70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Religia, polskość i intelektualiści

Mechanizm przystosowania inspiracji romantycznej do potrzeb polskości wyraźnie dostrzeżemy na przykładzie postaw wobec religii, wobec katolicyzmu. Temat to ważny – zwłaszcza dzisiaj – a równocześnie i rzadko podejmowany, i delikatny.

Zarówno przeciwnicy – nieliczni, chociaż wymowni – jak i zwolennicy polskich form religijności przedstawiali je podobnie. Wiara prosta, maryjna, czyli „matczyno-etyczna” raczej niż metafizyczna, wiara przesiąknięta do cna zaufaniem całej zbiorowości do Twórcy, a nie oparta na relacji jednostka – Bóg. Wiara osadzona w tradycji i przenikająca uczucia naro¬dowe, ale i przez nie przeniknięta. Wiara cechująca się uproszczonym mesjanizmem, przeświadczeniem, że cierpienia (Ojczyzny nie jednostki) stanowią zasługę, a zatem nagroda spotka Polskę, jeszcze zanim „rozgrzmi się już sąd Twój w niebie”. Wiara niechętna więc „katolickiemu intelektualizmowi”, pozostawiająca odłogiem kwestie teologiczne, dramaty wyboru, oraz wiara, która skłaniała (przypomnijmy list Krasińskiego do ojca) nie do wojen religijnych, lecz raczej do dobrodusznego apostolstwa. Wiara czysta zatem według zwolenników, powierzchowna – według przeciwników. Spór ten, jak wszystkie takie spory, jest – jak sądzę – nierozstrzygalny i nieciekawy jednocześnie. Zamiast się spierać, warto zdać sobie sprawę z tego, że mamy do czynienia z dwoma niewątpliwymi faktami.

Przede wszystkim – z siłą tej wiary. Polemizując z Leszkiem Kołakowskim i zarzucając mu błąd intelektualizmu, ksiądz Józef Tischner powiada, że w twórczości Kołakowskiego widać, iż nigdy nie stał z kilkusettysięcznym tłumem u stóp Jasnej Góry. Jeżeli argument ten pozostawić bez wyjaśnienia, łatwo o zarzut demagogii i to nawet demagogii najgorszego rodzaju, bo typu: „Pan nie wie, co myśli i czuje naród, Pan nie jest z tym narodem” … Ale nie takie były intencje Tischnera i nie tak, w każdym razie ja, ten zarzut rozumiemy. Na czym polega przeżycie pielgrzymki do Częstochowy? Przecież człowiek religijny mógłby, wierząc w świętość obrazu umieszczonego na wzgórzu, udać się tam sam, a samotność – jak wiadomo – raczej ułatwia skupienie i poszukiwanie prawdy. Przecież prawda nie staje się prawdziwsza dlatego, że dążą do niej tłumy stojące wokół mnie, a wiara silniejsza dlatego akurat, że one wierzą. Naturalnie, istotne są reakcje wywoływane przez tłum, chociaż wiemy, że są to reakcje raczej niskie, ale naprawdę ważne jest poczucie wspólnoty, jak by to określili personaliści, czy raczej poczucie uczestniczenia w rzeczywistości duchowej, jak bym z zasadniczych względów wolał to nazwać. Nie idzie tu bowiem o poczucie psychicznej bliskości z braćmi i siostrami idącymi wokół mnie. Dlaczego nagle miałbym czuć bliskość podobną do przyjaźni wobec obcych mi ludzi? Idzie tu o to, że my wszyscy, właśnie wyzwalając się z więzów psychiki, zmysłów, materii, spotykamy się w tej rzeczywistości wyższej, do której docierają tylko nasze duchowości, a spotkanie to unaocznia nam z nieoczekiwaną mocą istnienie tej rzeczywistości. Jej istnienie przestaje być wynikiem spekulacji lub wiary indywidualnej i staje się faktem. Jak to? – odrzec można – istnienie rzeczywistości duchowej staje się faktem dlatego tylko, że postrzega ją jednocześnie (jeżeli naprawdę ją postrzega) tysiące ludzi? Tak. Oczywiście nie tylko dlatego wiemy, że ta rzeczywistość duchowa istnieje, ale jest to jedno ze spojrzeń, jedna z sytuacji, kiedy głęboka wewnętrzna oczywistość (kartezjańskiej natury) nam to unaocznia. Ten rodzaj kontaktu z rzeczywistością duchową jest podobny do tego, jaki uzyskujemy oglądając obraz bądź czytając książkę, chociaż jest niepowtarzalny i niedostępny inaczej. Konkretny i zamierzony we współuczestnictwie tysięcy innych ludzkich duchów.

Siła tej wiary bierze się właśnie ze zbiorowości i z tego nie całkiem czystego związku ze sprawą narodową. Prawda, że w polskiej modlitwie często nie do końca wiadomo, czy błagania pokorne zanoszone są do Boga zbawiciela dusz, czy też do Boga zbawiciela ojczyzny, ale nawet jeżeli o ojczyznę chodzi, to altruizm i prosta naiwność tych próśb i nadziei godne są podziwu.

Trzeba też zupełnie jasno powiedzieć, że tej prostej i silnej wierze niemal nie towarzyszy (w każdym razie w XIX i XX wieku) pogłębiona myśl religijna. Przyczyny są rozmaite. Najbardziej widoczna i zapewne najważniejsza to potrzeby obronne. Każda komplikacja, każda minimalna subtelność mogły spowodować zagrożenie niepewnością bądź służyć rozbiciu jedności, solidarności narodowej także w zakresie wiary. W tym tekście interesują mnie jednak nie przyczyny, lecz konsekwencje.

Spośród skutków zaś szczególnie ciekawa jest religijna obojętność inteligencji. Przez kilkadziesiąt lat (od lat osiemdziesiątych XIX wieku po lata siedemdziesiąte wieku XX) znaczna część polskiej inteligencji była religijnie obojętna. Z rzadka pojawiał się wojowniczy antyklerykalizm, jeszcze rzadziej ateizm, ale w przeważającej mierze była to obojętność polegająca na przestrzeganiu elementarnych religijno-narodowo-rodzinnych obyczajów i lekko ironicznym stosunku do wiary, dogmatów, liturgii, a nawet instytucji, a w każdym razie do reprezentantów Kościoła.

Oto Zygmunt Krasiński pisze w 1844 roku do Adama Sołtana: „potworzyło się mnóstwo hipokrytów, którzy zwą się ludźmi rozsądku, głoszą w mnogich kazaniach, że jedyną teraz sprawy podporą jest to, by oni gęste intraty do własnej kieszeni zbierali”, a w roku 1848: „Makryna zajęła tu stanowisko potężne, stała się jakoby centrum mistycznych objawów, które, jak wiesz, zawsze się i ciągle w kościele powtarzają. Jej zasługa męczeńska podniosła ją wysoko. Rozmawia z potężnymi tego świata jak niegdyś święta Teresa”. W innych listach z tej epoki także pojawia się podobny ton: są marni, oddani sprawom materialnym księża i są niezwykli głosiciele Słowa. W tym przypadku dodatkowo warte odnotowania jest to, że jak wiadomo, Makryna Mieczysławska była na pewno oszustką, a zapewne i carską agentką. Jednak i przedtem, i potem byli w Polsce księża, którzy bądź przyciągali masową publiczną uwagę, bądź tworzyli wokół siebie szczególny świat, w jakim dojrzewali ludzie pełni wiary i inteligencji. I tak jest do dzisiaj.

Wszystko to można by uznać za normalne, tak jak jest normalne, że na uniwersytetach są znakomici, średni i marni profesorowie, gdyby nie to, że Kościół ma szczególną misję, jaką miał zawsze, ale misję tę musi wypełniać, i to jest nowość także w Polsce, na tle kolosalnej inwazji świeckiego przekazu, który nawet do tych, co niewiele czytają, dociera przez telewizję. Stąd tylko trzy wyjścia: albo mówić językiem dostojnym i religijnym (jak ci nieliczni, a sławni kaznodzieje), albo mówić językiem archaicznym i słodkoeufemistycznym, co jest najczęstsze i świadczy o swoistym lenistwie, o niedostrzeganiu lub nieumiejętności dostrzeżenia, że świat jest inny, albo dopasować się do wirtualnego świata Internetu, do świata nowej muzyki i nowych obyczajów, co kończy się wtopieniem w ten świat i pozostaje tylko jednym z wielu przekazów, jakich dociera do nas aż za dużo.

I znowu mamy do czynienia z powtórką z historii, ale w zupełnie innych warunkach. A mianowicie wielu spośród tak nastawionych ludzi szuka schronienia w wewnątrzkościelnych grupach, które nie mają jednak charakteru zamkniętego i nie są sektami w tym rozumieniu, że ich wiara radykalnie odbiega od doktryny oficjalnej. Jest to forma ucieczki od świata. Często towarzyszy temu rodzaj pychy lub pogardy dla marności codziennych ludzkich grzeszków i niedociągnięć. A jest to powtórka z historii, bo ciągle na skutek czy to nadmiernego upolitycznienia Kościoła, czy to w rezultacie ogłupienia księży przez mamonę, dochodziło do powstawania takich grup. Część z nich wychodziła poza Kościół i stawała się w jego oczach heretykami (także protestanci wszystkich odmian), część pozostawała w Kościele i czasem dostarczała mu zbawiennego impulsu. Zawsze jednak były to grupy elitarne, które nie lubiły innych.

Taka jest właśnie historia powstania zakonu zmartwychwstańców (Zgromadzenia Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa) w 1836 roku. Założył go Bogdan Jański wspólnie z Hieronimem Kajsiewiczem i Piotrem Semenenką. Wszyscy trzej mieli za sobą przeszłość daleką od religii, rewolucyjną, masońską, lewicową. Jednak w ciągu kilku lat zdołali wywrzeć kolosalny wpływ na duchowych przywódców emigracji i stopniowo na ludzi w kraju. Zakon został uznany oficjalnie przez Kościół i przetrwał do dzisiaj, chociaż jego mistyczne i intelektualne ambicje dawno się rozwiały. Zmartwychwstańcy byli od początku niesłychanie wymagający, do dzisiaj dostęp do ich archiwów jest bardzo trudny, chociaż znajduje się tam korespondencja Mickiewicza, Krasińskiego, Norwida. Co ciekawe, zmartwychwstańcy nie pozwolili Norwidowi – jedynemu zapewne wielkiemu poecie romantycznemu, który był ortodoksyjnym katolikiem – wstąpić do zakonu. Był dla nich niebezpieczny, bo nazbyt niezależny. „Sekta” zmartwychwstańców odegrała jednak pozytywną rolę w dziele pobudzenia religijności, chociaż stopniowo, jak to często bywa, dawni lewicowcy przesuwali się na prawicowe pozycje. Jest to klasyczny przykład eksperymentu udanego, choć niemal równoczesnego eksperymentu Towiańskiego i jego zwolenników za udany już uznać nie można.
Albo intensywna duchowość będzie cechowała olbrzymią większość wierzących, albo elitarne i niemal zamknięte ugrupowania będą dawały satysfakcję tylko swoim członkom. Kościołowi w demokracji nie mogą nadawać tonu intelektualiści.

Często mówi się, że w Polsce Kościół niebezpiecznie dzieli się na dwie części, bardzo od siebie odległe. Ale przecież zawsze tak było, tyle że inaczej jest w demokracji, inaczej w czasach przed- lub mniej demokratycznych. Zawsze były tolerowane przez Kościół organy o charakterze antysemickim i zawsze istniały rozmaite formy propagandy wiary dla maluczkich, obliczone na miarę ludzi, którzy w wierze nie szukają eschatologicznego wymiaru, a ich wiara jest rodzajem zaklinania rzeczywistości i ma bardzo mało wspólnego z religią.

Sławne jest powiedzenie Josepha de Maistre’a, że Kościół nie potrzebuje Pascala i jemu podobnych. Rozumiem sens tego zdania i w zasadzie de Maistre’a popieram. Kościół oczywiście jest z zasady otwarty na wątpiących, wahających się i niepewnych, jednak co innego to, a co innego wprowadzenie wątpienia w samo serce wiary czy też postawa, na jakiej błędy wskazuje Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio, czyli pełne zawierzenie odrzucające wszelkie racjonalne argumenty, a więc – w uproszczeniu – wiara wbrew lub przeciw rozumowi.

Świadczy to jednak o tym, że nasza wiara jest najściślej związana z nieustannym rozumowym dociekaniem, że wiara bez rozumu lub wiara jako olśnienie, jako niebywały błysk prawdy, doznanie, jakie spotkało Pascala w nocy na paryskim moście, jest zupełnym i w zasadzie niepowtarzalnym wyjątkiem. Takie olśnienie może się zdarzać, ale nie można się go spodziewać, czekać na nie ani na nie liczyć. Tajemnica ujawnia się jedynie w wyjątkowych okolicznościach i na moment, lecz to, że prawda jest w ostatecznym rachunku tajemnicą, nie powinno nas zniechęcać do wiary.

Na wierze w Boga, jednego i wszechmocnego, który niewątpliwie rządzi światem, a boska moc sprawcza objawia się nam w naszym świecie duchowym, nie zaś w rzeczywistości. Oczywiście jesteśmy tu blisko tego, co niedawno jeszcze uznano by za herezję. Taka wiara nie potrzebuje ani pośredników, czyli kapłanów, ani dogmatów kościelnych, prawo Boskie jest dla niej wystarczające. Nie mnie sądzić, ale nie umiem odpowiedzieć, czy taka wiara jest zła, naganna. Można powiedzieć z całą pewnością tylko tyle, że jest to wiara ludzi, którzy – mniej lub bardziej świadomie – stawiają się poza Kościołem instytucjonalnym. Dodajmy, że nie chodzi tu o często opisywane zjawisko prywatyzacji religii, lecz o jej „spaskalizowanie”, czyli sprowadzenie do wymiaru duchowego i pozainstytucjonalnego, wreszcie pozarozumowego. Taka wiara nie wymaga namysłu, jest bardzo prosta i wymyka się jakiejkolwiek racjonalnej analizie.

Nie jest to na pewno zjawisko, z jakim mamy do czynienia w Polsce. Przecież racjonalizm i scjentyzm stały się obsesją całej współczesnej zachodniej cywilizacji. Jednak Polska jest szczególna, gdyż w Polsce zawsze zawierzenie stało wyżej od rozumu. Nie przypadkiem w polskiej tradycji jest tak mało myślicieli katolickich, czy tego, co z pewnymi wątpliwościami określamy mianem filozofii chrześcijańskiej. I znowu jedyny intensywny okres takiej myśli to czasy romantyzmu: taka przecież była wiara Mickiewicza i Krasińskiego, Słowackiego i Cieszkowskiego. Kościół wprawdzie niechętnie akceptował ich wiarę, ale zawsze wolał tych, co wierzą po prostu, od tych, co wierzą i pytają. Na skutek tego wyrobił się w polskim Kościele syndrom antyintelektualny, który – raczej z powodów politycznych niż z racji swoich poglądów – wspierał nawet kardynał Stefan Wyszyński. Wielu intelektualistów poddało się tej wizji i chwaliło wiarę prostaczków, jaką dla nich uosabiała tak zwana wiara ludowa. Dzisiaj badacze religijności, świeccy i kościelni, coraz lepiej wiedzą, że owa wiara ludowa jest – uogólniam tu, więc nie ma miejsca dla niewątpliwych wyjątków – bardziej formą rytuału niż owego bezgranicznego zawierzenia, które nie potrzebuje ani racji rozumowych, ani nawet rozważań na temat prawdy.

Przy okazji istotna uwaga: nie domagam się ani nie oczekuję, żeby ludzie natychmiast byli posłuszni pouczeniom kościelnym, by wszyscy wierzący wiernie ich przestrzegali. Nigdy nie jest tak, że nauka moralna jest od razu i spontanicznie aprobowana, nie jest i nigdy nie było. Natomiast problem polega na stopniu rozbieżności między ową nauką a rzeczywistością ludzkich zachowań. Kiedy rozbieżność ta staje się nie tylko oczywista, ale wprost fundamentalna, dopiero wówczas mamy do czynienia z poważnym kłopotem.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter