70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Życie jest gdzie indziej

Wbrew nadziejom wielu dyskusje o inteligencji zdają się nie mieć w Polsce końca. Raz na dziesięć-piętnaście lat, gdy do głosu dochodzi kolejne młode pokolenie, słyszymy te same sakramentalne już pytania – co dalej z inteligencją, z jej etosem, misją, przesłaniem? Nie inaczej jest teraz. Problem w tym, że we współczesnej demokracji te pytania tracą swoje znaczenie.

Naiwny ten, kto myślał, że polskie problemy załatwi polityka i to bez udziału inteligentów. Naiwny, bo właśnie wokół inteligencji od lat toczy się w Polsce prawdziwa polityczna rozgrywka. W końcu to inteligenci – jak mówi Dariusz Gawin – robią w Polsce politykę, rozmowa o nich jest de facto rozmową o polskiej polityce. Z tą ostatnią nie jest dobrze, o czym wiemy, pytanie zatem, czy nie jest też dobrze z polską inteligencją? Jako grupa inteligencja zdaje się nieuchronnie roztapiać w znacznie pojemniejszej klasie średniej, jako idea zawzięcie walczy o życie.

Inteligent w Polsce ciągle nie chce stać się po prostu człowiekiem wykształconym, za wszelką cenę dąży bowiem do realizacji inteligenckiego powołania. Kłopot w tym, że we współczesnych demokracjach etos inteligenckiego zaangażowania staje się ideą co najmniej problematyczną. Ani stojące przed nami wyzwania, takie jak kryzys zaufania, wzrost indywidualizmu, brak społecznej solidarności i szereg innych, ani rosnący pluralizm grup i stylów życia raczej nie sprzyjają odrodzeniu postaw właściwych etosowej inteligencji. Skąd zatem kolejne dyskusje o prawdziwych inteligentach? Trochę pewnie z sentymentalizmu, a trochę – o czym mówi w publikowanych obok wywiadzie Marcin Król – z braku pomysłu na inny opis zadań warstw wykształconych. Ale jest jeszcze jedna przyczyna, leżąca głębiej i stale dostarczająca paliwa dla tej sztucznie już podtrzymywanej dyskusji. Kluczem do jej zrozumienia jest zaś wyrażona wcześniej teza o polityce, którą robią w Polsce inteligenci, mało tego, o Polsce, którą – od Piłsudskiego i Dmowskiego aż do dziś – robi zaangażowana, etosowa inteligencja.

Zaryzykuję twierdzenie, że dobrym wskaźnikiem jakości demokracji w naszym kraju może być właśnie liczba dyskusji o inteligencji. Im będzie ich mniej, tym z demokracją będzie lepiej, im więcej – tym gorzej. Bo jeśli uważnie przyjrzeć się debacie publicznej w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu, okaże się, że jedna z najważniejszych osi politycznego konfliktu obraca się właśnie wokół kwestii zaangażowanej inteligencji. Ten spór nie był dotąd zbyt często artykułowany, ponieważ by go w ogóle dostrzec, trzeba zrezygnować z przywiązania do inteligenckiego etosu, bez żalu i z zyskiem dla demokracji.

Oczywiście, brzmi to nad wyraz ponętnie, gorzej kiedy ten postulat zderzymy z rzeczywistością. Wykształcenie często idzie przecież w parze ze zmianą dotychczasowego stylu życia, znajomych i przyjaciół, nieraz wiąże się z rodzinnym i biograficznym kryzysem, co notabene doskonale wpisuje się w tradycję polskiej inteligencji przełomu wieków. Wielu współczesnych inteligentów, zwłaszcza tych świeżego chowu, a takich z każdym rokiem mamy coraz więcej, staje przeto przed koniecznością nowego opisania własnej pozycji. A jeśli już poczuje potrzebę zadania pytania o własną społeczną tożsamość, to nieuchronnie natrafi na inteligencki dyskurs zaangażowania. Do dziś nie dopracowaliśmy się innego.

Kłopot w tym, że sam ten dyskurs ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Organizuje go jedno podstawowe przeciwstawienie, które już na poziomie zewnętrznej analizy, zaskakuje swoją prostotą, wręcz banałem. Bo czy można sobie wyobrazić, że jeśli przestaniemy przeciwstawiać sobie inteligenckie elity i antyinteligencki naród, to wiele naszych kłopotów odejdzie do lamusa? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest właśnie próba wyobrażenia sobie innego modelu funkcjonowania inteligencji w Polsce lub przynajmniej zrelatywizowanie powielanego od lat wzoru. Powiedzenie sobie i innym – król jest nagi.

Podział, który można wyprowadzić z przedstawionego wyżej pierwotnego przeciwstawienia elit i narodu lub społeczeństwa, jest nad wyraz klarowny i niestety do dziś, a może zwłaszcza dziś, obecny w mediach i parlamencie. Jego wypowiedzenie natychmiast obnaża jego rozliczne słabości, ale te napędzają przecież – w mowie i używanych obrazach – współczesną politykę. Oczywiście, ta opozycja nie wyczerpuje problemu. Niemiej trudno nie zauważyć, że od wielu lat, jeśli nie dekad, polska polityka trwa w tym samym, wiecznym kole repetycji. Co więcej – nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się w tej sprawie zmienić.

W końcu dla prawicy elity to nikt inny jak oderwani od życia lewicowi inteligenci lub intelektualiści, opętani rewolucją, niedbający o zwykłego człowieka, aroganci w najlepszym razie nierozumiejący własnego narodu, w wersji skrajnej – wynarodowieni, zruszczeni lub zamerykanizowani kosmopolici. W oczach lewicy złe elity to usypiający społeczeństwo biskupi, konserwatywna klasa średnia, obrońcy prawa naturalnego i tzw. praw większości. Mimo różnic podstawa sporu pozostaje tu jednak ta sama, bo i prawica, i lewica w Polsce to ciągle dwie strony tego samego inteligenckiego medalu. W tak przedstawionym modelu polityczny antagonizm to stale ten sam konflikt – gorącej inteligenckiej głowy i biernego społeczeństwa. Spór toczy się jedynie o formułę uznania, współrzędne tego sporu – z pokolenia na pokolenie trwają niezmienione.

Jeden z najpoważniejszych problemów z tym związanych, czyli kwestia paternalizmu bynajmniej nie spędza inteligentom snu z powiek – obie strony uznają go albo za coś nieszkodliwego, albo po prostu za cechę kondycji zaangażowanego inteligenta, coś, z czym trzeba żyć, na dobre i na złe. W takim układzie prawica „chroni” tkankę narodu, a lewica „opiekuje” się wykluczonymi, obie strony myślą jednak w kategoriach misji, której sam naród ani nie musi rozumieć, ani tym bardziej akceptować. Oczywiście nawet przez chwilę nie mówimy tu o czymś, co można by w jakikolwiek sposób uznać za realny naród lub społeczeństwo. Nie jest tak nie tylko dlatego, że trudno w ogóle sensownie mówić o problemach współczesnych społeczeństwa używając tak szerokich pojęć, ale też z tego powodu, że dyskurs, którym się posługujemy, wcale nie rości sobie praw do opisywania realnych podmiotów. Chodzi w nim raczej o przywołanie określonego zestawu obrazów, wokół których można budować konkretne polityczne postulaty.

Polityka siłą rzeczy upraszcza społeczną rzeczywistość, odwołuje się – i to nie tylko podczas kampanii wyborczej – do ludzkiej wyobraźni, korzysta przy tym z najprostszych, zrozumiałych dla większości, myślowych schematów. Zatem skoro mowa o inteligencji zasadnym jest zadać pytanie, czy obecny w dzisiejszej polskiej polityce obraz zaangażowanego inteligenta, figury kluczowej dla naszej demokracji, rzeczywiście odpowiada potrzebom współczesnego społeczeństwa.

Wrócę do paru historycznych rozróżnień. Inteligenta od inteligenta zaangażowanego – poza wykształceniem – różni niemal wszystko. Cechą charakterystyczną tego pierwszego jest „trywialne” – jak mawiają krytycy – wykształcenie. Ten drugi posiada coś więcej, pewien szczególny etos, polegający na działaniu w służbie najsłabszych grup społecznych, gotowości do poświęceń, myśleniu w kategoriach całości, nonkonformizmie. Bycie zaangażowanym lub etosowym inteligentem to swoisty przywilej, ale i zobowiązanie do bycia warstwą wzorcotwórczą, podnoszącą lud do poziomu inteligencji, wpływającą na społeczne otoczenie i postawy obywateli. Inteligent zaangażowany jest sługą społeczeństwa, które go wydało, jednocześnie będąc tegoż społeczeństwa głosem. Posiada szczególny przywilej reprezentacji, będący zarazem etycznym zobowiązaniem. To oczywiście model idealny, można by rzec – wymyślony, wystudiowany obraz, wyznaczający jednak horyzont działania. Polityka w tak przedstawionych ramach to spór dwóch odłamów inteligencji, które walczą o uznanie wyidealizowanego przez siebie narodu lub społeczeństwa, same idealizując przy tym własną rolę albo – by użyć mniej wartościującego określenia – same opisując swoją pozycję w kategoriach moralnego zobowiązania. Takie podejście nie ma, rzecz jasna, zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym stanem społeczeństw lub problemami współczesnej demokracji, ale mieć nie musi – dopóki sami inteligenci nie zrezygnują z takiego określania własnej pozycji.

Do tej pory wydawało się, że opisany wyżej model rzeczywiście nijak nie współgra z dzisiejszym światem, że inteligenci dość szybko postanowili porzucić etos zaangażowania, ten inteligencki płaszcz Konrada, i w XX wiek weszli bez kompleksów. Nawet jeśli uznać, że życie w PRL-u, kraju dalekim od pełnej wolności, mogło sprzyjać odradzaniu się takich postaw, o czym świadczyć może niezwykła wręcz popularność Rodowodów niepokornych Bohdana Cywińskiego, tak po roku 1989 mówienie o inteligenckim etosie dość szybko zaczęło trącić myszką.

W końcu w latach dziewięćdziesiątych i u progu nowego wieku ogłoszono co najmniej kilka śmierci i pogrzebów prawdziwych inteligentów. Jednocześnie inteligent stale był jednym z bohaterów politycznego przedstawienia – rozliczano albo jego dawne winy z przeszłości, np. udział w stalinizmie, albo też grzechy całkiem współczesne, jak chociażby gwałtowną liberalizację gospodarki, co silnie dotknęło klasę robotników. Dawał też o sobie znać – od samego początku przemian – opisywany wyżej dyskurs złych elit rzekomo walczących z dobrym ludem. Ten stan trwał tak długo i w swych zrytualizowanych formach tak bardzo oddalał się już od rzeczywistości, że przez wielu interpretowany był jako przejaw ostatnich politycznych i kulturalnych konwulsji zwiastujących rychłą śmierć pacjenta. Innymi słowy, wydawało się, że nowe pokolenie młodych inteligentów – tych wchodzących dopiero w polskie życie publiczne – na dobre porzuci inteligencki etos, bez złudzeń co do własnej pozycji lub roli w społeczeństwie.

Nic takiego się jednak nie stało. Co więcej, przekonanie o wyróżnionej pozycji inteligenta nie tylko nie osłabło, lecz przeciwnie – zyskało nowych nieoczekiwanych zwolenników. Młodzi polscy inteligenci, stojący wreszcie przed wyzwaniem stworzenia nowego wzoru, poddali się właściwe bez walki, przyjmując gotowy schemat – pielęgnowany przez lata w umysłach dawnych inteligentów ideał poświęcenia się czy to polskiemu narodowi zagrożonemu wynarodowieniem przez kosmopolityczne elity, czy też biernym masom skonsumowanym przez globalne korporacje.

Kiedy w 2006 roku na łamach „Arcanów” czytaliśmy o „końcu polityki inteligenckiej” (tytuł tekstu Jana Filipa Staniłki) nie mieliśmy wcale do czynienia z rzeczywistym końcem polskiej zaangażowanej inteligencji. Wręcz przeciwnie tekst Staniki można śmiało potraktować jako swego rodzaju manifest zaangażowania kolejnego aspirującego do przywództwa pokolenia inteligencji. Staniłko powielał w nim większość obecnych w polskiej polityce klisz dotyczących elit, polskiego społeczeństwa i ponad wszystko – pozycji prawdziwego inteligenta. Wbrew tytułowi wieszczył nie tyle koniec polityki robionej przez zaangażowanych inteligentów, ile koniec polityki robionej przez inteligentów z innego politycznego obozu. Paradoksalnie więc jego tekst – po debatach lat 90. zsyłających etosową inteligencję w niebyt dziejów – można uznać za jeden z głosów odrodzenia zaangażowanej inteligencji, z wszystkimi tego konsekwencjami.

„Dziś również – pisał – inteligencja powinna wrócić do swoich korzeni, odkryć czynne zaangażowanie społeczne”, a w innym miejscu „Zasłużyć na miano inteligenta to wyzwanie osobiste, to pewnego rodzaju przywilej, który powinien być zarezerwowany dla tych, którzy rzeczywiście potrafią zmierzyć się z tym powołaniem. Inteligenckość jest bowiem wypływającym z tradycji powołaniem do budowy dobra wspólnego, lojalnością wobec specyficznej, uformowanej w przeszłości idei społecznego zaangażowania.”

Staniłko bynajmniej nie był w swych poglądach osamotniony. Podobne zdania znajdziemy także dziś w wypowiedziach choćby Sławomira Sierakowskiego, który – mimo że stoi po przeciwnej stronie politycznej barykady – odwołuje się do tego samego etosu zaangażowanego inteligenta. W wywiadzie opublikowanym na łamach „Krytyki Politycznej” nie pozostawia wątpliwości co do wybranej przez siebie autodefinicji: „(…) najistotniejsze jest dla mnie definiowanie inteligencji przez postawę, etos, system idei, który wcale nie polega (…) na przynależności do warstwy ludzi wykształconych lub wykonujących wolne zawody, ale na nonkonformizmie, ideowości, skłonności do poświęcenia i gotowości do działania w służbie najsłabszych grup społecznych”. W kolejnych zdaniach dodaje: „Inteligent zawsze narażony jest na podwójną alienację – od władzy i od społeczeństwa. Przez pierwszą jest dyskryminowany, a przez drugą nierozumiany. Dziś głównym problemem inteligencji jest cynizm postpolitycznej władzy i konsumpcyjnego społeczeństwa”. Cytaty można mnożyć, argumentacja obu stron posiada jednak wspólny mianownik – politykę robią zaangażowani inteligenci, którzy niezmiennie krążą wokół tej samej osi politycznego sporu – tworzących zmianę elit i biernego społeczeństwa.

Wciąż tańczymy zatem ten sam taniec, choć muzyka dawno już do niego nie zachęca. Odtwarzamy formy, które dziś są już tylko pustym rytuałem. Jerzy Giedroyc powiedział kiedyś, że Polską rządzą dwie trumny – Piłsudskiego i Dmowskiego. Dziś moglibyśmy go sparafrazować i powiedzieć – Polską ciągle rządzą trumny polskich zaangażowanych inteligentów. Zresztą może się okazać, że tak często przywoływany ostatnio Stanisław Brzozowski rzeczywiście jest autorem współczesnym. W końcu w Legendzie Młodej Polski polskich inteligentów krytykował za to, że chcą być romantykami w zgoła nieromantycznych czasach, powtarzają gesty, gdy trzeba czynu. Dziś moglibyśmy za nim powtórzyć – przed nami inne problemy i wyzwania, zaangażowana inteligencja im nie podoła. Potrzebujemy innego wzoru, a ten dopiero trzeba wypracować.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata