70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Kto się boi liberalnej religii obywatelskiej?

Czy w świecie współczesnym istnieje możliwość powrotu do religii obywatelskiej, służącej państwu, a nie będącej z nim w konflikcie? Od tak rozumianej religii liberałowie mogliby się czegoś nauczyć, na przykład współistnienia celów liberalnych z celami religijnymi.

Żyjemy dziś w epoce lęków – lęku przed liberalizmem, przed aktywnym społeczeństwem, wreszcie – lęku przed obywatelską formułą polskości. Boimy się liberalnej ideologii przerastającej wyobraźnię pojedynczego człowieka i skojarzonej z najbardziej znienawidzonymi reformami. Nasz strach jest lękiem przed liberalnym światem wolnego przepływu kapitału, nierównością ekonomiczną i reformami uchwalanymi w imię honorowania celów ekonomicznych, a nie walki o społeczną sprawiedliwość. Ten lęk prowadzi w końcu do populizmu, który sięga do innych niż liberalna tradycji.

Jesteśmy dziś też świadkami kryzysu liberalizmu, zwłaszcza tego dominującego w Polsce w okresie ustrojowej transformacji. Jego charakterystyczną cechą była bezwzględna dominacja liberalnych elit, uzupełnionych częścią dawnej komunistycznej nomenklatury. Elity te wprowadziły demokratyczne reformy i zbudowały wolnorynkowy ład. Przy okazji zaś lansowały bezalternatywną wizję przyszłości, która gwarantowała im hegemonię. Przeciw temu brakowi alternatywy zbuntowali się populiści[1], a ich bunt na zawsze zmienił charakter liberalnej demokracji w tej części świata. Problem polega bowiem na tym, że przedstawiając swój program nie tylko jako „dobry”, ale także „konieczny”, liberalne elity nie pokazały społeczeństwom akceptowalnych sposobów wyrażania niezadowolenia. Nie pozostawiły im żadnego wyboru. Okres transformacji cechowała nadmierna kontrola elit nad procesem politycznym i strach przed umasowieniem polityki. Ten strach dziś przybrał namacalne oblicze i to on doprowadził do ustanowienia w naszym kraju tylko i zaledwie liberalizmu strachu, uniemożliwił zaś ustanowienie liberalizmu odwagi.

Przypomnijmy, liberalizm strachu ma przede wszystkich charakter defensywny i zmierza do odpolitycznienia świata obywatelskiego, a nawet w jakimś sensie bierze się z lęku przed polityką w ogóle. Polityka to sprawne administrowanie sprawami publicznymi, a zatem rządy ekspertów, nieistotne dla człowieka szukającego spełnienia w przestrzeni prywatnej. Między obywatelem a rządem ustanawiany jest milczący pakt, w ramach którego rząd będzie dbał o bezpieczeństwo, warunki dobrobytu i wolność od polityki, a obywatel nie będzie zgłaszał roszczeń do polityki i swą pasywną postawą zapewni logiczny bieg spraw publicznych, to jest racjonalne rządzenie rzeczpospolitą. Jak długo ten pakt jest respektowany przez obie strony, tak długo obywatel ma święty spokój, a rząd może suwerennie administrować. Aktywność obywatelska jest tu w zasadzie widziana jako przeszkoda, a nie pomoc w dobrym rządzeniu.

Liberalizm odwagi natomiast jest wyrazem aktywnego obywatelstwa i walki o wpływ na losy wspólnoty, do której się przynależy. W tym też sensie liberalizm odwagi jest wyrazem upolitycznienia życia obywatelskiego. Obywatel to ktoś, kto ma wpływ na realne decyzje rządzących lub na osobowy skład podejmujących te decyzje. Jego wolność nie realizuje się w domu za sprawą kultywowania osobistych zainteresowań, ale bierze się z aktywnego uczestniczenia w praktyce rządzenia poprzez działanie i mówienie w przestrzeni publicznej do innych obywateli. W wersji skrajnej w tym wariancie nie ma szczęśliwego życia poza życiem dla polityki i w polityce, czyli kierowania wspólnotą i decydowania o kierunku jej dalszego rozwoju. Człowiek poza polityką jest człowiekiem nieszczęśliwym i ubezwłasnowolnionym.

Obywatelski charakter liberalizmu bierze się z bardzo prostego rozpoznania. Nie wynika z przekonania, że dobro wspólne jest ważniejsze niż każde dobro indywidualne, nie wynika ono także z antropologicznego przeświadczenia, że człowiek spełnia się całkowicie tylko poprzez politykę. Ta liberalna obywatelska motywacja bierze się z czysto pragmatycznej kalkulacji: jeśli ludzie nie staną się obywatelami i nie zainteresują się polityką, jeśli polityką nie będą zainteresowani najlepsi, to znajdzie się ona w rękach najgorszych, czyli najbardziej spragnionych władzy. Albo ludzie pokochają politykę i sami będą sobą rządzić i kierować losem wspólnoty, albo też polityka, lub raczej to, co po niej pozostanie po wycofaniu się z niej ludzi szlachetnych, polityka w swej najbardziej czarnej postaci, zainteresuje się nimi i zdemoluje w krótkim czasie ich prywatne światy. Człowiek liberalny wkracza zatem do polityki z pobudek egoistycznych i pozapolitycznych, to jest po to, aby zabezpieczyć to, co dla niego najcenniejsze: samorealizację dokonującą się poza polityką.

Lęk a modernizacja Polski

Zgodnie z modelem politycznej poprawności lansowanym przez zwolenników liberalizmu strachu powiadano nam, że nie ma modernizacji bez sekularyzacji. Teza głosząca, że nieuniknioną ceną modernizacji kraju jest pomniejszenie znaczenia religii, nie sprawdziła się i polskie społeczeństwo jest tego najlepszym przykładem. Polacy z pewnością się modernizowali, ale czy w takim samym tempie następowała ich sekularyzacja? Wątpię. Nasz modernizm jest tak samo naskórkowy, jak nasze przekonania religijne. Ci, którzy pozują na modernistów, są nie mniej skuteczni od tych, którzy pozują na radykalnych konserwatystów. Ta sytuacja doprowadziła do tego, że grupy społeczne zsekularyzowane „na niby” i zmodernizowane „na niby” stały się szczególnie podatne na powrót populizmu. Zmodernizowani „na niby” chętnie przyjęli dyskurs antyklerykalny (Ruch Poparcia Janusza Palikota), a zsekularyzowani „na niby” czekają na powrót mściciela – swoiście pojętego mesjasza (radykalne skrzydło PIS Jarosława Kaczyńskiego). Deklarujący swój liberalizm rządzący (rządy osobiste Donalda Tuska i PO) nie robią nic poza eskalowaniem strachu przed ekstremizmem i dalszym kultywowaniem w sobie liberalizmu strachu. Tragedia smoleńska jedynie ujawniła i zintensyfikowała ten podział.

Polski populizm ma swoje cechy charakterystyczne, głównie narodowo-romantyczne, a nawet mesjanistyczne. Z pewnością tragedia smoleńska jest zarówno reanimacją tego mitu, jak i jego spotęgowaniem. Polska ponownie stała się Chrystusem narodów i ponownie jej cierpienie i krew Polaków stały się niezbędne do tego, by zintegrować naród w traumie, a liberalny świat zmusić do uczestniczenia w spektaklu narodowej tragedii. Jedynie niesprzyjające okoliczności (nad)naturalne (wybuch wulkanu) mogły przeszkodzić w przybyciu reprezentantów narodów świata, którzy pragnęli pokłonić się tragicznie zmarłemu prezydentowi Polski.

Sądzę, że istnieją mocne powody, by mówić o powrocie właśnie takiego populizmu, ale również tępego, wrogiego religii pseudoliberalnego oświecenia. W swym liberalnym usposobieniu zapominamy czasem, że nauka także może stać się rodzajem religii (ateizmu), tak jak religia może stać się strażnikiem czystości objawienia. Dlatego trzeba pytać inaczej: czy w świecie współczesnym byłaby możliwość powrotu do religii obywatelskiej, czyli takiej, która nie byłaby w konflikcie z państwem, ale zwyczajnie by mu służyła?

Od tak rozumianej religii liberałowie mogliby się czegoś nauczyć, na przykład współistnienia celów liberalnych z celami religijnymi. Dobrym przykładem są tu ruchy abolicyjne w Stanach Zjednoczonych, mające charakter postępowy i emancypacyjny, do których należały Kościoły amerykańskie. Jest to także znakomity przykład na to, że w dyskursie publicznym używanie nieliberalnej argumentacji, w tym przypadku religijnej, dla celów liberalnych okazuje się bardzo skuteczne. Thomas Hobbes był prawdopodobnie pierwszym filozofem, który explicite powiedział, że religia powinna być podporządkowana państwu w celu realizacji projektów politycznych[2]. Polityka zaczyna się od polityki wyznaniowej, a z chwilą, gdy wolność sumienia stała się nową liberalną świętością, sama polityka przeistoczyła się w religię, tyle że nie objawioną i pozbawioną aury świętości. Być może z tego właśnie powodu konflikt pomiędzy światem liberalnym i religijnym jest dziś tak silnie przeżywany.

Liberalizm przez ostatnie lata w Polsce przemawiał głosem ekonomii. Głosem intelektualistów, którzy sprawiali wrażenie erudycyjnych wizjonerów czy też ludzi, którzyrdobrze się czują na uniwersytetach i w bibliotekach, ale nie znających brutalnej rzeczywistości. To dlatego Polskę dziś przeraża wizja człowieka wolnego – liberała –  który nie jest kontrolowany przez żadne zewnętrzne siły. Z tego punktu widzenia człowiek wolny  to człowiek niemoralny. Twierdzę, że w rezultacie zagnieżdżenia się w naszym kraju liberalizmu strachu i strachu przed liberalizmem już sama idea wolności nas przeraża, gdyż wolność jawi nam się jako rozpasana i niczym nieskrępowana samowola. Ten lęk ma swoje źródło także i w tym, że nie potrafimy praktykować i kultywować tradycji liberalnej jako tradycji „oddolnego ruchu”. Liberalizm, który byłby rozmiłowaniem się w pewnych wartościach czy cnotach doświadczanych przez nas w codziennym życiu, ciągle jest przez nas rozpoznawany bardziej jako zagrożenie niż jako szansa. Liberalizm, który byłby rodzajem radości czerpanej ze swobodnych kontaktów z sobą i innymi, jest nam obcy.

Cnoty liberalne

Jakie wartości rozpoznaję zatem jako liberalne i jakie miałbym ochotę zarekomendować, szczególnie tutaj, w Polsce? No cóż, mam na myśli głównie ironię i autosceptycyzm. Tylko postawa liberalna namawia do stałego rewidowania swych przekonań i nie pozwala nam traktować zbioru naszych poglądów jako zbioru raz na zawsze zamkniętego. Każdy inny światopogląd namawia do identyfikacji z jakimś ostatecznym zbiorem prawd, natomiast liberalizm w zamierzeniu wyzwala w nas jedynie odwagę i gotowość do czynienia użytku ze swego rozumu, co nie oznacza niczego innego jak tylko gotowość do stałej rewizji swych pozycji intelektualnych i politycznych. Ludzie przywiązują się do swoich poglądów i tego, co wymyślili. Być może rację ma Michael Oakeshott, sugerując, że ludzie z natury są konserwatywni i zmierzają głównie do tego, aby kultywować zastane porządki istnienia[3]; wbrew temu rozpoznaniu liberalizm odmawia nam w pewnym sensie prawa do stagnacji i stabilizacji. Liberalizm, mówiąc wprost, skłania nas do rezygnacji z naturalnych skłonności konserwatywnych i w tym sensie jest to stanowisko nienaturalne, to jest wymagające wysiłku.

W stylu bycia liberała jest coś, co przeszkadza mu w ostatecznym przejęciu się własnymi poglądami, gdyż zawsze odnosi się z dużą nieufnością do zamknięcia się w skończonej liczbie twierdzeń. Wyraźnie jest to widoczne w myśli Richarda Rorty’ego, który nieustannie zapraszał do ironii, do podważania własnego punktu widzenia, czyli demaskowania samego siebie i posługiwania się ironią również w stosunku do wspólnoty, która nas otacza i w której żyjemy[4]. To niewątpliwie słabość, gdyż ta ironia przeszkadza – trzeba to otwarcie powiedzieć – w mocnym zaangażowaniu politycznym. Ona jest przyczyną niejednoznaczności pozycji liberała, to znaczy tego, że uprawia on coś w rodzaju polityki sceptycyzmu.Z arazem jednak jest w tym siła. Dzięki temu, że liberał ma obowiązek moralny stałego kwestionowania siebie, to jest kwestionowania wszystkich owoców myślowych, które do tej pory wypracował, i krytykowania wszystkich rytuałów społecznych, które wokół niego zostały wytworzone, dzięki tej mocy dystansowania się wobec siebie, liberał uzyskuje potencjał polityczny. Sceptycyzm i autoironiczność są zatem równocześnie przyczynami jego umiarkowania i nieumiarkowania. Jak może być nieumiarkowany, skoro w stosunku do wszystkiego się dystansuje i niczego nie traktuje jako rozwiązania ostatecznego? A zarazem, jak może być umiarkowany, skoro wszystko podlega bezustannej rewizji i wszystko wpisane jest w nieustającą krytykę społeczną?

Z jednej strony liberalizm cechuje autosceptycyzm i autoironiczność, a to wyzwala grę dystansów i umiar. Z drugiej – jego siła polega na tym, że może przyjmować wiele wcieleń, wiele twarzy i wszystko stanowi dla niego przedmiot debaty i negocjacji. To dlatego mówi się, że nie ma jednego liberalizmu, ale jest wiele liberalizmów. Liberalizm Monteskiusza ma niewiele wspólnego z liberalizmem Johna Locke’a, a liberalizm Johna Rawlsa z liberalizmem Stevena Lukesa. Porównajmy choćby liberalizm ordoliberałów, tak zwanej Szkoły Freiburskiej, z neoliberalizmem Szkoły Chicagowskiej z Miltonem Friedmanem na czele. Liberalizm instytucji i liberalizm wolnego rynku na pierwszy rzut oka dzieli przepaść. To, co dla nich wspólne, to styl myślenia – otwarty, tolerancyjny w najlepszym tego słowa znaczeniu, to jest gościnny, przyjazny z całą dwuznacznością ciążącą na polityce przyjaźni i polityce gościnności. Gościnność oznacza tu nic innego jak jedynie akceptację inności w ramach własnego domostwa. Gościnność to gotowość do zaproszenia wroga do własnego stołu, a takie zaproszenie jest bardzo dwuznacznym gestem, bo może ono oznaczać wiarę w świat bez wroga, ale może też oznaczać niewiarę we własny świat, rodzaj autonihilizmu. Niezdolność do odróżniania kanibalizmu od sztuki kulinarnej to moralna zapaść. Leo Strauss ostrzegał: „Zdefiniujmy nihilizm jako niezdolność zajęcia stanowiska za cywilizacją wobec kanibalizmu”[5]. Cała subtelność myślenia liberalnego winna zatem wynikać z tego, żeby z liberalnej cnoty, czyli kultywowania wolności, nie uczynić zasadniczej wady tego usposobienia. Brak tej subtelności zmusza ludzi pokroju Johna Graya do wyprowadzenia oskarżycielskiego wniosku: liberalizm, który ma za cel tolerancję, a nawet pluralizm stanowi wyraz otwartej nietolerancji i zaniku pluralizmu, albowiem zmierza do ustanowienia liberalnego świata pozbawionego nieliberalnych różnic[6].

Dlatego twierdzę, że liberalizm odwagi nie jest światopoglądem ekskluzywnym, który z definicji eliminuje, wyklucza pewne stanowiska jako martwe, fałszywe, bierne czy generalnie błędne. Liberalizm odwagi jest stanowiskiem inkluzywnym, zapraszającym do stałego wytwarzania i odtwarzania swojej pozycji intelektualnej oraz moralnej. To stanowisko, które stale mi uświadamia, że jako człowiek nie jestem skończony. Dzięki temu właśnie, że jestem liberałem, mogę być ruchomy. Liberalizm odwagi wreszcie jest stanowiskiem politycznym, a nie etycznym czy ekonomicznym, bo moja ruchomość, moja zmienność pozycji ma właśnie motywacje polityczne.

 

Liberalizm jako projekt polityczny

Twierdząc, że liberalizm jest słabym projektem, od razu dodam, że jest to przede wszystkim słaby projekt metafizyczny. Dominuje w nim bowiem chęć uniknięcia metafizycznych zobowiązań, ale również religijnych i etycznych przy-wiązań i na-wiązań – o ile przez etykę rozumiemy dyskurs na temat ostatecznego dobra, a religię pojmujemy jako praktykę opartą na wierze w jedynego Boga. Parafrazując hasło „minimum państwa”, liberał mógłby powiedzieć: „minimum metafizyki”. Paradoksalnie jednak, ponownie, „minimalizm metafizyczny”, „minimalizm religijny” i „minimalizm etyczny” sprawia, że liberalizm staje się silną propozycją polityczną, która jako jedyna pozwala tym silnym programom metafizycznym współistnieć ze sobą. O tym zdarza nam się często zapominać. Wszyscy, którzy domagają się „doładowania etycznego” czy „doładowania religijnego” państwa,  powinni sobie uświadomić, że współistnienie tych różnych religii czy różnych światopoglądów etycznych zogniskowanych w różnych koncepcjach dobra jest możliwe tylko dzięki liberalizmowi. I przez to być może liberalizm jest tak irytujący, ponieważ pozwala istnieć różnym, czasami wykluczającym się projektom metafizycznym i religijnym, ale tylko na swoich własnych zasadach. Powstaje zatem pytanie: czy jednak sam jest religią lub ideologią, czy też tylko odpolitycznioną platformą, na której te spory religijne i ideologiczne rozgrywają się bez groźby śmierci którejś ze stron?

Postawiłbym tezę, że liberalizm nie jest ideologią w marksistowskim znaczeniu tego słowa. Nie jest nawet doktryną metafizyczną czy polityczną, ale jest pewną dyspozycją, która sprawia, że współczesna polityka w ogóle ma rację bytu. Liberalizm stał się zatem – na dobre i na złe – częścią kultury politycznej. To z jednej strony fascynujące, że oto jeden z graczy tak się rozproszył w świecie, tak się rozwarstwił, że stał się w zasadzie nie tyle graczem, ile polem gry. Z drugiej jednak strony to przerażające, bo może sugerować, że liberalizm wcale nie jest tolerancyjny, ale zwyczajnie hegemoniczny w świecie. Ten właśnie fakt tak bardzo irytuje współczesnych krytyków liberalizmu, znajdujących się po różnych stronach politycznej szachownicy, tak różnych jak Chantal Mouffe i John Gray, Slavoj Žižek i Alasdair MacIntyre, krytyków tworzących mocne projekty metafizyczne i posiadających wolę sprowadzenia liberalizmu do roli gracza, a nie pola gry.

Oto powód, dla którego liberalizm stał się „przedmiotem powszechnej krytyki”. Przeciwnicy zarzucają liberałom, że ci swoją neutralność jedynie pozorują, a tak naprawdę są zwykłymi hegemonistami. W istocie – nie ma co kryć – „neutralność polityczna” dla liberała jest kluczowa, bo za nią idą takie przekonania jak prawo do indywidualnego stylu życia, autonomii, niezależności we wszelkich sferach – od objawienia, od religii, od polityki, od tradycji, od rodziny i tak dalej. Dla zwolenników „mocnej wspólnoty” takie projekty emancypacyjne muszą stanowić oczywiste zagrożenie. Dla zwolenników „mocnej lewicy” zaś dyskurs na temat „neutralności” to dyskurs podejrzany, za którym stoi potrzeba kontrolowania pola gry – hegemonii. W tym dramacie rozgrywa się nasza teraźniejszość. W tym dramacie rozgrywa się przyszłość liberalizmu odwagi.

Strach przed liberalizmem

Powtarzam zatem: liberalizm jest kojarzony przez większość Polaków z ideologią, która została nam narzucona jako obca przez tak zwane elity, a nie wyprowadzona z przekonań społecznych, które gnieździłyby się głęboko w ludziach. Nikt Polakom nie powiedział: „Jesteście liberałami i macie prawo myśleć o sobie jak o »liberałach«”. Zaproponowano im za to inną formułę retoryczną: „Bądźcie liberałami” albo „Poprawnie jest być liberałem”. Mamy w rezultacie liberalizm postulatywny, a nie autentyczny liberalizm obywatelski. Problem polega na tym, że jeśli nawet ktoś przyznaje się publicznie, że jest liberałem, to jest to wyznanie naskórkowe, nieprzeżyte, nieprzemyślane, nieodrobione za sprawą lektur czy doświadczenia. Powtarzam: liberalizm Polaków jest imperatywny, często – deklaratywny, a nie egzystencjalny. Krótko: jest owocem lektury „Gazety Wyborczej”.

Co więcej, w Polsce liberalizm kojarzony jest głównie z doktryną ekonomiczną (Leszek Balcerowicz) lub ze stylem przekazu nawołującego do wyzwolenia (Janusz Palikot). Z jednej strony z pomysłami Leszka Balcerowicza, z którymi wiązały się koszty społecznych przemian, a teraz dyskusja na temat otwartych funduszy emerytalnych (OFE) i przyszłości „podatku emerytalnego” (ZUS)[7]. Z drugiej – z polityką Janusza Palikota, który jest zaledwie i tylko Gorgiaszem polskiej polityki. Powiada on explicite: (1) istnieje nic; (2) a gdyby istniało coś więcej niż nic, to i tak nie byłoby wypowiadalne; (3) a gdyby było wypowiadalne, to i tak nie byłoby komunikowalne. Komunikowalne są tylko gesty, na przykład świńska głowa przyniesiona do studia lub sztuczny penis objawiony na konferencji prasowej. W rezultacie dla Polaka liberalizm to Leszek Balcerowicz (ekonomia) plus Janusz Palikot (wolność słowa), a zatem wolność podwojona, co oznacza de facto wolność banków i wolność przedsiębiorców dbających tylko o siebie.

A przecież liberalizm odwagi nie jest Polakom całkowicie obcy: cały ruch solidarnościowy był ruchem głęboko liberalnym. Był promotorem wolności „do”, a nie ekspresją prostej wolności „od”: wolności do bycia obywatelem, do zaangażowania jednostki w życie społeczne i polityczne. Paradoksalnie jednak dziś „Solidarność” staje się narzędziem do walki z liberalną tradycją, z której wyrosła. Polska solidarna jest przeciwstawiana Polsce liberalnej. To największy tryumf liberalizmu strachu, a porażka liberalizmu odwagi. Zapomnieliśmy, że naszym – liberałów – podstawowym obowiązkiem jest obrona tak fundamentalnej wartości, jaką jest wolność spleciona z otoczeniem wolności, z tym, co wolność, a raczej różne jej rodzaje, gwarantuje, to jest z solidarnością. To ważne, bo dziś może nie tyle wolność jest zagrożona, ile raczej użytek, jaki ludzie z niej czynią.

W tradycji liberalnej mamy przynajmniej trzy mocne powody, aby bronić wolności aktywnej, to jest wolności w działaniu. Po pierwsze, liberałowie wierzą w to, że tylko w wolnym środowisku ludzie są w stanie działać racjonalnie. Więcej: wierzą w to, że tylko ludzie wolni są zdolni do rozumienia, mają wrażliwość rozumienia i wrażliwość rozumiejącą. Rozumienie zaś, a szczególnie samorozumienie pozwala sprawować władzę nad własnym działaniem i wyznaczać suwerenne cele tego działania. Człowiek zniewolony jest zawsze redukowany do bycia narzędziem w imię racjonalności kogoś innego lub w imię racjonalności nieznanej i obcej sobie totalności ekonomicznej lub społecznej. Za szybko zapomnieliśmy o doświadczeniu totalitarnym, a pamięć o komunizmie, która miała nas motywować do kultywowania liberalizmu odwagi, motywowała nas tylko do podziałów i resentymentu. Po drugie, liberałowie wierzą w to, że tylko człowiek wolny potrafi wykrzesać z siebie inicjatywę do działania. Wolność zatem uruchamia wolę, a wola to zaprzeczenie zniewolenia. Po trzecie wreszcie – liberałowie wierzą, a wiara ta wywodzi się jeszcze z pism Johna Locke’a, że tylko człowiek wolny jest w stanie się samorealizować, czy też jest w stanie realizować swój ideał szczęścia, jakkolwiek go pojmuje. W istocie jest to wiara, zgodnie z którą tylko ludzie wolni (liberałowie) są powołani do szczęścia i jego doświadczenia.


[1] Nie używam tu słowa populizm w znaczeniu pejoratywnym. Podążam raczej śladem analiz Ernesta Laclaua, który zachęca do tego, aby populizm traktować jako zawsze możliwą formę strukturalizacji życia politycznego. Zob. E. Laclau, On Populist Reason, London–New York, 2005.

[2]Zob.  T. Hobbes, Lewiatan, tłum. Cz. Znamierowski, Warszawa 2005.

[3] Zob. M. Oakeshott, O postawie konserwatywnej, tłum. A. Lipszyc, w: tenże, Wieża Babel i inne eseje, Warszawa 1999, s. 191–221.

[4] Zob. R. Rorty, Przygodność, ironia, solidarność, tłum. W. J. Popkowski, Warszawa 1996.

[5] L. Strauss, Nauka społeczna i humanizm, tłum. P. Maciejko, w: tenże, Sokratejskie pytania, Warszawa 1998, s. 188.

[6] Zob. J. Gray, Po liberalizmie, tłum. P. Maciejko, Warszawa 2001, s. 5.

[7] Zob. L. Balcerowicz, Uważajcie na obietnice, (nie)Święci Mikołajowie, „Gazeta Wyborcza”, 29–30 stycznia 2011, s. 12–15.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter