70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Liberalizm po przejściach

Nic nie stoi na przeszkodzie, by liberałowie podjęli próbę krytycznej przekładu treści religijnych bądź „romantycznych” na język liberalny, tak by nie utraciły zawartego w nich potencjału sensu, a jednocześnie przestały być „naturalnym” elementem wyposażenia rozmaitych odmian antyliberalizmu, pełnymi garściami korzystających z polskiego imaginarium patriotyczno-cierpiętniczo-romantycznego.

Polityczna eschatologia, czyli o bezradności liberałów

Jak radzi sobie liberalny dyskurs w Polsce Anno Domini 2011, niemal rok po politycznym wstrząsie, jakim była katastrofa smoleńska? Aby zrozumieć dzisiejszą kondycję „polskiego liberalizmu” warto przede wszystkim przyjrzeć się pokrótce bardziej dalekosiężnym konsekwencjom smoleńskiej tragedii. Na poziomie czysto politycznym oznaczała ona coś, co gdzie indziej nazwałem „minipowrotem historii”[1], powrotem tego, co nieprzewidywalne i pozostające całkowicie poza naszą kontrolą. Tego, co zaburza stabilny polityczny układ i przekreśla wszelkie strategiczne kalkulacje. Z jednej strony najważniejsza opozycyjna partia straciła sporą część swojego kierownictwa, a z drugiej – kandydatowi Platformy, pewnie zmierzającemu do zwycięstwa i otoczonemu całkowicie bezpiecznym, jak się wydawało, postpolitycznym kokonem ochronnym wytwarzanym przez własną partię i popularnego premiera, wyrósł nagle rywal znacznie groźniejszy od skazanego na porażkę Lecha Kaczyńskiego. PO w końcu wygrała, ale zwycięstwo do ostatniej chwili nie było pewne.

W aspekcie metapolitycznym z kolei nastąpiła pewnego rodzaju konsolidacja twardego dyskursu prawicowego wokół postaci zmarłego prezydenta i „prawdy o Smoleńsku”, która stała się niewzruszonym dogmatem na długo przed ogłoszeniem jakichkolwiek wyników śledztwa. Dyskurs ten jednoczy rozmaite stanowiska: od radiomaryjnego narodowego ofiarnictwa szermującego tradycyjną wizją polskiej krzywdy, którą wyrządzają „obcy”, aż po postromantyczną i nihilistyczną z ducha apologię heroicznej śmierci w stylu Kinderszenen Jarosława Marka Rymkiewicza, powierzchownie tylko przystrojoną w patriotyczne szaty. Katastrofa smoleńska nadała temu heterogenicznemu zlepkowi emocji i argumentów eschatologiczną powagę. Sam fakt niespodziewanej i gwałtownej śmierci, będącej autentyczną tragedią konkretnych ludzi, stał się potężnym paliwem napędowym dla antyliberalnego nurtu. Nie chodzi nawet o błyskawiczną i w gruncie rzeczy nieuchronną operacjonalizację katastrofy na potrzeby bieżącej polityki, ale o pojawienie się w publicznym obiegu innego poziomu sensu, wytwarzającego specyficzne emocje, które niejako uszlachetniały mocno nawet wątpliwe postawy i argumenty. Być może ostatecznie nie przełoży się to na żadne polityczne zdobycze i racja będzie po stronie komentatorów, którzy uważają, że PiS zamienione w „sektę smoleńską” czeka nieuchronna katastrofa. Ważniejsze jest jednak to, że dyskursowi liberalnemu po raz kolejny wyrósł twardy i niebezpieczny rywal.

Niebezpieczny przede wszystkim dlatego, iż liberalne myślenie pozostaje osobliwie bezradne wobec rzeczy ostatecznych i prowokowanych przez nie emocji. Zwykle brak mu nawet języka, który mógłby artykułować specyficzne wyższe sensy związane ze śmiercią, tragedią, ostatecznym zerwaniem. Marcin Król pisał kilka lat temu znakomicie o „bezradności liberałów”, którzy wyraźnie nie radzą sobie z takimi zjawiskami jak wojna czy terroryzm, z konfliktami, które wyzwalają skrajne społeczne napięcia. Liberalizm ze swoją wiarą w kompromis, w możliwości symbolicznego przepracowania konfliktu poprzez racjonalną dyskusję słabo radzi sobie z tego rodzaju zjawiskami. Tymczasem katastrofa smoleńska, toutes proportions gardées, należy właśnie do tego rzędu zjawisk – oznaczała ona bowiem wtargnięcie do publicznego dyskursu czegoś, co liberalny rozum może co najwyżej zakwalifikować jako irracjonalne, znajdujące się poza uniwersum rozumnego dyskursu nastawionego na kompromisowe rozwiązania. Ta bezradność była dobrze widoczna w okresie tuż po katastrofie prezydenckiego samolotu, a pewne istotnie jej symptomy można zaobserwować właściwie do dziś. Media będące tradycyjnymi przekaźnikami liberalnego dyskursu (TVN, „Gazeta Wyborcza”) uczestniczyły w żałobnej celebracji, ale w ich przypadku było to tak sztuczne, że ocierało się wręcz o autoparodię. Potem, po zrzuceniu nieznośnie sentymentalnego żałobnego gorsetu, katastrofa niemal natychmiast stała się kolejną „techniczną” kwestią, sprawą, którą należy obiektywnie i bez emocji wyjaśnić, koncentrując się na przyczynach, starannie unikając moralnych kategorii i ocen. Kryła się za tym rzecz jasna trzeźwa polityczna kalkulacja, zbieżna ze strategią rządu Tuska: nie dawać do ręki argumentów drugiej, antyliberalnej stronie, która natychmiast nadała wydarzeniu wiele symbolicznych sensów. Problem w tym, że gdy chodzi o zagospodarowywanie społecznych emocji, „odczarowana” narracja mówiąca o „bezsensowności” katastrofy, a niekiedy otwarcie ją bagatelizująca, spychająca do poziomu zwykłego faktu czy przypadku, koniec końców jest słabym przeciwnikiem dla opowieści korzystających z całego bogactwa polskiego imaginarium patriotyczno-cierpiętniczo-romantycznego: zestawiających Smoleńsk z Katyniem, heroizujących (niektóre przynajmniej) ofiary katastrofy i umieszczających je w panteonie narodowych męczenników. Zwłaszcza, gdy „obiektywne wyjaśnianie” okazuje się – jak w przypadku smoleńskiego śledztwa – frustrująco trudne.

Modernizacja i postpolityka

Niebezpieczeństwa związane z opisaną tu słabością polski liberał do niedawna jeszcze mógł dość skutecznie zażegnywać za pomocą dwojakiego rodzaju dyskursywnej broni. Pierwszy jej rodzaj stanowiła narracja przedstawiająca liberalny sposób myślenia jako podstawowy warunek racjonalności i nowoczesności, spychająca antyliberalnego przeciwnika na pozycję piewcy irracjonalnych przesądów, obywatela symbolicznego „ciemnogrodu”. Ta peryferyjna wersja tradycyjnego zachodniego dyskursu oświeceniowo-modernizacyjnego w Polsce nabierała niekiedy – choćby na łamach „Gazety Wyborczej” – radykalnego, iście manichejskiego charakteru. Zrodzona z dziś już zapomnianych fantazji dawnych opozycjonistów o „życiu w prawdzie” rychło stała się ideową maczugą do zwalczania zarówno prawicowych przeciwników „salonu”, jak i lewicowych krytyków neoliberalnej, balcerowiczowskiej transformacji – w imię jak najszybszego doganiania Zachodu oraz imitowania jego kategorii, które miało przynieść upragnioną „normalność”. Skutecznie strukturyzowała obszar publicznego dyskursu, dotyczącego zarówno przyszłości, jak i przeszłości, marginalizując to, co nie pasowało do z góry założonych schematów. W latach dziewięćdziesiątych sprzyjała jej cała międzynarodowa dynamika ideologiczna: neoliberalny świat roaring nineties upajał się właśnie triumfem wolnorynkowego liberalizmu, a Fukuyamowski „koniec historii” wydawał się nabierać realnych kształtów na naszych oczach. Od tamtego czasu minęła jednak cała epoka i dziś potencjał tej liberalnej narracji wydaje się całkowicie wyczerpany. Nie tylko dlatego, że po ponad dwudziestu latach zmieniły się i zdewaluowały pewne niewzruszone dotąd argumenty i problemy. I nie tylko dlatego, że zmienili się także przeciwnicy – ich głos jest dziś bardziej spluralizowany, a więc stanowi poważniejsze intelektualne wyzwanie. Także dlatego, że modernizacyjny dyskurs w wydaniu polskiego „liberalizmu peryferii” zdążył się skompromitować, legitymizując jawnie patologiczne zjawiska. Kresem jego potęgi była afera Rywina i późniejsze populistyczne interludium rządów PiS. Dyskurs ten nie sprawdza się już jako narzędzie „ustawiania” publicznej debaty, choć wciąż bywa w ograniczonym zakresie używany na przykład w dyskusjach historycznych.

Drugą liberalną bronią – znacznie lepiej, trzeba przyznać, dopasowaną do politycznych okoliczności – była postpolityka. Stanowiła ona efekt pracy podjętej po porażce, jaką rządząca dziś Platforma poniosła w walce z PiS w 2005 roku. To narracja metapolitycznie skromna i będąca raczej odpowiedzią na sytuację niż stwarzaniem tej ostatniej, ale dająca nadzieję na rozsądną liberalną trzecią drogę, w kontrze zarówno do jałowego PiS-owskiego radykalizmu, jak i arogancji obozu salonowych obrońców III RP. Ci ostatni, nie mając żadnej alternatywy, w końcu zresztą postpolitykę zaakceptowali, licząc po cichu, że stanie się ona restauracją status quo naruszonego przez PiS. Postpolityczny dyskurs „spokoju” dość szybko okazał się wydmuszką, niewnoszącą niczego do publicznej debaty i nieoferującą żadnej wizji politycznych działań ani nowego projektu modernizacyjnego. Był – i jest – dymną zasłoną, która najpierw miała umożliwić przeczekanie do wyborów prezydenckich, gdy ostatecznie zostaną usunięte resztki PiS-owskiej obstrukcji[2], potem do wyborów samorządowych, a dziś do kolejnych wyborów parlamentarnych. W nadziei, że „narodowe grillowanie” Polaków będzie trwało nadal, a jałowe utarczki z PiS odwrócą uwagę od wszystkiego innego. Okazuje się jednak, że ta strategia ma krótkie nogi, a bez poważniejszej wizji można wyłącznie dryfować.

Jeszcze jeden nowy początek?

Narrację modernizacji imitacyjnej można postrzegać jako dziecięcą chorobę polskiego liberalizmu, z pewnym poślizgiem odtwarzającą podobne ideologiczne schorzenie zachodniej myśli liberalnej, które doskonale zdiagnozował swego czasu John Gray: liberalizm jako uniwersalistyczna oświeceniowa utopia, lekceważąca konkretne warunki kulturowe i praktyki społeczne i uznająca je wyłącznie za przeszkodę. Liberalna postpolityka była lekarstwem na te zapędy, ale popadła w drugą skrajność całkowitego niemal braku treści, jeśli nie liczyć mniej lub bardziej dyskretnych elementów dyskursu technokratyczno-eksperckiego albo motywów jawnie już antypolitycznych (vide plakaty z kampanii samorządowej, na których uśmiechnięty premier rządu [sic!] namawia – nas? swoją własną partię? – by „nie robić polityki”). Swoisty eksces moralnego, eschatologicznego sensu, jaki pojawił się wraz z katastrofą smoleńską – eksces zręcznie wykorzystany natychmiast przez antyliberalną prawicę – pokazał jej słabość i być może okaże się jej kresem, tak jak kresem dyskursu modernizacji imitacyjnej była afera Rywina.

Wszystko to jednak oznacza, że na poziomie metapolitycznym polski liberalizm ma dziś szansę zacząć w pewnym sensie od początku. Smoleńsk może stać się dla niego kolejną użyteczną lekcją, w jaki sposób własną słabość przekuć w intelektualną siłę. Pytanie oczywiście, czy zechce tę lekcję odrobić. Za sobą ma resztki dawnych narracji, które wyczerpały już swoje możliwości i w tej nowej sytuacji najwyraźniej nie zdają egzaminu – to dwie wersje snów o potędze i trzeba jak najszybciej je porzucić. Przed sobą zaś ma dwóch adwersarzy, z którymi w najbliższej przyszłości będzie musiał się konfrontować. Pierwszym, na razie znacznie groźniejszym, jest opisana wcześniej narracja antyliberalnej prawicy, zręcznie wykorzystująca rozmaite odcienie polskiego imaginarium narodowo-romantycznego. Drugim jest młoda lewica spod znaku „Krytyki Politycznej”, jedyne środowisko mogące dziś przyczynić się do odrodzenia lewicowej refleksji, ale zarazem świadomie bawiące się antyliberalnymi motywami zapożyczonymi z Zachodu i próbujące stosować je – na razie, co prawda, z umiarkowanym powodzeniem – do polskiej rzeczywistości. Oba nurty czy dyskursy rzucają otwarte wyzwanie liberalizmowi, kwestionując niekiedy także założenia ustrojowe liberalnej demokracji.

Polski liberalizm musi więc stać się dyskursem prawdziwie i świadomie agonicznym. Akceptującym to, że debata publiczna jest starciem odmiennych interpretacji rzeczywistości, w którym żadna ze stron nie może tak naprawdę na długo utrzymać pozycji hegemona. Liberalizm takim hegemonem nie jest – nawet jeśli publiczna debata toczy się w ramach zakreślonych z grubsza przez liberalną demokrację. Należy się z tego cieszyć, ale nie przesądza to w żadnym razie wyniku intelektualnego meczu.

Agoniczność liberalizmu oznacza również, że śmiało wkracza on na teren zajmowany przez przeciwnika. Wróćmy do przykładu antyliberalnej prawicy i wykorzystywanej przez nią romantycznej tradycji – nie jest tak, że tradycja ta, ze swoimi elementami religijnymi i z całym charakterystycznym spektrum emocji, jest owej prawicy wyłączną własnością. We współczesnej sferze publicznej tradycje tego typu mogą zresztą funkcjonować niemal wyłącznie na zasadzie postmodernistycznego pastiszu, swego rodzaju intelektualnego recyklingu, często znacząco zmieniającego ich sens – co bardziej inteligentni polscy tradycjonaliści doskonale zresztą zdają sobie z tego sprawę. Dlatego tym bardziej nic nie stoi na przeszkodzie, by liberałowie podejmowali próbę „oswajania” takiej pastiszowej tradycji. Nie chodzi tu o mariaż na przykład z katolicyzmem, którego kiedyś próbował dokonać Mirosław Dzielski, nie znajdując jednak zbyt wielu naśladowców, ale raczej o krytyczną translację treści religijnych bądź „romantycznych” na język liberalny, tak by nie utraciły zawartego w nich potencjału sensu, a jednocześnie przestały być „naturalnym” elementem wyposażenia rozmaitych odmian antyliberalizmu – to bodaj najistotniejszy element „postmetafizycznego” czy też „postsekularnego” zwrotu, który świeckim intelektualistom na Zachodzie od blisko dekady proponuje Jürgen Habermas[3]. Oznacza to wykroczenie poza nienaruszalne rzekomo dychotomie, a więc znacząco zwiększa metapolityczne pole manewru. Błędem polskiego liberalizmu było najpierw utrwalanie owych dychotomii w złudnej nadziei, że pozwoli to zachować dominację w publicznej debacie, a później udawanie, że za pomocą prostego antyideologicznego fiat udało mu się je całkowicie unieważnić. Dziś ani jeden, ani drugi manewr nie jest już możliwy. Przyszedł czas na cierpliwą pracę liberalnej wyobraźni.


[1] Liberalizm i jego wrogowie, „Przegląd Polityczny”2010, nr 100.

[2] Por. wywiad z Januszem Lewandowskim dla tygodnika „Europa” pod jakże znamiennym w tym kontekście tytułem Modernizacja zacznie się, gdy zdobędziemy pałac (opublikowany 9 maja 2009 r.).

[3] Por. np. esej Habermasa Wierzyć i wiedzieć, tłum. M. Łukasiewicz, „Znak” 2002, nr 9.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter