70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Polska strona kreatywności

Jestem zdania – mówi w rozmowie ze „Znakiem” Edwin Bendyk – że kreatywność i oparta na niej innowacyjność wymagają istnienia ducha utopii, przekonania, że można świat zmieniać na lepsze. Większość innowatorów tworzy z przeświadczeniem, że ich działanie jakoś zmieni rzeczywistość, choćby w mikroskali. To przekonanie musi jednak podsycać kultura, dominujące w niej wartości i normy. Nie oczekujmy kreatywności i innowacyjności w kulturze bierności, która usypia. Twórcę musi uwierać rzeczywistość, inaczej nie miałby motywacji do działania.

Marta Duch-Dyngosz: Co to znaczy, że ktoś jest kreatywny? Kim jest osoba kreatywna?

Edwin Bendyk: Najbliższa jest mi definicja mówiąca, że kreatywność to umiejętność tworzenia idei i form polegająca na nowym podejściu do istniejących problemów oraz reinterpretowaniu rzeczywistości i poszukiwaniu nowych możliwości. Z tej definicji wynika, że kreatywna może być zarówno jednostka, jak grupa lub społeczność. Najciekawsze są zależności między kreatywnością jednostkową a społeczną.

Otóż potencjał kreatywny społeczeństwa nie jest prostą sumą kreatywności jednostek. Społeczeństwo kreatywne to takie, które pozwala w pełni rozkwitać kreatywności indywidualnej, wymaga to jednak złożonego systemu norm i instytucji. W Polsce panuje dość powszechne przekonanie, że Polacy są kreatywni, czemu dają wyraz w trudnych sytuacjach życiowych, kiedy świetnie radzą sobie z trudnościami aprowizacyjnymi lub gdy potrafią rozwiązywać problemy w niestandardowy sposób. Z dumą także chwalimy się sukcesami twórczych jednostek startujących w międzynarodowych konkursach czy pracujących w najlepszych światowych laboratoriach.

Nie mam podstaw, by kwestionować nasz samozachwyt, jednak nawet jeśli jest on uzasadniony, to musimy zmierzyć się z problemem, dlaczego Polacy bardzo słabo wypadają w ocenach kreatywności jako społeczeństwo. Na Uniwersytecie w Maastricht przeprowadzono badania porównawcze potencjału kreatywnego społeczeństw krajów Unii Europejskiej. W ich wyniku powstał indeks kreatywności i designu (Design and Creativity Index). Złożyły się na niego dwa podindeksy, każdy zbudowany z kilkudziesięciu wskaźników: klimatu dla kreatywności oraz poziomu kreatywności i designu. Według tych obliczeń Polska plasuje się blisko końca rankingu! Najwyraźniej albo nie jesteśmy wcale tacy kreatywni, albo mamy problemy z wykorzystaniem potencjału kreatywnego jednostek. Bliższa jest mi druga hipoteza.

 

W sytuacji gdy podejmujemy ryzyko, inwestując siły i środki w nowy pomysł, musimy mieć zaufanie do rodziny, współpracowników, instytucji. Czy kapitał społeczny, bo o nim mówię, ma wpływ na to, na ile jesteśmy kreatywni? 

Oczywiście, kapitał społeczny jest potrzebny, ale tylko o szczególnej strukturze. Istnienie silnych więzi społecznych sprzyja podtrzymywaniu zaufania i szybkiemu przekazywaniu informacji sobie nawzajem. Natomiast, jak zauważa amerykański socjolog Ronald Burt, więzi nie mogą być zbyt silne, bo wówczas grupa się zamyka, tworzy klikę. Z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce. Są tu wyspy silnego kapitału społecznego opartego na więziach rodzinnych i słabo komunikujące się z sobą kliki. Ogólny poziom kapitału społecznego jest jednak niski, co wyraża się między innymi w niskiej wartości tak zwanego uogólnionego zaufania, czyli zdolności do ufania osobom obcym.

Kreatywność społeczna wymaga jednak nie tylko wysokiego poziomu zaufania i odpowiedniej struktury więzi społecznych, lecz także złożonej infrastruktury instytucjonalnej.

Zwraca na to uwagę Mihály Csíkszentmihályi, twórca koncepcji systemowego podejścia do kreatywności. Ten amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia zauważył, że aby mogła kwitnąć kreatywność, oprócz twórcy potrzebne są dostęp do dziedzictwa osiągnięć cywilizacyjnych oraz zaplecze instytucjonalne wspomagające recepcję nowatorskich rozwiązań. Na przykład w sferze kultury, by rozwijała się twórczość artystyczna, potrzebne są dobra krytyka nadająca ważność nowym dziełom, system nagród stymulujący do twórczej aktywności, galerie i miejsca, gdzie owoce twórczej pracy można przedstawiać publiczności, musi istnieć rynek umożliwiający obrót dziełami o wartości komercyjnej, potrzebni są w końcu odbiorcy.

 

Wynika z tego, że musimy również kształtować kompetencje kulturowe u odbiorców.

Zdecydowanie tak. W pracach eksperckich podczas przygotowywania Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego 2011-2020, w której wiele uwagi poświęcono zagadnieniom kreatywności, podkreślaliśmy, że jeśli chcemy rozwijać kreatywność w sferze kultury, to nie można poprzestać na rozwijaniu edukacji artystycznej. Potrzebna jest również edukacja kulturalna, która przygotowuje odbiorców do uczestniczenia w kulturze. Należy przy tym pamiętać, że żyjemy w przełomowym dla kultury i kwestii kreatywności momencie, w okresie szybkiego rozwoju nowych mediów. Ze względu na ich interaktywny i partycypacyjny charakter granica między twórcą a odbiorcą zaciera się. Uczestnictwo w kulturze za pośrednictwem Internetu często oznacza współtworzenie. Dlatego wielu badaczy kultury patrzy z nadzieją na Internet, widząc w nim medium w naturalny sposób stymulujące kreatywność. Chciałbym dzielić ten optymizm, jednak badania Internetu w różnych społeczeństwach pokazują, że ten kreatywny potencjał sieci można skutecznie stłumić. I tak w Polsce zaledwie około 10 procent młodych ludzi przejawia twórczą aktywność w sieci, a w Stanach Zjednoczonych około 60 procent nastolatków publikuje własne utwory w Internecie.

 

Zastanawiam się, czy nie jest to związane z patrzeniem na twórczość artystyczną przez pryzmat kanonu. W szkole jest klucz, według którego interpretujemy dzieła literackie. Nowe technologie problematyzują kategorie takie jak artysta, dzieło sztuki, uczestniczenie w wydarzeniu kulturalnym. Może za bardzo trzymamy się jednej narracji, a nie chcemy się pogodzić z faktem, że tych narracji jest wiele i każda jest inna.

Całkowicie się z tym zgadzam. System edukacyjny charakteryzuje się dużą inercją. Jak pokazują opublikowane niedawno wyniki badań o stanie kultury miejskiej w Polsce, kultura „kanoniczna” już praktycznie nie istnieje, sfera kultury zbudowana jest z kulturowych nisz. Szkoła wciąż jednak żyje w przekonaniu, że może kanonu uczyć. Nie ma w tym nic złego, jeśli próby te polegają na kształtowaniu gustów estetycznych. Gorzej, jeśli w ślad za tym idzie wartościowanie praktyk kulturowych, dyskwalifikacja takich form życia kulturalnego, jakie nie mieszczą się w „kanonie”. W efekcie powstają strefy kulturowego wykluczenia.

Jedną z nich jest Internet, przestrzeń kreatywności i uczestnictwa w kulturze na zasadach, jakich większość osób dorosłych w Polsce nie rozumie i często traktuje je z dezaprobatą. Na młodzież działającą w sieci spogląda się podejrzliwie i z obawą, jakby się zakładało, że muszą to być działania nielegalne. Tymczasem to właśnie w sieci mamy do czynienia z niezwykle ciekawymi formami twórczej ekspresji, takimi jak choćby polska Wikipedia. Polscy wikipedyści, pracując społecznie, stworzyli czwarty zasób językowy w globalnych zasobach Wikipedii, ustępujący tylko zasobowi angielsko-, niemiecko- i francuskojęzycznemu. Warto przy tym zauważyć, że Wikipedia nie jest jedynie przestrzenią twórczości polegającej na tworzeniu haseł encyklopedycznych, lecz również obszarem wielkiego eksperymentu społecznego, gdzie współdziałający z sobą twórcy uczą się norm współpracy, kontroli jakości, sankcji za zachowania naganne, budowy zaufania. Słowem, tworzą wysokiej jakości kapitał społeczny, którego tak bardzo w Polsce brakuje.

 

Pozostając przy kulturze i instytucjach kultury, koncepcja kreatywnego społeczeństwa zakłada, że patrzymy w przyszłość, cenimy nowość, a w Polsce w oficjalnym dyskursie jesteśmy w przeszłości. Czy nie potrzeba nam zmiany perspektywy?

To jest istotny problem. Jestem zdania, że kreatywność i oparta na kreatywności innowacyjność wymagają istnienia ducha utopii, przekonania, że można świat zmieniać na lepsze. Większość innowatorów tworzy z przeświadczeniem, że ich działanie jakoś zmieni rzeczywistość, choćby w mikroskali. To przekonanie musi jednak podsycać kultura, dominujące w niej wartości i normy. Nie oczekujmy kreatywności i innowacyjności w kulturze bierności, która usypia. Twórcę musi uwierać rzeczywistość, inaczej nie miałby motywacji do działania.

 

Richard Florida uważa, że kreatywność rozwija się w specyficznych warunkach, których opis sprowadza do trzech „t” – talentu, tolerancji, technologii. Dużo uwagi poświęca środowisku pracy, w którym pracownik bierze za powierzone mu zadania odpowiedzialność i sam ustala godziny ich wykonywania. Zmienia się sposób zarządzania i struktura organizacji od hierarchicznej ku płaskiej. Pracownik musi być przygotowany na częste zmiany miejsca zamieszkania. Razem z pracodawcą jest gotowy podjąć ryzyko działań niestandardowych. Zastanawiam się, jak to wygląda w Polsce. Czy w Polsce nie jesteśmy raczej na etapie zapewniania sobie ciepłej posady, gwarancji bezpieczeństwa i świętego spokoju?

Florida opisuje amerykańskie metropolie i korzysta z amerykańskich danych. Chciał się dowiedzieć, co jest źródłem amerykańskiego sukcesu, i doszedł do wniosku, że motorem rozwoju jest tam właśnie kapitał kreatywny. Na ile ta koncepcja pasuje do analizy sytuacji w Polsce? Szukając odpowiedzi, warto skorzystać z teorii Immanuela Wallersteina. Twierdzi on, że światowy system gospodarczy ma określoną strukturę, w której wyróżnić można rozwojowe centrum oraz obszary półperyferyjne i peryferyjne. Przynależność do poszczególnych obszarów zależy od miejsca w łańcuchu tworzenia wartości. Centrum zarówno tworzy nowe technologie, jak i wymyśla nowe style konsumpcji oraz dostarcza wzorów kultury. Im dalej w tym łańcuchu, tym mniej miejsca na autentyczne tworzenie własnych wzorów i rozwiązań, a coraz większa konieczność i pokusa kopiowania i imitacji.

Polska w najlepszym wypadku znajduje się w obszarze półperyferyjnym. Polskie metropolie nie są aktywnymi węzłami globalnego systemu, nastawiają się raczej na recepcję wzorców z centrum niż tworzenie własnych rozwiązań, bo tak jest taniej i bezpieczniej, a poza tym zgodnie z logiką działania globalnego kapitału. Gdy patrzymy na polskie przemysły kreatywne, na przykład na agencje reklamowe, to w dużej mierze realizują pomysły, które powstają w centrum międzynarodowego systemu gospodarczego. Podobna sytuacja jest z branżą zaawansowanych technologii. Niewiele jest w Polsce ośrodków z obcym kapitałem o profilu badawczo-rozwojowym, dominują centra usługowe obsługujące globalne korporacje. Oczywiście, istnieją enklawy kreatywności, jak na przykład sektor gier komputerowych, kreatywność nie jest jednak czymś oczekiwanym przez system i na poziomie całego kraju jej poziom jest bardzo niski.

 

Gdy patrzymy na oczekiwania przedsiębiorców wobec pracowników, to kwestia kreatywności rzadko się pojawia. Zastanawiam się, czy w Polsce chcemy, by ludzie byli kreatywni?

Z badań nad kulturą polskich organizacji prowadzonych przez profesora Janusza Hryniewicza wynika, że kreatywność jest ostatnią rzeczą, jakiej właściciele i zarządzający polskimi przedsiębiorstwami sektora prywatnego oczekują od swoich pracowników. Pożądane są natomiast takie cechy jak: pełna uległość, dyscyplina i brak inicjatywy. Jaka jest odpowiedź pracowników? Wygląda na to, że taka sytuacja im odpowiada – ponad 80 procent pracowników z wykształceniem zasadniczym oczekuje, że będzie się im mówiło, co mają zrobić, i nikt nie będzie wymagał od nich inicjatywy. Ba, podobne oczekiwania ma połowa pracowników z wyższym wykształceniem!

Oczywiście takie postawy nie pasują do mitu gospodarki opartej na wiedzy i kreatywności, doskonale jednak wpisują się we wspomniane rozważania o miejscu polskiej gospodarki w światowym łańcuchu wartości. Być może nasza gospodarka nie musi być innowacyjna, by istnieć w globalnym systemie podziału pracy. Trudno oczekiwać od przedsiębiorców, że będą inwestować w innowacyjność i stymulować kreatywność, skoro sprawdza się najprostszy model biznesowy polegający na odtwarzaniu wzorów i imitacyjnej rutynie. A skoro tak, to może się okazać, że nawet szkoła, na którą przed chwilą narzekaliśmy, doskonale wpisuje się w ten system, bo zamiast kreatywności uczy konformizmu, który ciągle wydaje się bardziej funkcjonalny.

 

Ale to prowadzi do tego, że w Polsce nie cenimy osób twórczych, które przekraczają normy, nie zważają na konwenanse. Mało przychylnym okiem patrzymy na „inne” zachowania. Zastanawiam się, czy skoro szkoła uczy konformizmu, to czy są inne działania lub narzędzia, które mogłyby kreatywne zachowania stymulować?

By znaleźć odpowiednie instrumenty, należy najpierw dokonać diagnozy sytuacji. Jakiś czas temu ukazała się książka antropologa i lekarza Tomasza Rakowskiego pod tytułem Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy. Etnografia człowieka zdegradowanego. Rakowski badał środowiska wykluczenia społecznego w przestrzeniach postindustrialnych i popegieerowskich, i stwierdził, że wbrew obiegowym opiniom bezrobotni mieszkańcy tak zwanych obszarów zmarginalizowanych nie są degeneratami pociągającymi jabola z butelki, lecz charakteryzują się wysoką kreatywnością. W trudnej sytuacji radzą sobie i próbują za pomocą wszystkich dostępnych im środków zagospodarować świat na nowo, odzyskując w ten sposób poczucie godności i sensu. Takich form kreatywności nie ujawni metodologia Richarda Floridy.

 

Tutaj ma znaczenie również kontekst.

Dokładnie. Bo jeśli będziemy definiować kreatywność jako umiejętność znajdowania rozwiązań, które budują poczucie sensu, to Rakowski odnalazł ogromne pokłady kreatywności właśnie w obszarach wykluczenia. Jego badani realizowali siebie poprzez twórcze działania. Co ciekawe, źródłem podobnych doświadczeń jest Brazylia. Luiz Inácio Lula da Silva, obejmując stanowisko prezydenta przed dekadą, postanowił zmniejszyć obszary biedy i wykluczenia. Jednym z elementów jego wielkiego programu społecznego było uznanie, że w obszarach wykluczenia i nędzy, w niesławnych favelach mieszkają ludzie obdarzeni godnością, zdolni do tworzenia kultury, a nie jedynie zaprogramowani na przemoc.

Minister kultury w ekipie Luli, słynny muzyk Gilberto Gil, zaproponował, by w favelach tworzyć punkty kultury (Pontos de Cultura), w których mieszkańcy brazylijskich slumsów mieliby dostęp między innymi do komputerów z szybkim Internetem oraz stołów mikserskich i w ten sposób dostaliby szansę realizowania własnych projektów muzycznych. Jaki był efekt? Otóż punkty zahuczały kreatywnością i stały się częścią brazylijskiej kultury oraz opartych na niej przemysłów! Jak widać, kreatywność można wspierać i stymulować wszędzie, nawet tam, gdzie wiele osób nawet nie odważyłoby się jej szukać. Należy jedynie stosować odpowiednie instrumenty.

 

Co z polskimi inicjatywami? 

Jest ich już całkiem sporo. Kreatywność stała się wyzwaniem strategicznym. W raporcie Polska 2030 autorstwa Michała Boniego i współpracującego z nim zespołu doradców znaleźć można bezpośrednie odwołania do koncepcji kapitału kreatywnego, prac Richarda Floridy i szerzej do kwestii kreatywności. O wiele bardziej kwestia ta jest rozwinięta we wspomnianej Strategii Rozwoju Kapitału Społecznego przygotowanej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Właśnie trwają konsultacje społeczne tego dokumentu.

Problematyka kreatywności i edukacji kulturalnej jest poruszana w zaproponowanym przez Ruch Obywateli Kultury Pakcie dla Kultury. Kultura jest przecież katalizatorem kreatywności. Ponadto starania wielu polskich miast o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku spowodowały, że kultura i kreatywność stały się ważnymi tematami lokalnej debaty publicznej. Warszawa, Lublin, Wrocław i inne miasta podkreślają, jak bardzo są kreatywne, czyniąc z tej cechy silny punkt swojego wizerunku. W rezultacie debata o kreatywności problematyzuje się i wysubtelnia, prace Richarda Floridy przestają być traktowane jak wyrocznia, zaczynamy szukać oryginalnych rozwiązań.

Tę oryginalność już widać – Fabio Cavallucci, dyrektor Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie, mówił mi, że jest zachwycony energią i świeżością kultury w Polsce. W jego rodzinnych Włoszech zapanowały rezygnacja i frustracja, natomiast w Polsce życie kulturalne jest bardzo bogate i niezwykle dużo się dzieje. I chociaż z tego bogactwa nie uczestniczy całe społeczeństwo, to jednak myślę, że mamy powód do zadowolenia. Byle na tym nie poprzestać.


EDWIN BENDYK, dziennikarz tygodnika „Polityka”. Jest członkiem Rady Programowej Zielonego Instytutu, dyrektorem Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas oraz członkiem Rady Fundacji Nowoczesna Polska. Prowadzi bloga „Antymartix”.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter