70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kuroń, Sopoćko, Musiał

Mój Kościół jest Kościołem grzeszników i proroków. Mówię oczywiście o prorokach w sensie najszerszym, czyli o ludziach w wyjątkowy sposób oddanych Kościołowi albo bliskich jego misji. I wierzących tak mocno, jak tylko to jest możliwe. Dlatego odnoszenie się Kościoła jako instytucji i wspólnoty do wielu z nich budziło we mnie poczucie, że mój Kościół potrafi być niesprawiedliwy. O poczucie wdzięczności pytam siebie za każdym razem, gdy przypominają mi się tacy ludzie jak Jacek Kuroń, ksiądz Michał Sopoćko czy ksiądz Stanisław Musiał SJ.

Jacek Kuroń

Postawa Kościoła wobec Jacka Kuronia boli mnie jakoś szczególnie. Może dlatego, że jego „niereligijne chrześcijaństwo”, wybiegające daleko poza urzędnicze sprawdziany religijności, zostało sprawdzone doświadczalnie. Czystość intencji potwierdzał przez całe życie: jako wychowawca młodzieży w latach pięćdziesiątych, jako działacz opozycji demokratycznej (a swą opozycyjność zamanifestował po raz pierwszy w 1964 roku, podpisując z Karolem Modzelewskim list otwarty do członków partii, nie mając za sobą nawet minimalnego poparcia społecznego), jako minister pracy i polityki społecznej, dla którego zawsze najbardziej liczyli się wykluczeni.

Kościół nie ujął się jednak za Jackiem, gdy pomawiano go o przeszłość agenturalną (co można wyczytać choćby w publikacjach historyka Piotra Gontarczyka) albo niesprawiedliwie oskarżano. Wystarczy przypomnieć jedno z takich wystąpień przeciwko Jackowi, z lipca 1995 roku, kiedy ojciec Tadeusz Rydzyk w programie telewizyjnym Puls Dnia obarczył Jacka Kuronia odpowiedzialnością, z racji prowadzenia przez niego „czerwonego harcerstwa” w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych, za zbrodnie stalinizmu, łącznie z Katyniem i wywózkami na Sybir. Zasugerował także, że dziesięć lat spędzone przez Jacka w więzieniach było elementem politycznej gry.

Krzywdzono człowieka, więc czekałam na głos kościelnego autorytetu, który by publicznie oświadczył: „Tak się nie godzi, to nie po chrześcijańsku”. Nie wydaje mi się, bym oczekiwała zbyt wiele. Jacek, mimo że nie można mu było wydać zaświadczenia z kancelarii parafialnej o jego katolickości, wydawał się przecież pochodzić z samego sedna chrześcijaństwa przez swoje całkowite i bezinteresowne oddanie bliźniemu, które można stawiać innym za wzór. Gdyby Jackowi było dane spotkać Matkę Teresę, zapewne padliby sobie w ramiona, bo tyle ich łączyło. Mimo że Jacek przez całe życie zachowywał dystans wobec religii instytucjonalnej, a Matka Teresa została zaliczona przez Kościół w poczet błogosławionych.

Ksiądz Michał Sopoćko

Sięgając do osób, wobec których problem wdzięczności staje niebywale ostro, muszę opowiedzieć o postaci właściwie zapomnianej: księdzu Michale Sopoćce, spowiedniku siostry Faustyny i, po jej śmierci, niestrudzonym apostole Bożego Miłosierdzia.

Usłyszałam o nim jeszcze jako dziecko, mieszkając w Wilnie. Mojemu ojcu bardzo zależało, by swoje córki, czyli moją starszą siostrę Teresę i mnie, zabierać jak najwcześniej do kościoła, a jednocześnie nie zniechęcać do liturgii wysłuchiwaniem przedłużających się nabożeństw. Zabierał nas na msze bez kazania, które trwały około pół godziny, i do kościołów z piękną oprawą muzyczną, na przykład do Świętego Michała, kościoła sióstr bernardynek, których kapelanem był właśnie ksiądz Sopoćko. Siostry miały pięknie ustawione głosy, profesjonalną organistkę i… wysokie ławki pod chórem. Dzięki temu widziałyśmy z Teresą wszystko doskonale, w tym księdza Sopoćkę sprawującego Eucharystię przedsoborowym zwyczajem, czyli odwróconego tyłem do wiernych.

Mój ojciec przyjaźnił się z nim, ale nie przypuszczam, bym wtedy, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, wiedziała, czym jest koronka do Bożego Miłosierdzia. Prawdopodobnie nauczyłam się jej podczas jednej z tych nocy sowieckiej okupacji Wilna z lat 1939–1941, kiedy zamiast spać modliliśmy się – jakże egoistycznie! – by to nie nas wywieziono w głąb Związku Radzieckiego. Wywózki trwały przecież do ostatnich godzin przed wejściem Niemców do miasta.

Pamiętam, że kiedyś przyjechano po rodzinę, która mieszkała w oficynie naszej kamienicy na ulicy Zamkowej. Moja koleżanka, która akurat u nas była, zaczęła strasznie płakać, bo na odkrytej platformie byli już jacyś ludzie, w tym siostry zakonne. Nie wiem dlaczego, ale się nie bałam (rzadko kiedy w życiu się bałam) i starałam się ją pocieszyć, mówiąc: „Nie martw się, Pan Bóg się z nimi policzy”. Głęboko wierzyłam, że kiedyś musi nastąpić sprawiedliwość…

W starciu z radziecką biurokracją, która działała idealnie wtedy, kiedy chciała kogoś dopaść, trudno było wyczekiwać skądkolwiek ratunku czy pocieszenia. Sowiecka fala zagarniała tych, którzy mogli stanowić dla niej zagrożenie: nauczycieli, rodziny wojskowych, lekarzy, prawników, zatrzymując się, przynajmniej na razie, przed progami innych domów. Wtedy nie można było liczyć na sprawiedliwość, prędzej na miłosierdzie, dlatego słowa: „miej miłosierdzie dla nas i całego świata”, stawały się jedynym wsparciem.

Wojenne doświadczenia zweryfikowały kościelny dystans wobec objawień siostry Faustyny i kultu Bożego Miłosierdzia, jaki dał o sobie znać rok przed wybuchem wojny w sceptycznej wypowiedzi metropolity wileńskiego, arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego. Ludzie wybrali inaczej niż hierarchia, ale wojna się skończyła, a stanowisko Kościoła instytucjonalnego nie uległo zmianie. Ksiądz Sopoćko pisywał listy do Rzymu i przygotował od strony teologicznej wprowadzenie w Kościele święta Bożego Miłosierdzia. Petycję wystosowali polscy biskupi. Na niewiele się to zdało: w 1958 roku Święte Oficjum wykluczyło możliwość ustanowienia święta, a rok później wręcz zakazano propagowania kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez siostrę Faustynę. Księdza Sopoćkę musiało to zaboleć, ale nie wyhamowało jego starań. Z Białegostoku, gdzie osiadł po repatriacji z Wilna, wciąż pisał do Rzymu, prosił, tłumaczył… Wspomniane dekrety unieważniono dopiero w 1978 roku, trzy lata po jego śmierci.

Jest dla mnie tajemnicą, jak można być czemuś tak wiernym, mimo przeciwności i osamotnienia, tak długo czekając na uznanie swoich racji. Bo przecież jego posłannictwo świat w końcu przyjął, a gorącym orędownikiem Bożego Miłosierdzia stał się Jan Paweł II. I choć we wrześniu 2008 roku, ponad osiem lat po kanonizacji siostry Faustyny Kowalskiej, ksiądz Sopoćko został beatyfikowany, mam wrażenie, że niewielu, także w samym Kościele, jest takich, którzy pamiętają, komu zawdzięczają przechowanie tej właśnie prawdy, że Bóg jest nie tylko sprawiedliwy, ale i miłosierny.

Ksiądz Stanisław Musiał SJ

Kim był ksiądz Stanisław Musiał, jezuita, przypominać nie trzeba. Choć od jego śmierci w 2004 roku upłynęło dopiero kilka lat, wydawane są zbiory jego tekstów, ufundowano nagrodę jego imienia, pisana jest biografia, odbyło się kilka sympozjów poświęconych jego osobie i działalności.

Staszek był jednym z tych ludzi, którzy kwestię ułożenia stosunków katolicko-żydowskich stawiali niesłychanie klarownie i odważnie. To między innymi jego determinacji i poczuciu taktu zawdzięczamy przeniesienie w 1987 roku klasztoru sióstr karmelitanek z terenu obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, co zakończyło bardzo bolesny konflikt. Staszek niestrudzenie piętnował przejawy antysemityzmu wśród kleru, którego przykłady opisał w dramatycznym tekście Czarne jest czarne (1997).

Jego głos protestu dał się słyszeć pod koniec lat dziewięćdziesiątych podczas obłędnej akcji stawiania krzyży na Żwirowisku obozu w Auschwitz, gdzie w czasie wojny mordowano więźniów. Ale też – to już przypomina się znacznie rzadziej – w licznych wystąpieniach przeciwko przywiązaniu Kościoła do środków bogatych.

W felietonie Biskup Jan potrzebny od zaraz pisał, że gdyby święty Jan Chryzostom, opiekun ubogich, żył dzisiaj, „mielibyśmy zamiast monstrualnej bazyliki w Licheniu fundację stypendialną dla dzieci z byłych pegeerów. Budowalibyśmy zamiast sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie Zakład Helclów nr 2”. Radykalizm proroka, za którego wielu uważało księdza Musiała, przypominającego, że chrześcijańskie miłosierdzie znalazłoby pełniejszy wyraz w budowie nowoczesnego domu opieki społecznej niż kolejnej świątyni, musiał boleć. Tyle że jest to potrzebne, i to w każdym czasie, by znalazł się ktoś dość odważny, by zakwestionować zdanie większości, nawet jeśli dotyczy ono tak bliskiego polskiemu Kościołowi i wiernym przedsięwzięcia jak łagiewnickie sanktuarium.

Ksiądz Musiał mógł służyć Kościołowi polskiemu w wielu sprawach rozeznaniem niesłychanie precyzyjnym, ale po tym, jak w 1995 roku przestał być sekretarzem Komisji Episkopatu Polski do spraw Dialogu z Judaizmem, której członkiem był od momentu jej powstania w 1986 roku, Kościół jakoś nie potrafił wykorzystać jego talentów i doświadczenia. Przełożeni krakowskiego klasztoru, gdzie Staszek mieszkał, zgodzili się, by został kapelanem w domu opieki dla starszych kobiet prowadzonym przy ulicy Kołłątaja przez siostry felicjanki.

Wiem, że taką drogę wybrał sam i realizował ją znakomicie: był lubiany przez pensjonariuszki i bardzo ceniony przez lekarzy, ale nie potrafię patrzeć na to inaczej niż jak na zesłanie. Gdyby ksiądz Musiał znalazł się w domu przy Kołłątaja, ponieważ przełożeni uznali, że opieka nad osobami nic nieznaczącymi to jest dopiero realizacja prawdziwego kapłaństwa, więc Kościół posyła do nich najlepszych swoich ludzi – to byłoby wspaniałe. Ale realia były inne: Staszek wybrał pracę, której nikt nie chciał. Zawsze miał wielkie serce dla ubogich (ilu krakowskich bezdomnych ma go do dzisiaj we wdzięcznej pamięci!), ale przecież wybrał tę posługę po kolejnym zakazie publikacji, jaki otrzymał od przełożonego.

O sobie nie myślał wcale, nawet o swoim zdrowiu. Odszedł zdecydowanie za wcześnie. Kiedy żegnaliśmy go na cmentarzu Rakowickim, na pewno bardzo wielu miało poczucie żalu, że już nie wynagrodzimy mu krzywd, których doznał naprawdę niemało.

 

***

Na koniec upomnę się o wdzięczność dla pewnego szyjącego sutanny krawca z ulicy Pańskiej w Krakowie (obecnie Skłodowskiej-Curie), gdzie znalazł się po repatriacji z Wilna w 1946 roku z siostrą i dwiema córkami. Zajmująca czteropokojowe mieszkanie obca krakowska rodzina odstąpiła im jeden, zastrzegając, że przybysze nie mają prawa korzystać z kuchni ani z toalety, a młodsza córka nie może grać na skrzypcach. Po wodę schodzą więc każdego ranka na podwórze; tam też znajdują się sanitariaty, które nazywają „kazionne”. Dziewczyna, oczywiście, przestaje ćwiczyć i zamiast do konserwatorium muzycznego, idzie na uniwersyteckie studia polonistyczne.

Najważniejsze, że mieszkanie jest w środku miasta, bo „księża nie mogą chodzić daleko”, jak uważa krawiec. A księży w Krakowie nie brakuje, choćby w pobliskiej bazylice Ojców Jezuitów, gdzie rano co pół godziny wychodzi sprawować mszę po kilku księży. Krawca to bardzo gorszyło: tu jest tylu celebransów, a na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych ludzie tygodniami czekają na mszę, spowiednika, opiekuna duchowego.

Repatrianci podzielili pokój szafami na dwie części. W większej krawiec ulokował jedną maszynę do szycia i drugą do obszywania dziurek na guziki, rozłożył stół krawiecki, wyciągnął żelazko z kufra. W mniejszej części pokoju zainstalował kozę, ustawił toaletkę po zmarłej żonie. Razem z córkami powyciągał z kilku skrzyń, jakie mogli zabrać, książki, ubrania, pościel.

Ten krawiec to był mój ojciec: Józef Golmont. W 1995 roku, jedenaście lat po jego śmierci, w tygodniku „Polityka” jako dowód głupoty i złej woli niektórych działaczy Solidarności zacytowano fragment tekstu z biuletynu informacyjnego Komitetu Fabrycznego Solidarności w Ursusie, autorstwa jej rzecznika Andrzeja Krzepkowskiego: „Redaktorem naczelnym tygodnika jest niejaki Jerzy Turowicz (z domu Jakow Turnau), a jego zastępczynią – Józefa Hennelowa (z domu Zyta Goldmond), córka wileńskiego enkawudzisty”.

Niestety pan Krzepkowski napisał całkowitą nieprawdę, nie mam żydowskich korzeni. Mam białoruskie, mam żmudzkie, oczywiście polskie, ale żydowskich niestety nie. W tym zdaniu co innego jednak, niż dociekania czystości mojej krwi, mnie zabolało – absurdalne posądzenie mojego ojca o przynależność do NKWD. Prawdziwym wstrząsem było jednak dla mnie to, że nie sposób było uzyskać jakiegokolwiek zadośćuczynienia od Solidarności za zniesławienie pamięci mojego ojca. Jakby wyrządzona ojcu podłość nie miała znaczenia, bo nie żył, więc nie mógł jej usłyszeć. A Solidarność była wówczas nie tylko ruchem społecznym, ale także wciąż wiele znaczącą siłą polityczną, ustawicznie powołującą się na wartości, nauczanie społeczne Kościoła, epatującą zapewnianiem, że dochowuje wierności ideałom z ’80 roku.

Z duchowieństwa, któremu mój ojciec służył kilkadziesiąt lat, wziął go publicznie w obronę tylko arcybiskup Marian Jaworski z Lubaczowa, metropolita lwowski, mimo że żyło jeszcze wówczas mnóstwo księży krawca Józefa Golmonta na pewno pamiętających. Mogę tylko powtórzyć za Jackiem Woźniakowskim, który pytał wówczas w tekście upominającym się o jego dobre imię: „Co myśli duchowieństwo, które choć nie powinno uprawiać polityki, to przecież z natury rzeczy stoi na straży obyczajności życia społecznego? Dlaczego szkalowanie ludzi uchodzi na sucho nie tylko publikacjom różnych organizacji, ale też mediom, zależnym wprost od władz kościelnych?”. No właśnie…

Sprawa miała znaczenie daleko wykraczające poza jednostkowe, prywatne zdarzenie, bo przecież nie tylko mojego ojca tak wówczas potraktowano.

Jeśli pamiętało się Solidarność modlącą się podczas strajków, ludzi w skupieniu i na klęczkach publicznie się spowiadających podczas pielgrzymek papieskich, trudno było się pogodzić, że w wolnej Polsce współpracę zastąpiły podejrzenia i oszczerstwa. Zaczęto ludziom grzebać w życiorysach i rodzinach, wyszukując a to ojca w partii, a to podpisaną deklarację o współpracy z SB (i nie miało znaczenia, że nigdy się tego zobowiązania nie wypełniło), a to brata, który był stalinowskim prokuratorem… Było to dopuszczalne, a przynajmniej tolerowane i, o ile sobie przypominam, żaden duszpasterz nie powiedział: „Nie wolno wam”.

A przecież zaledwie kilka lat wcześniej, w ciągu dekady lat osiemdziesiątych, obserwowaliśmy, jak Kościół potrafi przygarniać wszystkich, którzy w opresyjnym systemie PRL-u się nie mieścili. Po kościołach, w ramach akcji odczytowej, kwitło żywe słowo, co nie było bez znaczenia, gdy gazety cięła cenzura. Tam krzyżowały się drogi artystów, intelektualistów, ludzi nauki, działaczy KOR-u… I nie miało znaczenia, kto jest wierzący, kto ma ślub kościelny, kto jest konwertytą. Wspólnie budowaliśmy społeczeństwo, które miało być do gruntu uwolnione od komunizmu, oparte na wierności ideałom, uczciwości, lojalności. Czy wszyscy po takim doświadczeniu od razu wybraliby religijną drogę przemiany, to już inna sprawa. Ważne, że wtedy ludzie tak różnorodni potrafili być razem i ze sobą rozmawiać.

Mam nadzieję, że tym tekstem spłaciłam choć w minimalnym stopniu wobec wszystkich wymienionych zaciągnięty wobec nich mój osobisty dług wdzięczności.

 

Fragment książki o polskim Kościele przygotowywanej dla Wydawnictwa Literackiego. Wysłuchała i opracowała Anna Mateja.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter