70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rozmawiając z poetą

Ludzie są nie tyle tym, co jedzą, ale tym, co czytają.

Zgromadziliśmy się tutaj, by uczcić pamięć Josifa Brodskiego[1]. A zatem mówić o jego twórczości poetyckiej i prozatorskiej, czego, jak wolno przypuszczać, chciałby sam pisarz. Spróbuję zamiast tego powiedzieć o czymś innym, co nie należy do pisarstwa, ale do tradycji przekazu ustnego, najbardziej w dzisiejszych czasach niestabilnej formy, zagrożonej odejściem w niepamięć.

Powiem o czymś, co było w Brodskim, albo inaczej: co emanowało z niego świetlistą aurą, często wszechogarniającą, a czego w latach po jego śmierci nigdzie więcej nie spotkałem. Kiedy się poznaliśmy – w roku 1977, w mglistej Wenecji, gdzie organizowane było coś, co później nazwano „Biennale kultury dysydenckiej” (Biennale del dissenso), wydarzenie, którego znaczenie okazało się dużo większe, niż nam się wtedy zdawało – rozpoczęła się, można by rzec, nieprzerwana rozmowa z Josifem.

O czym rozmawialiśmy? O wszystkim, rzecz jasna, nie wyłączając gry słów, która cieszyła Josifa jeszcze bardziej niż mnie, żartów, które również lubił bardziej niż ja, i plotek, jeśli rozumieć to pojęcie tak, jak rozumiał je Cioran, a mianowicie jako jedną z dwu zasadniczych rzeczy, obok metafizyki.

Ale przede wszystkim rozmawialiśmy o książkach, dla pisarza stanowiących jedyny ciągle żywy temat, żarzące się węgle, które nigdy nie wygasają. I z którymi należy obchodzić się ostrożnie: mogą zostać w każdej chwili na nowo rozpalone. Rozmowa dotyczyła książek i tego, co ich dotyczy: metrum, prozy, gatunków literackich, języków. Nie żebyśmy zawsze byli zgodni. Wprost przeciwnie, czasem ścieraliśmy się nieustępliwie. Jedna z jego ulubionych dewiz – „poezja jest jak lotnictwo, proza jak piechota” – zainicjowała dysputę przerwaną wyłącznie z powodu wycieńczenia przeciwników. Brakowało mi przy tej sposobności najlepszego argumentu, który miał pojawić się z całą mocą w następnych latach: prozy samego Brodskiego, prozy, która na każdym kroku, w każdym wyrażeniu i myśli potrafiła czytelnika przenieść, jak na latającym dywanie, bardzo daleko – podczas gdy słowo nigdy nie traciło swojego żywo potocznego charakteru, co było ulubionym sposobem Brodskiego na uprawianie sprezzatury, czyli „sztuki pozornej prostoty” – i na pewno z szybkością błyskawicy, której nie mogła dorównać żadna piechota. Ani siły powietrzne. Niewątpliwie jednak wymagała wspaniałego munduru, być może, niebieskiego munduru – który uwielbiał – Rosyjskiej Marynarki Wojennej.

Nazwiska pisarzy pojawiały się nagle w środku każdej rozmowy, jak przygody w dżungli, narzucając swoją obecność z pomocą niewielu słów, gestu ręki, spojrzenia. Pisarze starzy i nowi, sławni i nieznani. Wspomnę paru, którzy wtedy dla mnie zaistnieli, a o których nadal, w braku przekładów, marzę, takich jak Wiaziemski czy Wigiel, kronikarze i pamiętnikarze czasów Puszkina; i innych, których nazwiska pierwszy raz usłyszałem z ust Josifa, takich jak Daniło Kiš czy Adam Zagajewski, moi późniejsi bliscy przyjaciele, a także autorów z kręgu Adelphi; czy jeszcze innych, którym w tamtych czasach tylko Brodski przyznawał Nagrodę Nobla, takich jak Walcott czy Coetzee.

Nie chcę tu jednak podawać listy przykładów, która byłaby bardzo długa i różnorodna. Chciałbym natomiast powiedzieć o słownej materii, z której za każdym razem wyłaniały się te postaci, podczas gdy ich rysy wyryte zostały w powietrzu raz na zawsze. Była to materia literatury, jako jedynej, nie potrzebującej doskonalenia, efektywnej, suwerennej Ligi Narodów, jaką możemy sobie dziś wyobrazić, niemal zupełnego przeciwieństwa tej, której siedziba znajduje się w nowojorskim drapaczu chmur, gdzie każdy głos stawia sobie za główny cel dławienie i neutralizowanie pozostałych.

Jeśli Republika Literacka (Repubblica delle Lettere) istniała w ogóle w ostatnich dziesięcioleciach, to tkwiła w słowach, które każdego dnia, z żarliwością i precyzją, doprowadzonym do perfekcji językiem Josif Brodski dedykował innym pisarzom, z wyczuciem sprawiedliwości, zarazem ekumenicznej i stronniczej. Już samo to wystarczyłoby, gdyby owa Republika miała istnieć. Mam wrażenie jednak, że mówię o czymś, czego już nie ma. Prostym dowodem tego zniknięcia jest to, że nie ma dziś czasopisma literackiego o uniwersalnym zasięgu. Istniały czasy, kiedy w Buenos Aires, we Florencji czy Pradze z biciem serca oczekiwano wydania nowego numeru „Nouvelle Revue Française”. Wątpię, by coś takiego było dziś możliwe.

Prawdę mówiąc, zmuszeni jesteśmy uważać to za koniec historii, która trwała półtora wieku, od „Athenaeum” braci Schleglów i Novalisa, przez „Revue Blanche”, „Commerce”, „Corona”, po „Transition”: historii czasopism literackich zakładanych przez niewielkie środowiska ludzi, którzy byli podobni, mimo że bardzo odmienni, połączeni jednak wspólnym zamiłowaniem do gry o nazwie „literatura”. To, co nastąpiło w ciągu ostatnich sześćdziesięciu lat, to postępująca dezintegracja i rozproszenie, na które ostatecznie jedyną odpowiedzią jest milczenie i obojętność.

Obecnie najznakomitsi pisarze zdają się posiadać wspólną cechę: wszyscy są fortecami wyposażonymi w mosty zwodzone, strażników i fosy. Doskonałymi systemami obronnymi, które nie pozwalają, by wiele przedostało się do środka, a zwłaszcza by wiele przeniknęło na zewnątrz w jakiejkolwiek innej postaci niż okazjonalne wywiady, obfite w komentarze na temat kondycji świata, lecz poświęcające niewiele uwagi kondycji literatury. Przy takim systemie zdolność podziwiania, która stanowi nieodzowny warunek życia literackiego, może tylko przygasać. Co więcej, coraz trudniej jest znaleźć miejsce dla tych, którzy chcieliby owych pisarzy zrozumieć. Ponieważ ludzie, o czym Brodski wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, nie tyle są ­­­– jak mówiono w dziewiętnastym wieku – tym, co jedzą, ile tym, co czytają. Stąd, jeśli chcemy tych właśnie ludzi zrozumieć, nie możemy lekceważyć słów które każdej chwili stają się ich częścią. Pisarz, który nie mówi o książkach, staje się zazwyczaj dostawcą opinii. Smutna profesja, ciesząca się dużym wzięciem.

Otóż Josif był dokładnym tego przeciwieństwem. Był organicznie niezdolny do spędzenia kilku godzin, żeby nie pojawiły się pewne teksty i nazwiska: gdy mówił „Wystan”, przywoływał cały kontynent. A w okresie, kiedy zaczęło krążyć wiele listów i nieznanych tekstów Mariny Cwietajewej, zdawało się, że były to najpilniejsze wiadomości dnia, o których skomentowanie prosił nas świat.

Taka właśnie, ciągle w to wierzę, powinna być literatura. To jest jej oryginalny stan, rajski, być może. Ale jest to stan ulotny, sporadyczny i niestabilny. Jest to stan zależny od niewidzialnej konstelacji osób rozproszonych po całym świecie. Z Josifem, po raz ostatni, czułem obecność tej konstelacji. A bez niego, mam głębokie poczucie jej braku.

© Roberto Calasso

Przełożyła Matylda Biernacka


[1] Tekst wygłoszony w Rzymie w czasie spotkania „Tribute to Joseph Brodsky” zorganizowanego przez Akademię Amerykańską w dniach 17–18 marca bieżącego roku.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata