięki pracy i samokształceniu.

Świadomość narodowa wyrażała się w literackiej postaci bohatera „nostalgicznego, mającego poczucie bycia ofiarą” (s. 137) oraz towarzyszącej jej poetyce ekspresjonistyczno-katastroficznej. W tym pejzażu podejmowany za pośrednictwem przekładu dialog kulturowy obejmuje kwestie uniwersalne, a nie historyczne: problematykę etyczną, motyw pamięci, elegijność, antynomie historii i egzystencji. „Dialogiem z obcą kulturą w przekładzie kieruje w ten sposób przyciągająca odmienność wzorca w kulturze przyjmującej i chęć pokazania czytelnikowi rodzimemu postawy innej niż własna, a mimo wszystko bliskiej” (s. 137).

W tomie Język dalekosiężny powraca motyw trzmiela z wiersza Herberta O tłumaczeniu wierszy (z tomu Hermes, pies i gwiazda), który jest ironicznym obrazem zarówno sytuacji tłumacza, jak i poety. Żerujący w kwiecie trzmiel z nosem umorusanym złotym pyłem tryumfalnie głosi, że był w środku, choć przecie ledwie dotknął wnętrza kwiatu.

Metafora w intencji poety wydobywa znany już paradoks istoty tłumaczenia, ale mogłaby się również odnosić do losu krytyka. Rzesze komentatorów-trzmieli wciąż na nowo oblatują dzieło wielkiego poety, trudno z ich huku wyłowić głos osobny. Zarówno Język dalekosiężny, jak i Herbert na językach z dużym powodzeniem niwelują to wrażenie monotonii, a jednocześnie są względem siebie poniekąd komplementarne. Krakowska książka otwiera okno na Europę czytającą Herberta; tom warszawski otwiera tygiel pełen emocji.


Język dalekosiężny. Przekłady i międzynarodowa recepcja twórczości Zbigniewa Herberta

red. Magdalena Heydel, Elżbieta Wójcik-Leese, Monika Woźniak

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2010, s. 219

 

Herbert na językach. Współczesna recepcja twórczości Zbigniewa Herberta w Polsce i na świecie

red. Artur Grabowski, Jacek Kopciński, Jerzy Snopek

Biblioteka Narodowa, Warszawa 2010, s. 272

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter