70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Od zaufania do zaangażowania

Ciągle narzekamy na stan polskiej polityki, mówimy o kryzysie państwa, słabości społeczeństwa. Przez dwadzieścia lat wolności całkiem nieźle radziliśmy sobie z mnożeniem naszego kapitału pracy i pieniędzy, znacznie gorzej – kapitału społecznego współdziałania. Nie ufamy ani sobie, ani państwu. Dlaczego tak się dzieje? Gdzie popełniliśmy błędy? Co możemy zrobić? Te pytania zadajemy sobie i jednemu z najaktywniejszych animatorów życia obywatelskiego w Polsce.

Kiedy spojrzymy na polską historię ostatniego półwiecza, to najwyższy kapitał społeczny zgromadziliśmy chyba w czasach  PRL-u. Wtedy to – jak poucza nas narodowa mitologia – silne społeczeństwo obywatelskie przeciwstawiło się opresyjnemu państwu. Czy podziela Pan tę interpretację?

Rzeczywiście są tacy, którzy uważają, że społeczeństwa obywatelskie w Polsce swoje najlepsze godziny miało za sobą właśnie gdzieś w okolicach roku 1989 i że później ten społeczny, obywatelski kapitał został roztrwoniony. Mnie się jednak zdaje, że nie możemy rozmawiać o kapitale społecznym w kategoriach straty. Zanim jednak wyjaśnię, co mam na myśli, pozwolę sobie przypomnieć, że kapitał społeczny ma co najmniej trzy wymiary, które moim zdaniem mają charakter, by tak rzec, ortogonalny. Wymiary te łącznie tworzą pewną przestrzeń. Pierwszy z tych wymiarów to tak zwany kapitał wiążący (bounding). To ten, w którym mówimy o zaufaniu, relacjach między osobami względnie do siebie podobnymi, przede wszystkim rodziną i najbliższymi. I ten kapitał społeczny jest w Polsce w istocie dość silny. Drugi wymiar jest chyba najważniejszy z punktu widzenia prowadzonych tu rozważań, chodzi mianowicie o kapitał pomostowy (bridging), odwołujący się do wiary, że ludzie, którzy są od nas rożni albo których po prostu nie znamy, w swoich działaniach i wyborach będą powodowani raczej dobrymi intencjami. To jest właśnie to, co można nazwać uogólnionym zaufaniem, uwspólnionymi normami społecznymi itd. Żeby zamknąć tę triadę, należy wymienić trzeci element, czasami nazywany kapitałem łączącym (linking), czyli wymiar pionowy więzi społecznych, dotyczący tego, jak się ma społeczność do hierarchii, do władzy, do instytucji reprezentacji. Mnie się zdaje, że wszystkie te rodzaje kapitału społecznego mogą się w pewnych sytuacjach wzajemnie substytuować lub kompensować. Można powiedzieć, że w szczególnych warunkach jest trochę tak, jakby łączne zasoby kapitału społecznego były niejako stałe. Innymi słowy, można sobie wyobrazić, że jeżeli ma Pan bardzo duże uogólnione zaufanie do wszystkich naokoło i do instytucji państwa, to Pańskie potrzeby polegania wyłącznie na swoich kuzynach, krewnych i pociotkach są znacznie mniejsze. Jeżeli zaś uważa Pan, że tamten obszar jest, generalnie mówiąc, nieprzewidywalny i wrogi, to bardziej Pan to kompensuje w związkach o charakterze  rodzinnym i koleżeńskim. W takiej sytuacji, napotykając rożnego rodzaju problemy, nie sięga Pan po procedury i instytucje formalne, ale raczej „załatwia” sprawy poprzez osobiste koneksje. Ale tak być nie musi. Wszystkie opisane tu rodzaje kapitału społecznego są potrzebne i trzeba szukać metod, dzięki którym jednocześnie będą się rozwijać, a nie wzajemnie zastępować.

W Polsce rodzinny kapitał społeczny jest dość silny, o czym sam Pan wspomniał, ale czy to właśnie tego rodzaju kapitał nie jest największą przeszkodą na drodze do budowania społecznego – pomostowego według wprowadzonej terminologii – kapitału społeczeństwa obywatelskiego? Takiego kapitału, który pozwoli nam rzeczywiście tworzyć społeczne więzi, zrzeszać się w organizacjach, dbać o dobro wspólne?

Odpowiem, zaczynając od anegdoty. Gellner kiedyś powiedział, że powinniśmy uważać, by po tym jak wyrwiemy się spod tyranii królów, nie popaść w tyranię kuzynów. Jeżeli teraz spojrzymy na Polskę lokalną i na przypadki, w których ktoś jest wójtem czy burmistrzem od dziesięciu, piętnastu lat, to można to uznać za dowód, że tam właśnie zrealizowała się prawdziwa wspólnota i niekwestionowane przywództwo (pewnie czasem rzeczywiście tak jest), ale może też być tak, że ów brak alternatywy wskazuje, że rządzą tam właśnie kuzyni i ich kliki. Zresztą z wójtami i tak jest mniejszy problem, bo są to stanowiska wybieralne i mają przynajmniej jasny mechanizm umożliwiający zmianę, ale jest też mnóstwo takich sytuacji społecznych (w większości zresztą niezwiązanych z wymiarem władzy), w których nieusuwalnie rządzą kuzyni. Mówiąc to, od razu chcę zastrzec, że nie zapisuję się do obozu, którego wyznawcy twierdzą, że w Polsce to właśnie te tradycyjne silne rodzinne więzi stanowią główny hamulec modernizacji. Tak nie jest. Pojawia się jednak istotne pytanie, jak na tego rodzaju zaufaniu do sobie podobnych i bliskich budować też inne formy zaangażowania i bardziej uogólnionego zaufania. Innymi słowy, pytanie brzmi: jak z kapitału społecznego rozumianego jako „prywatna sieć” zbudować coś, co stanowi ogólnospołeczny zasób, normę – coś, z czego skorzystać może każdy?

No właśnie, rozmawiamy o potencjale społecznych więzi i społecznego zaufania, posługując się metaforą kapitału, co oznacza, że jesteśmy przekonani o możliwościach jego pomnażania, bo kapitał stanowi podstawę tworzenia nowych rzeczy, jego cechą jest produktywność. Ale w związku z tym jak Pańskim zdaniem możemy z owego rodzinnego kapitału budować inne formy zaangażowania?
Ma Pan rację i jest to bardzo trafna intuicja: elementem łączącym tę metaforę kapitału, powiedziałbym: bardziej tradycyjnego, rodzinnego, ze społecznym, pomostowym, jest to, że on się potrafi namnażać. Ale ta intuicja mówi też, że musi istnieć najpierw jakiś kapitał początkowy. I tu dochodzimy do zasadniczego problemu budowania kapitału społecznego w Polsce, czyli do budowania zaufania i więzi między ludźmi, także tymi, którzy nie są członkami rodziny i nie należą do naszej „koleżeńskiej paczki.  Według mnie nie jest to kwestia „złej natury” obywateli, ale raczej braku czegoś, co nazwałbym protokołami społecznego współdziałania. My po prostu mamy przyswojone bardzo wąziutkie instrumentarium możliwości współpracy między sobą, a to, na czym się znamy, to głownie sposoby dotyczące mobilizacji w sytuacji konfliktu. W takich okazjach warto

przypomnieć znaną opinię samego Norwida że „Polska jest  t o  os t a t n i e n a g l o b i e społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród”. No cóż, może rzeczywiście jesteśmy naznaczeni jakąś historyczną ułomnością. Ale poza zbiorowym historycznym doświadczeniem warto zdać sobie sprawę z tego, że owe „przypadłości” wynikają też z całkiem indywidualnej życiowej trajektorii każdego z nas. Niektórzy badacze twierdzą, że tego rodzaju podstawowe dyspozycje do kooperacji pojawiają się mniej więcej na poziomie przedszkola. Trwałe zmiany kształtują się właśnie wtedy – chodzi tu o to, czy dzieci wyrywają sobie zabawki, czy grają zespołowo itd. Ten poziom akulturacji do współpracy, kooperacji, do komunikowania się, niekonkurencyjnego podejścia do świata wykształca się bardzo, bardzo wcześnie. Oczywiście także nawyk przeciwny, a zatem konkurencji, nieufności, polegania tylko na sobie, także kształtuje się bardzo wcześnie – w domu, przedszkolu, szkole. Czasem niestety jest to proces nieodwracalny. Jak ścięcie się białka.

Ale to my musimy stworzyć naszym dzieciom odpowiednie warunki do takiej kooperacji, to znaczy sami musimy wierzyć, ze takie podejście ma sens, że nasze dzieci na tym zyskają. A co zrobić, jeśli sobie nie ufamy i ze sobą nie współpracujemy?

To prawda, w tym sensie to jest samospełniające się proroctwo. Jeśli podejmując grę kooperacyjną, zakładam, że ma Pan dobre intencje i odpowie mi Pan tym samym, to obydwaj mamy dzięki temu premię. Obydwaj odkryliśmy, że to działa. Ale jeżeli ja czynię założenie, że to nie może być prawda, to wszystko działa w dokładnie odwrotną stronę. To bardzo dobrze widać w przestrzeni miejskiej. Warszawa – dla przykładu – ma najwięcej ze wszystkich metropolii europejskich zamkniętych osiedli. Przecież rodzaj rozumowania jest taki: chcę być za tą bramą, gdyż poza nią być może nie jest bezpiecznie, jest brudno, nie będę miał miejsca na parking i tak dalej. Ale wynik jest taki, że wyrzucenie wszystkich problemów na zewnątrz tej bramy powoduje, że po tej drugiej stronie naprawdę będzie coraz gorzej. Czyli hipoteza o tym, że lepiej być za bramą, bo to daje

poczucie bezpieczeństwa, które wynika z domniemania, że świat zewnętrzny jest niebezpieczny, rzeczywiście prowadzi do tego, że poza naszymi opłotkami robi się groźnie. To samospełniające się proroctwo.

Czy Pan chce przez to powiedzieć, że do kwestii kapitału społecznego powinniśmy podchodzić nieco instrumentalnie, to znaczy sprawdzając, czy jeśli wyjdziemy do innego, obcego nam człowieka, on nam pomoże i w ten sposób zrobimy coś razem, czy też należy o tym myśleć raczej w kategoriach kształcenia ogólnej otwartej postawy, powiedzmy: kapitału odwagi,a nie kapitału strachu?

Lepiej być za bramą, bo to daje poczucie bezpieczeństwa Moim zdaniem to jest raczej technika małych kroków, to znaczy doświadczenia pozytywne ten kapitał wzmacniają, a negatywne utrwalają jego negatywne aspekty. Mówię o braku protokołu działania, tu chodzi o najprostsze rzeczy. Sam Pan zauważył jeszcze przed naszą rozmową, że mieszkam w dobrej dzielnicy, ale mimo to, mimo wielu lat doświadczeń w branży pozarządowej sam nie wiedziałbym, jak szybko skomunikować się tutaj z sąsiadami, po to by, powiedzmy, zmienić coś w parku koło nas. Pamiętam spór o lokalizację placu zabaw. Ostatecznie mieszkańcy się zmobilizowali. Jedni opowiedzieli się za jedną, inni za drugą opcją lokalizacji. Mogę Panu powiedzieć, że częścią tego sporu było na przykład pisanie listów do któregoś z wiceministrów, bo to jemu podlega konserwator zabytków. Okazuje się, że ludzie dość szybko sięgają po ten rodzaj rozwiązań, po to by rozstrzygać spory (czy załatwiać sprawy) poprzez zewnętrzne instancje, w tym instancje władzy, i rożnego rodzaju hierarchie. I to nazywam rodzajem społecznej niemoty w Polsce. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy okazji wykształcić zbyt wielu mechanizmów współdziałania. Kiedy pojawiają się spory, ludzie przypominają sobie „skrypty” pochodzące z całkiem innych czasów. Ludzie wiedzą, jak wyjść na ulice, przyjechać do Warszawy i robić zadymę. Często wiemy też, w jaki sposób uchylić się od nieprzyjaznych biurokratycznych reguł – jak wykiwać państwo, jak żyć na jego koszt, jak pojechać na gapę. Sam jeszcze pamiętam czasy, kiedy zdarzało się, że wysiadając z tramwaju, jedni pasażerowie proponowali drugim bilet, z którego już skorzystali. Wiadomo – to była komuna i takie działania miały chyba uchodzić za przejaw konspiracji. Ale nawet teraz jakoś mnie smuci i irytuje, że widzę tyle luksusowych samochodów z kratką, dzięki której można odliczyć VAT. Nic na to nie poradzę, ale jak widzę takie auto z kratką warte 100 tysięcy albo więcej, to ciśnie mi się na usta słowo „burak”. Jest coś gorszącego i niesmacznego w obnoszeniu się (obwożeniu) z dowodami tak specyficznie rozumianej „przedsiębiorczości” i sprytu. No cóż, mamy świetnie opanowane techniki społecznego weta. Gorzej z technikami współdziałania. Nie posiadamy dostatecznej palety wzorów wspólnego działania i to dotyczy całego naszego doświadczenia: historycznego, ale też codziennego, potocznego. Większość z nas ma w głowie pochwałę konkurencji. Wydaje nam się naiwnie, że w ogóle gry konkurencyjne są gwarancją efektywności. Pochwalamy ciągle reguły rynku, jakby nie dowierzając, że gry kooperatywne mogą czasami dawać lepsze rezultaty. Zapewne mało osób wie, za co Elinor Ostrom w 2009 roku dostała Nagrodę Nobla z ekonomii. Właśnie za pokazanie, że to protokoły kooperacyjne w pewnych sytuacjach dostarczają znacznie lepszych rezultatów niż gry konkurencyjne. Myślę, że my wciąż jesteśmy jeszcze w fazie takiego uwiedzenia konkurencją. Ta reguła wydaje nam się naturalna, oczywista i godna pochwały. Wyrwaliśmy się ze stanu wymuszonego kolektywizmu i wahadło nagle poleciało w drugą stronę. Konkurencja obecna jest w każdej sferze życia – w edukacji, w pracy, polityce, wszędzie. Po prostu zakładamy, że konkurencja zawsze przynosi coś lepszego niż kooperacja.

Konkurencja może też przecież dawać nam pozytywny napęd do doskonalenia. Tak się zastanawiam, że może u Polaków konkurencja, o której Pan mówi tak krytycznie, jest zaprawiona lękiem – przed tym, że trzeba pokazać się z dobrej strony, że musimy mieć świetne noty w szkole, że ktoś nas będzie nieustannie sprawdzał, a to wszystko w atmosferze braku wiary we własne siły.

Zasadniczo się z Panem zgadzam, sam wyprowadzam z tego jeszcze jeden wniosek dotyczący pewnych reguł dyskusji, rozmowy. Zacznę od tego, że mamy dość upraszczające widzenie tego, czym jest społeczeństwo obywatelskie, na czym polega jego istota. To błędne, choć rozpowszechnione podejście nazywam myśleniem „rzeczownikowym”.Mówimy zatem, że społeczeństwo obywatelskie to są po prostu instytucje, w szczególności organizacje pozarządowe, że da się policzyć, ilu mamy członków, ile jest organizacji i tak dalej. Operacyjnie jest to pewnie podejście najprostsze, ale może też być mylące, a na pewno upraszczające. Może się bowiem okazać, że z samej mnogości tego rodzaju instytucji nie musi wyniknąć nowa jakość. Społeczeństwo obywatelskie w istotniejszym, normatywnym znaczeniu, to znaczy takie, które uznalibyśmy za jakoś dobre, tworzące przestrzeń rozmowy dialogu, a nie walki, należy definiować inaczej – raczej jako pewien proces i sieć. Tak rozumiane społeczeństwo obywatelskie nie „składa się” z punktów sieci, ale raczej z tego, co „pomiędzy” – z pewnych reguł komunikacji. Chodzi o takie reguły, zgodnie z którymi ludzie, rozmawiając ze sobą, po prostu starają się zrozumieć swoje punkty widzenia, a nie permanentnie ustalać hierarchie między sobą. Komunikacja nie musi być częścią konkurencji i jeszcze jednym jej orężem, ale raczej wehikułem kooperacji. Innymi słowy, nie każda różnica zdań musi się przekładać na ustalanie hierarchii. To, że myślę inaczej, nie oznacza automatycznie, że jestem lepszy lub gorszy. Powinien istnieć rodzaj zgody co do tego, że możemy się nie zgadzać. Idzie zatem o to, żeby rozmowa (szczególnie w obszarze publicznym) nie była permanentnym  mechanizmem ustalania miejsca w hierarchii; żeby komunikacji nie używać w taki sposób, w jaki stado pawianów stosuje mechanizm wzajemnego iskania się. Dzięki niemu cały czas ustala i potwierdza hierarchię w stadzie.

Niestety problem tak rozumianej hierarchii pojawia się czasem także na poziomie rodziny i lokalnej wspólnoty, tam gdzie tworzy się podstawowy kapitał społeczny. A to wszystko jest przedstawiane jako coś pozytywnego, rodzina stanowi tę przestrzeń oddaloną od świata zewnętrznego, polityki, obcości.

To, że myślę inaczej, nie oznacza automatycznie, że jestem lepszy lub gorszy. Powinien istnieć rodzaj zgody co do tego, że możemy się nie zgadzać. Trochę tak jest. Idylliczny wariant opisu wspolnoty jest taki, że tu, z dala od polityki, żyjemy w takiej cudownej oazie, gdzie wszyscy się znają, przyjaźnią, współpracują ze sobą, pomagają sobie na każdym kroku. Jest jednak także czasem ta druga, „ciemna” strona. To właśnie owo piekło kuzynów – pułapka życia zdeterminowanego. Nie ma jak „stąd” uciec, wszystko jest już ustalone i przesądzone i nawet już ta partyjna polityka nic do tego nie ma, bo wiadomo, że wszystko daje się raczej wyjaśnić przez to, kto jest czyim zięciem, synem czy kuzynem itd. Rodzina ma rzecz jasna zasadnicze znaczenie dla naszej formacji. Bywa też jednak, że niektóre rodziny mają tak silnie wbudowane hierarchie, że niewiele daje się zrobić. Jeżeli rodzina ma swój „łańcuch” DNA zbudowany w ten sposób, że jego istotą jest przede wszystkim właśnie samopowtarzająca się hierarchia (niekoniecznie oparta na prawdziwym autorytecie, ale właśnie na „czystej” władzy), to z takiej rodziny w kierunku społeczności otwartej często wydostać się można jedynie przez ucieczkę lub bunt.

Wciąż robimy jednak wiele, by zachować dobre samopoczucie. Z przeprowadzanych badań – także przez Stowarzyszenia Klon/Jawor, w ramach którego Pan działa – wynika, że Polacy deklaratywnie są jak najbardziej za tolerancją, prawami człowieka, demokracją, za wszystkimi tymi wartościami społeczeństwa obywatelskiego, które wydają nam się ważne. Natomiast w praktyce okazuje się, że to wszystko często pozostaje jedynie na papierze. Wartości, które tak ochoczo wyznajemy, są tylko fasadą, życie płynie innym torem.

Obawiam się, że trafił Pan w sedno. Niedawno przeprowadzono duże międzynarodowe badania na temat kompetencji obywatelskich polskiej młodzieży, z których wynika, że znajdujemy się na jednym z najwyższych miejsc w Europie pod względem kompetencji obywatelskich. To prawda, w szkole „odrabiamy lekcję” i wiemy, co to jest głosowanie, parlament, konstytucja i tak dalej, ale niekoniecznie przekłada się to na praktyki obywatelskie. Zresztą chyba w ogóle mamy kłopot z „praktykowaniem”. Z pewnego punktu widzenia to samo można powiedzieć o naszym katolicyzmie. Pytanie, czy to jest forma oszustwa lub samooszukiwania się, czy też specyficzna umiejętność życia w rozdwojonym świecie. Chyba często sami nie zauważamy, że te światy kompletnie się rozjeżdżają. Moja własna, jeśli mogę tak powiedzieć, dyscyplina: socjologia, powinna nam pomoc jakoś to zrozumieć, ale sama w swoim często głupawym, sondażowym wydaniu jest w istocie częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem. W ogóle chyba najwyższy czas, żeby porozmawiać o tak zwanej społecznej odpowiedzialności nauk społecznych w Polsce. Ludzie (w naszym języku: respondenci) z przekonaniem (bo to nie jest tylko wyraz politycznej poprawności) odwołują się do podstawowych klisz, to znaczy mówią o sobie to, co sami im wmawiamy. Odtwarzają taśmy, jakimi sami zaprogramowaliśmy ich za pomocą mediów, rujnując często ich własną zdolność do autorefleksji i samowiedzy. W ten sposób budują się często bardzo negatywne autostereotypy, które są częścią naszego poczucia „niemożności” i składnikiem naszych fałszywych przekonań na temat bliźnich. Skoro wmawia nam się, że inni są nieprzewidywalni i raczej nam wrodzy, traktujemy to serio i rzeczywiście zachowujemy się adekwatnie do takiej definicji sytuacji. Koło się zamyka. Często można je przerwać jednym uśmiechem, przyjaznym gestem. To zadziwiające, jak wielka jest siła takich prostych środków. Opisując rzeczywistość, po prostu odtwarzamy obraz nas samych, z jakim mamy do czynienia w mediach. Media portretują nas w dość specyficzny sposób i czasem myli nam się, po której stronie ekranu jesteśmy. Myślę, że odpowiedzialność mediów w Polsce za to, kim jesteśmy i kim się stajemy, jest ogromna. Powinny one, unikając nachalnego dydaktyzmu, sprzyjać mentalnej i intelektualnej emancypacji odbiorców, ale wydaje mi się, że dzieje się tak stanowczo zbyt rzadko. Zatrzasnęły się w jakimś toksycznym uścisku podaży i popytu, w którym nie tylko odpowiadają na potrzeby (także te głupawe) odbiorców, ale często nawet potrzeby te wyprzedzają. Koniec końców, powstaje problem „odklejania się” od siebie rożnych rzeczywistości.

Można go rozwiązać przede wszystkim poprzez praktyki społecznego współdziałania, które pokazywałyby, że to „lepsze” w nas i między nami jest po prostu możliwe. To widać, gdy dochodzi do erupcji emocji, choćby takich jak po śmierci Papieża. To jest rodzaj społecznych „sakramentów”, których ludzie sobie wzajemnie udzielają. To znaczy, że jeśli ja zapaliłem świeczkę i odkrywam, że ten, którego nie znam i po którym nie spodziewałbym się, że też ją zapali, właśnie to uczynił, to ten fakt daje mi do myślenia i może uruchomić rodzaj społecznego domina. Przyznając sobie prawo do emocji, przyznajemy je innym. Moim zdaniem na tym między innymi polegał cud Solidarności. Tam musiało się coś zdarzyć naprawdę, zanim zobaczyliśmy to na ekranach. Nieco ironicznie powiedziałbym, że może to, że nie „mieliśmy” wtedy mass mediow, nam pomogło. W jakimś sensie właśnie przeciwko fałszywej wersji rzeczywistości mediów wtedy się zbuntowaliśmy. W końcu na chwilę ludzie przekonują się, że może być inaczej. To są krótkie, ale ważne momenty, bo one uchylają nasze codzienne przekonania co do „złej” natury bliźnich.

Tyle że nie przekłada się to na działanie w czasie nieświątecznym. Spójrzmy choćby na wolontariat.

Z wolontariatem – z nielicznymi wyjątkami, na przykład takimi jak Wielka Orkiestry Świątecznej Pomocy – rzeczywiście jest raczej źle. W tej chwili, jeśli mówić o wolontariacie, naszym problemem jest przede wszystkim jego spłycenie i rytualizacja. Problem w tym, że to jest często właśnie „świąteczne”. Główny kłopot z wolontariatem w Polsce nie polega tylko na tym, że jest go za mało, ale że ma charakter epizodyczny, akcyjny. Niech mi Pan wierzy, zdobycie wolontariuszy do jakiejś imprezy, gdzie będą światła, kamera i może pojawi się ktoś z celebrytów, nie jest trudne, bo to jest możliwość wzięcia udziału w innym świecie i chwilowego choćby wyrwania się z monotonii. Innymi słowy, naszym problemem jest to, że wolontariat nie ma charakteru trwałego poświęcenia, bycia z kimś naprawdę, prawdziwej ofiarności i solidarności w tym właściwym ewangelicznym sensie. Oczywiście od tego są dość liczne i wspaniałe wyjątki. To samo dotyczy filantropii. Cieszymy się, że ludzie dają ten 1 procent. Ja mam jednak do tego bardzo ambiwalentny stosunek, choć byłem jednym z pomysłodawców owego przedsięwzięcia.

Widać, że ten pomysł wypłukuje „normalną” filantropię, czyli taką, w której rzeczywiście trzeba dać coś od siebie, a nie z publicznych pieniędzy. To jest skutek mentalnego pomylenia alokacji 1 procenta z filantropią, z którą nie ma on nic wspólnego. Jest formą alokacji publicznych pieniędzy, pewną formą bezpośredniej demokracji, budżetu partycypacyjnego, ale na pewno nie jest filantropią. Tu znów odpowiedzialność mediów za narobienie tego bałaganu i jego odkręcenie jest olbrzymia.

Ludzie przekazują 1 procent i mają z głowy.

I mają z głowy. W naszym pewnego rodzaju płytkim rachunku sumienia potrzebujemy takich krateczek na formularzu, które możemy zakreślić i pod koniec roku one się znajdują, bo kupiliśmy świece od Caritasu, daliśmy na Orkiestrę Jurka Owsiaka i wskazaliśmy odbiorców 1 procenta podatku. Poza tym w naszym bilansie obywatelskiego zaangażowania możemy wymienić jeszcze chodzenie na wybory. I to nam pozwala na luksus przekonania, że jako obywatele jesteśmy okej. Podczas gdy głowny problem nie tylko z wolontariatem, ale z tym wszystkim, o czym mówimy, łącznie z demokracją, polega na tym, że wymagają one codziennego, a nie tylko odświętnego praktykowania. Dziś funkcjonujemy w systemie, w którym politycy zabiegają o nasz głos raz na cztery lata i muszą nas uwieść mniej więcej w okolicach wyborów. Ale pamiętajmy, że są też tradycje inaczej rozumianej i bardziej uczestniczącej demokracji, w której nie chodzi jedynie o nasz głos, czyli kartę do głosowania, ale raczej o nasze zdanie, o możliwość ciągłego zaangażowania w sprawy publiczne i brania za nie współodpowiedzialności. Często mówi się, że „polityka jest sprawą zbyt poważną, żeby zostawić ją tylko politykom”. Ale ta sama reguła może dotyczyć szkoły, którą zostawiamy tylko nauczycielom, służby zdrowia pozostawionej lekarzom czy parafii pozostawionej proboszczowi. My, Polacy, świetnie ustawiliśmy się w pozycji recenzentów innych; to też taka dziwna mieszanka miłości i nienawiści zarazem: oczywiście nienawidzimy polityków za to, że się kłócą, ale z drugiej strony jesteśmy w sposób chory i pornograficzny przyzwyczajeni, żeby ich oglądać, żeby ich obstawiać w tych rolach. To zresztą jest bardziej uzależnienie od cyrku, a nie rzeczywiste zaciekawienie debatą. W sumie niby jesteśmy zaangażowani, ale jednocześnie jakoś zwolnieni z odpowiedzialności. Podobnie jak moralizowanie nie jest tym samym co przyzwoite życie, tak samo utyskiwanie na polityków i władze nie ma wiele wspólnego z uczestnictwem w życiu publicznym. Tak jest zresztą w wielu dziedzinach. Rodzice narzekają na szkołę, ale bardzo trudno jest ich zmobilizować, żeby coś dla szkoły zrobili. Ludzie narzekają na księży i na Kościół, traktując to jako zmartwienie tylko i wyłącznie hierarchii, a nie ich samych.

Ale gdzie właściwie popełniamy błędy? W rodzinie, w szkole? Wspomniał Pan kilkakrotnie, że to kwestia uczenia się współpracy, budowania relacji poziomych, a nie pionowych.

Na pewno jednej z przyczyn należy szukać w systemie edukacyjnym. Nie dotyczy to jednak tylko edukacji młodzieży. Proces formacji i kształcenia zaczyna się wcześniej niż szkoła podstawowa, bo dotyczy także przedszkola, i trwa też później, bo musimy zacząć się przyzwyczajać, że uczymy się przez całe życie. Cnoty obywatelskie trzeba kształcić i kultywować całe życie. Bez nich instytucje przestają działać i mają wyłącznie formalny charakter. Co prawda, Kant twierdził, że „problem zorganizowania państwa jest rozwiązywalny, mówiąc bez ogródek, nawet dla narodu diabłów (jeśli tylko posiadają one rozum)”, ale w praktyce okazało się, że bez obecności cnot obywatelskich jest to zadanie bardzo problematyczne. Żeby owe cnoty wykształcić, nie wystarczy uczestnictwo w szkolnym kursie wiedzy o społeczeństwie. W tym procesie znów ważna jest rola mediów. W tej chwili, kiedy mam setki kanałów cyfrowej telewizji i internet, można mieć złudzenia, że to poszerza perspektywę. W istocie często jest niestety wręcz przeciwnie. Z angielska nazywa się to narrow-casting (w odróżnieniu od broadcasting), to proces wskazujący, że internet i cyfrowa telewizja umożliwiają jeszcze szybsze znajdowanie nie tyle ludzi rożnych od siebie, ile przede wszystkim do siebie podobnych. Okazuje się, że często raczej zawężają horyzonty, zamiast je poszerzać. Tworzą się takie cyfrowe plemiona wzajemnie się ze sobą niekomunikujące. Brakuje wspólnych punktów odniesienia. Zaangażowanie w sprawy wykraczające poza osobisty interes ma charakter partykularny, incydentalny, często ignorujący szersze tło i szerzej rozumiany interes publiczny. Innymi słowy, to, że możemy skontaktować się prawie z każdym, nie oznacza, że istotnie mamy sobie coś do powiedzenia. Liczba możliwych „połączeń” jest wręcz niemożliwa do ogarnięcia. Liczba impulsów i komunikatów, jakie otrzymujemy, jest tak wielka, że nie potrafimy często odróżniać, co jest naprawdę istotne. W tej mnogości i masowości, żeby się wyróżnić i zostać jakoś zauważonym, ludzie zbierają jakieś nieznane dotychczas atrybuty zaufania i pozycji, jak na przykład liczba przyjaciół na Facebooku, liczba skutecznie przeprowadzonych transakcji itd. A przecież wiemy, że tak naprawdę liczba możliwych do kultywowania w rzeczywistym świecie przyjaźni Można mieć trzycyfrową liczbę przyjaciół na Facebooku, a i tak, jak przyjdzie co do czego, zostać kompletnie samotnym. To są na ogół bardzo płytkie sieci, które bardzo często tworzą coś w rodzaju zastępstwa w stosunku do prawdziwego życia i prawdziwego zaangażowania. W sieci także pojawiają się pewne formy zaangażowania, kampanie, akcje itd., ale uczestnictwo w nich jest na ogół tak „tanie”, że bezwartościowe. Mogę klikać na dowolne strony i dawać tym świadectwo swojego zaangażowania, ale realnie rzecz biorąc, niewiele z tego na ogół wynika. Oczywiście są też instytucje w sensie bardziej dosłownym. Nie da się chyba nie wspomnieć w tej rozmowie o roli Kościoła. Chcę to ująć możliwie delikatnie. Używając ewangelicznego języka, powiedziałbym, że „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. Uważam, że Kościołowi w Polsce wiele dano. Nie chodzi oczywiście tylko o kwestie materialne, ale o kapitał duchowy. To jest kwestia fundamentalna. Czy Kościółw Polce pomaga budować wspólnotę w tym codziennym sensie wzajemnej solidarności? Pewnie wielu z nas ma czasem takie niepokojące poczucie, że będąc nawet w pełnym kościele, są jednak jakoś sami. Często jesteśmy tam obok siebie, ale nie jesteśmy jednak razem. Marzy mi się, że pojawią się ludzie wyedukowani w miastach, którzy mieliby odwagę, aby choćby przez jakiś czas pracować w społecznościach lokalnych jako nauczyciele, animatorzy

Czy Pańskim zdaniem sam Kościół w Polsce mógłby odegrać jakąś pozytywną rolę w zmianie tego stanu rzeczy?

Wydaje mi się, że Kościół ma nominalnie bardzo dużo instrumentów umożliwiających taką zmianę – ma przestrzeń, infrastrukturę, ludzi, a przede wszystkim autorytet i kapitał duchowy. Kiedy byłem z rodziną przez rok na stypendium w Stanach Zjednoczonych, wspólnie z innymi rodzicami prowadziliśmy takie małe przedszkole w formie kooperatywy. Działo się to nie gdzie indziej jak na terenie lokalnej parafii. Pracowaliśmy od siódmej do siedemnastej z dziećmi. Później przychodzili tam Anonimowi Alkoholicy. Było wiadomo, że przestrzeń kościoła jest otwarta na bardzo rożne działania ważne dla wspólnoty (od opieki nad dziećmi, przez terapię, sport, zwykłe towarzyskie niedzielne spotkania). Wcale nie umniejszało to czysto konfesyjnych funkcji parafii. W Polsce coś takiego często nie jest możliwe, i to mimo że parafie mają na ogół do tego techniczne

warunki. Nie chodzi o to, żeby księży i posługę duszpasterską zamienić na rodzaj aktywizmu społecznego, ale o to, że często ten rodzaj działań jest również formą ewangelizacji i okazją do uczynków, bez których „wiara jest martwa”. Jest też okazją do jakże pożądanego „zanurzenia” się duchownych w rzeczywistość tych ludzi, którym służą i którym w sensie duchowym przewodzą. Wielu księży w istocie boi się tego rodzaju sytuacji i relacji. Nie umie ich ani aranżować, ani się w nich odnajdywać. Młodzi księża trafiają często do parafii wyposażeni we wszystkie kompetencje teologiczno-doktrynalne, ale bez żadnego przygotowania w zakresie działań społecznych. Gorzej, często ci, którzy podejmują tego rodzaju działania, nie są szczególnie dobrze postrzegani przez kościelną hierarchię. Muszą wszystkiego uczyć się na własnej skórze. Ciągle wierzę, że ta nieprawdopodobnie gęsta sieć parafii w Polsce mogłaby się stać olbrzymim „rozgałęziaczem” dla wielu istotnych działań społecznych, i to takich, które docierają do miejsc, gdzie nie zapuszcza się ani państwo, ani tradycyjne organizacje pozarządowe. Widać zresztą, że w Polsce coraz częściej myśli się w kategoriach „wysokiej rozdzielczości”. To znaczy nie myśli się już tylko w kategoriach „średniej krajowej”. Jak to powiedzieć? Fajnie, że jesteśmy Zieloną Wyspą, ale warto zobaczyć, jak wygląda obraz w zbliżeniu – wtedy okaże się, kto mieszka na Zielonej Wyspie, a kto w całkiem innym miejscu. Klon przygotował ostatnio taki specjalnie dedykowany kwestiom zróżnicowań lokalnych portal o nazwie Mojapolis.pl. Warto tam zajrzeć – daje do myślenia. Dobrze jest pamiętać, że Polska to nie tylko stolica i wielkie miasta, że Polska to mozaika złożona ze znacznie większej liczby drobnych elementów. Jak się pojedzie na wieś, to lokalny pejzaż instytucjonalny składa się z dość powtarzalnych elementów. Mamy ochotniczą straż pożarną, koło gospodyń wiejskich, bibliotekę, szkołę, parafię, urząd. Nadszedł moim zdaniem najwyższy czas na wykorzystanie tego potencjału. Pamiętam zresztą tę chwilę przełomu z początku lat dziewięćdziesiątych, wszystkim nam się wtedy wydawało, że wiele z tych instytucji jest częścią „starego porządku”, że nie warto się nimi zajmować, że my „sobie” to społeczeństwo obywatelskie od początku sami zbudujemy. To był błąd, bo koniec końców okazało się, że z całym konceptem społeczeństwa obywatelskiego utknęliśmy w miastach. Teraz wielkie zadanie polega na tym, żeby działać na wsi, w miasteczkach. Zresztą widać, z jaką dumą rząd trąbi choćby o orlikach. To jest przykład takiego właśnie sieciowego podejścia. Moim zdaniem potrzebne jest wsparcie dla rożnego rodzaju instytucji lokalnych „rozgałęziaczy”. Warto sobie zdać sprawę, że mamy jakieś 18 tysięcy straży pożarnych, 3 tysięcy domów kultury albo 8 tysięcy bibliotek. Ktoś, kto pomoże w ich szeroko rozumianej modernizacji, dobrze przysłuży się sprawie. Wyobraźmy sobie, że zmodernizuje się tylko 10 procent takich instytucji – to już i tak będzie miało ogrome skutki. Wiem, że to czyste marzycielstwo, ale marzy mi się (nieco narodnicki) pomysł, że oto pojawią się na przykład młodzi ludzie wyedukowani w miastach, którzy będą mieli odwagę (ale też jakieś instytucjonalne warunki) do tego, aby moc choćby przez jakiś czas pracować w społecznościach lokalnych, na przykład jako nauczyciele, animatorzy itd. Tego rodzaju programy funkcjonują w wielu krajach. Bez tego ludzkiego „czynnika” słynny model polaryzacyjno-dyfuzyjny, o którym mówi rząd, będzie mało wydolny.

Pańskim zdaniem wykształceni młodzi ludzie z miast powinni wyjechać na wieś i tam pracować nad modernizacją?

Moim zdaniem warto pomyśleć o uruchomieniu jakiegoś programu przypominającego amerykańskie AmeriCorps czy Teach for America albo brytyjski Teach First – taki wewnętrzny korpus ochotników działających w polskim interiorze na rożnych polach, na przykład edukacji. Jeżeli – dajmy na to – na Lubelszczyźnie jest nadwyżka ludzi z boomu edukacyjnego i żadnej dla nich roboty, jeśli jedna czwarta absolwentów jest na bezrobociu, to naprawdę lepiej by było uruchomić duże publiczne programy, nie robot publicznych, symbolicznie mówiąc: „budowy dróg”, tylko na przykład programy edukacyjne, takie że jeżeli chce Pan dobrowolnie pracować (za zwrot kosztów i jakieś kieszonkowe), to może Pan pojechać na kilka miesięcy czy rok i prowadzić jakieś działania edukacyjne w lokalnym gimnazjum.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata