70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niewypał dziejopisarstwa

Gdy Graczyk rozpoczął wywiad ze mną, spytałem go, co go uprawnia do pisania tej książki. Wszak nie jest z wykształcenia historykiem, staż w redakcji „TP” ma bardzo krótki, jest właściwie tylko jednym z bardzo wielu dziennikarzy zajmujących się sprawami politycznymi, a zwłaszcza lustracją. Odpowiedział mi, uśmiechając się, że jest „dziejopisem”.

Po przeczytaniu omówienia Janusza Poniewierskiego książki Romana Graczyka Cena przetrwania? postanowiłem ustosunkować się i do tej recenzji, i do samej książki. Jestem jedną z czterech osób, które w swojej książce, ale również w wypowiedziach na łamach czasopism oraz w Internecie Graczyk stara się zniesławić (trzy z tych osób związane są z miesięcznikiem „Znak”, zarówno dawnym, jak obecnym) i uznałem, że po galicyjsku łagodna i po chrześcijańsku ostrożna recenzja Poniewierskiego jest niewystarczająca. Będąc przez Graczyka wielokrotnie zniesławiany zwłaszcza w Internecie, broniłem się już dwukrotnie przed jego oskarżeniami na łamach „Gościa Niedzielnego” i „Gazety Wyborczej”. Teraz chcę w pełni wyrazić moje stanowisko w tej sprawie.

Tłumacząc się przed „dziejopisem”

Roman Graczyk zadzwonił do mnie, prosząc, bym udzielił mu wywiadu, który zamieści w swojej książce o inwigilacji środowiska „Tygodnika Powszechnego” przez SB, i mówiąc, że wywiadów udzielili Halina Bortnowska i Stefan Wilkanowicz. Stwierdził, że ta pierwsza już autoryzowała wywiad, a Wilkanowicz niebawem to zrobi. Zgodziłem się więc, żeby przyszedł do mnie do domu, gdzie przeprowadziliśmy dwie długie rozmowy na temat materiałów IPN, które w urywkach mi prezentował. Były to głównie brednie agentki Sabiny, pracującej w jednym pokoju razem z redaktorami, która w sposób długotrwały, świadomy i za pieniądze donosiła do krakowskiego SB. Ja też – jak Poniewierski – odnosiłem się w owych czasach do Sabiny łagodnie, sądząc, że jako osoba samotna potrzebuje przychylności bliźnich. Ale to nie jest ważne. Ważne jest to, że Roman Graczyk poza pozbawionymi niekiedy sensu donosami agentki nie dysponował przy pisaniu książki żadnymi poważniejszymi materiałami źródłowymi.

Poniewierski pisze, że jego kolega, z którym przyszedł kiedyś do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, pisząc książkę, dążył do prawdy. Jak można dążyć do prawy na podstawie materiałów SB, które nie gwarantują prawdziwości i powstawały w oparciu o donosy przestraszonych ludzi, biorących pieniądze za współpracę? Wiemy od samego Graczyka, że nie dysponował teczkami tych czterech osób (w tym moją), które wydzielił w swej książce jako „przypadki osobne”, przez co musiał wróżyć z fusów, czyli opierać się na rachunkach za kawę i herbatę rozmawiających z nimi oficerów.

Roman Graczyk w swoim sumieniu na pewno uważa się za poszukiwacza prawdy. I być może faktycznie chciał do niej dotrzeć, lecz niewątpliwie mu się to nie udało (o czym mówią między innymi recenzje jego książki). Gdy Graczyk rozpoczął wywiad ze mną, spytałem go, co go uprawnia do pisania tej książki. Wszak nie jest z wykształcenia historykiem, staż w redakcji „TP” ma bardzo krótki, jest właściwie tylko jednym z bardzo wielu dziennikarzy zajmujących się sprawami politycznymi, a zwłaszcza lustracją. Odpowiedział mi, uśmiechając się, że jest „dziejopisem”.

Później przysłał mi zredagowany po swojemu wywiad do autoryzacji. Moje wypowiedzi były prawdziwe, lecz zadawane pytania i cały klimat tego wywiadu sprawiały, że nie był on zwykłą wypowiedzią prasową, do jakich jestem przyzwyczajony jako dziennikarz, lecz jakby przesłuchaniem osoby tłumaczącej się, prawdę mówiąc nie wiadomo z czego, przed pytającym, który uważa się za uprawnionego do wydawania sądów moralnych. Pomyślałem wtedy, że cała sprawa tej książki „pachnie”. Zadzwoniłem do Wilkanowicza, który mi powiedział, że owszem, rozmawiał z Graczykiem, ale nie ma zamiaru rozmawiać ponownie ani autoryzować wywiadu, zanim nie zobaczy tekstu całej książki. Uznałem wówczas, że jestem jednak zbyt poważną osobą (mimo częstego braku powagi w pisaniu), by się tłumaczyć przed „dziejopisem”.

Niszcząca krytyka

Upłynęło już trochę czasu od ukazania się książki Romana Graczyka i jeśli chodzi o drukowane reakcje, spotkała ją niszcząca krytyka ze strony bardzo poważnych ludzi. Profesorowie Friszke i Paczkowski odmówili jej waloru naukowo-historycznego i przestrzegli, że negatywny wizerunek środowisk „Tygodnika” i Znaku, który tworzy, jest nieprawdziwy. Marcin Król napisał świetną i miażdżącą recenzję we „Wprost”. Jego opinia odzwierciedla także moje odczucia, chociaż ja do „Tygodnika Powszechnego”, będącego wówczas dla mnie, młodego humanisty, jedyną deską ratunku, trafiłem wiele lat wcześniej od niego, w 1957. Adam Szostkiewicz w „Polityce” również odmówił dziełu Graczyka wartości. Honoru „TP” i środowiska Znaku otwarcie zaczęła bronić „Gazeta Wyborcza”, w której najlepszym omówieniem książki „dziejopisa” był artykuł Andrzeja Romanowskiego Wielkość i upadek „Tygodnika Powszechnego”. Romanowski mówi między innymi o tym, że Graczyk działał zgodnie z życzeniem obecnej redakcji „TP”, znacznie pomniejszając wartość i rolę „starego Tygodnika”, by uwypuklić jakość i rolę nowego. Nie wiem, czy tak było, ale również u Poniewierskiego, żyjącego wszak w symbiozie z obecną redakcją „TP”, pojawiło się stwierdzenie, że Graczyk „nie chce w swej książce obalić pomnika, ale tylko pokazać na nim rysy”. U podstaw tej iluzji leży utrzymujący się wciąż mit o tym, że legendę „Tygodnika Powszechnego” tworzyli jego dawni redaktorzy. Istnieje legenda „Tygodnika”, ale nikt jej nie tworzył ani nie tworzy. Powstała samoistnie w czasach, gdy Kościół był prześladowany (razem z „Tygodnikiem” i Znakiem), a nakłady pism bardzo skromne. Prenumeratorzy „TP”, których liczbę ograniczaliśmy, by część niewystarczającego nakładu mogła trafić do kiosków, mieli długie listy pragnących ich numery przeczytać w kolejności zgłoszeń. Tak się organizowały między innymi klatki schodowe na Nowej Hucie i dlatego podczas strajków hutnicy i solidarnościowcy nowohuccy zażądali zwiększenia nakładów „Tygodnika Powszechnego”.

Wróżenie z fusów

Takie jest źródło legendy, której powstanie jest zaprzeczeniem tezy Romana Graczyka, że „TP” był strukturalnym fragmentem ustroju PRL. Jego fałszywemu stwierdzeniu o daleko posuniętym oportunizmie „TP” i Znaku zaprzeczają dokumenty ogłoszone przez prof. Friszkego w obecnej „Więzi”. Publikuje on ekspertyzy robione dla Gomułki i jego otoczenia, a także różne tajne opinie o krakowskim środowisku dostarczane do władz KC przez SB i Urząd do spraw Wyznań. Wszystkie one mówią o przewrotnej opozycyjności naszych pism i traktują nasze zespoły redakcyjne jako wrogów ustroju. Zatem cztery „przypadki osobne” ujawnione przez Graczyka jako tajni współpracownicy albo kontakty operacyjne są w rzeczywistości w oczach ówczesnych władz wrogami ustroju.

Jeśli chodzi o moją osobę, oskarżając mnie, Graczyk miał do dyspozycji jedynie mały fragment jakieś nieokreślonej kartoteki, w której zapis zaczynający się od litery K, co oznaczało w języku SB kandydata, kończy się arbitralnym wpisem oficera SB, że jestem TW i mam pseudonim Seneka. Krakowski IPN udostępnił mi moje archiwum i stąd moja wiedza. Ponieważ nigdy nie podpisywałem żadnych zobowiązań do współpracy ani nie deklarowałem jej ustnie, ten wpis kartotekowy, o którym powiadomiono mnie dopiero wtedy, gdy ukazywała się książka Graczyka, zdumiał mnie bardzo, podobnie jak informacja, że nazywałem się Seneka.

Dla potwierdzenia, że Seneka rzeczywiście współpracował, w moim archiwum znajdują się dwa raporty, w których jest on indagowany. Jeden raport dotyczy głodówki Bohdana Cywińskiego w kościele św. Marcina w Warszawie na znak sprzeciwu wobec szykanowania radomskich robotników. Cywiński był wtedy redaktorem naczelnym „Znaku”. W Krakowie zebrało się tajnie parę osób, wśród których byliśmy ja i Mieczysław Pszon. Z kompilacji dwóch rozmów – ze mną i Pszonem – esbek, który nie wiem, skąd wiedział o naszym spotkaniu (może z sufitu księdza Bardeckiego, gdzie się odbywało), napisał, że zdecydowaliśmy – co jest zgodne z prawdą – by nie deklarować łączności z Bohdanem i jego głodówką. Cywiński właśnie w tamtym momencie postanowił oficjalnie zrzec się funkcji redaktora naczelnego, o czym nie wiedzieliśmy na zebraniu. Oficer sporządzający łączny raport z rozmów ze mną i Pszonem, jako przyczynę naszej decyzji podał, że „zebrani przestraszyli się o swoje stołki i stchórzyli”. Jest to psychologiczna niemożliwość, żebyśmy z Pszonem, Turowiczem, Hennelową, Kozłowskim i chyba Woźniakowskim podjęli decyzję ze strachu o „swoje stołki”.

Ta konkluzja oficera SB pokazuje sposób, w jaki patrzono na prawdziwych albo wydumanych współpracowników. Ten nastrój przeniknął do książki Graczka. Przyjął on punkt widzenia na dawny „TP” i Znak jako na grono oportunistów płacących kontaktami z SB cenę za przetrwanie. Ale jakie przetrwanie, z myślą o jakim finale? Rozpad Związku Radzieckiego, Polska w NATO, klęska ustroju komunistycznego w Polsce nie przychodziły jeszcze nikomu do głowy – nawet ludziom przystępującym do Okrągłego Stołu, o czym świadczą wyniki jego pierwszych obrad. Wśród czterech „przypadków osobnych” – ludzi, których Roman Graczyk w dążeniu do prawdy niejako zadenuncjował obecnej opinii publicznej, wykonując jak gdyby dawne polecenia SB – znalazł się nieżyjący już Mieczysław Pszon. We wszystkich omówieniach książki przypomina się, że Pszon był wieloletnim więźniem za czasów Stalina i kilka lat przesiedział w celi śmierci. W Krakowie istnieje nowe osiedle mieszkaniowe jego imienia. Nie przeszkadza to Graczykowi sugerować w swojej książce, że Pszon współpracował z SB w zamian za butelki jugosłowiańskiego koniaku.

Obliczając liczbę moich zagranicznych wyjazdów, Graczyk nie bierze pod uwagę, że paszport otrzymywałem nie tylko w celach służbowych, tzn. służąc instytucjom i stowarzyszeniom kościelnym lub organizacjom laikatu katolickiego na świecie, ale również z powodu działalności literackiej: wyjechałem na amerykańskie stypendium na przełomie lat 1972–1973, potem zaś, od lat 80. jeździłem do syna, który z rodziną wyemigrował do USA, oraz do siostry mojej matki w Kanadzie. Niejednokrotnie, przejawiając złą wolę, Graczyk wyraża opinię, że przecież można było odmówić kontaktu z władzami paszportowymi. Były momenty, gdy faktycznie o tym myślałem, ale ponieważ do Rzymu jeździłem jako członek Papieskiej Rady do spraw Świeckich, czyli przedstawiciel Kurii Rzymskiej, zaś gdzie indziej prezentowałem Komisję do spraw Apostolstwa Świeckich Episkopatu Polski (Europejskie Forum Laikatu), przeto odmowa rozmowy na temat paszportu byłaby równoznaczna z zerwaniem kontaktu tych środowisk z Polską i szerzej – z całą Europą Wschodnią, której byłem jedynym przedstawicielem. Takie wówczas były wybory. Kardynał Wojtyła, kiedy mu o tym powiedziałem, odparł: „A cóż to, laikat taki słaby?”

Niechęć i niewiedza

Tego rodzaju sytuacje znajdowały się podczas pisania książki przez Graczyka poza jego świadomością. Fikcją jest, że ograniczył się tylko do faktów. W wywiadzie udzielonym w radiu RMF FM na uwagę, iż SB sama odnotowała, że Skwarnicki odmówił informowania na temat Watykanu, stwierdził, że cóż z tego, że jest taka notatka. Może być ona po prostu sygnałem, że Skwarnicki, który wcześniej informacje podawał, ostatecznie się rozmyślił.

Podobnych opinii i pomówień, wyraźnie ujawniających nie tylko chęć obalenia pomnika „TP” i Znaku, ale jeszcze bicia w niego młotem, jest w książce wiele. Wynikły one nie tylko ze złej woli, ale również z niewiedzy o działalności ludzi, o których pisał, jak to było w moim przypadku. Graczyk wyraził poza książką opinię, że nie ceni (jako wyraźny antyklerykał) mojej działalności kościelnej. Z tego powodu nie czytał pewnie moich książek o sprawach Kościoła, których wydałem pięć i które nie mogłyby powstać bez wyjazdów zagranicznych. Graczyk w ogóle nie bierze pod uwagę katolickości pisma, zwracając jedynie uwagę na jego funkcję polityczną i rozdymając temat koła poselskiego Znaku do rozmiaru działalności jakieś dużej partii. Koło partią nie było i porównywanie środowisk Znaku i Paksu nie ma przeto w ogóle sensu. A takie opinie szerzy nie tylko Graczyk, ale też protegujący go różni publicyści „Rzeczpospolitej”. Poza książką Graczyk również narusza moje dobra osobiste, podając do publicznej wiadomości, że na skutek pobytu (po udziale w Powstaniu Warszawskim) w obozie koncentracyjnym w Mauthausen cierpiałem i cierpię na tzw. KZ-syndrom. Po co to mu było, nie wiem. Niech Panu Bogu na klęczkach dziękuje, że żyje w innych czasach, i nie oczernia bliźnich wbrew zaleceniom kardynała Ratzingera, na którego powołuje się recenzja Poniewieskiego.

Roman Graczyk napisał swoją książkę ze złą wolą i niechęcią (jeśli nie nienawiścią) do wielu redaktorów „Tygodnika Powszechnego” starszej generacji. Jeśli chodzi o generację młodszą, to zareagowała ona na książkę w sposób bardzo dziwaczny. Jej członkowie cieszą się najwyraźniej bardzo dobrym samopoczuciem, skoro tak pokrętnie jak do tej pory polemizują z Graczykiem, wypierając się z nim związku. A są to wszystko przecież koledzy, a nawet dawni przyjaciele, którzy wspólnie kręcili korbami powielaczy. Tak więc SB nie tylko odnosiła sukcesy w rozbijaniu grup antypaństwowych w czasach PRL, ale na skutek przetrwania wielu archiwów udało jej się również rozbić grupę przyjaciół.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata