70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Cud jest nieudolny

Myślenie religijne jest skazane na pewną ambiwalencję wobec cudu: cud z jednej strony jest przekonujący, ale z drugiej – paradoksalnie konserwuje porządek doczesny. To, że w tym momencie mogę kogoś nakarmić, nie spowoduje, że za chwilę nie będzie głodny.

Czy wierzy Pan w cuda?

Nie mogę wykluczyć istnienia cudów. Ale to jest zupełnie inne stwierdzenie, niż powiedzieć: „wierzę w cuda”. Wiara w cuda pociąga za sobą gotowość, by cud przyjąć. Racjonalista, uwzględniający różne możliwości i zakładający otwarty charakter wiedzy o świecie, powinien być w tej kwestii agnostykiem. Z punktu widzenia nauk przyrodniczych cudów nie ma. Nauki przyrodnicze mają pewną liczbę założeń dotyczących natury wszechświata, praw, które nim rządzą, dlatego na ich gruncie nie ma miejsca na wiarę w cuda definiowane jako odstępstwo od tychże praw. Z drugiej strony, z punktu widzenia racjonalizmu, który ja szanuję, nauki przyrodnicze nie mogą ontologizować swoich wypowiedzi, tak jak to robi filozof czy teolog. Nauki są zredukowane zarówno co do perspektywy, jak i co do przedmiotu. Zajmują się zawsze pewnym fragmentem rzeczywistości z pewnej określonej perspektywy w określonym czasie. Dlatego wypowiedzi nauki mają w pewnym sensie charakter doraźny. Dobrze i wygodnie jest myśleć o nauce jak o grach, które mają pewne reguły. Nauki przyrodnicze „umawiają się”: pewne rzeczy akceptują, a inne odrzucają. Jeśli się – mówiąc językiem Thomasa Kuhna – namnoży określona liczba anomalii, konieczne będzie zrezygnowanie z pewnych założeń, presupozycji.

Jeśli przyjmiemy istnienie cudów, indeterminizm, to uprawianie nauki nie ma sensu, przynajmniej w tym aspekcie, w którym nauka powinna być nomotetyczna, a więc poszukująca stałych praw rządzących rzeczywistością. Jeżelibyśmy zrezygnowali z tego założenia, to musielibyśmy uznać, że niezależnie od tego, co wiemy o świecie, i tak w pewnym momencie może zdarzyć się cud: Łazarz zmartwychwstanie.

 

Cud nie musi dotyczyć jedynie świata przyrody. Może obejmować to, co się dzieje między ludźmi. Pewne sytuacje mogą być zinterpretowane jako nieomal cudowne, choć tak naprawdę przynależą do porządku ludzkiego. W tym sensie uznanie czegoś za cud jest kwestią interpretacji, na przykład interpretacji nawrócenia Pawła w drodze do Damaszku.

W światopoglądzie zbudowanym na podstawach naukowych jest bardzo niewiele miejsca na cud rozumiany w bardzo ścisłym sensie, to jest jako wyrwa w prawach przyrody. Istnieją jednak i sytuacje z porządku ludzkiego, hermeneutycznego – zdarzenia, które mają miejsce między ludźmi – a ich natura może zostać zinterpretowana jako cudowna. W tym wypadku wiele z tego, co nazywamy cudem, ma swoje źródło w interpretacji. Zastanawiam się, czy w moim życiu wydarzały się cuda. Na pewno zdarzyło się kilka takich rzeczy, które mógłbym nazwać cudownymi. Spowodowały one radykalną przemianę wewnętrzną, gwałtowny wzrost moich możliwości duchowych czy intelektualnych, zmianę całej orientacji życiowej; dały poczucie wyratowania z jakiejś straszliwej opresji. Jednak z drugiej strony, gdybym popatrzył na nie z innej, sceptycznej perspektywy, perspektywy sceptyka, to mógłbym powiedzieć: to, co się w moim życiu wydarzyło, nie rozrywa porządku przyczynowego. Uznanie tego za cud jest moją decyzją. Mam do czynienia z sytuacją, w której nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to możliwe, że pewna rzecz przebiegła w taki, a nie inny sposób. W gruncie rzeczy pytanie o wiarę w cuda wymaga intencji innej niż potoczna i stosowana prawdopodobnie przez większość ludzi, to znaczy „czy da się zawiesić prawa natury czy nie”. Pytanie to ma charakter bardzo osobisty i powinno brzmieć następująco: „czy uważasz, że masz w sobie tyle siły wewnętrznej, duchowej, że potrafiłbyś wytrzymać sytuację, w której doświadczasz cudu albo byłbyś w stanie cudu zażądać i go otrzymać?”. W Ewangelii przeważa właśnie ta druga perspektywa: „idź, twoja wiara cię uzdrowiła”.

 

Być może cud może funkcjonować jedynie w obszarze wiary? Uzdrowienie cielesne jest w pewnym sensie widzialnym znakiem uzdrowienia duchowego.

Dla bardzo ciężko chorego człowieka sytuacja, w której ktoś go „wyciąga” z tej choroby, jest sytuacją cudowną, nawet gdyby się zdarzyła w sposób możliwy do wyjaśnienia dzięki prawom natury. Moim zdaniem najważniejszym wymiarem cudów opisanych w Ewangeliach jest bezpośrednia, osobista relacja. Gdybyśmy przyjęli, że Jezus Chrystus uzdrowił kogoś tylko dlatego, żeby inni to zobaczyli, to taki cud byłby wyrazem skrajnie instrumentalnego traktowania człowieka. To jest najgorsza sytuacja, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić.

 

…że Chrystus uzdrowił kogoś dla przykładu, że ten czyn miał przede wszystkim charakter dydaktyczny?

Chrystus opisany w Ewangeliach pokazuje, że zna danego człowieka znacznie lepiej, aniżeli mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka: „Ja cię znałem, zanim ty mnie poznałeś”, „To ja was wybrałem, a nie wyście mnie wybrali”. Wchodząc w relację z drugim człowiekiem, zna całą jego sytuację ontologiczną, egzystencjalną, zna go lepiej aniżeli on sam. W przeciwnym razie cuda nie miałyby sensu.

 

To jednak prowadzi do wniosku, że jedni zasługują na cud, a inni nie. Nie każdego Chrystus uzdrawia. Dlaczego wybiera tego, a nie innego człowieka?

Nie, to nie musi prowadzić do takiego wniosku. W porządku wiary nie obowiązują takie same zasady jak w zwykłym porządku życia. Pytając, dlaczego jedni zasługują na cud, a inni nie, człowiek pozostaje w ramach porządku sklepikarskiego. W porządku sakralnym można przyjść do pracy o ósmej rano i dostać sto dolarów, o dwunastej także sto dolarów i o piętnastej również sto dolarów, a jednocześnie nie można być pewnym, co będzie o dwudziestej. Z perspektywy porządku, o którym Pani mówi, nie można ani uchwycić tamtego porządku, ani go oceniać. Wszelkie próby tego rodzaju są skazane na niepowodzenie.

 

Twierdzi Pan zatem, że to, co wydarza się pomiędzy Jezusem a człowiekiem, który doświadczył cudu, jest nieopisywalne? Musi pozostać tajemnicą?

Tak, to jest coś, co rozgrywa się jedynie między nimi. Natomiast to, że inni to widzą i są tym poruszeni, z perspektywy kogoś takiego jak Jezus wcale nie jest dobre. On mówi: „poszliście za mną, dlatego że was nakarmiłem, ale tak naprawdę powinniście pójść za mną z innych powodów”. Wyobrażam sobie, że Chrystus patrzy na jakiegoś człowieka i widzi – by uciec się do metafory – że jest on niczym przewrócony chrząszcz. I stawia go z powrotem na nogi.

 

Zdaje się, że Bóg mógłby poodwracać wszystkie chrząszcze…

Nie jestem teologiem. Mogę tylko powiedzieć, jak ja rozumiem ten komunikat: wydaje się, że Bóg mógłby być sprawiedliwy. Ale z jakiegoś powodu nie jest. Takie postawienie sprawy jest wciąż myśleniem z poziomu sklepikarskiego. To dyskurs ekonomicznej wymiany. Religijna perspektywa jest zupełnie inna. Bardzo mnie przekonuje coś, co kiedyś powiedział Tomasz Węcławski: cały problem ze Zmartwychwstaniem Jezusa polega na tym, że ktoś, kto próbuje zgłębić tę sprawę, zachowuje się tak, jakby wiedział, na czym Zmartwychwstanie polega. Tymczasem nikt nie ma prawa wiedzieć, czym jest Zmartwychwstanie. Skoro nie wie, nie jest w stanie tego ocenić. Sytuacja z cudami jest pod pewnymi względami podobna.

 

Czy sytuacja kogoś, kto obserwuje cud z boku, i kogoś, kto go doświadcza, jest radykalnie różna? 

Porządek tego świata i porządek religijny to dwa różne porządki i najcenniejsze, najbardziej pociągające w religii jest to, że dąży ona do świata innego niż ten, którego doświadczamy. Problem tak naprawdę polega na tym, że cud jest w gruncie rzeczy zademonstrowaniem porządku tamtego świata w sposób koślawy, wręcz, by tak rzec, maksymalnie nieudany.

 

Zapośredniczony w języku tego świata.

Można powiedzieć, że człowiek, który dokonuje cudu, zostaje sprowadzony do porządku iluzjonisty. Mówiłby do słuchaczy jak do dzieci: „Zjedliście bardzo ładnie szpinak, to teraz dostaniecie po ciastku. Ciastka są szkodliwe, cukier zniszczy wam zęby, ale je dostaniecie, bo inaczej to was nie przekona, nie polubicie szpinaku (czyli innego, religijnego porządku)”. Jeśli ktoś potrafi wejść w ten porządek, to będzie generował cuda, ale nie jako cel, lecz skutek uboczny. O co tak naprawdę chodzi w cudzie? Żeby zademonstrować, że istnieje moc, jakiej żadna z tych rzeczy, których człowiek się najbardziej obawia, się nie oprze. Co jest największą udręką człowieka? Moim skromnym zdaniem największą udręką człowieka jest to, że to, co się zdarzyło, jest nieodwracalne. Jesteś Dominiką i nie jesteś w stanie nic z tym zrobić. Wszystko, co się w twoim życiu zdarzyło, zdarzyło się i koniec. Amen. Jesteś niewolnikiem tego, co się wydarzyło. Choćbyś nie wiem jak kreatywnie to przetrawiała, mówiła, że twoje życie jest cudowne, udane, możesz być pewna, że twoi bliscy kiedyś umrą, że ty umrzesz, a wcześniej jeszcze popełnisz wiele błędów. Nie uciekniesz od tego, nie ma takiej możliwości. Prawdziwie atrakcyjna religia mówi w takiej sytuacji: „istnieje wyzwolenie z tego porządku, wszystko, o czym myślisz, że jest nieuchronne, nieodwracalne – jest odwracalne”. Oczywiście nie da się tego zrealizować w tym porządku ostatecznie. W tym porządku mogą być tylko luki czy wyrwy. Tu widzimy wszystko jakby przez zasłonę. Zaś ostateczny stan jest niewyobrażalny. Cud w gruncie rzeczy ma pokazać, że śmierć w jakiś sposób nie jest faktem ostatecznym. W cudach nie chodzi o nic więcej. Uzdrowienie paralityka czy zmartwychwstanie Łazarza jest nieudolnym tego zademonstrowaniem.

 

Dlaczego nieudolnym?

Dlatego, że Łazarz i tak w końcu umrze. Dziś zmartwychwstał, ale za parę lat umrze. Paralityk został uzdrowiony, ale on również kiedyś umrze. Cud jest nieudolny. On nie zmienia naszej ludzkiej kondycji w sposób trwały. Chrystus, jak każdy nauczyciel religijny, chce pokazać, że istnieje inny porządek, który fundamentalnie zmienia nasz sposób rozumienia tego porządku. Że jest porządek absolutnej wolności, absolutnego braku zagrożenia, w którym nie ma żadnych ograniczeń. Dlatego myślenie religijne jest skazane na pewną ambiwalencję wobec cudu: cud z jednej strony jest przekonujący, ale z drugiej – paradoksalnie konserwuje porządek doczesny. To, że w tym momencie mogę kogoś nakarmić, nie spowoduje, że za chwilę nie będzie głodny. To, że zostałaś uzdrowiona z jednej choroby, nie znaczy, że nie możesz umrzeć z powodu innej. Ci, co jedzą ten chleb, nadal będą głodni. Ci, którzy piją, nadal będą spragnieni. W ramach tego porządku, nie da się tego zmienić w sposób trwały. Porządek sakralny dysponuje możliwością nieustannej odnowy czy nieustannej przemiany w każdym wymiarze. Przemiana w wymiarze duchowym jest ważniejsza niż w cielesnym. Chrystus może nam to jednak zademonstrować tylko na przykładzie cielesnym. Jan od Krzyża błagał Boga, żeby w trakcie swoich ekstaz już więcej nie lewitował. Mówił, że to mu przeszkadza. „Błogosławiony jesteś Tomaszu, bo zobaczyłeś i uwierzyłeś”, ale o wiele lepiej jest uwierzyć, nie mając żadnych dowodów. Człowiek jednak – jak święty Tomasz – potrzebuje takich znaków. Religia żąda od ciebie, żebyś podporządkowała swoje życie prawu, które pozbawia cię akcesu do większości rzeczy uważanych w ramach porządku doczesnego za najważniejsze i najbardziej godne pożądania. Bóg, żądając ode mnie, żebym za każdym razem, kiedy pragnę pani Helenki, przezwyciężył to pragnienie, musi mieć mocne argumenty. Cud jest poniekąd gwarancją tego, że tamten porządek jest silny, mocny, realny. Pokazuje, że ktoś z „tamtego” porządku może dowolnie zmieniać „ten” porządek. Cud pokazuje człowiekowi, że to, że umrze, nie jest dostatecznie pewne. Nieodwracalność rzeczywistości zostaje zanegowana. Jak pisał Szestow: wszyscy myślą, że Sokrates wypił cykutę, umarł i nie żyje. Prawdziwa religia mówi: to nie jest oczywiste. Możliwa do pomyślenia jest nawet sytuacja, że nic takiego się nigdy nie zdarzyło.

 

Można więc powiedzieć, że cuda są odpowiedzią na ludzką, słabą kondycję?

Wyobraźmy sobie – w świecie, w którym liczy się przede wszystkim stan posiadania, pojawia się ktoś głoszący: chodź za mną, wyrzeknij się wszystkiego i służ ubogim. Kto chce podążać za tym przesłaniem, musi postąpić wbrew sobie „naturalnemu”, wyprodukować nowego siebie za pomocą nieprzyjemnej, wymagającej wyrzeczeń procedury. Większość tradycji religijnych rozumiała, że nie da się w żaden sposób przedstawić drogi ascezy, dyscypliny, altruizmu jako atrakcyjnej bez dorzucenia pewnych ornamentów czy laurek w postaci opowieści, w których element cudowny udowadnia, że porządek religijny naprawdę działa. Porządek cudowny ma wiele zalet. Oferuje, podobnie jak porządek baśni czy marzenia sennego, obcowanie ze światem, w którym dzieją się rzeczy niewiarygodne, takie, jakie w naszej rzeczywistości nie mogą się zdarzać. Podstawową korzyścią płynącą z porządku cudownego jest podważenie naszej niezbywalnej wiedzy o tym, że umrzemy. Żyjemy w Tanatosie, w ostatecznym porządku śmierci, który cud podważa, a nawet neguje. Taka jest z ludzkiej perspektywy jego najważniejsza rola.

 

Z drugiej strony cuda mogą nas odwoływać ostatecznie do dużo większego cudu, do Zmartwychwstania.

Myślę, że cud ma generalnie pełnić funkcję znaku. Problem leży w tym, że ludzie natychmiast starają się wciągnąć go w poetykę tego świata.


Bartłomiej Dobroczyński, dr hab., pracuje w Instytucie Psychologii UJ, członek Kolegium Interdyscyplinarnego Centrum Etyki Wydziału Filozoficznego UJ. Bada m.in. relacje między sferą duchowości a psychologią.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter