70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pogaństwo nasze codzienne

Nie ma lepszego sposobu na poznanie obcego kraju, oswojenie się z jego kulturą i mentalnością narodu, niż zamieszkanie na pewien czas u miejscowego człowieka, wejście w jego codzienność, spędzanie czasu z jego rodziną. Starałem się tak robić, jeśli tylko mogłem.

Kiedy – już dawno temu – pierwszy raz włóczyłem się po Tajlandii, nie mając jeszcze pojęcia, że będę tam kiedyś ambasadorem, udawało mi się nieraz zagnieżdżać w domach tych uśmiechniętych i gościnnych ludzi. Bardzo to pouczające, a nieraz i szokujące doświadczenie. Jedną z pierwszych niezrozumiałych dla mnie obserwacji była obecność przy każdej budowli – obojętnie, czy to przy miejskim biurowcu, hotelu, wiejskiej chacie czy nawet garażu – małego pomalowanego na złocisto domku na smukłej nóżce przypominającego ptasi karmnik. Co rano składa się tam banany lub inne owoce, świeże kwiaty i pali kadzidło; potem rzeczywiście ptactwo, a nieraz i węże mają tam ucztę. Innym wymagającym dociekań zjawiskiem było oznaczenie niektórych drzew – zwłaszcza na świątynnych dziedzińcach – złocistymi przepaskami przypominającymi owiązane wokół pnia szale. Albo wchodzenie do mieszkania – niezależnie od tego, czy do wiejskiej izby czy apartamentu w wielkomiejskim wieżowcu – przez najmniejszy chociażby stopień. Po co, kiedy wygodniej umieścić wszystko na jednym poziomie? A już w konfuzję wprawiają tamtejsze świątynie. Rozumiem, że prorok Budda ma być korpulentny, nawet jowialny, ale trochę bezpłciowy, zatopiony w swej medytacji i przez to mentalnie odseparowany od bulgoczącego tropikalnym życiem świata. Ale skąd bezmiar innych dziwacznych posągów: jakieś kompilacje ludzi i słoni, wielogłowe węże, a nawet mistyczne fallusy w ruinach prastarych khmerskich świątyń buddyjskich, jakie dotrwały do naszych czasów na rozległej, suchej równinie Issan? Przecież to wielka religia monoteistyczna, która zabrania nawet mówić o Bogu, przedstawiać go i nazywać, kontentując się jedynie wyobrażeniem jego oświeconego, lecz ludzkiego proroka medytacji. Skąd ten pstrokaty synkretyzm zanieczyszczający wzniosłą mistykę Najwyższego?

ADRES DEMONA

Pewnego razu wokół tajskiego domostwa, w którym przez kilka dni mieszkałem, od rana trwała krzątanina. Zabałaganione podwórko przykładnie wysprzątano, rodzina przybrała się w bardziej reprezentacyjne szmatki, a zarówno wejście do domu, jak i ów złocisty „karmnik” przyozdobiono girlandami białych kwiatów. Nawet sąsiedzi – też odświętni – pojawili się w obejściu, adorując gospodarza jako wyraźnie najważniejszą osobę mającej nadejść uroczystości. Tylko o co chodzi? – myślałem. Przecież to nie jego urodziny, a o obchodzeniu imienin nikt w tych stronach nie słyszał. W końcu pojawiło się dwóch mnichów z pobliskiego klasztoru w swoich żółto-złocistych, szatach; powitano ich buddyjskim zwyczajem pokłonami i składaniem dłoni. Jednakże – zamiast, jak przewidywałem, zająć się gospodarzem – ustawili się wokół udekorowanego „karmnika”, wyciągnęli swoje księgi i nieco się przy tym kiwając, recytowali monotonne modlitwy. Pochodzili potem trochę po podwórzu, czynili swoje tajemne znaki, aż wreszcie po pobraniu należnego honorarium i obfitym poczęstunku opuścili dom. Dopiero wtedy dowiedziałem się, o co szło, i jednocześnie zostałem wprowadzony w skomplikowany świat duchów, duszków i demonów zasiedlających tajską odmianę buddyzmu.

To, co wziąłem za ptasi karmnik, nazywa się „san pra pum” i jest mieszkaniem duchów przedtem zasiedlających miejsce, gdzie zbudowano domostwo. Przecież prace budowlane zakłócają ich bytowanie, trzeba więc to wynagrodzić i udobruchać nadprzyrodzone stwory, by okazały się życzliwe i nie szkodziły mieszkającym tam ludziom i ich ziemskim sprawom. Stąd codzienne modły, owoce i kadzidełko w takim „domku dla duchów”; tak samo przy wiejskiej chacie jak przy wielkomiejskim biurowcu. Niezmiernie ważną sprawą jest lokalizacja „san pra pum” względem stron świata i przyszłego domostwa, budowa więc nie może zacząć się bez mnichów, którzy o tym zadecydują, i nieraz trzeba przesuwać zaplanowany fundament, by ukontentować demony. Jest to jedno z ważniejszych źródeł mnisich dochodów, bo domek ma odzwierciedlać stan majątkowy i pozycję właściciela, a każda przebudowa czy nawet remont domostwa winny znaleźć odbicie również w „san pra pum”, rzecz jasna ze stosownym honorarium dla orzekających o tym mnichów. Nie myliła więc mnie intuicja; to gospodarz był przyczyną uroczystości. Poszczęściło mu się w interesach, upiększył dom, więc i siedziba duchów powinna zyskać.

Już się poczułem ukontentowany tym wtajemniczeniem, ale ostudził mnie gospodarz:

– Duchy miejsc, to tylko cząstka świata nadprzyrodzonego – powiedział. – Zaraz poprowadzę cię dalej!

– To przeciwko robactwu? – spytałem retorycznie, bo potknąłem się o przepisowy stopień przy wejściu do mieszkania.

– Poniekąd… – Gospodarz uśmiechnął się. – Bo złe duchy są jak robactwo, wszędzie włażą i szkodzą. Ale nie umieją przechodzić przez stopnie. Dlatego budujemy je, gdziekolwiek mieszkają ludzie.

Wtedy też dowiedziałem się o gradacji nadprzyrodzonego zła. Pospolite jak myszy i robactwo złe duszki nie są jeszcze najgorsze. Niezdarne i gapowate stwory przypominają naszego diabła Borutę, którego potrafił oszukać byle wieśniak. Gorzej już z „pi pop”, bo to potężniejszy demon, który może nawet opętać człowieka. Ale przeciwko niemu jest lekarstwo nie tylko w postaci amuletów, którymi handlują mnisi, ale także zyskania przychylności równie potężnych „pi ton mai”, które najczęściej mieszkają w drzewach, jakie – oczywiście odpłatnie – wskazują mnisi. Taki święty pień powinien być owinięty pomarańczowym szalem, wtedy demon będzie skutecznie odpędzał niegodziwych koleżków. Rzecz jasna, najwięcej takich drzew zidentyfikowano w pobliżu świątyń. Na wszelki wypadek. Podobnie dachy świątyń na swych załamaniach mają starczące kolce: to na wypadek, gdyby zły duch przysiadł tu na odpoczynek. Właduje się tyłkiem na taką zadrę, piśnie z bólu i przerażony odleci gdzieś dalej. Potem już wiedziałem, dlaczego na północy Tajlandii, w Laosie albo Birmie robi się takie duchochrony po prostu z blachy samochodowych wraków; taniej wychodzi, a pordzewiały kolec razi jeszcze dotkliwiej.

– Pokażę ci moją najważniejszą ochronę – rzekł gospodarz, prowadząc mnie do sypialni, gdzie stała drewniana figurka.

Był to „kuman hong”, osobisty duch opiekuńczy wcielony w taką postać. Trzeba go karmić i otaczać modlitwą, bo inaczej opuści posążek i zrobi miejsce złym siłom.

– Tylko niektórzy doświadczeni i świątobliwi mnisi znają zaklęcia, które sprowadzają właściwego ducha do takiej figurki. A to kosztuje – powiedział z dumą mój niedawno wzbogacony gospodarz, bo wydawanie pieniędzy na mnisie usługi jest tutaj oczywistym powodem do dumy. – Większość takich figurek, które stoją po domach, jest pusta, więc bezużyteczna – dodał.

Tak poinstruowany nie dziwiłem się już różnobarwności tutejszego panteonu. Monoteistyczny buddyzm zrodził się przecież na glebie hinduizmu, a to najbogatszy w bóstwa i ich skomplikowane relacje politeizm świata. Oddaje się więc w Tajlandii – a podobnie i w innych krajach regionu – cześć trójgłowemu słoniowi Ajrawacie zwanemu też Erwan, na którym jeździł sam Indra. Bóg Wisznu jest patronem rządzącej dynastii, a wielogłowy wąż Naga strzeże spokoju świątyń. Uczelniom i szkołom patronuje czteroręki Ganesza z głową słonia, jako bóg mądrości.

Ale czy to jest jeszcze monoteizm?

PUSTA PRZESTRZEŃ POMIEDZY BOGIEM A LUDŹMI

Jakim prawem ja, chrześcijanin, wypominam innemu monoteizmowi to różnobarwne bogactwo, skoro w mojej tradycji aż roi się od mniejszych i większych świętych zaludniających pustą przestrzeń pomiędzy Bogiem a człowiekiem? Chociaż najwcześniejsze dzieje kanonizacji giną w mroku historii (początkowo świętych mogli wynosić na ołtarze nawet lokalni biskupi), szacuje się, że ich liczba sięga 10 tysięcy; z tego sam papież Jan Paweł II kanonizował 482 i beatyfikował 1338 wyznawców. Każdy ze świętych ma przydzielone jakieś poletko, któremu patronuje, jakąś dziedzinę ludzkiej działalności, w której należy odwoływać się do jego pomocy. Przypomnę kilku, mniej znanych.

Powszechnie wiadomo, że górnictwem opiekuje się święta Barbara, ale już mało kto pamięta, o jej pochodzeniu z Nikomedii i o tym, że to samo pole mają przydzielone święci Ingenuin i Wirgiliusz z Trydentu. Święta Anastazja jest patronką cenzorów, a święta Anna rodzących kobiet, ale też gospodyń domowych i ubogich robotnic. Jako patron złodziei figuruje nie tylko święty Dyzma, ale też święty Mikołaj biskup, który jak wiadomo ma wiele innych ważnych obowiązków, lecz najbardziej znany jest z dobrotliwego roznoszenia prezentów dzieciakom. Przeciwko nim jest święty Sewer jako patron policjantów, którzy gdy już złodziejaszka złapią, przekazują go do dystryktu świętego Chryzanta i świętej Darii jako patronujących nad sędziami. Po osądzeniu gagatków zajmą się nimi strażnicy więzienni, w języku złodziei „klawisze”, którym patronują święci Adrian i Hipolit. Gdy włóczyłem się po świecie, patronowała mi święta Gertruda z Nivelles, o czym zresztą wtedy nie miałem pojęcia. Pisząc dzisiaj ten tekst, powinienem westchnąć nabożnie do świętego Franciszka Walezego jako patrona dziennikarzy i literatów, zaś wysyłając mój wytwór mailem do redakcji „Znaku”, do świętego Archanioła Gabriela jako patrona telekomunikacji. Jeśli z tego wszystkiego dostanę grypy, to zajmie się mną św. Korneliusz, a jeśli się upiję, to może wybawi mnie święty Michał Archanioł, patron alkoholików. Na koniec wspomnę, że politycy z pewnością zapomnieli, że ich patronem jest święty Tomasz More, który wolał śmierć od poświadczenia wygodnej dla władcy nieprawdy.

To właśnie mniej więcej zarzucał mi niejeden rabin w Nowym Jorku czy Izraelu, kiedy na nasze wspólne nieszczęście zabrnęliśmy w dysputę międzyreligijną.

– Jakżeż wy, chrześcijanie, śmiecie uważać, że czcicie jedynego Boga, skoro świętych u was pełno jak bożków na greckim Olimpie, każdy za coś odpowiada, a nad wszystkimi stoi Matka Boska, o której nawet wzbraniacie się otwarcie przyznać, że była Żydówką! – powiadał mi zawsze taki święty mąż, obojętnie czy w lisiej czapie czy tylko w skromnej jarmułce.

– Przyganiał kocioł garnkowi – odgryzałem się wtedy. – Przecież u was to samo!

Wprawdzie w judaizmie nie ma centralnej instancji, która – jak Watykan – uznaje czyjąś świętość i dopuszcza kult, ale faktycznie też roi się tam od pośredników między ludźmi a Bogiem. Świętość wynika tu nie z orzeczenia, lecz z tradycji, a dotyczy nade wszystko starotestamentowych proroków, których groby rozsiane są nie tylko w dzisiejszym Izraelu, ze słynną „Grotą Patriarchów” w Hebronie na czele. Prawie takiej samej czci wśród religijnych starozakonnych – obojętnie, chasydów czy ortodoksów – dostępują bowiem zasłużeni cadycy, do których grobów w Polsce pielgrzymują corocznie panowie w chałatach i kapeluszach zarówno z Izraela, jak innych skupisk żydowskich. Dość wymienić rabina Elimelecha z Leżajska, który podobno uzdrawiał chorych i rozmawiał ze zwierzętami, rabinów Dawida Bidermana z Lelowa, Jakuba Icchaka Horowitza zwanego „widzącym z Lublina” oraz wielu innych. Oni mają moc – podobnie jak święci katoliccy – przekazywania naszych modlitw Bogu, a pielgrzymka do ich grobów przynosi zasługę w niebie. Tyle tylko że nie przypisano im – jak bogom na Olimpie albo naszym świętym – szczegółowych zakresów patronatu.

Zwykle po takiej dyspucie, gdy wzajemnie wyczerpaliśmy argumenty, musieliśmy obaj z rabinem przyznać, że człowiek w każdej religii ma niepohamowaną potrzebę zaludniania swoimi wyobrażeniami o świętych albo duchach tej bezmiernej i pustej przestrzeni, jaka rozciąga się pomiędzy nim a jedynym Bogiem. O ileż łatwiej mają wyznawcy wszelkich politeizmów, bo na każdą okoliczność znajdują odpowiedniego bożka. Czasem przypominane jest w takich okazjach słowo „synkretyzm” oznaczające czerpanie z innych religii, ale tutaj nie znajduje ono zastosowania. Oznacza zresztą „postępować jak Kreteńczyk”, bo w starożytnej Helladzie właśnie mieszkańcy Krety wyróżniali się przyswajaniem bóstw i rytuałów z niedalekiego Egiptu. Synkretyczna była religijność Rzymu zwłaszcza w okresie cesarskim, synkretyczne jest buddyjskie przyzwolenie na hinduskich bogów i zupełnie pogańskie demony. Ale święci zarówno  chrześcijańscy, jak żydowscy tradycyjnie czczeni prorocy i cadycy są wytworem najzupełniej własnym. Może tylko lęk człowieka przed tą bezbrzeżną pustką dzielącą go od Boga jest ten sam.

WIELKI DUCH I SPÓŁKA

Olimp Greków zaludniali bogowie podobni do śmiertelnych ludzi, jak oni kłótliwi, zazdrośni, wdający się we wzajemne awantury i bójki, ulegający cielesnym chuciom i zachciankom. Panteon hinduski jest dużo bardziej skomplikowany i wielopiętrowy, połączony mistycznymi zależnościami, które nie są jasne nawet dla kapłanów, a cóż dopiero dla szeregowych wyznawców, albo takich jak ja przybyszów z innego świata usiłujących cokolwiek zrozumieć w świecie obcej im kultury.

– Co daje wam tak rozległy politeizm, to nieprzeliczone mnóstwo bogów, bożków i bogiń, jakich wyznajecie? Jaką ludzką potrzebę zaspokajają, skoro i tak nie sposób ich wszystkich spamiętać? – spytałem Hindusa, który nie wyrzekł się swojej kultury, ale jednocześnie znał Europę i Amerykę na tyle dobrze, by spojrzeć na swoje korzenie z dystansu.

– Politeizm, powiadasz… – Uśmiechnął się pobłażliwie. – Przecież rozmawiasz z przedstawicielem najbardziej monoteistycznej religii świata. My wierzymy w jedyną, wszechmogącą, ale bezosobową Moc, która określamy jako Brahmana, ale staramy się nie kalać jej naszą ułomna myślą, modlitwą ani nawet nazywaniem, bo i tak jej nie pojmiemy. Wszyscy inni hinduistyczni bogowie to awatary Brahmana albo awatary pomniejszych awatarów, powoływane do konkretnych zadań i misji. Tylko Brahman jest wieczny i niezmienny, nawet trójca najwyższych bogów, Brahma, Sziwa i Wisznu, przemija i odradza się znowu, a wraz z nią pulsuje, ginie i odradza się wszechświat.

– To mi trochę przypomina współczesną kosmologię naukową – powiedziałem.

– No właśnie. Zresztą według nas każda droga, która prowadzi do Boga, jest stosowna. Także wasza, europejska. U nas również nie wszyscy chcą sięgać tak daleko. Niektórzy z nas uważają któregoś z owej trójcy za Najwyższego i Jedynego, według wierzeń wedyjskich jest nim Indra, zresztą wojownik, hulaka i kobieciarz, przez to bliski bogom greckim. Proszę bardzo… Dla większości ludzi panteon kończy się dużo niżej, na bezliku awatarów, które czczą w swych świątyniach, mają wyobrażone w swych domach, uczą się o nich w wiejskich szkółkach. Też dobrze… Większość ludzi nie potrafi albo nawet lęka się poszybować swym umysłem aż tak wysoko. Każdemu według jego możliwości. Dlatego mamy tak wiele boskich wcieleń.

O to samo spytałem w Stanach jednego z moich przyjaciół o indiańskich korzeniach. Już nieraz sięgałem do mądrości tej grupy, od której sporo się kiedyś nauczyłem.

– Wielki Duch, zwany przez jedne plamiona Manitou, przez inne Wakan Tanka, przez jeszcze inne Mata Nui albo Heammawiko, to wielka przenośnia. Oznacza on jedność żyjących istot i ziemi, która je żywi, powiązanie wszystkiego ze wszystkim. Niczego nie wolno niszczyć, brać z przyrody więcej pożywienia i materiałów, niż nam potrzeba, zwłaszcza nie należy zabijać bez sensu. Wy to dopiero teraz zaczynacie rozumieć, myśmy to wiedzieli od dawna. Wszystko jest połączone z Wielkim Duchem, wszystko jest w nim zanurzone, każde naruszenie równowagi będzie ukarane, choć niekoniecznie natychmiast. On jest dobry, chce naszego szczęścia, ale musimy szanować świat, który nam dał w użytkowanie. Owszem, wierzymy w różne duchy i duszki, bogów słońca, księżyca, wschodu i zachodu bądź czego tam kto chce jeszcze. Owszem, mamy szamanów, którzy podejmują się pośrednictwa z tymi zaświatami, ale na pewno nie z Wielkim Duchem. Kto tego potrzebuje, korzysta z ich zaklęć, oddaje cześć przodkom i demonom, ale wszystkim i tak rządzi niepojęty i bezosobowy Wielki Duch.

Tak jak monoteizm tworzy własnych lub adoptuje cudzych bożków, tak w politeizmie jest obecna wielka ludzka tęsknota za Jedynym Bogiem. Może w tej przestrzeni właśnie wszyscy się spotykamy?

HORROR VACUI

– Czy zrozumiałeś już mądrą dwoistość buddyzmu? – spytał mnie kiedyś jeden z tajskich mnichów, z którym czasem dyskutowałem o jego religii i kulturze. – Z jednej strony mamy Buddę Guatamę, który jako oświecony prorok reprezentuje siłę jeszcze wyższą od niego, o niej jednak mówić nie chcemy ani nie potrafimy, bo nasz przyziemny umysł nie jest zdolny do jej ogarnięcia. A z drugiej – godzimy się na ten pogański bezmiar duchów i obcych bożków, pozwalamy ludziom brać ich pełnymi garściami z hinduizmu albo od szamanów z górskich plemion, bo są im potrzebne, bo pozwalają zaklęciami, rytuałami albo i dźwiękiem piszczałek zagłuszyć człowieczy lęk przed Nieskończonością. Buddyzm jest przyjazny ludziom, nie chce ich przerabiać wedle wymyślonego modelu i straszyć grzechem. Kluczem do pojednania ze światem, a przez to z zaświatami, jest pojednanie z samym sobą. W ten sposób im to ułatwiamy, tak jak wy to ułatwiacie przez swoich licznych świętych.

– Ale dlaczego nie mówić ludziom tylko o Oświeconym, albo lepiej od razu o tej najwyższej sile, która go oświeciła?

– Na pewno odczułeś nieraz paniczny lęk pod nocnym, bezmiernym nieboskłonem – powiedział.

– Oczywiście. Wprawdzie Kant w przystępie pewności siebie napisał „niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, ale bliżej mi do Pascala, który lękał się „przerażających głębi wszechświata”.

– No właśnie… Wy to nazywacie lękiem przed próżnią. Horror vacui, czy tak? – spytał.

– Tak. Więc sądzisz, że to ze strachu przed znalezieniem się oko w oko z Najwyższym?

Horror vacui – powiedział. – On jest jednym z popędów wynikających z naszej niedoskonałości. Ale tęsknota za tym Jedynym będzie nas niepowstrzymanie pchać w tamtym kierunku i dlatego człowiek zrozumie, a nawet zobaczy kiedyś więcej i jeszcze więcej po wielekroć.

 

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter